W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Kategoria: Sny i wizje

Sny i inne obrazy z pogranicza jawy i snu. To co przychodzi z nieświadomości i pomaga mi lepiej zrozumieć proces w którym jestem.

  • Trzeba już odejść od stolika II — Czerwone drzwi 

    Dziś muszę wrócić do historii przerwanej w PIĄTEK 28 sierpnia. 

    Po zwolnieniu Darka z funkcji, jaką pełnił w moim życiu i naprawdę pod każdym względem dobrym lunchu wróciłam do domu, zabrałam ze sobą dwie pary butów kupionych poprzedniego wieczora i poszłam do szpitala. 

    Bardzo chciałam, żeby moja przyjaciółka sama wybrała te, w których wyruszy w ostatnią drogę. 

    Spała, kiedy weszłam do sali. Przyszła nasza koleżanka z pracy. Rozmawiałyśmy chwilę i wtedy przebudziła się na moment, ale nie było już z nią pełnego kontaktu. Koleżanka mówiła, żeby nie odchodziła, że nie może nas zostawić, że jeszcze nie teraz. 

    Zdenerwowało mnie to bardzo, bo wydało mi się egoistyczne. Ona chciała już odejść. Miała do kogo. Po drugiej stronie czekały na nią matka i córka. Tu było już tylko cierpienie. Rak jajnika z przerzutami do całej jamy brzusznej i ból. 

    Poiłam ją butelką dla dzieci z wesołym leniwcem zwisającym beztrosko z gałęzi. Dotarło do mnie, że to może być ostatni moment i wyprosiłam koleżankę na chwilę. Kiedy się zbierała, pomyślałam, że nie chcę szeptać, więc wyprosiłam również pacjentkę leżącą na drugim łóżku. 

    Wyszły. 

    Podziękowałam wtedy mojej drugiej matce za całe dobro, jakie wniosła do mojego życia. Powiedziałam, że sobie poradzę. Opowiedziałam o lunchu i o tym, że poznałam dziś naprawdę fajnego faceta. Poprosiłam, żeby nie martwiła się o nas. Powiedziałam, że zostawia ten świat w lepszej kondycji, niż go zastała, i że zabiorę ze sobą wszystko, czego mnie nauczyła. 

    SOBOTA 

    Od piątku wszędzie już i we wszystkim widziałam znaki. 

    Kiedy jak co dzień piłam poranną kawę na balkonie, na śniadanie przyleciał mój zaprzyjaźniony gołąb. Karmiłam go ziarnami, odwrócona tyłem do stolika, kiedy usłyszałam za plecami szum skrzydeł. 

    Przyleciał zupełnie obcy gołąb i wylądował, obejmując łapkami brzegi mojego ulubionego kubka. Po chwili wzbił się w powietrze, zrzucając jednocześnie kubek na podłogę. 

    Patrzyłam na rozlaną kawę i kawałki rozbitej porcelany i widziałam już tylko nadchodzącą śmierć. 

    Moja przyjaciółka już się nie obudziła. Nie piła. Pielęgniarka zapytała, czy podam jej leki. Pytanie było dla mnie zupełnie absurdalne. Patrzyłam na nią oszołomiona. Bo jak? Jakim cudem podać tabletkę nieprzytomnej osobie? 

    Poprosiłam, żeby podano leki w kroplówce. Po godzinie podano jej paracetamol. Wydawało mi się, że to wystarczyło. Oddychała już spokojniej. 

    Po pracy przyszłam jeszcze na chwilę. Zastałam je wszystkie. 

    Mówiła, że musi nas sobie przedstawić. Podobno wiele nas ze sobą łączyło. 

    Było nas pięć. One stały po dwie po obu stronach łóżka, ja stanęłam pośrodku. 

    Jedna z nich odezwała się wreszcie: 

    „Wyglądamy jak czarownice”. 

    „Ale dobre” — odpowiedziałam. 

    Pomyślałam wtedy, że gdybyśmy chwyciły się za ręce i myślały intensywnie o tym, jak ONA wchodzi do wyśnionego przez siebie różanego ogrodu i wita się z oczekującymi na nią matką i córką, może pomogłybyśmy jej odejść. Nie miałam jednak śmiałości, żeby wypowiedzieć tę myśl na głos. 

    Wyszłyśmy na korytarz. Przedstawiłam się. Wiedziały, kim jestem i ja wiedziałam, kim one są. Słyszałyśmy już przecież o sobie nawzajem. Wymieniłyśmy się telefonami i ustaliłyśmy dyżury. 

    NIEDZIELA 

    Wychodząc rano z domu, na klatce schodowej zobaczyłam piękną, olbrzymią ćmę. Tłukła skrzydłami o szybę, migocząc czerwono nakrapianymi skrzydłami. Pomyślałam wtedy o butach. Moja przyjaciółka nie była na tyle przytomna, żeby móc samodzielnie je wybrać. Wybrałyśmy za nią. Czerwone czółenka z eleganckim paskiem na niewysokim, zgrabnym obcasie. Wyglądały, jakby miała tańczyć w nich flamenco. 

    Kiedyś, kiedy siedziałyśmy w naszej ulubionej kawiarni, opowiadała mi o swojej matce. Za pierwsze zarobione pieniądze kupiła sobie buty. Była szczęśliwa, kiedy przyniosła je do domu. Położyła pudełko na stole i otworzyła, pokazując swojej matce (babci mojej przyjaciółki) piękne czerwone półbuty na niewysokim obcasie. Kobieta otworzyła szeroko oczy i powiedziała: 

    „Dziecko. Ty nie możesz tego założyć. Ty wiesz, kto chodzi w takich butach? W TAKICH butach chodzą tylko ARTYSTKI!” 

    Mama mojej przyjaciółki zmuszona była oddać buty do sklepu, a historia ta była przekazywana z pokolenia na pokolenie w ich rodzinie jako barwna anegdota. Dla mojej przyjaciółki czerwone buty stały się symbolem kobiecego wyzwolenia. Wtedy właśnie, przy kawiarnianym stoliku, usłyszałam od niej po raz pierwszy, w jakim obuwiu chce przekroczyć ostatni próg. Obiecałam, że tego dopilnuję. Wtedy wydało mi się to całkiem zabawne — taki rodowy bunt z przytupem. Taki bunt wymagał porządnego obcasa. 

    Ale w chwili, kiedy wypuszczałam ćmę na wolność, nie widziałam w tym nic zabawnego. Bałam się, że po przyjściu do szpitala zastanę puste łóżko. 

    Była tam jeszcze. Nie otworzyła już oczu. Miałam wrażenie, że jest zniecierpliwiona zabiegami wokół niej, przypinaniem kroplówki, dotykiem, zwilżaniem ust. Miała taki wyraz twarzy, jakby chciała powiedzieć: „Zostawcie mnie już w spokoju”, a może tylko mi się wydawało. 

    PONIEDZIAŁEK 

    Wcześnie rano prasowałam koszulki, które zabrałam wczoraj ze szpitala, żeby je wyprać, kiedy przyszedł SMS. Tego dnia nie płakałam po raz pierwszy od czwartku. Dokończyłam prasowanie, poskładałam koszulki i zamknęłam je w kartonowym pudełku. Schowałam je w garderobie. 

    Miała zwyczaj noszenia ubrań „do końca”, a i wtedy dało się coś jeszcze zrobić i przynosiła je do mnie. Zszywałyśmy sprute brzegi, naszywałyśmy łaty na przetarcia. Mówiła: „Ja te spodnie tak lubię”. 

    Turkusowa koszulka w maleńkie czarne jaskółki. Pakując ją do pudełka, myślałam o tym, że trafiłaby już niedługo do mojego domowego warsztatu. 

    Nie pamiętam wiele z tego dnia. Jakieś ustalenia: kto co robi, co potrzeba, kto gdzie jedzie. Po podziale wypadły mi tylko wspomnienia, rajstopy, dostarczenie ubrań i dopilnowanie czy zakład pogrzebowy należycie przygotował ją do pożegnania przed kremacją. 

    Czułam, że to mało. Dużo za mało. 

    WTOREK 

    Pogrzeb ustalony na sobotę. Nic do zrobienia. Dziewczyny chciały złożyć się ze mną na buty. Odmówiłam. Poprosiłam, żeby kupiły sukienkę do kompletu. 

    ŚRODA 

    Miałam kupić rajstopy i zawieźć ubrania do zakładu pogrzebowego. Nie byłam pewna czy to właściwe. Ona bardzo nie lubiła nosić rajstop. Tylko że zawsze chodziła w spodniach. 

    Stojąc nad półką z rajstopami w Rossmannie, biłam się z myślami. Pomyślałam, że jak szaleć, to szaleć. Jest obcas, to i rajstopy powinny być najlepsze. Kupiłam dwie pary. Tak w razie czego. 

    Przekazałam do zakładu pogrzebowego ubrania i ostatnie instrukcje. 

    CZWARTEK 

    Mam sprawdzić, czy wszystko przygotowane. Stoję przed drzwiami do sali pożegnań. Stoję i czytam napis wygrawerowany na złotej tabliczce. Czytam już któryś z kolei raz… POŻEGNAŃ… 

    Wchodzę w końcu. 

    I nagle okazuje się, że mam problem z rozpoznaniem w tej osobie mojej przyjaciółki. Włosy się zgadzają, wzrost się zgadza, dłonie są znajome, ale niczego więcej nie rozpoznaję. Rysy twarzy zmienione, na rękach siniaki po wenflonach. Pomyślałam, że powinni to jakoś zapudrować. A później przyszło mi do głowy, że ona kochała prawdę. Żadnego więc pudrowania. 

    Trumna była niewielka, wnętrze jasne, chyba kremowe. Wokół ciała białe i różowe kwiaty i… nogi. Patrzyłam na nogi. Nie były ułożone „na baczność”. Sprawiały wrażenie, jakby zastygła w półkroku. Pomyślałam, że jest w drodze i że tego też nie trzeba zmieniać. 

    Buty i sukienka były niemal idealnie w tym samym odcieniu ciemnomalinowej czerwieni. Wyglądały pięknie. Wyobraziłam sobie, jak wchodzi do różanego ogrodu, a jej matka i córka witają ją z entuzjazmem. Ona rozkłada ręce na boki i obraca się z dumą i śmieją się z tego jak z rodowego dowcipu. 

    I wtedy… 

    Wtedy zobaczyłam czerwone, ciężkie metalowe drzwi i przypomniało mi się to, co zobaczyłam w marcu, leżąc zapłakana w wannie wypełnionej ciepłą wodą. I przypomniałam sobie wirujący ogień. 

    I pomyślałam. Dziś kremacja. 

    Wtedy, w marcu, myślałam o prababci. Nie wiedziałam jeszcze, co znaczą czerwone drzwi. Później odczytałam je jako kolejny próg prowadzący mnie ku życiu, a ogień jako coś, co odnalazłam w sobie. 

    Stojąc teraz nad czerwienią w trumnie, wiedziałam, że bardzo się pomyliłam. Że dziś oddaję ogniu tę czerwień, która leży przede mną. I nie o moje życie wtedy chodziło. 

    I nie o mój próg. 

  • Trzeba już odejść od stolika I — Pamiętam

    2/3.10.2026 

    Byłam w mieszkaniu, które zamierzał wynająć mój syn i jego dziewczyna, z którą w rzeczywistości się już rozstał. We śnie wrócili do siebie i postanowili zamieszkać razem. Zaprosili mnie tam, żeby pokazać mi ich przyszłe gniazdko. Do mieszkania wszedł Darek. Przedstawiłam go synowi i zostawiłam ich pogrążonych w rozmowie. Wychodząc pomyślałam, że znów będę mieszkać sama. Nie pamiętam czy bardziej byłam zadowolona z tego faktu, czy zmartwiona, że mój syn popełnia błąd wiążąc się z dziewczyną, która już raz udowodniła mu, że nie potrafi utrzymać relacji. 

    Znalazłam się w kawiarni. Na miękkiej kanapie lub fotelu, przy niskim kwadratowym stoliku siedziała moja zmarła przed miesiącem przyjaciółka. Usiadłam naprzeciwko. Obok siedziała któraś z przyjaciółek jej nieżyjącej od kilku lat córki. Miałyśmy spisać wspomnienia o niej. Wyciągnęłam swoje notatki i pamiątki jakie mi po niej zostały. Nie było tego wiele, wszystko mogłoby się zmieścić w kieszeni. Najpierw czytałam na głos wszystko co miałam zapisane, a przyjaciółka, którą czasem nazywałam moją zastępczą mamą potwierdzała wszystko, co jest ważne. Później pokazałam jej wszystkie pamiątki, jakie po niej zgromadziłam. Szczególnie zainteresowała ją biżuteria (nie istnieje w rzeczywistości). Kolczyki misternie plecione z cieniutkich, srebrnych, oksydowanych nici, w kształcie maleńkich prostokątnych sześcianów i zawieszka lub broszka do kompletu. Skupiłyśmy uwagę na kolczykach. Były maluśkie i nieprawdopodobnie precyzyjnie wykonane. Do kawiarni wszedł Darek. Zobaczył mnie, ale nie podszedł. Wiedziałam, że nie chce nam przeszkadzać. Usiadł blisko wejścia do kawiarni. 

    Powiedziałam przyjaciółce kim jest. Użyłam słów: ” to ten dobry człowiek, o którym Ci opowiadałam. Myślałam, że się pomyliłam, że Cię oszukałam. Ale on naprawdę okazał się dobrym człowiekiem.” 

    Byłam trochę zniecierpliwiona, że moja przyjaciółka tak długo ogląda te drobiazgi. Chciałam już do niego iść. Zauważyła to chyba bo albo powiedziała, albo dała mi do zrozumienia, że powinnam wstać od stołu, że powinnam już odejść. 

    Wstałam i odchodząc zastanawiałam się, czy Darek ją widział, bo przecież rozmawiałam ze zmarłą, więc nie było to takie oczywiste. 

    Podeszłam do niego i usiadłam mu na kolanach. Odwrócona przodem do niego oplotłam go nogami i rękoma. Byłam w niego absolutnie wtulona. On też objął mnie z wielką czułością i trwaliśmy tak długą chwilę. Darek był odwrócony tyłem do drzwi, nie widział pary, która weszła do środka. To byli jego rodzice. Matka na nasz widok zatrzymała się w półkroku i miała cudownie rozczulony wyraz twarzy, ojciec uśmiechał się i wyglądał na zadowolonego. Wyszliśmy z nimi z kawiarni, ale wydaje mi się, że Darek mnie niósł. Miałam iść z nimi, ale postanowiłam, że najpierw musimy wrócić do mnie po buty, których nie miałam na stopach. Mama Darka namawiała mnie, żebym szła boso, że bez butów będzie mi wygodniej, ale uparłam się. Zabrałam czarne baleriny i powiedziałam, że teraz już mogę z nimi iść. 

    To bardzo trudny dla mnie sen. Po przebudzeniu dotarło do mnie, dlaczego przez tak długi czas nie byłam w stanie opisać ostatnich wydarzeń. Czułam, że kiedy napiszę o niej, to będzie jak ostateczne pożegnanie. Będę musiała w pewnym sensie puścić rękaw, za który ją trzymam z nadzieją, że dzięki temu nie odejdzie. Ale odeszła przecież i niczego w tej sprawie nie jestem w stanie zrobić. Mogę jednak uporządkować wspomnienia i pamiątki, a później wrócić do życia, bo tego zawsze dla mnie chciała. Chciała, żebym żyła w pełni. 

    Poznałyśmy się dwadzieścia sześć lat temu. Zatrudniłam się w szkole podstawowej. To była moja pierwsza praca bezpośrednio po studiach. Byłam wystraszona. Nigdy nie chciałam pracować z dziećmi, wydawały mi się większym wyzwaniem niż przestępcy w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Marzyłam o tym, że będę przywracać społeczeństwu te mocno zabłąkane owce, ale dzieci? Dzieci to ja się naprawdę bałam. 😉 

    Przez pierwsze dni obserwowałam JĄ z rosnącym z dnia na dzień podziwem. Rozmawiała z dzieciakami w sposób, który mnie zachwycił i z czasem stał się również moim sposobem rozmowy z nimi. Do każdego dziecka podchodziła bowiem z takim samym szacunkiem, uwagą i troską jak do każdej osoby, bez względu na wiek. W zwykłej rozmowie z uczniem na szkolnym korytarzu była ciekawa człowieka. Pytała, co myśli, co czuje, jak to czy coś innego widzi. Interesowało ją zdanie dziecka i zawsze słuchała z uwagą. W jej towarzystwie człowiek czuł, że jest najzwyczajniej w świecie ważny. 

    I wiedziałam już, że w pracy z dziećmi najważniejsze nie są metody i techniki, ale szacunek i uważność. To była pierwsza lekcja, jakiej mi udzieliła. 

    Zaprzyjaźniłyśmy się szybko. Było w niej coś tak dla mnie znajomego, że nie zwracając uwagi na trzydzieści lat różnicy wieku, szybko stała się częścią mojego życia. Łączyła nas nie tylko miłość do pracy z dziećmi, ale miłość w ogóle. Do świata, sztuki, muzyki, kina, literatury i całego piękna, które nas otacza. 

    Szczególnie ukochałyśmy kontakt ze zwierzętami. Mogłyśmy godzinami rozmawiać o sikorkach, które odwiedzały jej balkon. Dzwoniła czasem i mówiła: „Odwiedził mnie ptaszek, miał czarną czapeczkę, szarawe piórka…”. Dopytywałam o wielkość, długość ogona, kształt dzioba. Czasem otwierałam przewodnik Collinsa, zanim ustaliłyśmy, kto wpadł na słonecznik. 

    Dwa tygodnie przed śmiercią stała smutna nad zwłokami ptaka leżącego na drodze przed jej blokiem. Chciała wiedzieć, co to za piękne stworzenie straciło życie pod kołami. Ustaliłyśmy, że to pustułka. Bardzo żałowała, że nie widzi jej w locie. 

    Kiedy odeszła na emeryturę, nic już nie było takie jak dawniej. Zmieniła się nie tylko atmosfera w pracy. Zmieniły się zasady. Pozostanie sobą stało się codzienną walką o przetrwanie. A jej: „Dziecko, ty się w tej szkole marnujesz” pozwoliło mi uwierzyć, że świat czeka na mnie i moje pomysły, jak upiększać go codziennie. Jak tworzyć dobro, zachowując jednocześnie wolność. 

    To nigdy nie było łatwe, ale zawsze mogłam na nią liczyć. Jej „dasz radę” nigdy nie było pustym hasłem. Zawsze popierała je wspomnieniem tego, co już mi się udało. „A pamiętasz, jak byłaś bez grosza…”, „Pamiętasz, jak świat się zawalił, a ty szłaś dalej z podniesioną głową…”, „Z tyloma trudnościami sobie poradziłaś, dlaczego teraz miałoby być inaczej?”. 

    Nauczyła mnie też, jak być dobrą matką. Moja mama nie miała zasobów, żeby mnie tego nauczyć. Zawsze byłam troskliwa i opiekuńcza, ale pewne subtelne naleciałości z mojego własnego dzieciństwa wkradały się czasem do mojej relacji z dzieckiem. 

    Mój syn miał może dwa latka, może mniej. Popełnił jakiś dziecięcy błąd, zupełnie nieistotny, a ja żartowałam z niego tak, jak robił to mój ojciec, kiedy byłam mała. Nie zauważyłam nawet, że to robię. Ona ze spokojem i troską powiedziała wtedy: 

    „Nie rób tego, skarbie. On to słyszy i zapamięta”. 

    I zdałam sobie sprawę, że ja pamiętam. I że nadal boli. 

    Czasem przyłapywałam się później na tym, że reaguję w sposób, który znałam z rodzinnego domu. Dzięki temu jednemu zdaniu, wypowiedzianemu w odpowiednim czasie, mogłam się zatrzymać. A jeśli z jakiegoś powodu mi się nie udało — mogłam przeprosić swoje dziecko. 

    Kiedy trafiłam na terapię dla współuzależnionych i przestałam się wstydzić mówić o tym, z czym na co dzień muszę się mierzyć, ona była pierwszą osobą, której o tym opowiedziałam. Nie bałam się, że mnie oceni. Bałam się, że będzie jej przykro, że nie powiedziałam jej o tym wcześniej. 

    Siedziałyśmy w naszej ulubionej kawiarni, a ona zamiast mnie pocieszać, opowiedziała mi o sobie i swoim krótkim małżeństwie. I wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, czym jest głęboka empatia. 

    Można współczuć, można pochylać się nad kimś, można nawet przytulić i nadal tylko współczuć. Ale jeśli przez chwilę chociaż byłeś w tym samym miejscu, wtedy możesz również naprawdę rozumieć. A to jest bezcenne. 

    W trudnym dla mnie czasie, w którym musiałam poradzić sobie z rozstaniem, rozwodem i walką o przetrwanie, była dla mnie bezcennym skarbem. Nie tylko współczuła. Naprawdę wspierała i rozumiała, bo była kiedyś w tej samej ciemności, przez którą ja musiałam przejść. Powtarzała zawsze: „Ty i dziecko. Tylko wasze dobro się liczy”. 

    Ona walczyła o siebie i córkę, wiedziałam więc, że mnie również się uda. Wychowała swoje dziecko na bardzo mądrą, świadomą i silną kobietę. Świat nie miał dla niej granic. Miały cudowną relację, pełną miłości, szacunku i wiary w siebie nawzajem. 

    Jej córka zmarła nagle. Nie znaleziono przyczyny. Zatrzymało się serce. 

    Moja przyjaciółka nigdy w pełni nie podniosła się po śmierci jedynego dziecka. Przeżyła jeszcze cztery lata. Żyła naszym życiem. Moim i mojego dziecka, życiem najbliższych przyjaciółek swojej córki i życiem ich rodzin. Ale to już nie było to samo. Nie mogło być. 

    Zawsze powtarzała, że dobry nauczyciel choruje tylko w święta, ferie i wakacje. 

    Była najlepszym z nauczycieli. 

    Zmarła w nocy z 30 na 31 sierpnia. 

  • 83. KONIEC – TERAZ IDĘ ŻYĆ! 

    Pogrążona w starej traumie, w żałobie przeżywanej po kilkudziesięciu latach zamrożenia, miałam jedną przewagę nad tym trzynastoletnim dzieckiem, które doznało straty. Mam siebie, doświadczenie i zaufanie we własne możliwości. 

    Obiecałam sobie, że w tym blogu nie będę używała terminów psychologicznych, ale zrobię wyjątek, bo tę moją cechę/umiejętność cenię najbardziej. Rezyliencja to coś, co pomogło mi przetrwać i wciąż na nowo dodaje mi skrzydeł. I w tym wypadku również mi pomogła. 

    Kiedy siedziałam na mojej ulubionej żabiej ławeczce, płacząc i tuląc to skrzywdzone dziecko w sobie, pomyślałam: „Zaraz… ale przecież wszystko jest po coś”. 

    Gdyby nie Aris i jego strata, gdzie bym teraz była? 

    Tylko ja z trójki rodzeństwa wyprowadziłam się z domu. Tylko ja skończyłam studia, kupiłam mieszkanie, założyłam firmę, radzę sobie sama. Na pewno, gdybym urodziła się we wspierającej rodzinie, dostałabym na tacy to, co sama musiałam sobie wyszarpać, ale… wyszarpałam. Moi bracia nie mieli zasobu, który ja miałam. 

    Kiedy miałam czternaście lat, mój ojciec uderzył mnie po raz ostatni. Nie myślałam wtedy, nie analizowałam. Moja ręka automatycznie ułożyła się w pięść i poszybowała w kierunku jego twarzy. 

    To był mój Aris. To była moja granica. Nienegocjowalna. 

    Ojciec nie odzywał się do mnie przez pół roku, ale nigdy więcej mnie nie dotknął i zawsze już traktował z szacunkiem. Bardziej jako partnerkę niż córkę, co również było chore, bo deprecjonował przy tym moją matkę, ale dzięki temu mogłam iść w świat. 

    Spotkanie z Arisem pozwoliło mi znaleźć w sobie odwagę, aby bronić słabych, aby pomagać i otaczać opieką tych, którzy tego potrzebują. W mojej pracy okazało się to niezbędne. 

    W domu przesadzałam trochę, bo mój syn nie musiał nigdy konfrontować się z agresywnym ojcem. Wyczuwałam napięcie, zanim się jeszcze jawnie pojawiło i wkraczałam zdecydowanie, stając między nimi jak Aris między mną a ojcem. Mój syn dopiero teraz uczy się stawiać granice. Z różnym skutkiem, ale wiem już, że tym musi zająć się sam. 

    Teraz myślę o odkryciu tych trudnych wydarzeń z mojego dzieciństwa jak o BRAMIE przez którą przeszłam na drugą stronę. Dotąd miałam SIŁĘ, żyłam w przetrwaniu, chroniąc wszystko, co miękkie we mnie, przed zranieniem. Teraz odzyskałam MOC. Bo mogę nareszcie połączyć to, co delikatne z tym, co twarde. I jedno drugiego nie wyklucza. 

    Szukałam w życiu znaków, symboli, ludzi, znaczeń. Kiedyś prowadziły mnie kruki i to dobrze, bo przeprowadziły mnie przez ciemność. Potem poprowadził mnie Darek i zawsze będę mu za to wdzięczna. Pokazał mi sny, które mnie poniosły i otworzyły we mnie to, co zamknięte. 

    Szukałam na zewnątrz tego, co miałam w środku. 

    Teraz mam dwa zwierzęta mocy. Moją SALAMANDRĘ – delikatną, nieefektowną, taką rozlaną i trochę rozbebłaną, ale czułą i kochającą. I SZNAUCERA – silnego, odważnego, zdecydowanego obrońcę. Kochającego i pełnego czułości jak mój Aris. 

    Teraz dopiero mogę powiedzieć z pełną stanowczością coś, co powtarzałam od jakiegoś czasu jak mantrę: JESTEM MIŁOŚCIĄ. Bo miłość bez granic jest tylko emocjonalnym uzależnieniem. 

    Ostatnio rzadko miewam sny, nie są mi już tak bardzo potrzebne. Choć zdarzają się bardzo ważne i wspierające. Nie wiem, czy je opiszę. Jeszcze nie wiem, czy nadal będę pisać. 

    Dokopałam się już do źródła. 

    Na dziś ogłaszam koniec objawień.

    Koniec kopania.

    Teraz idę żyć!!! 

  • 82.8. Nieswoja historia – o odzyskaniu prawdy

    Zdałam sobie sprawę, że przez dziesięciolecia opowiadałam o tym niezwykłym psie nieswoją historię, a wieloletnia terapia, medytacje, kontemplacje, zgoda na usłyszenie prawdy o sobie i zdarzenia ostatniego miesiąca wytworzyły przestrzeń na bezpieczne rozszczelnienie słoja z salamandrą.

    To tak, jakby wszechświat podsuwał mi pod nos to, co miałam zobaczyć i poczuć. Historia z rannym Yorkiem („Wytrzymam wszystko” – jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym) uruchomiła we mnie najpierw niepowstrzymany, wręcz irracjonalny szloch, później wspomnienie traumatycznych wydarzeń dotyczących mojej suczki, a w końcu trwający kilka tygodni ból kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Wiedziałam wtedy, że muszę się sobą zająć z czułością, nie wiedziałam jednak, że „psia trauma” jest aż tak głęboka i sięga dzieciństwa.

    Nie ma przypadków. Gdyby nie York, nie zobaczyłabym mojej salamandry.

    W czasie mojego procesu dochodzenia do siebie nauczyłam się, że cokolwiek przychodzi — czy to wspomnienie, czy wydarzenie, czy dziwne lub niewygodne doświadczenie — powinno zostać przyjęte, zauważone, docenione i zintegrowane. Bo wszystko, co przychodzi, nie przychodzi bez powodu.

    Wiedziałam, że jeśli tak bardzo poruszyło mnie cierpienie Yorka, że zeszło do ciała, to poruszyło coś bardzo ważnego i pierwotnego. Psychika wiedziała jednak, że na zobaczenie tego potrzeba czasu, że otwarcie słoja to nie jest tylko kosmetyczna zmiana.

    Trzeba się przygotować, bo kiedy otworzy się słój i wypuści salamandrę, nie będzie już możliwości powrotu. Nie można będzie wtłoczyć tego zwierzęcia z powrotem do ciasnego pojemnika i udawać, że niczego się nie widziało. Trzeba zobaczyć i przyjąć prawdę taką, jaka jest, bez względu na to, jak jest bolesna.

    Zapisywałam więc wtedy przemyślenia, pojawiające się wspomnienia, obrazy, odczucia w ciele. I wszystko mówiło mi, że to coś, czego nie wolno mi zagłuszyć. Że nie „zaczytam” tego kolejną książką rozwojową, nie „zasłucham” kolejnym wykładem, kursem czy szkoleniem.

    A kiedy dotarłam do prawdy, wiedziałam, że muszę ją pierwszy raz naprawdę poczuć. Muszę poczuć złość, smutek, rozpacz. Muszę przeżyć żałobę, której nie wolno mi było przeżywać, kiedy miałam trzynaście lat.

    Musiałam uznać cierpienie tej małej dziewczynki i pozwolić sobie nareszcie je nazwać i przeżyć. Bo to nie była tylko strata psa. To było brutalne rozerwanie więzi. Zamknięcie w dziecku doświadczenia bezpiecznej miłości i opieki w imię status quo chorego systemu rodzinnego.

    Miałam olbrzymi żal do ojca, bo już wiedziałam, dlaczego wybrałam sobie na partnera życiowego mężczyznę niedostępnego emocjonalnie, uzależnionego, który nigdy mnie nie wspierał, nigdy nie stanął w mojej obronie. Skąd moje przekonanie, że „wytrzymam wszystko”, że moje potrzeby nie są istotne, że to ja muszę dawać radę. Dlaczego czułam się zaniepokojona, gdy jakiś mężczyzna próbował otoczyć mnie opieką. Dlaczego tak trudno było mi przyjmować, a tak łatwo dawać.

    Przeżywałam więc i nadal pozwalam sobie przeżywać tę odłożoną w czasie żałobę, bo wiem, że psychika dojrzewa do uwalniania siebie nie przez wielką, gwałtowną rewolucję, ale przez możliwość zobaczenia prawdy.

    Czystej, żywej prawdy bez pakowania jej w ozdobne folie.

    P.s. nie wiem na jakiej zasadzie działa moja podświadomość konstruując sny, ale po napisaniu tego wpisu zdałam sobie sprawę, że we śnie: 68. Jeszcze nie dziś – sen o spotkaniu z najgłębsza raną, odganiam okaleczonego węża filią budowlaną… ciekawe…

  • 82.7. Aris – pies, który musiał zniknąć 

    Kiedy następnego dnia wróciłam ze szkoły przywitała mnie cisza. Aris zwykle robił z mojego powrotu do domu wielką sensację. Cieszył się tak bardzo jakbyśmy nie widzieli się tygodniami. A to było zaledwie kilka godzin. 

    Tym razem przywitała mnie przejmująca jak wycie syreny alarmowej CISZA.  

    Arisa nie było w domu.  

    Nie było jego posłania, jego misek ani smyczy, która zawsze wisiała w przedpokoju. 

    Bardzo się bałam, ale miałam jeszcze nadzieję, że może ktoś zabrał go na spacer. Choć tylko ja się tym zajmowałam.  

    Kiedy ojciec wrócił do domu opowiedział mi historię, którą opowiadałam później przez całe moje życie. Historię romantyczną. Heroiczną. I – dziś to wiem – nieprawdziwą. Taką, w którą zmuszona byłam uwierzyć. To właśnie ta opowieść leżała u podstaw przekonań, które później prowadziły mnie przez życie i wpłynęły na wiele podejmowanych przeze mnie decyzji. 

    Podobno, kiedy tylko mój ojciec spostrzegł, na jak mądrego i oddanego obrońcę wychowałam Arisa postanowił, oddać go swojemu koledze z pracy. Mężczyzna miał bowiem niepełnosprawnego intelektualnie, kilkuletniego syna, którym pomiatały inne dzieci we wsi i który bardzo cierpiał z tego powodu. Ojciec chłopca skarżył się współpracownikom przy śniadaniu na trudny los potomka i wtedy mój ojciec wpadł na genialny pomysł: odda Arisa. Jego córka potrafi wychować każdego psa, wychowa więc sobie kolejnego. A ten posłuży jako obrońca biednemu chłopcu. Ojciec zaraz po śniadaniu zwolnił się z pracy, przyszedł po psa i razem z kolegą pojechał do jego domu. Aris od razu wiedział co robić. Podszedł do tego właśnie chłopca jakby wyczuł, że potrzebuje ochrony. Chłopiec trzymając psa za ucho przechadzał się po wiosce przez nikogo nie zaczepiany. Mój dar do wychowywania psów uratował życie nieszczęśliwego dziecka, które wystarczająco przecież było ukarane przez los swoim kalectwem. Jestem wrażliwa na los innych, więc powinnam pochwalić decyzję, którą podjął. Powinnam być z siebie dumna. Powinnam być szczęśliwa. Dostanę przecież nowego psa.  

    Tylko że to wszystko gówno prawda.  

    Nie wiem co zrobił z MOIM psem. Z moim przyjacielem. Jedyną istotą, która kiedykolwiek miała odwagę stanąć w mojej obronie. 

    Ten szczeniak nie negocjował, nie tłumaczył ojca. Nie mówił „tato miał zły dzień w pracy”.

    Stanął przed agresorem i powiedział  

    -TU JEST GRANICA.

    SZCZENIAK.

    Takiej granicy nie postawiła moja matka, ani sąsiedzi, którzy słyszeli krzyki. Nie zrobili nic nauczyciele, którzy widzieli siniaki na moim ciele. Członkowie dalszej rodziny, którzy wiedzieli co się dzieje w naszym domu, mówili tylko czasem „nie możecie denerwować taty.”  Nikt nigdy zła nie nazwał złem… aż do wtedy. 

    Pies więc musiał zniknąć.  

    A we mnie wytworzyły się przekonania, które później kierowały całym moim życiem.  

    Po pierwsze, jeśli ktoś cię naprawdę pokocha będzie musiał odejść.  

    Po drugie, jeśli ktoś stanie w twojej obronie – zniknie.  

    Po trzecie nawet dziecko, którego nie widziałaś nigdy na oczy i nigdy wcześniej o nim nie słyszałaś – jest ważniejsze od ciebie. 

    Rozumiem dziś co kierowało moim ojcem, ale jeszcze nie potrafię wybaczyć. 

    Bo to nie było tylko odebranie psa. 

    Dla tej małej dziewczynki to był koniec świata. 

  • 82.6. Aris – ballada o miłości 

    Miałam trzynaście lat. Wracając do domu, w zaspie śnieżnej obok mojej klatki usłyszałam cichy pisk. Zajrzałam do niewielkiego otworu w śniegu i zobaczyłam… pyszczek. Mokry, trzęsący się szczeniak patrzył na mnie niebieskimi jeszcze oczami. Wyciągnęłam kulkę ze śniegu i rozglądałam się w poszukiwaniu kogoś, kto mógł to szczenię zgubić. Nikogo nie było. Wzięłam dzieciaka do domu. Był sporej wielkości, zapchloną, ale całkiem tłuściutką kluską.

    Wykąpałam biedaka i pierwszy raz zszokowała mnie nie tylko ilość pcheł, ale też to, ile krwi upuszczają te stworzenia z żywiciela. Woda w misce była czerwona od pozostałości przetworzonej przez insekty krwi.

    Przygarnęłam psie dziecko, a ono przygarnęło mnie.

    Tworzyliśmy duet doskonały. Aris był czystą miłością. Kiedy zasypiał, lubiłam obserwować, jak wtulony we mnie spokojnie oddycha. Czasem pochrapywał lub popiskiwał przez sen, a kiedy kładłam na nim dłoń, natychmiast się uspokajał. Bardzo potrzebował dotyku. Kiedy robiłam coś siedząc, leżał obok mnie z pyszczkiem na moich stopach. Kiedy spacerowaliśmy, zwykle szedł przy nodze, niemal ocierając się o mnie jak kot.

    Chciałam, żeby nosił imię po największym z największych. Wybrałam boga wojny, bo pies rósł jak na drożdżach, a jego łapa zapowiadała, że będzie spektakularnych rozmiarów. Wybrałam boga wojny, ale nie byłam szczególnie doedukowana i w myśl „coś tam słyszałam, coś tam zmyśliłam” przekręciłam imię i tak Ares został Arisem.

    Miałam w moim długim życiu wiele psów, ale nigdy tak inteligentnego i kompatybilnego ze mną zarazem. Ten pies czytał niemal w moich myślach. Był niezwykle zrównoważony i skupiony na mnie i moich stanach emocjonalnych. Jakbyśmy dopiero razem stanowili całość.

    Byliśmy nierozłączni. Razem spaliśmy, jedliśmy, z nim wychodziłam na dwór, robiłam zakupy, sprzątałam i gotowałam. Był jedyną istotą, przy której czułam się bezwarunkowo kochana i którą ja kochałam czystą miłością.

    Z czasem okazało się, że Aris jest sznaucerem olbrzymem. Uszy nie odpowiadały wzorcowi rasy, sterczały w górze i były wielkie jak u nietoperza. Kiedy do niego mówiłam, a opowiadałam mu o wszystkim, uszy poruszały się w zabawny sposób, jakby chciał mi w ten sposób powiedzieć: „słucham cię z uwagą”. Trudno było zachować powagę na ten widok. Wtedy, w latach 80., kopiowano uszy i obcinano ogony sznaucerom. Mój sznaucer miał długi ogon, wesoło majtający na boki i klasyczne umaszczenie pieprz i sól. Był doskonały.

    Kiedy miał około 5 miesięcy, przywiązałam go pod sklepem spożywczym i weszłam do środka. Stałam w kolejce, zastanawiając się, co wybrać na śniadanie dla rodziny, kiedy otworzyły się drzwi i wolno wszedł Aris, bez obroży, z krwawiącym uchem i wieloma zadrapaniami. Usiadł obok mnie, jakby nic się nie stało. Kobieta, która wpuściła go do sklepu, powiedziała mi, że jakiś mężczyzna próbował wciągnąć psa do autobusu, ale pies wyswobodził głowę z kolczatki i pobiegł do sklepu, więc otworzyła mu drzwi.

    Wróciłam wtedy do domu i nie mogłam powstrzymać drżenia. Pamiętam, że nawet zęby uderzały mi wtedy o siebie tak, że nie mogłam spokojnie powiedzieć, co się stało. Już nigdy nie założyłam Arisowi smyczy. Nie była mu zresztą potrzebna, bo nie odstępował mnie na krok.

    Kiedy Aris miał około pół roku, był już wielkości suczki owczarka niemieckiego sąsiada, był wielkim psim przyjacielem. Czujnym, rozsądnym i kochającym. Kiedy odrabiałam lekcje, siedział pod biurkiem i trzymając pysk na moich kolanach, stękał i wzdychał, żując pluszową papugę. Nie mógł się doczekać, kiedy mu ją w końcu rzucę i będzie mógł udawać, że jej nie widzi, przebiegając nad nią z podniesioną wysoko głową, aż w końcu spuszczał na nią wzrok, rzucał się na nią z radością i przynosił z triumfem, machając ogonem.

    Któregoś dnia mój ojciec wrócił z pracy nie w humorze i chciał mnie uderzyć. W furii, z zaciśniętymi pięściami, ruszył w moim kierunku, ale zatrzymał się w pół kroku. Między mną a nim wyrósł Aris. Wszystko zadziało się w ułamku chwili. Warcząc, obnażył kły i całą postawą ciała pokazał, że to nie są negocjacje. To ostatnie ostrzeżenie. Nie było w tej postawie wahania. Był zdecydowany mnie bronić bez względu na wszystko.

    Ojciec natychmiast się wycofał. Nie uderzył mnie wtedy, a w przyszłości zrobił to jeszcze tylko raz. Leżałam później z Arisem i dziękowałam mu za to bez słowa, przytulając do siebie mocno te 20 kilogramów serca.

    Następnego dnia po tym wydarzeniu Aris zniknął.

  • 82.5 KRÓLOWA MIECZY – strażniczka, która musiała się narodzić 

    Słowo „bezpiecznie” czułam całą sobą. Poruszyło we mnie wszystkie emocje, złość, lęk, smutek i jednocześnie coś niezwykle miękkiego, ciepłego. 

    Pomyślałam, że muszę zabawić się w detektywa. Bo w moim domu nigdy nie było bezpiecznie, więc skąd ta czułość, dlaczego smutek… Dlaczego zobaczyłam we wspomnieniach, jak w tym właśnie mieszkaniu, w tym właśnie czasie, siedzę nocą pod stołem w kuchni i przyciskam ostrze do nadgarstka?  

    Dlaczego?  

    Przecież nigdy czegoś takiego nie zrobiłam.  

    Nigdy.  

    W żadnej, nawet najczarniejszej chwili mojego życia a było ich niemało.  

    Nigdy nie chciałabym zrobić czegoś podobnego.  

    Nigdy. Nawet w epizodzie depresyjnym, którego doświadczyłam mając 32 lata nie przyszło mi coś takiego do głowy.  

    Zawsze widziałam światło tam, gdzie inni go nie dostrzegali.  

    Zawsze byłam silna.  

    Zawsze radziłam sobie sama.  

    Zawsze byłam SAMA.  

    Nigdy nikt mnie nie bronił. 

    Nikt mnie nie bronił. 

    Nie bronił. 

    BRONIŁ. 

    Wtedy wróciło wszystko. I rozdarło mnie od środka. Leżałam w wannie i szlochałam tak, jakby nigdy nie miało się to skończyć. Czułam jakby pękła tama i wylała się ze mnie z taką gwałtownością, której nie da się już zatrzymać. Zanurzyłam się pod wodę i leżąc na dnie wanny krzyczałam, aż opadłam z sił. 

    I tuliłam moją salamandrę i rozumiałam już, dlaczego musiała zamknąć oczy, żebym ja mogła przetrwać. 

    Tej nocy, gdy jako dziecko trzymałam ostrze przy nadgarstku narodziła się we mnie KRÓLOWA MIECZY- ta, którą przez długi czas, uparcie pokazywał mi tarot. 

    Nie dlatego, że miękkość była czymś złym, ale dlatego, że została bez strażnika. A wtedy ta trzynastoletnia dziewczynka sama musiała stać się wojowniczką. 

    Wtedy też powstały niszczące mnie wzorce i przekonania. 

    To jedno wydarzenie było kamieniem, który uruchomił lawinę głazów, pod którą to, co we mnie najpiękniejsze, zostało uwięzione na dziesięciolecia. 

  • 82.4. BEZPIECZNIE – słowo, które otworzyło drzwi 

    Trzeciego dnia przypomniało mi się, że kilka dni wcześniej, zanim przyśniła mi się salamandra myślałam o Darku. Nigdy nie myślałam o nim w ten sposób. Dla mnie był tym, który mnie poniósł.  Bardziej symbolem niż człowiekiem. Tego wieczoru zobaczyłam go szerzej, poczułam niemal jak mógł się czuć jako odtrącony, pomijany syn swojego zimnego, nieobecnego emocjonalnie ojca. Niosący w sobie dzieciństwo, z którego niewiele pamięta, poza „nie teraz”, „zaczekaj”, „później”. Jego silne poczucie samotności, które odczuwał nawet wśród tłumu bliskich mu ludzi.

    Poczułam wtedy, że bardzo pragnę jako dorosła przeprosić to smutne dziecko w nim za krzywdy jakich doznał od tych, którzy powinni go kochać i chronić. 

    I przypomniał mi się sen, w którym ratuję Darka (z lipca 2024). Kilka dni wcześniej opowiadał mi o swojej relacji z ojcem. Dopiero teraz, po dwóch latach zrozumiałam ten sen. I bardzo, bardzo chciałam móc przeprosić to małe dziecko. Chciałam gładząc mu włosy powiedzieć z czułością: „Widzę twoje cierpienie. Widzę twoje zmęczenie. Jestem. Nie zostawię Cię. Śpij teraz. Będę tu, kiedy się obudzisz”.  

    Niestety nigdy tego nie zrobię. 

    I żałuję tego jak niczego na świecie.   

    Dotarło do mnie wtedy, że mogę objąć empatią tak mocno ukrytej rany drugiego człowieka, tylko dlatego, że sama noszę głęboko ukrytą ranę.  

    Kiedy myślałam o zranionym małym Darku, instynktownie wiedziałam, że nie jest to coś co potrzebuje intelektualnej analizy, czy duchowej interpretacji. To miejsce w człowieku wymagało przede wszystkim obecności, delikatności, uznania krzywdy. A wiedziałam to, bo na najgłębszym poziomie dotykało to mojego doświadczenia. 

    Tak chyba działa głęboka empatia. Nie dlatego, że potrzebujemy uratować innych, ale dlatego, że znamy ten „krajobraz” od środka. 

    I nagle, kiedy przyszła świadomość, ta czułość zaczęła płynąć nie tylko na zewnątrz, ku drugiemu człowiekowi. 

    Był to jeden z najważniejszych momentów mojego procesu, ponieważ pozwolił mi na to, aby ta energia mogła już wrócić do źródła. 

    Zdałam sobie wtedy sprawę, że ta mała JA również zasługuje na słowo „PRZEPRASZAM”. Te przemyślenia stworzyły przestrzeń, w której pierwszy raz poczułam się na tyle bezpiecznie, aby sen z salamandrą mógł mi się w ogóle przyśnić. 

    To tak jakby psychika powiedziała mi: „Dobrze. Jeśli jest już trochę bezpieczniej… mogę ci pokazać ten pokój” 

    Poczułam wtedy całą sobą, że kluczem do rozwiązania zagadki uwięzienia SALAMANDRY jest słowo „BEZPIECZNIE”.

  • 82.3. Żeby nie przestraszyć bardziej – o czułości wobec siebie 

    Dziś, kiedy to piszę odnoszę wrażenie, że jeśli ktoś kiedyś przeczyta mój blog może sobie pomyśleć, że nie przybijam do brzegu, tylko kluczę i meandruję, dla taniej sensacji. 

    Nic bardziej mylnego. Od pierwszego wpisu próbuję opisać proces jaki we mnie zachodził. A po śnie z salamandrą proces ten przyspieszył i zwolnił jednocześnie. Byłam skupiona na dojściu do źródła i jednocześnie miałam świadomość jak delikatny jest to moment. 

    Intuicyjnie czułam, że istota uwięziona przez tak długi okres nie może zostać brutalnie wyrwana na światło dzienne. Nie można jej uzdrawiać „na siłę”, byłaby to kolejna forma przemocy jakiej doznała. Nie chodzi przecież o to, żeby naprawić. Teraz chodzi o to, żeby nie przestraszyć bardziej. 

    Trzeba delikatnie. Trzeba powoli. Najpierw potrzebna jest iskra, mikroskopijne poruszenie, odrobina zaufania, odrobina bezpieczeństwa. 

    To trochę tak, jak z dzikim, straumatyzowanym zwierzęciem. Nie można wyciągnąć go na siłę z kryjówki. Najpierw należy stworzyć warunki, aby samo zaczęło oddychać swobodniej, podnosić powieki i rozglądać się wokoło. Może wtedy samo zdecyduje, że można już podnieść głowę. A wtedy możliwe będzie więcej… 

    Czułam, że życie tli się jeszcze w mojej salamandrze.  

    Trwałam przy niej kolejne dni, trzymając wyśniony słój na kolanach i szepcząc do mojej salamandry. Z czułością otwierałam powoli to, co zamknięte bardzo dbając w tym czasie… 

    O siebie. 

  • 82.2. „Wszystko (…) jest piękne” 

    Chodziłam z tą salamandrą cały dzień i myślałam o tym, jak wygląda.  

    O tym, że może dla kogoś mogłaby wydawać się odrażająca. Dla mnie była smutna, samotna, zapomniana i niekochana. A zasługuje na przytulenie, zauważenie i uznanie cierpienia. W ogóle nie przeszkadza mi to, że wygląda jak wygląda. 

    Kiedyś Darek odpowiedział mi, na moją krytykę spłaszczenia symbolu smoka na podstawie tego co zrobiono ze smokiem w Krakowie. Jakie komercyjne badziewie ludzie stworzyli z tego pięknego symbolu. Darek powiedział „… wszystko we wszechświecie jest piękne”. Potraktowałam to jak duchowe pierdolety. A myśląc o mojej salamandrze… wtedy, właśnie w tej jednej chwili naprawdę to poczułam.  

    Ta salamandra jest piękna. Po prostu piękna, taka, jaka jest. To jak została potraktowana nie jest w porządku, ale ona jest doskonała.  

    Chciałam ją wtedy jak najszybciej odpakować i mocno przytulić. 

    Bardzo żałowałam, że nie mogę wymusić kontynuacji tego snu. Chciałam zobaczyć, jak siedzę z olbrzymią salamandrą na kolanach i tulę ją do siebie z miłością. 

    Wiedziałam, że to jest chyba najważniejszy sen w moim życiu.  

    Bo pokazał mi, że muszę zmienić perspektywę… 

    Łatwo jest kochać siebie, kiedy wyglądasz całkiem nieźle, jesteś niegłupia, błyskotliwa, z poczuciem humoru, wzbudzająca zaufanie, opiekuńcza, silna, sprawcza, zdolna, potrafiąca poświęcić się dla innych, kochająca i długo by jeszcze wymieniać… A w środku, na tym bardzo, bardzo głębokim poziomie… tam trudniej się pokochać. 

    Poczułam, że teraz kocham, kocham siebie naprawdę. Również tę smutną, skrzywdzoną, zrezygnowaną, nieefektowną i skrajnie bezradną.  

    I wtedy pojawiła się we mnie złość, bo uzmysłowiłam sobie, że jakaś miękka, bezbronna część mnie musiała zostać zamknięta, żebym ja ta sprawcza i silna mogła przetrwać. 

    Złość kocham już w sobie od dawna, za moc jaką z sobą niesie.  

    Dzięki złości i miłości, którą odkryłam w sobie potrafiłam zejść głębiej. 

    Do samego źródła.