W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: Transformacja

  • No i się narobiło… Zwolniłam dziś szamana

    Mam ze Wszechświatem ostatnio na pieńku. Nie mam pewności, czy to, co robię w odpowiedzi na to, co mi zsyła, jest tym, co robić powinnam, ale pojawił się we mnie ogromny bunt i złość z niego wypływająca. I również w tym wypadku staję za sobą, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadają mi inaczej. Nie wiem, czy Wszechświat da mi po łapkach, czy pogłaszcze po głowie. To się dopiero okaże.

    Za chwilę rozpadnę się na kawałki i będę w tym sama, bo strażnik przejścia dostał dzisiaj wypowiedzenie. I zaskakująco dobrze to przyjął. 😉

    W poprzedni weekend pokłóciłam się z Wszechświatem. Zapalnikiem była spotkana para. Osoby te ewidentnie i jawnie traktowały siebie nawzajem w sposób pozbawiony szacunku. Sama scena rodzajowa, na tle naszego społeczeństwa zwyczajna i nic niewnosząca, w moim ciele wywołała natychmiastowe spięcie i rosnącą do olbrzymich rozmiarów złość. Bo dlaczego ja, która z szacunkiem podchodzę do drugiego człowieka i wszystkich rodzajów relacji, pozbawiona jestem tej najważniejszej? Tej, której inni ludzie tak obcesowo nie szanują.

    I dostało się Wszechświatowi za to, że jestem tylko katalizatorem, że większość ludzi przychodzi do mojego świata po wzrost, wzrasta, a potem odchodzi (jakbym nie zdawała sobie sprawy, że również na tym polega moja praca 😂). Wylało się wszystko, aż płakałam ze złości, co bardzo rzadko mi się zdarza.

    Na szczęście poukładałam sobie w głowie te wszystkie nieścisłości i dotarło do mnie w końcu, że świat jest przebogaty, ludzie są różni, a Wszechświat nie obdarza na zasadzie sprawiedliwości społecznej i na pewno się na mnie nie gniewa, bo jestem za maleńka, żeby mnie można było z tak wysoka zauważyć.

    Ale czy na pewno?

    Poniedziałek.

    Spacer nad rzeką, jak zwykle, ale tym razem z bonusem. Nad moją głową przez dłuższą chwilę krążył uparcie kruk i darł się wniebogłosy. Był nisko, więc nawet telefonem udałoby mi się zrobić świetne zdjęcia. Bez szans. Telefon w nocy się zaktualizował i nie potrafiłam uporać się z nowym interfejsem, ze światłem odbijającym się od ekranu, w dodatku bez okularów.

    To też mnie trochę zdenerwowało, bo nie miałam z tymi wspaniałymi ptakami kontaktu od 7.07.2025, kiedy „prawie wypadek w pociągu” postawił przede mną bramę, a Darek, mój prywatny strażnik przejścia, tak pięknie mnie przez nią przeprowadził.

    Wracając do domu, zdałam sobie sprawę, że sytuacja wygląda dokładnie jak w moich snach, w których, gdy pojawia się coś spektakularnego, pięknego, ważnego albo tylko dziwnego, za żadne skarby nie udaje mi się tego udokumentować.

    Pomyślałam: ciekawe…

    Ale nie poświęcałam temu wydarzeniu specjalnej uwagi. Ugotowałam obiad, zjadłam i poszłam do sąsiadki emerytki zainstalować jej kilka aplikacji na tablecie.

    Odebrałam tam telefon.

    Moja druga matka (napiszę jeszcze o tej pięknej istocie), ta, która przez 26 lat była obecna, troskliwa i zawsze wspierająca, jest na SOR-ze.

    Nic niezwykłego. Miała tam dotrzeć już tydzień wcześniej z bólami brzucha, które trudno było zdiagnozować. Miałyśmy iść nazajutrz do przyszpitalnej przychodni onkologicznej.

    Nie poszłyśmy. Została w szpitalu. Była zaopiekowana i diagnozowana. Uspokoiło mnie to na tyle, że mogłam spokojnie żyć.

    Wtorek.

    Umówiłam się z przyjaciółką na herbatkę. Rozmawiałyśmy o jej procesie i mojej w nim roli, o tym, że w chaosie przypisywała mi intencje, rolę i odpowiedzialność, które były „jej prawdą” w tamtym czasie.

    Rozumiałam, bo sama byłam w tym miejscu, i postanowiłam, że „wystoję”. Zaczekam. Bo to jest etap, który należy przejść samemu. To kryzys, który może nas pchnąć jedynie w górę, jeśli będziemy się wtedy opierać na sobie.

    Nie było więc we mnie żalu czy gniewu, była empatia i zrozumienie. Nie było zamknięcia, były szeroko otwarte ramiona w razie powrotu i prawda.

    Kiedy uporządkowałyśmy sprawy, wspomniałam Darka i analogiczną sytuację między nami. Powiedziałam przyjaciółce, że ja bardzo chciałam wiedzieć, co u niej, więc może on również chciałby poznać drogę, jaką przeszłam, i miejsce, w którym się znajduję. Może jemu też nie jest wszystko jedno.

    Zachęcała mnie do napisania listu.

    Środa.

    Napisałam. O drodze, procesie, finale. Załatwionych sprawach i o tym, jak jestem mu wdzięczna. Kiedy przez ostatnie miesiące przewijały się przez moje media społecznościowe zdjęcia Darka, widziałam w nim smutek, więc wyraziłam szczerą nadzieję, że jest szczęśliwy, czego z całego serca mu życzę.

    Odpowiedział niemal natychmiast, równie długim mailem. Dostałam od niego naprawdę wiele listów i każdy był przesycony na wskroś duchową nowomową, która budziła emocje, ale tak naprawdę niczego nie mówiła wprost. Rozbudzała, ale jednocześnie nie powodowała konieczności brania odpowiedzialności za słowa.

    Tym razem było inaczej.

    Oczywiście trudno było nie odnieść się do duchowości w tym wypadku, ale główną osią listu były: jego reakcja na mój list, opis jego drogi i miejsca na świecie oraz to, że chętnie się spotka i odpowie (lub nie 😆) na każde moje pytanie.

    Konkretnie, po męsku.

    Przeczytałam. Popatrzyłam w dal… długo… Potrząsnęłam głową, zamrugałam i poszłam na spacer. Bo minął rok i odpisał mi inny człowiek.

    Kiedyś, myśląc o nim, wyciągnęłam kartę tarota – RYCERZ PUCHARÓW.

    A teraz – KRÓL MIECZY…

    Ciekawe…

    Bardzo mnie ten nowy człowiek zaciekawił.

    Umówiliśmy się na lunch na jutro.

    Czwartek.

    Rano SMS:

    „Mogę zadzwonić?”

    – OK.

    W słuchawce zdenerwowany głos. Prosi mnie o przełożenie spotkania na jutro. Bo szef, wideokonferencja, prawnicy i całe zastępy piekielne postanowiły pokrzyżować mu plany. Przerwy na lunch nie będzie.

    Zaśmiałam się głośno, bo po roku ciszy pierwsze, co słyszę, to złość. Mówię o tym ze śmiechem, pytając jednocześnie, czy na pewno chce się spotkać.

    Twierdzi, że tak.

    Sprawdzam. Mogę. Ustalone.

    Po południu idę do szpitala.

    Dzień wcześniej myślałam, że moja druga mama jest zmęczona badaniami i wycieńczona tym, że od dłuższego czasu niewiele je. Dziś kategorycznie odmawia przyjęcia jakiegokolwiek posiłku. Wczoraj jadła chociaż jogurt.

    Przyniosłam jej specjalną butelkę na wodę. Z poprzedniej trudno było pić, była dla niej za duża.

    Jest bardzo słaba. Mówi niewyraźnie. Szum tlenu zagłusza większość słów.

    Opowiada mi sen: piękny różany ogród, na ławeczce siedzi jej matka, a zmarła cztery lata temu córka szuka jej, głośno wołając.

    Lekarz mówi, że zostały dni, a może tylko godziny.

    Zapłakana biegnę do sklepu. Chcę zdążyć. Bo ona chce odejść w czerwonych butach (o tym też kiedyś napiszę).

    Szukam.

    Nie ma wystarczająco dobrych.

    Jadę Boltem na drugi koniec miasta.

    Są.

    Kupuję dwie pary. Chcę, żeby sama wybrała. Żeby chociaż to sama mogła wybrać na koniec.

    Piątek.

    Rano spacer z psem. Zatrzymałam się w tym samym miejscu co zwykle, moja żabia ławka kontemplacji.

    I zapomniałam oddychać na chwilę…

    I połączyłam kropki.

    KRUK.

    I zobaczyłam wzorzec:

    Choroba, śmierć, brama, strażnik bramy.

    Powtórka.

    I wpadłam w prawdziwą wściekłość. Miałam spotkać człowieka, opowiedzieć mojej drugiej matce, kogo dziś poznałam. A Wszechświat postawił przede mną bramę i podsunął mi strażnika przejścia na tacy.

    Wykwalifikowany. Sprawdzony. Szaman specjalista.

    A ja, tupiąc nogą, powiedziałam:

    NIE!

    Nie chciałam powtórki. Czułam w sobie siłę i postanowiłam, że przejdę bez niego.

    Rozpadnę się, bo tak trzeba, bo to ludzkie i zwyczajne. Mam przyjaciółki, które w razie czego staną przy mnie. Mam też nareszcie siebie.

    I chcę nareszcie odczarować całą tę figurę. Ten proces się zakończył.

    Chcę mieć przed sobą człowieka.

    Wieczorem zdecydowałam, że rano odwołam spotkanie, ale po tym, co do mnie dotarło…

    Wiedziałam, co robić, bez względu na konsekwencje.

    Poszłam.

    Nawet się nie uczesałam, nie sprawdziłam, czy na twarzy nie mam śladów po płaczu.

    Czekał w umówionym miejscu. Uśmiechał się z daleka. Na jego widok poczułam większy spokój. Byłam zdeterminowana i lekko poddenerwowana, ale już nie byłam wściekła.

    W mailu prosiłam go, żeby mnie nie przytulał, jak zwykł to robić. Uszanował to.

    Zapytał, czy wejdziemy do środka. Odmówiłam. Poprosiłam o rozmowę i poprowadziłam go nad rzekę.

    Zaczęłam od wyjaśnienia kontekstu.

    Kiedy usłyszał o kruku, przerwał mi i opowiedział swój sen z tego samego dnia, absolutnie synchroniczny. W ogóle nie byłam zdziwiona. Nie pomyślałam nawet, żeby się nad tym dłużej zatrzymać, bo on przecież nie wie, że wielokrotnie śniliśmy podobne sny. Ja czytałam jego sny, a on moich nie, więc dla mnie to było zwyczajne.

    On miał gęsią skórkę.

    Przypomniałam mu bramę z zeszłego roku, a teraz chorobę i zapowiedź śmierci, jego przełożone spotkanie i to, że odmawiam współpracy.

    Miał szeroko otwarte oczy i jest chyba jedyną osobą na całym świecie, która nie próbowała wezwać pogotowia, słysząc takie rewelacje.

    Powiedział, że on tutaj niczego nie majstrował. Że obiecuje, że absolutnie niczego w tej sprawie nie robił.

    Powiedziałam, że to nie ma żadnego znaczenia.

    Przyszłam tu dziś zwolnić go oficjalnie z funkcji, bez względu na konsekwencje, i jeśli chce, może odejść. Ale jeśli zdecyduje się zjeść ze mną sałatkę, to będzie musiał najpierw ściągnąć te szamańskie gacie.

    Wykonał wokół siebie trochę śmieszno-dziwnych gestów i…

    Zamiast wezwać karetkę, zapytał:

    – Chcesz zjeść sałatkę?

    I poszliśmy.

    Kobieta i mężczyzna.

    I rozmawialiśmy o pracy, dzieciach, życiu, zdrowiu, samopoczuciu, relacjach, znajomych, podróżach, o śmierci i życiu, o snach i wizjach.

    To był dobry czas.

    Powiedział, że powinnam pracować w dziale HR, bo świetnie zwalniam. 😉

    Poznałam dzisiaj fantastycznego człowieka.

    Nie wiem, czy jeszcze zechce się ze mną spotkać, bo myślę, że to nie było łatwe spotkanie, ale bez względu na koszt…

    To był jeden z najważniejszych posiłków w moim życiu.

    I nie zmieniłabym niczego z jego przebiegu.

    PS. Tym bardziej, że w trakcie naszej rozmowy wszedł mój były mąż, a ja nawet na chwilę nie zawiesiłam głosu. I jego obecność nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

  • Po drugiej stronie – I, że cię nie opuszczę…

    Kiedyś, skrolując leniwie i bezmyślnie Instagram, zatrzymały mnie słowa pewnego mężczyzny. Przytoczę z pamięci jedynie fragment, ponieważ nie potrafię niestety odnaleźć tego postu, więc nie zacytuję całości: 

    „Chciałbym, żeby był przy mnie ktoś, kto, gdy będę najgorszą wersją siebie, powie mi: JESTEM. Nie zostawię cię.” 

    Pamiętam, że bardzo mnie te słowa poruszyły. Też chciałabym mieć przy sobie kogoś takiego. Kogoś, przy kim nie będę musiała być „jakaś”. Kto nie będzie mnie oceniał, a po prostu będzie przy mnie takiej, jaka w danej chwili będę. I nie będzie miało znaczenia, czy jestem słaba, czy silna, wesoła czy smutna, zdrowa czy chora. Ważne, że będę sobą. 

    A po chwili pomyślałam, że może ważniejsze od tego, aby KTOŚ był, jest BYĆ dla siebie samej kimś właśnie takim. I wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że po całej drodze, jaką przeszłam, uwolniłam właśnie tę moc zostawania przy sobie bez względu na okoliczności. 

    Teraz, kiedy zakończył się we mnie proces transformacji, w trudnych chwilach (które przecież nie zaczną mnie nagle magicznie omijać) mam siebie. 

    I nigdy już siebie nie zostawię. 

    A Wszechświat, jak to Wszechświat, testuje. 

    Jeśli nie znasz historii Arisa, znajdziesz ją tutaj:  

    Jeden z najtrudniejszych testów właśnie zdałam, choć wyobrażałam sobie, że ten egzamin będzie wyglądał zupełnie inaczej. Będzie wielki, spektakularny, jak krwawa bitwa, którą trzeba stoczyć. Myślałam, że jeśli kiedyś dojdzie do prawdziwej konfrontacji z moim ojcem, przejadę przez nią na białym koniu z mieczem w ręku, który ciąć będzie bezlitośnie i ważny będzie jedynie triumf. Ojciec będzie musiał uznać moją krzywdę i swoje sprawstwo, i błagać o wybaczenie. 

    Tylko że dziś już mnie nie interesuje ani to, co on myśli, ani nawet czy kiedykolwiek przeprosi. Możliwe, że zostawiłabym sprawę mojej największej traumy i szłabym dalej, nie oglądając się za siebie… 

    Tylko że Wszechświat wystawił mi na tacy możliwość konfrontacji i dał mi wybór, czy z niej skorzystam, czy nie. 

    Skorzystałam. 

    Mój starszy brat jest najlepszym człowiekiem, jakiego znam. Choruje na schizofrenię, ale dobrze sobie radzi. Mieszka z ojcem. Czasem mam wrażenie, że potrafi wyłączyć się z tego, co dzieje się wokół niego i schować we własnym świecie. Być może właśnie dlatego potrafią mieszkać razem. 

    Rzadko odwiedzam ojca, unikam tego, jeśli mogę. Z bratem rozmawiam częściej, pomagam mu w podejmowaniu ważnych decyzji, współpracuję z lekarzem, ale staram się nie bywać w przestrzeni, którą zajmuje ojciec. 

    Kiedy brat zaprosił mnie na urodziny, nie mogłam odmówić. 

    Kupiłam tort i prezent. 

    Usiedliśmy w trójkę przy stole. Brat poprosił mnie o podzielenie tortu. Kiedy kładłam porcje na talerzach, słuchałam ojca. Mówił o sobie. Kiedy brat nalewał kawę, ojciec mówił o sobie. Kiedy kończyliśmy deser, ojciec mówił o sobie. 

    Przerwałam mu w końcu w pół słowa i powiedziałam, że przyszłam tu dziś, żeby świętować urodziny. Urodziny mojego brata, więc chciałabym ten czas poświęcić głównie jemu. 

    Porozmawialiśmy chwilę o starych komputerach i programowaniu. Nie znam się na tym, ale mój brat to kocha, więc opanowałam kilka haseł źródłowych, które mój brat z rozkoszą rozwinął. Całkiem dobrze spędziliśmy ten czas, dopóki ojciec się nie wtrącił. 

    Mówił, że nie ma już siły, jest stary, schorowany i nie może liczyć na pomoc mojego brata w ogrodzie. Zaproponowałam, że pomogę bratu i wspólnie przytniemy róże. Faktycznie były już monstrualne i zagrażały konstrukcji dachu, wrastając pod dachówki, skąd musieliśmy niektóre pędy wyszarpać. 

    Ojciec stał nad nami i gderał, obrażając na zmianę mnie lub mojego brata. Oboje udawaliśmy, że nie słyszymy. Nawet kiedy zauważył, że przytyłam, tylko mnie to rozbawiło (bo żyjąc całe życie w przetrwaniu, miałam silną niedowagę, teraz moja waga plasuje się w normie, co faktycznie może wywołać szok 😉). 

    Kiedy przycinaliśmy ostatni krzak, przypomniało mi się, że pod nim pochowany jest mój pies. Niewielki, kudłaty, zabawny, wieczny szczeniak. 

    I wtedy, stojąc na grobie jednego psa, postanowiłam zapytać o los innego. 

    I pomimo ściśnięcia w gardle i łez napływających do oczu nie mogłam się już cofnąć. Zapytałam ojca, co zrobił z Arisem. 

    Przez chwilę się zawahał, zanim odpowiedział: 

    – No jak to co? Tutaj jest pochowany. 

    I wskazał dłonią pod krzak, przy którym staliśmy. 

    – Nie mówię o tym psie, mówię o Arisie. Co się z nim stało? 

    Patrzyłam ojcu prosto w oczy, poważna i zdecydowana. 

    – Myśliwy, któremu go pokazałem, był nim zachwycony, od razu zaprowadziliśmy go do tego chłopca. Gdybyś tylko zobaczyła tego biednego, chorego chłopca… 

    Przerwałam mu natychmiast wiedziałam że nie powie mi prawdy ale ja mogę powiedzieć nareszcie głośno i wyraźnie własną. 

    – Nie interesuje mnie ten biedny chłopiec. Interesuje mnie natomiast ta biedna, mała dziewczynka, KTÓRA STRACIŁA KOGOŚ, KOGO BEZGRANICZNIE KOCHAŁA – powiedziałam, dotykając swojej klatki piersiowej. 

    Ojciec patrzył na mnie bez słowa. Miałam wrażenie, jakby się skurczył. Jakby nagle stał się mniejszy. 

    – Czy ktoś zobaczył kiedyś to dziecko? Czy ktoś zobaczył kiedyś tę dziewczynkę? 

    Mówiłam z niezwykłym spokojem, jakby to było zwykłe, naturalne pytanie. Nic niezwykłego. Żadna bitwa. 

    Po prostu nie zgodziłam się już na opowiadanie tej historii za mnie. 

    Nie potrzebowałam niczego więcej. Nie potrzebowałam kary, zemsty czy gromów z nieba. Potrzebowałam prawdy. 

    – To był mój pies! – powiedziałam, odchodząc. 

    Poprosiłam brata, żeby odwiózł mnie do domu. 

    Ojciec stał chwilę oszołomiony, odprowadził nas do samochodu i pożegnał bez słowa. Pomachał bez uśmiechu, nie patrząc mi w oczy. 

    Nie wiem, czy ta rozmowa otworzyła coś w moim ojcu. To nie ma znaczenia. 

    Wiem natomiast, co dała nam, jego dzieciom. 

    Kiedy znaleźliśmy się w samochodzie, mój brat powiedział: 

    – On wtedy zadzwonił do babci Radka (nie mieliśmy telefonu, babia Radka to sąsiadka). Razem z Radkiem zaprowadziliśmy Arisa do pracy ojca. To ja go tam zostawiłem. – powiedział ze smutkiem. 

    To było rozdzierające serce wyznanie. Mój brat nosił przez dziesięciolecia nie swój ciężar. To nie on odebrał mi psa. Nie był za to odpowiedzialny. A nosił w sobie ogromne poczucie winy. Nareszcie ten ciężar mogłam z niego zdjąć.

    – Mieliśmy straszne dzieciństwo – stwierdziłam ze łzami w oczach. – On jest po prostu zły. 

    – Gorzej… on jest gorszy. 

    – To psychopata – powiedziałam, patrząc na brata z czułością. 

    – To potwór – powiedział mój brat. 

    A potem wspominaliśmy koleżanki, kolegów i … co dobrego nas spotkało. 

    I potrafiliśmy znaleźć parę naprawdę dobrych historii. 

  • 83. KONIEC – TERAZ IDĘ ŻYĆ! 

    Pogrążona w starej traumie, w żałobie przeżywanej po kilkudziesięciu latach zamrożenia, miałam jedną przewagę nad tym trzynastoletnim dzieckiem, które doznało straty. Mam siebie, doświadczenie i zaufanie we własne możliwości. 

    Obiecałam sobie, że w tym blogu nie będę używała terminów psychologicznych, ale zrobię wyjątek, bo tę moją cechę/umiejętność cenię najbardziej. Rezyliencja to coś, co pomogło mi przetrwać i wciąż na nowo dodaje mi skrzydeł. I w tym wypadku również mi pomogła. 

    Kiedy siedziałam na mojej ulubionej żabiej ławeczce, płacząc i tuląc to skrzywdzone dziecko w sobie, pomyślałam: „Zaraz… ale przecież wszystko jest po coś”. 

    Gdyby nie Aris i jego strata, gdzie bym teraz była? 

    Tylko ja z trójki rodzeństwa wyprowadziłam się z domu. Tylko ja skończyłam studia, kupiłam mieszkanie, założyłam firmę, radzę sobie sama. Na pewno, gdybym urodziła się we wspierającej rodzinie, dostałabym na tacy to, co sama musiałam sobie wyszarpać, ale… wyszarpałam. Moi bracia nie mieli zasobu, który ja miałam. 

    Kiedy miałam czternaście lat, mój ojciec uderzył mnie po raz ostatni. Nie myślałam wtedy, nie analizowałam. Moja ręka automatycznie ułożyła się w pięść i poszybowała w kierunku jego twarzy. 

    To był mój Aris. To była moja granica. Nienegocjowalna. 

    Ojciec nie odzywał się do mnie przez pół roku, ale nigdy więcej mnie nie dotknął i zawsze już traktował z szacunkiem. Bardziej jako partnerkę niż córkę, co również było chore, bo deprecjonował przy tym moją matkę, ale dzięki temu mogłam iść w świat. 

    Spotkanie z Arisem pozwoliło mi znaleźć w sobie odwagę, aby bronić słabych, aby pomagać i otaczać opieką tych, którzy tego potrzebują. W mojej pracy okazało się to niezbędne. 

    W domu przesadzałam trochę, bo mój syn nie musiał nigdy konfrontować się z agresywnym ojcem. Wyczuwałam napięcie, zanim się jeszcze jawnie pojawiło i wkraczałam zdecydowanie, stając między nimi jak Aris między mną a ojcem. Mój syn dopiero teraz uczy się stawiać granice. Z różnym skutkiem, ale wiem już, że tym musi zająć się sam. 

    Teraz myślę o odkryciu tych trudnych wydarzeń z mojego dzieciństwa jak o BRAMIE przez którą przeszłam na drugą stronę. Dotąd miałam SIŁĘ, żyłam w przetrwaniu, chroniąc wszystko, co miękkie we mnie, przed zranieniem. Teraz odzyskałam MOC. Bo mogę nareszcie połączyć to, co delikatne z tym, co twarde. I jedno drugiego nie wyklucza. 

    Szukałam w życiu znaków, symboli, ludzi, znaczeń. Kiedyś prowadziły mnie kruki i to dobrze, bo przeprowadziły mnie przez ciemność. Potem poprowadził mnie Darek i zawsze będę mu za to wdzięczna. Pokazał mi sny, które mnie poniosły i otworzyły we mnie to, co zamknięte. 

    Szukałam na zewnątrz tego, co miałam w środku. 

    Teraz mam dwa zwierzęta mocy. Moją SALAMANDRĘ – delikatną, nieefektowną, taką rozlaną i trochę rozbebłaną, ale czułą i kochającą. I SZNAUCERA – silnego, odważnego, zdecydowanego obrońcę. Kochającego i pełnego czułości jak mój Aris. 

    Teraz dopiero mogę powiedzieć z pełną stanowczością coś, co powtarzałam od jakiegoś czasu jak mantrę: JESTEM MIŁOŚCIĄ. Bo miłość bez granic jest tylko emocjonalnym uzależnieniem. 

    Ostatnio rzadko miewam sny, nie są mi już tak bardzo potrzebne. Choć zdarzają się bardzo ważne i wspierające. Nie wiem, czy je opiszę. Jeszcze nie wiem, czy nadal będę pisać. 

    Dokopałam się już do źródła. 

    Na dziś ogłaszam koniec objawień.

    Koniec kopania.

    Teraz idę żyć!!! 

  • 82.8. Nieswoja historia – o odzyskaniu prawdy

    Zdałam sobie sprawę, że przez dziesięciolecia opowiadałam o tym niezwykłym psie nieswoją historię, a wieloletnia terapia, medytacje, kontemplacje, zgoda na usłyszenie prawdy o sobie i zdarzenia ostatniego miesiąca wytworzyły przestrzeń na bezpieczne rozszczelnienie słoja z salamandrą.

    To tak, jakby wszechświat podsuwał mi pod nos to, co miałam zobaczyć i poczuć. Historia z rannym Yorkiem („Wytrzymam wszystko” – jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym) uruchomiła we mnie najpierw niepowstrzymany, wręcz irracjonalny szloch, później wspomnienie traumatycznych wydarzeń dotyczących mojej suczki, a w końcu trwający kilka tygodni ból kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Wiedziałam wtedy, że muszę się sobą zająć z czułością, nie wiedziałam jednak, że „psia trauma” jest aż tak głęboka i sięga dzieciństwa.

    Nie ma przypadków. Gdyby nie York, nie zobaczyłabym mojej salamandry.

    W czasie mojego procesu dochodzenia do siebie nauczyłam się, że cokolwiek przychodzi — czy to wspomnienie, czy wydarzenie, czy dziwne lub niewygodne doświadczenie — powinno zostać przyjęte, zauważone, docenione i zintegrowane. Bo wszystko, co przychodzi, nie przychodzi bez powodu.

    Wiedziałam, że jeśli tak bardzo poruszyło mnie cierpienie Yorka, że zeszło do ciała, to poruszyło coś bardzo ważnego i pierwotnego. Psychika wiedziała jednak, że na zobaczenie tego potrzeba czasu, że otwarcie słoja to nie jest tylko kosmetyczna zmiana.

    Trzeba się przygotować, bo kiedy otworzy się słój i wypuści salamandrę, nie będzie już możliwości powrotu. Nie można będzie wtłoczyć tego zwierzęcia z powrotem do ciasnego pojemnika i udawać, że niczego się nie widziało. Trzeba zobaczyć i przyjąć prawdę taką, jaka jest, bez względu na to, jak jest bolesna.

    Zapisywałam więc wtedy przemyślenia, pojawiające się wspomnienia, obrazy, odczucia w ciele. I wszystko mówiło mi, że to coś, czego nie wolno mi zagłuszyć. Że nie „zaczytam” tego kolejną książką rozwojową, nie „zasłucham” kolejnym wykładem, kursem czy szkoleniem.

    A kiedy dotarłam do prawdy, wiedziałam, że muszę ją pierwszy raz naprawdę poczuć. Muszę poczuć złość, smutek, rozpacz. Muszę przeżyć żałobę, której nie wolno mi było przeżywać, kiedy miałam trzynaście lat.

    Musiałam uznać cierpienie tej małej dziewczynki i pozwolić sobie nareszcie je nazwać i przeżyć. Bo to nie była tylko strata psa. To było brutalne rozerwanie więzi. Zamknięcie w dziecku doświadczenia bezpiecznej miłości i opieki w imię status quo chorego systemu rodzinnego.

    Miałam olbrzymi żal do ojca, bo już wiedziałam, dlaczego wybrałam sobie na partnera życiowego mężczyznę niedostępnego emocjonalnie, uzależnionego, który nigdy mnie nie wspierał, nigdy nie stanął w mojej obronie. Skąd moje przekonanie, że „wytrzymam wszystko”, że moje potrzeby nie są istotne, że to ja muszę dawać radę. Dlaczego czułam się zaniepokojona, gdy jakiś mężczyzna próbował otoczyć mnie opieką. Dlaczego tak trudno było mi przyjmować, a tak łatwo dawać.

    Przeżywałam więc i nadal pozwalam sobie przeżywać tę odłożoną w czasie żałobę, bo wiem, że psychika dojrzewa do uwalniania siebie nie przez wielką, gwałtowną rewolucję, ale przez możliwość zobaczenia prawdy.

    Czystej, żywej prawdy bez pakowania jej w ozdobne folie.

    P.s. nie wiem na jakiej zasadzie działa moja podświadomość konstruując sny, ale po napisaniu tego wpisu zdałam sobie sprawę, że we śnie: 68. Jeszcze nie dziś – sen o spotkaniu z najgłębsza raną, odganiam okaleczonego węża filią budowlaną… ciekawe…

  • 82.2. „Wszystko (…) jest piękne” 

    Chodziłam z tą salamandrą cały dzień i myślałam o tym, jak wygląda.  

    O tym, że może dla kogoś mogłaby wydawać się odrażająca. Dla mnie była smutna, samotna, zapomniana i niekochana. A zasługuje na przytulenie, zauważenie i uznanie cierpienia. W ogóle nie przeszkadza mi to, że wygląda jak wygląda. 

    Kiedyś Darek odpowiedział mi, na moją krytykę spłaszczenia symbolu smoka na podstawie tego co zrobiono ze smokiem w Krakowie. Jakie komercyjne badziewie ludzie stworzyli z tego pięknego symbolu. Darek powiedział „… wszystko we wszechświecie jest piękne”. Potraktowałam to jak duchowe pierdolety. A myśląc o mojej salamandrze… wtedy, właśnie w tej jednej chwili naprawdę to poczułam.  

    Ta salamandra jest piękna. Po prostu piękna, taka, jaka jest. To jak została potraktowana nie jest w porządku, ale ona jest doskonała.  

    Chciałam ją wtedy jak najszybciej odpakować i mocno przytulić. 

    Bardzo żałowałam, że nie mogę wymusić kontynuacji tego snu. Chciałam zobaczyć, jak siedzę z olbrzymią salamandrą na kolanach i tulę ją do siebie z miłością. 

    Wiedziałam, że to jest chyba najważniejszy sen w moim życiu.  

    Bo pokazał mi, że muszę zmienić perspektywę… 

    Łatwo jest kochać siebie, kiedy wyglądasz całkiem nieźle, jesteś niegłupia, błyskotliwa, z poczuciem humoru, wzbudzająca zaufanie, opiekuńcza, silna, sprawcza, zdolna, potrafiąca poświęcić się dla innych, kochająca i długo by jeszcze wymieniać… A w środku, na tym bardzo, bardzo głębokim poziomie… tam trudniej się pokochać. 

    Poczułam, że teraz kocham, kocham siebie naprawdę. Również tę smutną, skrzywdzoną, zrezygnowaną, nieefektowną i skrajnie bezradną.  

    I wtedy pojawiła się we mnie złość, bo uzmysłowiłam sobie, że jakaś miękka, bezbronna część mnie musiała zostać zamknięta, żebym ja ta sprawcza i silna mogła przetrwać. 

    Złość kocham już w sobie od dawna, za moc jaką z sobą niesie.  

    Dzięki złości i miłości, którą odkryłam w sobie potrafiłam zejść głębiej. 

    Do samego źródła.  

  • 82.1. Mgła -zanim zrozumiałam wszystko

    Na zamku byłam z moimi „zawodowymi dziećmi”. Rano jeszcze spały, zrobiłam sobie kawę i wyszłam z kubkiem do okalającego zamek parku. Zapisywałam sen, siedząc w altanie pośród rozłożystych dębów i platanów. Było chłodno, nad ziemią snuła się wilgotna mgła. Pomyślałam wtedy, że istocie z mojego snu, również było tak zimno jak mnie. Siedziałam w tej altanie i nie mogłam powstrzymać płaczu. Ten obraz wydał mi się tak przejmujący… 

    Kiedy tylko wróciłam do domu, po raz pierwszy od długiego czasu cieszyłam się, że jestem sama. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mi przeszkadzał. Wyłączyłam telefon i zaczęłam szukać.  

    Pierwsze, o czym pomyślałam, to to, że to jest „mój słój”, że jest we mnie coś, co wymaga uwolnienia, dania większej przestrzeni do wzrostu, i że to, że jest ściśnięte w tym słoju, jest moim zaniedbaniem, zapomnieniem i brakiem troski.   

    Tylko dlaczego pokazało mi się to w taki sposób, dlaczego w środku tkwiła właśnie salamandra? 

    Zapytałam „wujka gugla” o symbolikę tego zwierzęcia i przeczytałam coś co poczułam całą sobą… 

    „…W chińskich i japońskich podaniach dźwięki wydawane przez salamandry przypominają płacz dziecka. W dawnych wierzeniach przyczyniło się to do tworzenia mitów o duszach dzieci uwięzionych w ciele płaza…” 

    Obraz uwięzionego dziecka w ciele salamandry wstrząsnął mną tak mocno jak obraz zwierzęcia ze snu i wtedy przyszło olśnienie. 

    Mieszkanie ze snu było moim mieszkaniem z czasu, kiedy miałam 13-14 lat. Układ pomieszczeń był specyficzny. 

    Mieszkaliśmy wtedy w wieżowcu na 6 piętrze. Trzy pokoje, kuchnia, łazienka. Typowy blok z wielkiej płyty, w jednej z największych dzielnic miasta. Pokój stołowy był kompletnie nieustawny, na jednej ścianie drzwi do przedpokoju, na drugiej okno zajmujące całą ścianę, na trzeciej dwoje drzwi prowadzące do mniejszych pokoi. Kiedy miałam trzynaście lat ojciec w pokoju moich braci wybił drzwi prowadzące do mojego pokoju i zamurował pierwotne wejście do niego.  

    W moim śnie byłam w tym właśnie mieszkaniu. Pierwszy ptak pokazał mi się w pokoju stołowym, drugi na firance okna w pokoju braci i stamtąd weszłam dopiero do pomieszczenia z salamandrą. Weszłam do MOJEGO POKOJU.  

    Wiedziałam już, że to tam właśnie wydarzyło się coś, co uwięziło mnie w słoju, ale co to było? 

    Wiedziałam, że to nie może być przemoc, bo to mam w sobie zaopiekowane i rozliczone. 

    To nie dawało mi spokoju… 

    Co to mogło być? 

  • 82. Salamandra – sen, dzięki któremu zeszłam do źródła

    16/17.05.2026 
    Nów Księżyca. Noc spędziłam w hotelu na zamku położonym na południu Polski. 

    Sen. 

    Większości nie pamiętam. Sen miał logiczny ciąg, ale dużo się zatarło. 

    Pamiętam tylko obrazy. 

    W mieszkaniu był jakiś ptak. Nie wiem, jakiego gatunku, wtedy było to nieważne. Wiedziałam, że nie powinien tam być. Chciałam go złapać i wypuścić na zewnątrz. Udało mi się. 

    Weszłam do drugiego pokoju. Tam była jaskółka uwięziona w firance, też ją uwolniłam. Jaskółka miała zaplątany zielony sznurek wokół skrzydła, odplątałam go przed wypuszczeniem. 

    Po wszystkim zaczęłam się dopiero zastanawiać, jakiego gatunku był pierwszy ptak. Powiedziałam, że to samica kopciuszka, ale nie wiedziałam sama, czy czasem nie upraszczam, bo mógł być to inny ptak. 

    Weszłam do kolejnego pokoju, a tam, na niewysokiej szafce lub może biurku, stał wielki słój. Był plastikowy. 

    Były w nim „jaszczurki”. Nie wiem, czy jest taki gatunek, czy tylko mi się przyśniło, ale widziałam już takiego kształtu otyłe, ciastowate, wielkie salamandry, tylko w kolorze błotnisto-zielonym. 

    Jedna z nich była wielka, zajmowała niemal całą przestrzeń. Siedziała smutno w słoju ze zwieszoną nisko głową. Musiała bardzo się zgarbić, żeby się tam w ogóle zmieścić. Czułam, że przebywa w tym słoju wiele lat, że rosła tam porzucona, a teraz jest zbyt wielka, żeby mogła sama się wydostać. Wiedziałam, że jest uwięziona i samotna pomimo obecności uwijających się na dnie słoja i biegających po niej drobniejszych istot.

    Poruszały się tam zwinnie jakieś malutkie, kolorowe jaszczureczki. Ona nie zwracała na nie uwagi. Miała półprzymknięte niewidzące oczy. 

    To był szokujący obraz. 

    Myślałam, że trzeba natychmiast uwolnić to zwierzę. Widziałam, że odkręcenie zakrętki nic nie da, że to zwierzę jest już za wielkie, nie zmieści się w otwór. Wymyśliłam, że wystarczy wziąć nożyk do tapet i ostrożnie przeciąć słój. 

    Było mi jej żal. Nie ja byłam właścicielem słoja. Mówiłam tej osobie, że musi te zwierzęta natychmiast uwolnić, że to znęcanie się, brak troski, że nie można tak porzucać żywej istoty, ale nic nie zrobiłam. 

    Ten sen zostawił mnie z trudnym do wyjaśnienia bólem. Z olbrzymim ciężarem. 

    Zaczęły wracać obrazy ze snów z przeszłości: zapomniane żaby, porzucone akwaria, odkrycia, że w akwarium przetrwały jakieś stworzenia, że musiały zjadać siebie nawzajem, żeby przetrwać. 

    Ogromne poczucie winy, że zostawiłam je na pastwę losu i nikt się nimi nie zajmował. Że były zupełnie same, porzucone i głodne. Że o nich zapomniałam, że myślałam, że ich nie ma. A one czekały latami, bez opieki. 

    To podłość. To okrucieństwo. 

    Wiedziałam już, że ten sen jest inny, że nie mogę go zostawić, żeby dojrzewał tygodniami. 

    Bardzo chciałam uwolnić salamandrę. Musiałam to zrobić natychmiast. Nie chciałam jej zostawiać zamkniętej ani chwili dłużej. 

    I zrobiłam to. 

    Otwarcie tego słoja było najtrudniejszą rzeczą, jakiej podjęłam się w drodze do siebie. 

    To, co dzięki temu odkryłam, układa się we mnie do dziś. 

    Nadal boli, ale wiem już DLACZEGO. Poznałam wszystkie DLACZEGO, o które pytałam przez lata. 

    I wtedy właśnie otworzyłam drzwi do ostatniego pokoju w mojej wewnętrznej szkole.  

    A w jego środku byłam – JA 

  • 81. Krzesło – sen o zaufaniu do siebie 

    5/6.05.2026 

    Początku nie pamiętam. 

    Znalazłam się na plaży w obcym kraju. Zobaczyłam ptaka i powiedziałem do kogoś, że to albatros. Ptak szedł po piasku. 

    Miałam dotrzeć w jakieś miejsce, ale w tym celu miałam popłynąć dokądś promem. Prom już odpłynął. 

    Miałam w tym śnie jakieś większe moce niż zwykle, jak agent specjalny lub jakiś mini superbohater, i miałam dotrzeć na miejsce z jakąś misją. 

    Pomiędzy miejscem, w którym byłam, a tym, gdzie miałam dotrzeć, była przewieszona metalowa lina i krzesło, ale zupełnie zwykłe, podobne do tego, jakie mam w domu, z przezroczystego plastiku. 

    Usiadłam na tym krześle i sunęłam nad wodą w kierunku celu. Krzesło było niestabilne, ale uwiesiłam się na nim tak sprytnie, że nie spadłam. Wiedziałam, co robię i byłam pewna, że pomimo komplikacji dotrę tam, gdzie trzeba. 

    Celem okazała się świątynia. Nie wiem jaka. W środku był mnich, rozmawiałam z nim o czymś. 

    Wyszłam na zewnątrz. Stał tam autokar z dziećmi. Byli wśród nich chłopcy z mojej firmy. Zapytali, czy mam karty i czy zagram z nimi w kanastę (nigdy w realu nie grałam z dziećmi w karty). Byli rozczarowani, że nie mam kart, bo chcieli zagrać jak zwykle. 

    Powiedziałam im, że to zupełnie inna sytuacja, że są tutaj na wycieczce i nie powinni robić tego, co zwykle, tylko zwiedzać nowe miejsca, że muszę już iść, ale jest mi bardzo miło, że mogłam ich spotkać. 

    Tego snu nie będę interpretować jak zwykle, bo wydarzenia, które bezpośrednio go poprzedzały, dotyczyły innej osoby i były dla mnie bardzo trudne, więc nie chcę wchodzić w szczegóły. 

    Ważniejsze było to, że sen pomógł mi przygotować się do spokojnej, konstruktywnej konfrontacji i opanowania sytuacji następnego dnia. 

    To było cudowne doświadczenie. Jakby sen nie próbował rozwiązać problemu za mnie, ale przypomniał mi, że potrafię sobie z nim poradzić. 

    I rzeczywiście – poradziłam sobie doskonale. 

  • 79. Dopiero wtedy zakwitną kwiaty – sen o granicach

    1/2.05.2026 

    Dzisiejszej nocy była pełnia. 

    Byłam w jakimś domu. Nie był moją własnością. Nie mam pewności, ale chyba nie byłam tam z własnej woli. Były tam również inne osoby. Sprzątałam na podwórzu. Niedawno położono grubą warstwę betonu przy schodach i na jakiejś platformie obok nich. Mój starszy brat wszedł niechcący w ten beton i ugrzązł po kolana. Kiedy próbował się wydostać, zsunął połowę betonu z podestu. Beton zwisał z jednej strony jak kawał grubej gąbki. Nie spadł i nie rozlał się, tylko częściowo spłynął i wygiął się w dół pod wpływem grawitacji. 

    Brat przejął się, że będzie musiał ponieść konsekwencje, bo zniszczył tę dziwną strukturę. Powiedziałam, żeby się tym w ogóle nie przejmował. 

    Była tam moja koleżanka (jest również znajomą Darka). Wsiadła do samochodu z dwoma mężczyznami. Wiedziałam, że sobie poradzi, choć to głównie oni byli zagrożeniem w tym domu. Nie była dla mnie miła. To znaczy zachowywała takie pozory, ale żegnając się ze mną, po zwykłych słowach pożegnania, powiedziała pod nosem do siebie zdanie, w którym stanowczo źle mi życzyła. Dotyczyło ono moich narządów rodnych, bo padło słowo „pochwa”. Nie pamiętam niestety pełnego zdania, które wypowiedziała. 

    Nie przejęłam się tym. Wróciłam do swojej pracy. Chciałam w tym domu kogoś ochronić (dzieci?). Ciekawe jest to, że nie wchodziłam do środka. Byłam stale na podwórzu. 

    Uczelnia. Wychodziłam z zajęć. Wiedziałam, że ON skończył swoje zajęcia jakieś dwa, trzy piętra wyżej. We śnie byliśmy chyba wcześniej parą, ale rozstaliśmy się, nie wiem czemu. Chciałam go tylko zobaczyć, bo spotykał się już z kimś innym, z moją koleżanką ze studiów. Ona poszła już dokądś, bo skończyłyśmy zajęcia wcześniej. 

    Wchodziłam na górę po schodach i usłyszałam kroki piętro wyżej oraz dźwięk otwieranej windy. Winda ruszyła w dół. Wiedziałam, że to ON. Zbiegłam na dół. Weszłam w korytarz na „moim” piętrze i zobaczyłam go. Szedł korytarzem. Miał ogoloną głowę. Bardzo mnie to zdziwiło. Uśmiechnął się na mój widok, ale tak trochę smutno. Odwzajemniłam uśmiech i wyszłam z budynku. Idąc, myślałam o jego uśmiechu i zastanawiałam się, skąd smutek w jego oczach. Myślałam, że jest szczęśliwy. 

    Szłam w stronę barów i jadłodajni. Dogonił mnie. Zapytał, czy możemy zacząć od nowa. Nie byłam pewna, ale powiedziałam, że musiałoby tym razem być zupełnie inaczej, że nie może być tak jak było. Patrzył mi długo w oczy, a potem przytulił mnie z wyraźną ulgą, jakby zeszło z niego napięcie, i pocałował mnie raczej czule niż namiętnie. 

    Poszliśmy w stronę jadłodajni. Restauracja/bar, do którego podeszliśmy, była usytuowana na powietrzu. Lada była lekko półokrągła. My byliśmy po wewnętrznej stronie tego „okręgu”. Stojąc w kolejce, rozmawialiśmy o tym, że super byłoby, gdyby wszystkie jadłodajnie na tym terenie ustawione były na planie dużego koła. Zastanawialiśmy się, czy to możliwe w tej przestrzeni. 

    Przed nami była rodzina Chińczyków. W ogóle knajpka była chyba chińska. Dwie kobiety przygotowywały posiłki, nakładając jedzenie na tace. Na blacie leżały już tace z jedzeniem. ON zamówił dla nas posiłek, ale kobiety nie zwróciły na to w ogóle uwagi. Dotknęłam wtedy jego ręki (trzymał ją cały czas na moim ramieniu) i powiedziałam, że musimy zaczekać, że kobiety nie przyjmą nowego zamówienia, dopóki tace są na blacie. Musimy czekać. 

    Powiedział zdziwiony, że o tym nie wiedział. Z uśmiechem stwierdziłam: 

    „Widzisz, ja też mogę cię czegoś nauczyć”. 

    Nad naszymi głowami zwisały jakieś kwiaty. Były białe, trochę takie pierzaste, zebrane w kiść. Chyba były to kwiaty kasztanowca. 

    Zauważyłam, że moje sny z czasu pełni i nowiu niosą dla mnie szczególne przesłania i nauczyłam się nie interpretować ich od razu, bo często ich znaczenie przychodzi z czasem i nigdy nie są w moim procesie mało istotnym zestawem obrazów. 

    Dziś wiem więcej niż w pierwszych dniach po tej pełni, ale opiszę to przy okazji kolejnych snów. Ten sen miał mnie przygotować na to, co dopiero zobaczę. 

    Po pierwsze pokazał mi, że to, w czym tkwi mój brat, nie jest monolitem. Jest czymś, co udaje fundament, ale pod naciskiem z lekkością się przesuwa. Pokazał też, że mój stosunek do tego, co mnie spotyka, nacechowany jest już spokojem i pewnością, ale chronię jeszcze coś, co jest w domu, do którego na razie nie jestem gotowa wejść. 

    To dobry sen. Lubię siebie taką wyważoną, nie pozwalam wciągać się w cudzy chaos, nie odpowiadam na agresję bez znaczenia i stawiam jasne granice, nie zamykając się na ludzi. Od jakiegoś czasu obserwuję siebie taką w rzeczywistości, a ostatnio przychodzi mi to zaskakująco naturalnie. 

    Co ciekawe, w śnie pojawił się Darek (byłam przekonana, że to on), ale ciało miał inne. Wyglądał jak ten mężczyzna, który w śnie, w którym uwolniłam Darka z piwnicy, w której sama go wcześniej zamknęłam, ściąga z twarzy maskę i staje się kimś innym. (https://wcieniukruka.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/

    A granica, którą postawiłam mu w śnie, brzmi jak niepostawione nigdy pytanie. 

    „Bo musiałoby tym razem być zupełnie inaczej”. 

    To znaczy… inaczej niż…? 

    Na to pytanie odpowiada sen, który przyśnił mi się tydzień później. 

    Na taką pseudo relację, jaką sen 80 pokazał już nigdy się nie zgodzę.

  • 76. Algorytm. Sen o tym, co wyskakuje z nory.

    22/23.04.2026 

    Miałam dzisiaj dziwny sen. 

    Szłam polami z moim synem i może z kimś jeszcze. Zobaczyłam przepiękny widok: złociste zboże rosnące w dużej kępie, ozdobione makami i chabrami. Przepiękne na tle równie złocistego nieba, w cudownym świetle. 

    Chciałam zrobić zdjęcie, ale jak to zwykle bywa w moich snach – nie dało się. W moim aparacie nie było już pamięci. 

    Szliśmy dalej. Na polanie leżała olbrzymia, płaska donica, wysoka na około 30 cm i o średnicy około 3–4 metrów. Rosła w niej jakaś roślina, ale nie pamiętam jaka. Ziemia w donicy była przelana. 

    Wyjęłam całą zawartość i wyciskałam ją jak gąbkę. (To było niesamowite wrażenie, bo albo ja musiałam się do tej operacji powiększyć, albo donica zmalała). 

    Potem starannie ułożyłam z powrotem roślinę i ziemię wokół niej. 

    Szliśmy dalej. 

    Jakiś człowiek – nie wiem, czy właściciel terenu, czy po prostu mieszkaniec – powiedział, żebym uważała na pająki wyskakujące z norek znajdujących się na niewielkiej skarpie. 

    Zobaczyłam, jak z dziury w piasku wyskakuje pająk. Skoczył najpierw w prawo, potem w lewo, a dopiero wtedy na mnie, jakby musiał poruszać się według określonego wzoru. 

    Wystraszyłam się i strzepnęłam go z siebie. 

    Widziałam, jak inne pająki wyskakiwały z norek dokładnie w ten sam sposób. 

    Postanowiłam, że musimy stamtąd odejść. 

    W rzeczywistości ze wszystkich istot, boję się tylko pająków. 

    No cóż… poza pająkami boję się jeszcze czegoś. 

    Panicznie boję się, że mój syn powtórzy rodzinny wzorzec. W tamtym czasie przeżywał trudne chwile. Nie radził sobie po rozstaniu z dziewczyną i próbował regulować napięcie za pomocą alkoholu. 

    Widziałam, jak narasta we mnie lęk i nie czekałam. Byłam zdecydowana nie tylko chronić własne dziecko, ale także bronić własnych granic. 

    Najbardziej na świecie boję się tego algorytmu: 

    prawo, lewo, atak. 

    Musiałam strzepnąć z siebie tego pająka i odejść. 

    Na szczęście mój syn nadal idzie ze mną.