W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: synchroniczność

  • No i się narobiło… Zwolniłam dziś szamana

    Mam ze Wszechświatem ostatnio na pieńku. Nie mam pewności, czy to, co robię w odpowiedzi na to, co mi zsyła, jest tym, co robić powinnam, ale pojawił się we mnie ogromny bunt i złość z niego wypływająca. I również w tym wypadku staję za sobą, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadają mi inaczej. Nie wiem, czy Wszechświat da mi po łapkach, czy pogłaszcze po głowie. To się dopiero okaże.

    Za chwilę rozpadnę się na kawałki i będę w tym sama, bo strażnik przejścia dostał dzisiaj wypowiedzenie. I zaskakująco dobrze to przyjął. 😉

    W poprzedni weekend pokłóciłam się z Wszechświatem. Zapalnikiem była spotkana para. Osoby te ewidentnie i jawnie traktowały siebie nawzajem w sposób pozbawiony szacunku. Sama scena rodzajowa, na tle naszego społeczeństwa zwyczajna i nic niewnosząca, w moim ciele wywołała natychmiastowe spięcie i rosnącą do olbrzymich rozmiarów złość. Bo dlaczego ja, która z szacunkiem podchodzę do drugiego człowieka i wszystkich rodzajów relacji, pozbawiona jestem tej najważniejszej? Tej, której inni ludzie tak obcesowo nie szanują.

    I dostało się Wszechświatowi za to, że jestem tylko katalizatorem, że większość ludzi przychodzi do mojego świata po wzrost, wzrasta, a potem odchodzi (jakbym nie zdawała sobie sprawy, że również na tym polega moja praca 😂). Wylało się wszystko, aż płakałam ze złości, co bardzo rzadko mi się zdarza.

    Na szczęście poukładałam sobie w głowie te wszystkie nieścisłości i dotarło do mnie w końcu, że świat jest przebogaty, ludzie są różni, a Wszechświat nie obdarza na zasadzie sprawiedliwości społecznej i na pewno się na mnie nie gniewa, bo jestem za maleńka, żeby mnie można było z tak wysoka zauważyć.

    Ale czy na pewno?

    Poniedziałek.

    Spacer nad rzeką, jak zwykle, ale tym razem z bonusem. Nad moją głową przez dłuższą chwilę krążył uparcie kruk i darł się wniebogłosy. Był nisko, więc nawet telefonem udałoby mi się zrobić świetne zdjęcia. Bez szans. Telefon w nocy się zaktualizował i nie potrafiłam uporać się z nowym interfejsem, ze światłem odbijającym się od ekranu, w dodatku bez okularów.

    To też mnie trochę zdenerwowało, bo nie miałam z tymi wspaniałymi ptakami kontaktu od 7.07.2025, kiedy „prawie wypadek w pociągu” postawił przede mną bramę, a Darek, mój prywatny strażnik przejścia, tak pięknie mnie przez nią przeprowadził.

    Wracając do domu, zdałam sobie sprawę, że sytuacja wygląda dokładnie jak w moich snach, w których, gdy pojawia się coś spektakularnego, pięknego, ważnego albo tylko dziwnego, za żadne skarby nie udaje mi się tego udokumentować.

    Pomyślałam: ciekawe…

    Ale nie poświęcałam temu wydarzeniu specjalnej uwagi. Ugotowałam obiad, zjadłam i poszłam do sąsiadki emerytki zainstalować jej kilka aplikacji na tablecie.

    Odebrałam tam telefon.

    Moja druga matka (napiszę jeszcze o tej pięknej istocie), ta, która przez 26 lat była obecna, troskliwa i zawsze wspierająca, jest na SOR-ze.

    Nic niezwykłego. Miała tam dotrzeć już tydzień wcześniej z bólami brzucha, które trudno było zdiagnozować. Miałyśmy iść nazajutrz do przyszpitalnej przychodni onkologicznej.

    Nie poszłyśmy. Została w szpitalu. Była zaopiekowana i diagnozowana. Uspokoiło mnie to na tyle, że mogłam spokojnie żyć.

    Wtorek.

    Umówiłam się z przyjaciółką na herbatkę. Rozmawiałyśmy o jej procesie i mojej w nim roli, o tym, że w chaosie przypisywała mi intencje, rolę i odpowiedzialność, które były „jej prawdą” w tamtym czasie.

    Rozumiałam, bo sama byłam w tym miejscu, i postanowiłam, że „wystoję”. Zaczekam. Bo to jest etap, który należy przejść samemu. To kryzys, który może nas pchnąć jedynie w górę, jeśli będziemy się wtedy opierać na sobie.

    Nie było więc we mnie żalu czy gniewu, była empatia i zrozumienie. Nie było zamknięcia, były szeroko otwarte ramiona w razie powrotu i prawda.

    Kiedy uporządkowałyśmy sprawy, wspomniałam Darka i analogiczną sytuację między nami. Powiedziałam przyjaciółce, że ja bardzo chciałam wiedzieć, co u niej, więc może on również chciałby poznać drogę, jaką przeszłam, i miejsce, w którym się znajduję. Może jemu też nie jest wszystko jedno.

    Zachęcała mnie do napisania listu.

    Środa.

    Napisałam. O drodze, procesie, finale. Załatwionych sprawach i o tym, jak jestem mu wdzięczna. Kiedy przez ostatnie miesiące przewijały się przez moje media społecznościowe zdjęcia Darka, widziałam w nim smutek, więc wyraziłam szczerą nadzieję, że jest szczęśliwy, czego z całego serca mu życzę.

    Odpowiedział niemal natychmiast, równie długim mailem. Dostałam od niego naprawdę wiele listów i każdy był przesycony na wskroś duchową nowomową, która budziła emocje, ale tak naprawdę niczego nie mówiła wprost. Rozbudzała, ale jednocześnie nie powodowała konieczności brania odpowiedzialności za słowa.

    Tym razem było inaczej.

    Oczywiście trudno było nie odnieść się do duchowości w tym wypadku, ale główną osią listu były: jego reakcja na mój list, opis jego drogi i miejsca na świecie oraz to, że chętnie się spotka i odpowie (lub nie 😆) na każde moje pytanie.

    Konkretnie, po męsku.

    Przeczytałam. Popatrzyłam w dal… długo… Potrząsnęłam głową, zamrugałam i poszłam na spacer. Bo minął rok i odpisał mi inny człowiek.

    Kiedyś, myśląc o nim, wyciągnęłam kartę tarota – RYCERZ PUCHARÓW.

    A teraz – KRÓL MIECZY…

    Ciekawe…

    Bardzo mnie ten nowy człowiek zaciekawił.

    Umówiliśmy się na lunch na jutro.

    Czwartek.

    Rano SMS:

    „Mogę zadzwonić?”

    – OK.

    W słuchawce zdenerwowany głos. Prosi mnie o przełożenie spotkania na jutro. Bo szef, wideokonferencja, prawnicy i całe zastępy piekielne postanowiły pokrzyżować mu plany. Przerwy na lunch nie będzie.

    Zaśmiałam się głośno, bo po roku ciszy pierwsze, co słyszę, to złość. Mówię o tym ze śmiechem, pytając jednocześnie, czy na pewno chce się spotkać.

    Twierdzi, że tak.

    Sprawdzam. Mogę. Ustalone.

    Po południu idę do szpitala.

    Dzień wcześniej myślałam, że moja druga mama jest zmęczona badaniami i wycieńczona tym, że od dłuższego czasu niewiele je. Dziś kategorycznie odmawia przyjęcia jakiegokolwiek posiłku. Wczoraj jadła chociaż jogurt.

    Przyniosłam jej specjalną butelkę na wodę. Z poprzedniej trudno było pić, była dla niej za duża.

    Jest bardzo słaba. Mówi niewyraźnie. Szum tlenu zagłusza większość słów.

    Opowiada mi sen: piękny różany ogród, na ławeczce siedzi jej matka, a zmarła cztery lata temu córka szuka jej, głośno wołając.

    Lekarz mówi, że zostały dni, a może tylko godziny.

    Zapłakana biegnę do sklepu. Chcę zdążyć. Bo ona chce odejść w czerwonych butach (o tym też kiedyś napiszę).

    Szukam.

    Nie ma wystarczająco dobrych.

    Jadę Boltem na drugi koniec miasta.

    Są.

    Kupuję dwie pary. Chcę, żeby sama wybrała. Żeby chociaż to sama mogła wybrać na koniec.

    Piątek.

    Rano spacer z psem. Zatrzymałam się w tym samym miejscu co zwykle, moja żabia ławka kontemplacji.

    I zapomniałam oddychać na chwilę…

    I połączyłam kropki.

    KRUK.

    I zobaczyłam wzorzec:

    Choroba, śmierć, brama, strażnik bramy.

    Powtórka.

    I wpadłam w prawdziwą wściekłość. Miałam spotkać człowieka, opowiedzieć mojej drugiej matce, kogo dziś poznałam. A Wszechświat postawił przede mną bramę i podsunął mi strażnika przejścia na tacy.

    Wykwalifikowany. Sprawdzony. Szaman specjalista.

    A ja, tupiąc nogą, powiedziałam:

    NIE!

    Nie chciałam powtórki. Czułam w sobie siłę i postanowiłam, że przejdę bez niego.

    Rozpadnę się, bo tak trzeba, bo to ludzkie i zwyczajne. Mam przyjaciółki, które w razie czego staną przy mnie. Mam też nareszcie siebie.

    I chcę nareszcie odczarować całą tę figurę. Ten proces się zakończył.

    Chcę mieć przed sobą człowieka.

    Wieczorem zdecydowałam, że rano odwołam spotkanie, ale po tym, co do mnie dotarło…

    Wiedziałam, co robić, bez względu na konsekwencje.

    Poszłam.

    Nawet się nie uczesałam, nie sprawdziłam, czy na twarzy nie mam śladów po płaczu.

    Czekał w umówionym miejscu. Uśmiechał się z daleka. Na jego widok poczułam większy spokój. Byłam zdeterminowana i lekko poddenerwowana, ale już nie byłam wściekła.

    W mailu prosiłam go, żeby mnie nie przytulał, jak zwykł to robić. Uszanował to.

    Zapytał, czy wejdziemy do środka. Odmówiłam. Poprosiłam o rozmowę i poprowadziłam go nad rzekę.

    Zaczęłam od wyjaśnienia kontekstu.

    Kiedy usłyszał o kruku, przerwał mi i opowiedział swój sen z tego samego dnia, absolutnie synchroniczny. W ogóle nie byłam zdziwiona. Nie pomyślałam nawet, żeby się nad tym dłużej zatrzymać, bo on przecież nie wie, że wielokrotnie śniliśmy podobne sny. Ja czytałam jego sny, a on moich nie, więc dla mnie to było zwyczajne.

    On miał gęsią skórkę.

    Przypomniałam mu bramę z zeszłego roku, a teraz chorobę i zapowiedź śmierci, jego przełożone spotkanie i to, że odmawiam współpracy.

    Miał szeroko otwarte oczy i jest chyba jedyną osobą na całym świecie, która nie próbowała wezwać pogotowia, słysząc takie rewelacje.

    Powiedział, że on tutaj niczego nie majstrował. Że obiecuje, że absolutnie niczego w tej sprawie nie robił.

    Powiedziałam, że to nie ma żadnego znaczenia.

    Przyszłam tu dziś zwolnić go oficjalnie z funkcji, bez względu na konsekwencje, i jeśli chce, może odejść. Ale jeśli zdecyduje się zjeść ze mną sałatkę, to będzie musiał najpierw ściągnąć te szamańskie gacie.

    Wykonał wokół siebie trochę śmieszno-dziwnych gestów i…

    Zamiast wezwać karetkę, zapytał:

    – Chcesz zjeść sałatkę?

    I poszliśmy.

    Kobieta i mężczyzna.

    I rozmawialiśmy o pracy, dzieciach, życiu, zdrowiu, samopoczuciu, relacjach, znajomych, podróżach, o śmierci i życiu, o snach i wizjach.

    To był dobry czas.

    Powiedział, że powinnam pracować w dziale HR, bo świetnie zwalniam. 😉

    Poznałam dzisiaj fantastycznego człowieka.

    Nie wiem, czy jeszcze zechce się ze mną spotkać, bo myślę, że to nie było łatwe spotkanie, ale bez względu na koszt…

    To był jeden z najważniejszych posiłków w moim życiu.

    I nie zmieniłabym niczego z jego przebiegu.

    PS. Tym bardziej, że w trakcie naszej rozmowy wszedł mój były mąż, a ja nawet na chwilę nie zawiesiłam głosu. I jego obecność nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

  • 81. Krzesło – sen o zaufaniu do siebie 

    5/6.05.2026 

    Początku nie pamiętam. 

    Znalazłam się na plaży w obcym kraju. Zobaczyłam ptaka i powiedziałem do kogoś, że to albatros. Ptak szedł po piasku. 

    Miałam dotrzeć w jakieś miejsce, ale w tym celu miałam popłynąć dokądś promem. Prom już odpłynął. 

    Miałam w tym śnie jakieś większe moce niż zwykle, jak agent specjalny lub jakiś mini superbohater, i miałam dotrzeć na miejsce z jakąś misją. 

    Pomiędzy miejscem, w którym byłam, a tym, gdzie miałam dotrzeć, była przewieszona metalowa lina i krzesło, ale zupełnie zwykłe, podobne do tego, jakie mam w domu, z przezroczystego plastiku. 

    Usiadłam na tym krześle i sunęłam nad wodą w kierunku celu. Krzesło było niestabilne, ale uwiesiłam się na nim tak sprytnie, że nie spadłam. Wiedziałam, co robię i byłam pewna, że pomimo komplikacji dotrę tam, gdzie trzeba. 

    Celem okazała się świątynia. Nie wiem jaka. W środku był mnich, rozmawiałam z nim o czymś. 

    Wyszłam na zewnątrz. Stał tam autokar z dziećmi. Byli wśród nich chłopcy z mojej firmy. Zapytali, czy mam karty i czy zagram z nimi w kanastę (nigdy w realu nie grałam z dziećmi w karty). Byli rozczarowani, że nie mam kart, bo chcieli zagrać jak zwykle. 

    Powiedziałam im, że to zupełnie inna sytuacja, że są tutaj na wycieczce i nie powinni robić tego, co zwykle, tylko zwiedzać nowe miejsca, że muszę już iść, ale jest mi bardzo miło, że mogłam ich spotkać. 

    Tego snu nie będę interpretować jak zwykle, bo wydarzenia, które bezpośrednio go poprzedzały, dotyczyły innej osoby i były dla mnie bardzo trudne, więc nie chcę wchodzić w szczegóły. 

    Ważniejsze było to, że sen pomógł mi przygotować się do spokojnej, konstruktywnej konfrontacji i opanowania sytuacji następnego dnia. 

    To było cudowne doświadczenie. Jakby sen nie próbował rozwiązać problemu za mnie, ale przypomniał mi, że potrafię sobie z nim poradzić. 

    I rzeczywiście – poradziłam sobie doskonale. 

  • 1. Pomyliłam dziś pociągi 😉 

    1. Pomyliłam dziś pociągi 😉 

    Umówiłam się dwa tygodnie temu na spotkanie przy kawie i ciastku z przyjaciółką. Mieszka w mieście odległym od mojego o 20 minut pociągiem. Czekałam więc dziś cierpliwie na dworcu w moim mieście, zwykle jeżdżę Intercity, ponieważ mam dużą potrzebę rezerwacji miejsca siedzącego (powody wyjawię poniżej) i jak najmniejszej liczby przystanków. Pociąg był opóźniony 10 minut. Czekałam spokojnie, bo 10 minut w PKP to nie dramat, to prezent 😉. Skupiłam się na szparze w cegle, do której wleciała bardzo rzadka dzika pszczoła zadrzechnia, kiedy z głośników słychać było komunikat o nadjeżdżającym pociągu. Możliwe, że gdyby nie pszczoła do tego konkretnego pociągu bym nie wsiadła. Kiedy byłam już w środku doznałam lekkiego oszołomienia, bo nie było w nim wagonu z nr 16. Olśniło mnie wtedy, że to NIE TEN POCIĄG!!!! Na szczęście jechał w tym samym kierunku, na nieszczęście w ogóle nie zatrzymywał się w mieście, do którego zdążałam. Pierwsza stacja była w innym mieście wojewódzkim jakieś 50 kilometrów dalej niż chciałam jechać. Pomyślałam sobie, przygoda 😊 i znalazłam konduktora. Powiedziałam co się stało, zaczęłam od “Zrobiłam coś strasznego…”, chciałam się upewnić czy na pewno jestem uwięziona, bo może można mnie wysadzić w moim upragnionym miejscu na ziemi. Niestety byłam więźniem, więc chciałam dokupić bilet, konduktor był człowiekiem wysoce empatycznym, więc powiedział, że nie ma takiej potrzeby i mogę zająć pierwsze wolne miejsce, które mi się spodoba. Usiadłam, wyciągnęłam z plecaka “Potęgę mitu” Campbella i w tym momencie doznałam szoku. Przecież mi się to śniło niemal1:1. Zapisuję sny, więc zaczęłam szukać w notatniku w telefonie przechodząc przez dziesiątki snów. Znalazłam.  

    Sen sprzed dwóch miesięcy: 

    Jechałam pociągiem, miałam bilety, ale nie miałam rezerwacji na konkretne miejsca, więc mogłam jechać tym pociągiem, ale żeby usiąść w miejscu, w którym chciałam usiąść, musiałam zakombinować. Na zwykłej, wymiętej kartce sama chciałam napisać, że siedzę w tym miejscu, a nie w innym, ale było to jakieś dziwaczne. Najpierw rysowałam rubryki, potem próbowałam coś wpisać w te rubryki, ale długopis nie działał, drugi również. Miałam z tym oszustwem bardzo poważny problem, a wiedziałam, że zaraz przyjdzie konduktor i sprawdzi te nieszczęsne bilety. No i de facto przyszedł konduktor, ale kompletnie olał moje wysiłki. Uznał, że nikt nie zajmował tych miejsc, więc przecież mogłam tam swobodnie siedzieć. 

    Po odczytaniu snu miałam silne przeświadczenie, że to zwykłe zdarzenie, jakim jest podróż niewłaściwym pociągiem nabrało nagle symbolicznego znaczenia. Jakby sen przygotować mnie miał na realne wydarzenie z życia. Sen, który mówił: spokojnie masz prawo tu być, nie potrzebujesz kwitów, zgód czy innych zezwoleń. Masz prawo do wybranego przez siebie miejsca. Twoja podróż może przebiegać na twoich i tylko twoich zasadach. Jesteś w drodze i to jest twoja droga. Dziś zrozumiałam, że tak jest w istocie, jestem w drodze…w transformacyjnej drodze bez powrotu. Drodze, która rozpoczęła się 7.07.2025 w pociągu tej samej relacji a dziś najprawdopodobniej zatoczyła koło. 

    Dojechałam do miejsca docelowego. Przedzierając się przez tłum myślałam, że tak właśnie miało być, że nie wiedzieć czemu miałam się tu znaleźć. Poszłam na herbatkę z mango i serniczek baskijski do Costy. Czekałam aż coś się wydarzy. Nic, wydarzyło się- NIC. Otworzyłam aplikację i chciałam kupić bilet powrotny, wszystkie miejsca zajęte! Następny to Polregio, bez miejscówek, w normalnej sytuacji zaczekałabym pewnie półtorej godziny na kolejny pociąg, ale- jak przygoda to przygoda, kupiłam bilet, bez zaklepania miejsca. Trzeba podobno wychodzić ze strefy komfortu. 

    Jadąc w drodze powrotnej wspominałam tamtą lipcową podróż. Byłam wtedy inną osobą. Byłam dumna, że przetrwałam. Wychodziłam z długiego czasu leczenia licznych ran, o których w przyszłości napiszę. Zdawało mi się wtedy, że w końcu żyję pełnią życia, że odnoszę sukcesy zawodowe i artystyczne, że finansowo staję na nogi i nareszcie cieszę się życiem. Kiedy wsiadłam do tamtego pociągu moja perspektywa zupełnie się zmieniła, dosłownie w jednej chwili. W chwili, w której drzwi pociągu, przy których stałam nagle otworzyły się przy pełnej prędkości a moja głowa znalazła się na zewnątrz. Widziałam odlatujące w dal okulary przeciwsłoneczne, które podmuch zdarł z mojej głowy. To był punkt graniczny, tu pękła iluzja i otworzyło się przejście. Był też strażnik progu, który cierpliwie mnie przeprowadził. Człowiek, który był dla mnie darem i dlatego takie nadam mu na potrzeby tego bloga imię. Dariusz był katalizatorem mojej zmiany. Uwolnił moje emocje, zamrożone od dzieciństwa ciało i nauczył miłości, tej bezinteresownej prosto z duszy i tej najważniejszej, bez której nie zaistnieje pełnia- własnej. Otworzył dla mnie świat, o którym nie miałam pojęcia. Owszem, czytałam u Junga o transformacji, indywiduacji, wyższej jaźni, archetypowych snach, snach prekognitywnych, ale była to teoria i raczej wyjęta z rozważań fantastycznonaukowych. Ja przecież mocno stoję na ziemi, więc sny były czymś nie do końca chcianym, choć zwykle pięknym. Darek zaszczepił we mnie uważność na sny jako język duszy, dzięki którym można zobaczyć prawdę o sobie i pójść o krok dalej na drodze przemiany. 

    Zatopiona w myślach patrzyłam na kobietę siedzącą naprzeciw. Wyglądała co najmniej oryginalnie. Długie rozpuszczone lekko siwiejące włosy, kapelusz w kowbojskim stylu. Czerwony krótki płaszczyk i białe spodnie. Wyjęła ze skórzanej bardzo już zniszczonej torby w bordowym kolorze gruby zeszyt. Pisała coś pięknym pochyłym pismem. Sprawiała wrażenie takiej trochę nie z tego świata, lekko odrealnionej. Zapisała dwie strony i zamknęła zeszyt. W papierowej torebce miała coś do jedzenia, nie wiem co to było, bo patrzyłam przez okno, kiedy jadła. Wyrzuciła papier do kosza obok mojej nogi i przesiadła się na siedzenie obok mnie. Położyła mi na brzuchu mały cukierek opakowany w przeźroczystą folię. Przeprosiła mnie za to, że tak nieelegancko podała i życzyła mi słodkiego życia. Po czym wysiadła na stacji w mieście mojej przyjaciółki, dokładnie tam, gdzie ja miałam początkowo dotrzeć. 

    Spojrzałam na cukierek, był uroczy, miał w środku małe czerwone serduszko. Wtedy zrozumiałam. Moja transformacja zatoczyła koło. Zaczęła się w pociągu “tam”, a zakończyła w pociągu „z powrotem”. A ten mały cukierek jest jak pieczęć. Maleńki, ale ważny jak kropka nad i. 

    I wiedziałam już co napiszę na blogu. Opiszę całą moją drogę. Od początku, kiedy jako pięcioletnie dziecko siedziałam w szafie bojąc się o życie aż do teraz kiedy z uśmiechem ściskam małe słodkie serce w dłoni z ufnością patrząc w przyszłość.