
5/6.05.2026
Początku nie pamiętam.
Znalazłam się na plaży w obcym kraju. Zobaczyłam ptaka i powiedziałem do kogoś, że to albatros. Ptak szedł po piasku.
Miałam dotrzeć w jakieś miejsce, ale w tym celu miałam popłynąć dokądś promem. Prom już odpłynął.
Miałam w tym śnie jakieś większe moce niż zwykle, jak agent specjalny lub jakiś mini superbohater, i miałam dotrzeć na miejsce z jakąś misją.
Pomiędzy miejscem, w którym byłam, a tym, gdzie miałam dotrzeć, była przewieszona metalowa lina i krzesło, ale zupełnie zwykłe, podobne do tego, jakie mam w domu, z przezroczystego plastiku.
Usiadłam na tym krześle i sunęłam nad wodą w kierunku celu. Krzesło było niestabilne, ale uwiesiłam się na nim tak sprytnie, że nie spadłam. Wiedziałam, co robię i byłam pewna, że pomimo komplikacji dotrę tam, gdzie trzeba.
Celem okazała się świątynia. Nie wiem jaka. W środku był mnich, rozmawiałam z nim o czymś.
Wyszłam na zewnątrz. Stał tam autokar z dziećmi. Byli wśród nich chłopcy z mojej firmy. Zapytali, czy mam karty i czy zagram z nimi w kanastę (nigdy w realu nie grałam z dziećmi w karty). Byli rozczarowani, że nie mam kart, bo chcieli zagrać jak zwykle.
Powiedziałam im, że to zupełnie inna sytuacja, że są tutaj na wycieczce i nie powinni robić tego, co zwykle, tylko zwiedzać nowe miejsca, że muszę już iść, ale jest mi bardzo miło, że mogłam ich spotkać.
Tego snu nie będę interpretować jak zwykle, bo wydarzenia, które bezpośrednio go poprzedzały, dotyczyły innej osoby i były dla mnie bardzo trudne, więc nie chcę wchodzić w szczegóły.
Ważniejsze było to, że sen pomógł mi przygotować się do spokojnej, konstruktywnej konfrontacji i opanowania sytuacji następnego dnia.
To było cudowne doświadczenie. Jakby sen nie próbował rozwiązać problemu za mnie, ale przypomniał mi, że potrafię sobie z nim poradzić.
I rzeczywiście – poradziłam sobie doskonale.

Dodaj komentarz