To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.
Znalazłam się na plaży w obcym kraju. Zobaczyłam ptaka i powiedziałem do kogoś, że to albatros. Ptak szedł po piasku.
Miałam dotrzeć w jakieś miejsce, ale w tym celu miałam popłynąć dokądś promem. Prom już odpłynął.
Miałam w tym śnie jakieś większe moce niż zwykle, jak agent specjalny lub jakiś mini superbohater, i miałam dotrzeć na miejsce z jakąś misją.
Pomiędzy miejscem, w którym byłam, a tym, gdzie miałam dotrzeć, była przewieszona metalowa lina i krzesło, ale zupełnie zwykłe, podobne do tego, jakie mam w domu, z przezroczystego plastiku.
Usiadłam na tym krześle i sunęłam nad wodą w kierunku celu. Krzesło było niestabilne, ale uwiesiłam się na nim tak sprytnie, że nie spadłam. Wiedziałam, co robię i byłam pewna, że pomimo komplikacji dotrę tam, gdzie trzeba.
Celem okazała się świątynia. Nie wiem jaka. W środku był mnich, rozmawiałam z nim o czymś.
Wyszłam na zewnątrz. Stał tam autokar z dziećmi. Byli wśród nich chłopcy z mojej firmy. Zapytali, czy mam karty i czy zagram z nimi w kanastę (nigdy w realu nie grałam z dziećmi w karty). Byli rozczarowani, że nie mam kart, bo chcieli zagrać jak zwykle.
Powiedziałam im, że to zupełnie inna sytuacja, że są tutaj na wycieczce i nie powinni robić tego, co zwykle, tylko zwiedzać nowe miejsca, że muszę już iść, ale jest mi bardzo miło, że mogłam ich spotkać.
Tego snu nie będę interpretować jak zwykle, bo wydarzenia, które bezpośrednio go poprzedzały, dotyczyły innej osoby i były dla mnie bardzo trudne, więc nie chcę wchodzić w szczegóły.
Ważniejsze było to, że sen pomógł mi przygotować się do spokojnej, konstruktywnej konfrontacji i opanowania sytuacji następnego dnia.
To było cudowne doświadczenie. Jakby sen nie próbował rozwiązać problemu za mnie, ale przypomniał mi, że potrafię sobie z nim poradzić.
Byłam w domu, w kuchni, z której mam widok na dąb, duży i potężny. W realu są to dwa rosnące blisko siebie, niemal połączone dęby, wyglądające jak jedno bardzo duże drzewo.
Widziałam, jak jacyś ludzie usuwają z niego suche pnącza, oczyszczają je. Porządkowali również podwórze. To było sprzątanie, którego nie robi się na co dzień, takie „odświętne”.
Na podwórku była moja koleżanka z pierwszej pracy. Zaprosiłam ją do siebie. Weszła przez okno. Byłam bardzo zdziwiona, bo to trzecie piętro. Powiedziała mi, że stała na szczudłach, więc nie było problemu.
Przywitała się z moim synem, jakby był dziewczyną. Chyba nawet nazwała go Zuzią. Był skonsternowany, ale machnął na to ręką.
Poczęstowałam ją kawałkiem tortu, sama też jadłam. Miałam też na talerzu dwa ciastka, które przyniosła koleżanka, ale nie chciałam ich jeść. Wyglądały dziwnie: sztucznie różowe serce i jakiś inny kształt otoczony masą cukrową. Wyglądały nieco „plastikowo”. Ona też ich nie zjadła.
Zobaczyłam przez okno zbliżające się, jakby leciały przyczepione do helikoptera (ale żadnego helikoptera nie było – leciały same), połączone ze sobą mosiężne lub miedziane łańcuchy. Było ich kilka. Każdy zakończony głową smoka, a może był to cały smok? Przepiękne, bardzo estetycznie wykonane.
Zbiegłam na podwórko, żeby je lepiej zobaczyć. Miały być ozdobą mojej kamienicy. Stałam z innymi sąsiadami i komentowałam przygotowania do święta, które lada dzień miało nadejść. Mówiliśmy, że nasza kamienica będzie najpiękniejsza.
Zdziwiło mnie, kiedy zamontowane smoki okazały się krótkim, grubym łańcuchem z małą główką smoka na końcu. Pomyślałam, że to fatalnie, że zamontowano je właśnie nad moim oknem, w dodatku blisko metalowej rurki. Na pewno podczas wiatru będzie to zestawienie strasznie hałasować.
Popatrzyliśmy na ściany budynku. Były porośnięte kępkami roślin. Zdziwiło nas, że nie zostały usunięte, kiedy porządkowano drzewo i okolice. Pomyślałam, że trzeba złożyć reklamację i wezwać pracowników tej firmy jeszcze raz.
Sąsiadka zwróciła moją uwagę na dąb. Miał bardzo szeroki pień. Pokazała mi, że są tam zamontowane drzwi i wszyscy z kamienicy trzymają wewnątrz drzewa rowery. Nie wiedziałam o tym wcześniej. Pomyślałam, że zaprowadzę tam i mój rower.
Wróciłam na górę. Był tam mój były mąż. Znowu tu mieszkał. Nie cieszyłam się na jego widok, jakbym wiedziała, że nie powinno go tu być.
Przyszła jego koleżanka z pracy, a później kolega, który powiedział coś (nie pamiętam dokładnie co), co pokazało, że mój mąż ma przede mną tajemnice. Chodziło o coś, czym zajmuje się w pracy.
Pomyślałam, że to wystarczy, żeby się rozstać, bo to jak podwójne życie. Tylko że on nie chciał odejść i w jakiś sposób mi zagrażał.
Zbiegłam na dół bardzo obszerną klatką schodową. Schody przylegały do ścian po bokach, a piętra były przestronne jak w jakiejś instytucji w stylu secesyjnym.
Kiedy byłam na dole, zdałam sobie sprawę, że się nie przygotowałam. Nie mam kluczy ani pieniędzy.
Na dole stało ksero, które działało zdalnie. Nagle włączyło się i wypluwało z siebie kartki. Widziałam, że to on coś drukuje. Wystraszyłam się, że to pozew rozwodowy i że będzie w sprawie rozstania o krok przede mną.
Okazały się to być jakieś bzdetne karteluszki traktujące o miłości z romantycznymi rysunkami.
Wchodziłam z powrotem na górę po tych samych schodach.
Postanowiłam, że muszę się jednak skonfrontować z byłym mężem i pozbyć się go na dobre.
Moja psychika w tym śnie zajmuje się generalnym sprzątaniem w relacjach 😉
Bardzo lubię, część mojej lokalnej społeczności, więc zostają ze mną. Mam przyjaciółki i koleżanki z którymi naprawdę lubię spędzać czas. Są to spotkania niezwykle karmiące. Stosunkowo niedawno odkryłam jak wielką mają wartość. Odrzucam natomiast powierzchowne kontakty lub ograniczam do sfery zawodowej. Small talki mnie zwyczajnie męczą. Kobiety zostają🤗.
Moje drzewa… moje dęby dają mi więcej dobra niż można by oczekiwać. To nie jest piękny element krajobrazu. Dla mnie to niemal istota, z którą można wejść w relację. Jest domem dla ptaków i owadów, dla mnie jest emocjonalnym ukojeniem. Sposobem na regulację emocji, odzyskanie spokoju nawet w bardzo trudnych chwilach. To źródło, z którego codziennie czerpię. Daje mi moc wynikającą z zakorzenienia. Dęby są… i niech tak zostanie.
Mężczyźni… Darek długo będzie jeszcze we mnie dzwonił, ale relacja ta została właśnie odarta z iluzji. Projektowałam na tego człowieka o wiele, za wiele. Niepotrzebnie. Wystarczająco jest przecież kiedy jest zwyczajnie.
Były mąż… tutaj moja podświadomość jest niezwykle klarowna – musi zniknąć.
Miałam jechać pociągiem do innego miasta wojewódzkiego, niecałą godzinę. Zabrałam ze sobą dużego psa na smyczy i ogromne akwarium. Miałam też torbę i niewielką torebkę.
Jechałam z dziewczynkami z mojej firmy (najstarsze 17–18-letnie, moje dzieci, wolontariuszki, towarzyszki, przyjaciółki), nie wiem, czy zwiedzać, czy może na koncert.
Byłyśmy w przedziale, który wyglądał jak niewielkie mieszkanie. Składał się z co najmniej dwóch pokoi. Zajmowałam z dziewczynkami duży pokój. Był oświetlony, ale bez okien. Pies leżał na podłodze.
Wielkie akwarium postawiłam na podłodze, na środku pokoju. Dziewczynki uzupełniły je wodą. Woda była czysta, przejrzysta. Na dole pływały nieduże srebrne rybki.
Powiedziałam dziewczynkom, że bez sensu targałam to wielkie akwarium. Wyjechałyśmy przecież na jeden dzień i rybki mogły spokojnie zostać w domu.
Pies chciał się napić wody. Podnosiłam go (a był naprawdę duży), żeby mógł napić się z akwarium. To było bardzo niewygodne, ale udało się w końcu. Pies się napił.
Zwróciłam uwagę na to, co działo się w drugim pokoju. Przez otwarte drzwi zauważyłam (chyba) mojego byłego męża. Stał tyłem. Był tam też jakiś inny mężczyzna (nie było go widać), który pomagał mu się ubrać.
Było coś nie tak z jego ubraniem. Możliwe, że je prali, bo założył na siebie mokry podkoszulek bez rękawów, a na to koszulę, również mokrą. Podkoszulek był ciemny i prześwitywał przez jasną, mokrą koszulę.
Mężczyzna tłumaczył mu, że kiedy zrobi się coś niedobrego, trzeba przeprosić. Pytał czy przeprosił (chodziło o mnie). Mój były mąż próbował sobie przypomnieć, czy była taka sytuacja, kiedy naprawdę przepraszał.
Nie doczekałam do końca ich konwersacji. Znudziła mnie, bo wiedziałam, że nie miał w zwyczaju przepraszać i nie chciało mi się tego słuchać.
Pomyślałam, że czas zbierać się do wyjścia. Miałam to przeklęte akwarium do zabrania. Trzeba było wylać z niego wodę przed wyjściem.
Z zaskoczeniem zauważyłam, że dziewczynki już to zrobiły i wyszły dawno na zewnątrz. Czekały przy wyjściu.
W przedziale zostały jakieś mokre drobiazgi dziewczynek (gumka frotka do włosów i coś zrobionego na szydełku). Zebrałam je i schowałam do torebki.
Pomyślałam, że akwarium muszę oddać do jakiejś przechowalni. Nie będę z tym przecież chodzić po mieście.
Przez chwilę pomyślałam, że powinnam zajrzeć do pokoju obok i powiedzieć mojemu byłemu mężowi, że dojeżdżamy. Po namyśle uznałam, że nie będę go o niczym informować.
Zabrałam psa, akwarium i torby, i dołączyłam do dziewczynek.
Bałam się trochę, że nie zdążymy wysiąść, ale dziewczynki mnie uspokajały, że wszystko jest w porządku.
Na zewnątrz przedziału, w korytarzu prowadzącym do wyjścia z pociągu, były okna. Widziałam jakieś budynki. Pociąg stał i na coś czekał. Jakby na zielone światło. Zaraz miał ruszać.
Zauważyłam, że akwarium w moich snach mówi o emocjach. Wcześniej pojawiały się w nich ogromne lub zaniedbane akwaria. Śniłam też kiedyś o stworzeniach, najczęściej żabkach, które były zapomniane i pojawiały się nagle, a mi było bardzo przykro, że zostały na bardzo długo bez opieki i musiały radzić sobie same, żeby przetrwać.
Ten sen był inny. Akwarium zaledwie przenośne, zadbane i czyste.
Dziewczynki ze snu w realu są moją rodziną. Nie rodziną pochodzenia, ale taką, którą stworzyłam w mojej firmie. Zdarza się, że naprawdę wyjeżdżamy na krótkie wycieczki i zawsze jest to piękny czas. Ta rodzina daje mi poczucie bezpieczeństwa, przynależności, emanuje spokojem i radością. Jesteśmy dla siebie ważne. Część z nich wyruszyła już w świat, studiują w odległych miastach, ale kiedy wracają choć na chwilę, zawsze znajdą czas na wspólną kawę.
Dlatego jestem silniejsza.
A były mąż… naprawdę nie zależy mi na przeprosinach. Wszystko, co z nim związane, mogę oddać do przechowalni, nie zamierzam tego ciągnąć za sobą.
Nie zapomnę oczywiście, bo wszystko, co mnie spotkało, ukształtowało mnie i sprawiło, że jestem, jaka jestem, ale nosić tego nie będę.
Pierwszy sen tej nocy: Nie pamiętam początku, w jakimś celu latałam nad miastem. Często zdarzało mi się śnić o lataniu. Zwykle nad lasami lub otwartą przestrzenią. Tym razem było to miasto. Chyba gdzieś się śpieszyłam a może latałam tak sobie bez celu. Wróciłam do domu, gdzie zostawiłam małego pulchnego szczeniaka. Kiedy widziałam go przed wyjściem miał maleńką rankę na palcu przedniej łapki. Taką kropkę jak po ukłuciu. Kiedy wróciłam palec był czerwony i bardzo opuchnięty. Bałam się, że trzeba będzie go amputować. Dzwoniłam do znajomej weterynarz, żeby umówić się na pilną wizytę. Kiedy opowiadałam jej o stanie szczeniaka przyglądałam się mu z uwagą. Chodził nie utykając, był radosny. Zachowywał się jak zdrowy piesek. Trochę mnie to uspokoiło.
To był pierwszy sen, ale jeszcze nie pokój na mapie-śnie mojej transformacji. Na razie była to wyśniona wcześniej jazda motorem przez las. Prawdziwa szkoła zaczęła się jakiś czas później, kiedy byłam już na to gotowa.
Ten sen pokazywał mi, że nie wszystko co wydaje się tragedią faktycznie się nią okazuje. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmieniła się moja postawa wobec wszystkiego co niepokojące. Wychowując się w zagrażającym środowisku w ułamku sekundy skanujesz otoczenie i zauważasz to co umyka innym. Widzisz mikro zmiany w mimice, tonie głosu, subtelne drgnienie mięśni. Wydaje ci się czasem tylko, że coś jest „nie tak”, bo masz zamontowaną fabrycznie hiperczujność. Kiedyś więc żeby przetrwać działałam z automatu. Bodziec – reakcja – natychmiast. Pamiętam, jak przyszłam z moim dwuletnim dzieckiem do pediatry, był chory. Tylko ja to wiedziałam. Nasza pani doktor, cudowna kobieta (bardzo się lubiłyśmy) poprosiła, żebym przyszła jutro, bo dziś nie ma jeszcze objawów, które pozwalałyby jej postawić diagnozę. Następnego dnia wróciliśmy z jelitówką.
Teraz spokojnie obserwuję i większość niepokojących sytuacji, po takim zatrzymaniu okazuje się zwyczajnie neutralna. A opuchnięty palec widziany z szerszej perspektywy nie okazuje się wcale katastrofą tylko czymś czemu warto spokojnie się przyjrzeć.
Dziś jest we mnie duży spokój i widzę, jak bardzo przytłaczające i wycieńczające było ciągłe napięcie, w jakim kiedyś żyłam. A moja hiperczujność to teraz tajna moc, którą wykorzystuję w pracy. Już nie z lęku a zwyczajnie z chęci niesienia pomocy.
Ciekawe, że sen zaczął się lataniem. Zwykle sny o lataniu lub pływaniu/nurkowaniu/tańcu w głębinach miałam w sytuacjach największych życiowych kryzysów. To były sny ratunkowe, kojące układ nerwowy, pozwalające przetrwać.
Ten sen był zwyczajnie dobry. Mówił jasno i wyraźnie: Droga, którą zmierzasz zaczyna się od znalezienia w sobie niezbędnego spokoju, więc…
To była dla mnie absolutna nowość. Nie wiem czy dlatego, że w moim życiu nie było nigdy miejsca na własne potrzeby, czy dlatego, że wychowałam się w domu z braćmi, gdzie jedynie słuszna była cisza nocna a w pracy z dziećmi czasem hałas tak potężny jak w czasie startu na lotniskowcu. A może dlatego, że trzeba było “do przodu” a stopień pobudzenia świetnie reguluje muzyka prosto w ucho. Kiedy byłam sama zawsze słuchałam muzyki, podcastów, audiobooków. Bo szkoda czasu. Myjąc naczynia można się przecież wiele nauczyć. Zawsze miałam słuchawki w uszach, chyba że byłam z ludźmi. A im większe napięcie, zmęczenie, poczucie samotności czy pustki tym więcej dźwięku, głośniej, intensywniej.
Aż tu nagle zapragnęłam ciszy. Przeżywając trudne emocje po rozstaniu, w smutku, rozpaczy, przeplatających się emocjach, chciałam NIC. Na początek ofiarą ciszy padła muzyka, nie mogłam jej znieść, później książki, te czytane i słuchane. Kocham kino bywam w nim kilka razy w miesiącu. Przestałam. Zrezygnowałam z siłowni i basenu. Robiłam NIC. A może prawie nic. Dużo spacerowałam, chciałam być blisko natury. Na słońcu i pod księżycem. Nad rzeką i między drzewami. Oczywiście chodziłam do pracy, ale pozwalałam tam mówić innym. I nie miało to nic wspólnego ze stanami depresyjnymi. Wiem, czym jest depresja, przeżyłam ją. Może nie był to ciężki epizod, bo pozwoliłam sobie pomóc stosunkowo wcześnie. Byłam wtedy odpowiedzialna za małe dziecko i nie mogłam pozwolić sobie na zapadnięcie się w ciemność. Wiem co to depresja a to był stan jakiego nigdy nie przeżyłam. Cisza i spokój połączona z czułością i zgodą na smutek. Łzy płynęły mi po twarzy w momentach zupełnie niestosownych i co? Nie interesowało mnie czy komuś to przeszkadza. Ja przeżywałam i chroniłam swoje prawo do przeżywania. Nie odbierałam telefonów, nie byłam dostępna, byłam smutna, bo opłakiwałam stratę. Dla mnie OGROMNĄ. I nie obchodziło mnie zdanie innych a na pewno zdanie kogoś, kto nie przeżył tego co ja. Ja czułam prawdziwe połączenie z drugą osobą. Kochałam naprawdę. Za sprawą tej relacji odzyskałam dostęp do emocji i ciała, choć nigdy nie przekroczyliśmy granicy seksualności moje ciało obudziło się z naprawdę długiej zimy. Dlatego miałam prawo i dałam sobie wszystko czego potrzebowałam w tym czasie. Dałam sobie 40 dni na pustyni.
Głównie wtedy spacerowałam, medytowałam i kontemplowałam. Moje ulubione miejsce do kontemplacji jest szczególne, bo wcale nie ma tam ciszy, a po ciszę tam przecież przychodziłam. To odludna ławka, rzadko ktoś się tam pojawia. To punkt, w którym rzeka łączy się z kanałem płynącym przez miasto. Mieszka tam liczna kolonia żab, które rechocząc rytmicznie kołysały mnie niejako do wyciszenia. Mój mózg w tym hałasie zwyczajnie odpoczywał i często odpoczywa nadal bo odwiedzam to miejsce niemal codziennie.
Po około miesiącu odosobnienia, w którym byłam tak bardzo blisko siebie, zaczęły przychodzić ważne sny i zaskakujące wglądy.
Siedziałam wtedy w połowie października w tym miejscu nad brzegiem żabiej rzeki, nie wiem jak długo. To taka chwila jakby czas się zatrzymał. Promienie słońca cudownie ogrzewały mi twarz. Wsłuchiwałam się w śpiew żab i czułam się absolutnie rozluźniona. Usłyszałam wtedy lub poczułam:Potrafię dostrzec to co ukryte, nazwać i zaopiekować się tym.Łzy same płynęły mi po policzkach, ale nie ze smutku, to było takie uczucie pomiędzy ulgą a wdzięcznością a może po prostu wzruszenie.
Umarłam. Moje stare ciało siedzi w fotelu. Fotel jest prosty drewniany. Mam kolana przykryte ciepłym kocem. Rozglądam się. Proste meble. Jakiś kredens. Stolik. Kwiaty w wazonie. Serwetki zrobione na szydełku, obrazki z kwiatami. Ładnie, ale nie na bogato.
Mam cienkie włosy zaplecione w chudy warkocz i otwarte usta. Mój dorosły syn klęczy przy mnie, jego głowa spoczywa na moich kolanach, trzyma mnie za rękę i potwornie szlocha. Jego żona stoi nieopodal trzymając na lewym ramieniu maleńkie dziecko i przytulając do siebie płaczącą dziewczynkę prawą ręką. Jest tam tyle smutku. Nie chcę ich opuszczać. Chciałabym ich pocieszyć, wyjaśnić. Bardzo nie chcę ich zostawiać.
9.
Wyruszam jednak. Czuję ogromny ciężar smutku.
Poruszam się po ciemno kobaltowej przestrzeni. To trochę jak być w środku oceanu, w głębinach, gdzie nie widać ani dna, ani powierzchni. O tym, że się poruszam świadczą jedynie nikłe rozbłyski, jakby mijane światła w różnych kolorach. Takie krótkie błyskawice albo strzały z laserów z gwiezdnych wojen. Dzięki temu wiedziałam, że poruszam się w przód. Cokolwiek to znaczy.
10.
A potem było trochę jak w moim śnie sprzed około miesiąca/dwóch. Podążała w moim kierunku kula pięknego niebieskiego światła. We śnie była zamknięta w butelce, takiej alchemicznej kolbie z krótką szyjką i korkiem. Tutaj nie było szkła. Kula zbliżała się w moim kierunku i powiększała, aż stopiłam się z tym światłem, staliśmy się jednym. W tym świetle spotkałam mojego przewodnika a może to on był światłem. Zapytałam, czy chce mi coś powiedzieć, poradzić, dać wskazówkę? I otrzymałam od niego obraz.
11.
Stałam na tle ciemnoniebieskiego nieba. Miałam na sobie długą “szatę” w kolorze zbliżonym do indygo. Przykucnęłam i wsunęłam palce w suchą trawę, dotknęłam ziemi i trawa zazieleniła się. A wtedy poczułam przekaz, bo nie mogę powiedzieć, że usłyszałam. Trzymaj się ziemi. Dawaj i czerp energię. Energię miłości. Bądź miłością. Idź. Nie musisz nas szukać. My tu będziemy. Zawsze.
12.
Wtedy pojawili się inni. Nie mogę powiedzieć, że mieli ciała. Nie mogę też powiedzieć, że byli tylko światłem. Mieli kształt, mieli ręce, nogi, ale to nie było porównywalne z niczym ludzkim. Jeden z nich wyszedł na czoło i zbliżył się do mnie szybko. Wyglądałam jak oni. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam okolicy serca tego który podszedł jako pierwszy, jakbym chciała się z nim podzielić w ten sposób miłością, radością ze spotkania, ale też przekazać mu smutek, który przyniosłam po rozstaniu z rodziną. Czołem dotknął mojego czoła. Spletliśmy się w uścisku i wszystko zaczęło falować i wirować, jak by nie było granic “ciała”, przenikaliśmy się nawzajem. Za chwilę dołączyli inni i wirowaliśmy niespiesznie co chwilę pojawiały się złote iskierki. Czułam się niezwykle szczęśliwa. Czułam spokój i miłość. I wtedy usłyszałam. Idź! Teraz! I otworzyłam oczy. I wszystko zniknęło. Ale poczucie szczęścia i miłości zostało. Zostało też ogromne wzruszenie. Ogromne. OGROMNE.
Stoję naprzeciw ogromnej rozległej łąki, trawy są suche, możliwe, że to koniec lata. Piękne ciepłe światło, taka złota godzina. Patrząc w dal czuję lekki niepokój jakbym bała się, że ta kraina nie zdoła mnie wyżywić i ochronić. I wtedy zjawia się ON. Stoi za mną, obejmuje mnie w pasie prawą ręką, lewą unosi nad moim ramieniem pokazując w dal. To piękna silna ręka, wskazuje z niezwykłą stanowczością wodząc łagodnie po horyzoncie. Tam będzie stał nasz dom, obok zbuduję stodołę, tam zagroda, studnia. Mówił… wiedziałam, że szepcze mi do ucha, ale nie słyszałam głosu. Ja wiedziałam lub czułam każde słowo i z każdym słowem znikała niepewność. To była bardzo intymna chwila, pełna miłości, czułości, pewności i poczucia bezpieczeństwa. Oparłam się o NIEGO placami i wiedziałam, że będzie dokładnie tak jak mówi. Byłam szczęśliwa i wzruszona. Łzy same płynęły mi po policzkach.
2.
Na duży bardzo prosty, ale stworzony ze starannością, drewniany stół położyłam chleb. Duży, okrągły na lnianej serwecie. Upiekłam go dla NIEGO. Stałam naprzeciw okna patrząc na tą samą rozległą łąkę. Stamtąd nadejdzie. Nie mogłam się doczekać, kiedy wróci i zjemy chleb razem. To prawdopodobnie pierwszy chleb jaki upiekłam w nowym domu. W naszym domu. Byłam tak szczęśliwa i dumna. Byłam przepełniona miłością. Nigdy nikogo nie oczekiwałam w ten sposób, ze spokojem, pewnością, miłością i nieprawdopodobną czułością.
3.
Szliśmy polną drogą, słońce zachodziło i oświecało JEGO włosy złotym blaskiem. Szedł przede mną. Wysoki, potężny a jednocześnie smukły. Miał piękne plecy, takie silne. Na prawym barku niósł chłopca około dwuletniego. Łaskotał go i rozśmieszał rozmawiając jednocześnie ze mną. Co chwilę odwracał się przez lewe ramię, uśmiechał się, jakby chciał sprawdzić czy na pewno jestem. Jakby bał się, że zniknę. Jakby stały kontakt był wyznacznikiem miłości, czułości i intymności. Niosłam na rękach maleńkie dziecko, chyba dziewczynkę. Było w NAS tyle zwykłej, pięknej radości. Ten obraz bardzo mnie wzrusza.
4.
ON siedzi przy stole w kuchni. Jest ciemno, pomieszczenie oświetla tylko słabe światło, lampy naftowej lub świecy. Stało się coś złego jest bardzo smutny. Trzyma głowę w dłoniach, łokcie oparte o blat stołu. Całą sobą czuję JEGO smutek. Zbliżam się powoli i pochylam nad NIM, obejmuję GO i wtulam twarz w JEGO włosy. Wtedy ON krzyżując ręce na piersi chwyta mnie mocno za ramiona i tak trwamy w smutku. RAZEM.
5.
Jest wieczór lub noc, jest ciemno. Stoję w koszuli nocnej takiej standardowej sprzed około 200 lat. Włosy mam rozpuszczone, w kompletnym nieładzie. Jestem wściekła. Krzyczę coś, ale cała scena jak wszystkie poprzednie wygląda jak w niemym kinie tyle, że w kolorze. Nie wiem o co ta awantura, ale to nie ma znaczenia. Czuję wściekłość całym ciałem. Nigdy nie czułam niczego podobnego. Trzymam coś w ręku i w apogeum wściekłości rzucam tym przedmiotem o ścianę. Wtedy podchodzi ON, bardzo zdecydowanym krokiem i mocno mnie przytula. Przytrzymuje wręcz z wielką siłą i stanowczością, i szepcze mi coś uspokajająco do ucha. Ta siła i spokój dają mi poczucie bezpieczeństwa i ukojenia. Uspokajam się a ON kołysze mnie w ramionach. Tak stoimy kołysząc się lekko a ja czuję już jedynie miłość.
6.
Mamy gości. Jakaś kobieta z dzieckiem. Siedzę z nią przy stole, łamię długie strąki fasoli na mniejsze części i wkładam do miski. Lubię ją i cieszę się, że nas odwiedziła. Rozmawiamy, śmiejemy się. ON stoi przy oknie. Nie bierze udziału w rozmowie. W milczeniu patrzy na mnie z czułym uśmiechem. Cieszy GO moje szczęście. Patrzy z taką miłością. Nie mogę się powstrzymać i co chwilę zerkam na niego z uśmiechem. Kocham go bardzo. Wiem, że nie muszę być “jakaś”, że “taka” jestem wystarczająca. Wiem, że nie muszę mieć żadnych talentów, zdolności, nie muszę, niczego nie muszę. Dzieci bawią się na podłodzie.
7.
Jestem stara. Siedzę na ławce przed domem i patrzę na łąkę. Na tą samą łąkę, na którą spoglądałam czekając na NIEGO. Tym razem jest inaczej. Wiem, że się nie pojawi. Siedzę i wspominam z uśmiechem. Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu znów się spotkamy. Łąka wygląda pięknie, cudownie oświetlona zachodzącym słońcem.