W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Autor: wcieniukruka

  • Trzeba już odejść od stolika II — Czerwone drzwi 

    Dziś muszę wrócić do historii przerwanej w PIĄTEK 28 sierpnia. 

    Po zwolnieniu Darka z funkcji, jaką pełnił w moim życiu i naprawdę pod każdym względem dobrym lunchu wróciłam do domu, zabrałam ze sobą dwie pary butów kupionych poprzedniego wieczora i poszłam do szpitala. 

    Bardzo chciałam, żeby moja przyjaciółka sama wybrała te, w których wyruszy w ostatnią drogę. 

    Spała, kiedy weszłam do sali. Przyszła nasza koleżanka z pracy. Rozmawiałyśmy chwilę i wtedy przebudziła się na moment, ale nie było już z nią pełnego kontaktu. Koleżanka mówiła, żeby nie odchodziła, że nie może nas zostawić, że jeszcze nie teraz. 

    Zdenerwowało mnie to bardzo, bo wydało mi się egoistyczne. Ona chciała już odejść. Miała do kogo. Po drugiej stronie czekały na nią matka i córka. Tu było już tylko cierpienie. Rak jajnika z przerzutami do całej jamy brzusznej i ból. 

    Poiłam ją butelką dla dzieci z wesołym leniwcem zwisającym beztrosko z gałęzi. Dotarło do mnie, że to może być ostatni moment i wyprosiłam koleżankę na chwilę. Kiedy się zbierała, pomyślałam, że nie chcę szeptać, więc wyprosiłam również pacjentkę leżącą na drugim łóżku. 

    Wyszły. 

    Podziękowałam wtedy mojej drugiej matce za całe dobro, jakie wniosła do mojego życia. Powiedziałam, że sobie poradzę. Opowiedziałam o lunchu i o tym, że poznałam dziś naprawdę fajnego faceta. Poprosiłam, żeby nie martwiła się o nas. Powiedziałam, że zostawia ten świat w lepszej kondycji, niż go zastała, i że zabiorę ze sobą wszystko, czego mnie nauczyła. 

    SOBOTA 

    Od piątku wszędzie już i we wszystkim widziałam znaki. 

    Kiedy jak co dzień piłam poranną kawę na balkonie, na śniadanie przyleciał mój zaprzyjaźniony gołąb. Karmiłam go ziarnami, odwrócona tyłem do stolika, kiedy usłyszałam za plecami szum skrzydeł. 

    Przyleciał zupełnie obcy gołąb i wylądował, obejmując łapkami brzegi mojego ulubionego kubka. Po chwili wzbił się w powietrze, zrzucając jednocześnie kubek na podłogę. 

    Patrzyłam na rozlaną kawę i kawałki rozbitej porcelany i widziałam już tylko nadchodzącą śmierć. 

    Moja przyjaciółka już się nie obudziła. Nie piła. Pielęgniarka zapytała, czy podam jej leki. Pytanie było dla mnie zupełnie absurdalne. Patrzyłam na nią oszołomiona. Bo jak? Jakim cudem podać tabletkę nieprzytomnej osobie? 

    Poprosiłam, żeby podano leki w kroplówce. Po godzinie podano jej paracetamol. Wydawało mi się, że to wystarczyło. Oddychała już spokojniej. 

    Po pracy przyszłam jeszcze na chwilę. Zastałam je wszystkie. 

    Mówiła, że musi nas sobie przedstawić. Podobno wiele nas ze sobą łączyło. 

    Było nas pięć. One stały po dwie po obu stronach łóżka, ja stanęłam pośrodku. 

    Jedna z nich odezwała się wreszcie: 

    „Wyglądamy jak czarownice”. 

    „Ale dobre” — odpowiedziałam. 

    Pomyślałam wtedy, że gdybyśmy chwyciły się za ręce i myślały intensywnie o tym, jak ONA wchodzi do wyśnionego przez siebie różanego ogrodu i wita się z oczekującymi na nią matką i córką, może pomogłybyśmy jej odejść. Nie miałam jednak śmiałości, żeby wypowiedzieć tę myśl na głos. 

    Wyszłyśmy na korytarz. Przedstawiłam się. Wiedziały, kim jestem i ja wiedziałam, kim one są. Słyszałyśmy już przecież o sobie nawzajem. Wymieniłyśmy się telefonami i ustaliłyśmy dyżury. 

    NIEDZIELA 

    Wychodząc rano z domu, na klatce schodowej zobaczyłam piękną, olbrzymią ćmę. Tłukła skrzydłami o szybę, migocząc czerwono nakrapianymi skrzydłami. Pomyślałam wtedy o butach. Moja przyjaciółka nie była na tyle przytomna, żeby móc samodzielnie je wybrać. Wybrałyśmy za nią. Czerwone czółenka z eleganckim paskiem na niewysokim, zgrabnym obcasie. Wyglądały, jakby miała tańczyć w nich flamenco. 

    Kiedyś, kiedy siedziałyśmy w naszej ulubionej kawiarni, opowiadała mi o swojej matce. Za pierwsze zarobione pieniądze kupiła sobie buty. Była szczęśliwa, kiedy przyniosła je do domu. Położyła pudełko na stole i otworzyła, pokazując swojej matce (babci mojej przyjaciółki) piękne czerwone półbuty na niewysokim obcasie. Kobieta otworzyła szeroko oczy i powiedziała: 

    „Dziecko. Ty nie możesz tego założyć. Ty wiesz, kto chodzi w takich butach? W TAKICH butach chodzą tylko ARTYSTKI!” 

    Mama mojej przyjaciółki zmuszona była oddać buty do sklepu, a historia ta była przekazywana z pokolenia na pokolenie w ich rodzinie jako barwna anegdota. Dla mojej przyjaciółki czerwone buty stały się symbolem kobiecego wyzwolenia. Wtedy właśnie, przy kawiarnianym stoliku, usłyszałam od niej po raz pierwszy, w jakim obuwiu chce przekroczyć ostatni próg. Obiecałam, że tego dopilnuję. Wtedy wydało mi się to całkiem zabawne — taki rodowy bunt z przytupem. Taki bunt wymagał porządnego obcasa. 

    Ale w chwili, kiedy wypuszczałam ćmę na wolność, nie widziałam w tym nic zabawnego. Bałam się, że po przyjściu do szpitala zastanę puste łóżko. 

    Była tam jeszcze. Nie otworzyła już oczu. Miałam wrażenie, że jest zniecierpliwiona zabiegami wokół niej, przypinaniem kroplówki, dotykiem, zwilżaniem ust. Miała taki wyraz twarzy, jakby chciała powiedzieć: „Zostawcie mnie już w spokoju”, a może tylko mi się wydawało. 

    PONIEDZIAŁEK 

    Wcześnie rano prasowałam koszulki, które zabrałam wczoraj ze szpitala, żeby je wyprać, kiedy przyszedł SMS. Tego dnia nie płakałam po raz pierwszy od czwartku. Dokończyłam prasowanie, poskładałam koszulki i zamknęłam je w kartonowym pudełku. Schowałam je w garderobie. 

    Miała zwyczaj noszenia ubrań „do końca”, a i wtedy dało się coś jeszcze zrobić i przynosiła je do mnie. Zszywałyśmy sprute brzegi, naszywałyśmy łaty na przetarcia. Mówiła: „Ja te spodnie tak lubię”. 

    Turkusowa koszulka w maleńkie czarne jaskółki. Pakując ją do pudełka, myślałam o tym, że trafiłaby już niedługo do mojego domowego warsztatu. 

    Nie pamiętam wiele z tego dnia. Jakieś ustalenia: kto co robi, co potrzeba, kto gdzie jedzie. Po podziale wypadły mi tylko wspomnienia, rajstopy, dostarczenie ubrań i dopilnowanie czy zakład pogrzebowy należycie przygotował ją do pożegnania przed kremacją. 

    Czułam, że to mało. Dużo za mało. 

    WTOREK 

    Pogrzeb ustalony na sobotę. Nic do zrobienia. Dziewczyny chciały złożyć się ze mną na buty. Odmówiłam. Poprosiłam, żeby kupiły sukienkę do kompletu. 

    ŚRODA 

    Miałam kupić rajstopy i zawieźć ubrania do zakładu pogrzebowego. Nie byłam pewna czy to właściwe. Ona bardzo nie lubiła nosić rajstop. Tylko że zawsze chodziła w spodniach. 

    Stojąc nad półką z rajstopami w Rossmannie, biłam się z myślami. Pomyślałam, że jak szaleć, to szaleć. Jest obcas, to i rajstopy powinny być najlepsze. Kupiłam dwie pary. Tak w razie czego. 

    Przekazałam do zakładu pogrzebowego ubrania i ostatnie instrukcje. 

    CZWARTEK 

    Mam sprawdzić, czy wszystko przygotowane. Stoję przed drzwiami do sali pożegnań. Stoję i czytam napis wygrawerowany na złotej tabliczce. Czytam już któryś z kolei raz… POŻEGNAŃ… 

    Wchodzę w końcu. 

    I nagle okazuje się, że mam problem z rozpoznaniem w tej osobie mojej przyjaciółki. Włosy się zgadzają, wzrost się zgadza, dłonie są znajome, ale niczego więcej nie rozpoznaję. Rysy twarzy zmienione, na rękach siniaki po wenflonach. Pomyślałam, że powinni to jakoś zapudrować. A później przyszło mi do głowy, że ona kochała prawdę. Żadnego więc pudrowania. 

    Trumna była niewielka, wnętrze jasne, chyba kremowe. Wokół ciała białe i różowe kwiaty i… nogi. Patrzyłam na nogi. Nie były ułożone „na baczność”. Sprawiały wrażenie, jakby zastygła w półkroku. Pomyślałam, że jest w drodze i że tego też nie trzeba zmieniać. 

    Buty i sukienka były niemal idealnie w tym samym odcieniu ciemnomalinowej czerwieni. Wyglądały pięknie. Wyobraziłam sobie, jak wchodzi do różanego ogrodu, a jej matka i córka witają ją z entuzjazmem. Ona rozkłada ręce na boki i obraca się z dumą i śmieją się z tego jak z rodowego dowcipu. 

    I wtedy… 

    Wtedy zobaczyłam czerwone, ciężkie metalowe drzwi i przypomniało mi się to, co zobaczyłam w marcu, leżąc zapłakana w wannie wypełnionej ciepłą wodą. I przypomniałam sobie wirujący ogień. 

    I pomyślałam. Dziś kremacja. 

    Wtedy, w marcu, myślałam o prababci. Nie wiedziałam jeszcze, co znaczą czerwone drzwi. Później odczytałam je jako kolejny próg prowadzący mnie ku życiu, a ogień jako coś, co odnalazłam w sobie. 

    Stojąc teraz nad czerwienią w trumnie, wiedziałam, że bardzo się pomyliłam. Że dziś oddaję ogniu tę czerwień, która leży przede mną. I nie o moje życie wtedy chodziło. 

    I nie o mój próg. 

  • Trzeba już odejść od stolika I — Pamiętam

    2/3.10.2026 

    Byłam w mieszkaniu, które zamierzał wynająć mój syn i jego dziewczyna, z którą w rzeczywistości się już rozstał. We śnie wrócili do siebie i postanowili zamieszkać razem. Zaprosili mnie tam, żeby pokazać mi ich przyszłe gniazdko. Do mieszkania wszedł Darek. Przedstawiłam go synowi i zostawiłam ich pogrążonych w rozmowie. Wychodząc pomyślałam, że znów będę mieszkać sama. Nie pamiętam czy bardziej byłam zadowolona z tego faktu, czy zmartwiona, że mój syn popełnia błąd wiążąc się z dziewczyną, która już raz udowodniła mu, że nie potrafi utrzymać relacji. 

    Znalazłam się w kawiarni. Na miękkiej kanapie lub fotelu, przy niskim kwadratowym stoliku siedziała moja zmarła przed miesiącem przyjaciółka. Usiadłam naprzeciwko. Obok siedziała któraś z przyjaciółek jej nieżyjącej od kilku lat córki. Miałyśmy spisać wspomnienia o niej. Wyciągnęłam swoje notatki i pamiątki jakie mi po niej zostały. Nie było tego wiele, wszystko mogłoby się zmieścić w kieszeni. Najpierw czytałam na głos wszystko co miałam zapisane, a przyjaciółka, którą czasem nazywałam moją zastępczą mamą potwierdzała wszystko, co jest ważne. Później pokazałam jej wszystkie pamiątki, jakie po niej zgromadziłam. Szczególnie zainteresowała ją biżuteria (nie istnieje w rzeczywistości). Kolczyki misternie plecione z cieniutkich, srebrnych, oksydowanych nici, w kształcie maleńkich prostokątnych sześcianów i zawieszka lub broszka do kompletu. Skupiłyśmy uwagę na kolczykach. Były maluśkie i nieprawdopodobnie precyzyjnie wykonane. Do kawiarni wszedł Darek. Zobaczył mnie, ale nie podszedł. Wiedziałam, że nie chce nam przeszkadzać. Usiadł blisko wejścia do kawiarni. 

    Powiedziałam przyjaciółce kim jest. Użyłam słów: ” to ten dobry człowiek, o którym Ci opowiadałam. Myślałam, że się pomyliłam, że Cię oszukałam. Ale on naprawdę okazał się dobrym człowiekiem.” 

    Byłam trochę zniecierpliwiona, że moja przyjaciółka tak długo ogląda te drobiazgi. Chciałam już do niego iść. Zauważyła to chyba bo albo powiedziała, albo dała mi do zrozumienia, że powinnam wstać od stołu, że powinnam już odejść. 

    Wstałam i odchodząc zastanawiałam się, czy Darek ją widział, bo przecież rozmawiałam ze zmarłą, więc nie było to takie oczywiste. 

    Podeszłam do niego i usiadłam mu na kolanach. Odwrócona przodem do niego oplotłam go nogami i rękoma. Byłam w niego absolutnie wtulona. On też objął mnie z wielką czułością i trwaliśmy tak długą chwilę. Darek był odwrócony tyłem do drzwi, nie widział pary, która weszła do środka. To byli jego rodzice. Matka na nasz widok zatrzymała się w półkroku i miała cudownie rozczulony wyraz twarzy, ojciec uśmiechał się i wyglądał na zadowolonego. Wyszliśmy z nimi z kawiarni, ale wydaje mi się, że Darek mnie niósł. Miałam iść z nimi, ale postanowiłam, że najpierw musimy wrócić do mnie po buty, których nie miałam na stopach. Mama Darka namawiała mnie, żebym szła boso, że bez butów będzie mi wygodniej, ale uparłam się. Zabrałam czarne baleriny i powiedziałam, że teraz już mogę z nimi iść. 

    To bardzo trudny dla mnie sen. Po przebudzeniu dotarło do mnie, dlaczego przez tak długi czas nie byłam w stanie opisać ostatnich wydarzeń. Czułam, że kiedy napiszę o niej, to będzie jak ostateczne pożegnanie. Będę musiała w pewnym sensie puścić rękaw, za który ją trzymam z nadzieją, że dzięki temu nie odejdzie. Ale odeszła przecież i niczego w tej sprawie nie jestem w stanie zrobić. Mogę jednak uporządkować wspomnienia i pamiątki, a później wrócić do życia, bo tego zawsze dla mnie chciała. Chciała, żebym żyła w pełni. 

    Poznałyśmy się dwadzieścia sześć lat temu. Zatrudniłam się w szkole podstawowej. To była moja pierwsza praca bezpośrednio po studiach. Byłam wystraszona. Nigdy nie chciałam pracować z dziećmi, wydawały mi się większym wyzwaniem niż przestępcy w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Marzyłam o tym, że będę przywracać społeczeństwu te mocno zabłąkane owce, ale dzieci? Dzieci to ja się naprawdę bałam. 😉 

    Przez pierwsze dni obserwowałam JĄ z rosnącym z dnia na dzień podziwem. Rozmawiała z dzieciakami w sposób, który mnie zachwycił i z czasem stał się również moim sposobem rozmowy z nimi. Do każdego dziecka podchodziła bowiem z takim samym szacunkiem, uwagą i troską jak do każdej osoby, bez względu na wiek. W zwykłej rozmowie z uczniem na szkolnym korytarzu była ciekawa człowieka. Pytała, co myśli, co czuje, jak to czy coś innego widzi. Interesowało ją zdanie dziecka i zawsze słuchała z uwagą. W jej towarzystwie człowiek czuł, że jest najzwyczajniej w świecie ważny. 

    I wiedziałam już, że w pracy z dziećmi najważniejsze nie są metody i techniki, ale szacunek i uważność. To była pierwsza lekcja, jakiej mi udzieliła. 

    Zaprzyjaźniłyśmy się szybko. Było w niej coś tak dla mnie znajomego, że nie zwracając uwagi na trzydzieści lat różnicy wieku, szybko stała się częścią mojego życia. Łączyła nas nie tylko miłość do pracy z dziećmi, ale miłość w ogóle. Do świata, sztuki, muzyki, kina, literatury i całego piękna, które nas otacza. 

    Szczególnie ukochałyśmy kontakt ze zwierzętami. Mogłyśmy godzinami rozmawiać o sikorkach, które odwiedzały jej balkon. Dzwoniła czasem i mówiła: „Odwiedził mnie ptaszek, miał czarną czapeczkę, szarawe piórka…”. Dopytywałam o wielkość, długość ogona, kształt dzioba. Czasem otwierałam przewodnik Collinsa, zanim ustaliłyśmy, kto wpadł na słonecznik. 

    Dwa tygodnie przed śmiercią stała smutna nad zwłokami ptaka leżącego na drodze przed jej blokiem. Chciała wiedzieć, co to za piękne stworzenie straciło życie pod kołami. Ustaliłyśmy, że to pustułka. Bardzo żałowała, że nie widzi jej w locie. 

    Kiedy odeszła na emeryturę, nic już nie było takie jak dawniej. Zmieniła się nie tylko atmosfera w pracy. Zmieniły się zasady. Pozostanie sobą stało się codzienną walką o przetrwanie. A jej: „Dziecko, ty się w tej szkole marnujesz” pozwoliło mi uwierzyć, że świat czeka na mnie i moje pomysły, jak upiększać go codziennie. Jak tworzyć dobro, zachowując jednocześnie wolność. 

    To nigdy nie było łatwe, ale zawsze mogłam na nią liczyć. Jej „dasz radę” nigdy nie było pustym hasłem. Zawsze popierała je wspomnieniem tego, co już mi się udało. „A pamiętasz, jak byłaś bez grosza…”, „Pamiętasz, jak świat się zawalił, a ty szłaś dalej z podniesioną głową…”, „Z tyloma trudnościami sobie poradziłaś, dlaczego teraz miałoby być inaczej?”. 

    Nauczyła mnie też, jak być dobrą matką. Moja mama nie miała zasobów, żeby mnie tego nauczyć. Zawsze byłam troskliwa i opiekuńcza, ale pewne subtelne naleciałości z mojego własnego dzieciństwa wkradały się czasem do mojej relacji z dzieckiem. 

    Mój syn miał może dwa latka, może mniej. Popełnił jakiś dziecięcy błąd, zupełnie nieistotny, a ja żartowałam z niego tak, jak robił to mój ojciec, kiedy byłam mała. Nie zauważyłam nawet, że to robię. Ona ze spokojem i troską powiedziała wtedy: 

    „Nie rób tego, skarbie. On to słyszy i zapamięta”. 

    I zdałam sobie sprawę, że ja pamiętam. I że nadal boli. 

    Czasem przyłapywałam się później na tym, że reaguję w sposób, który znałam z rodzinnego domu. Dzięki temu jednemu zdaniu, wypowiedzianemu w odpowiednim czasie, mogłam się zatrzymać. A jeśli z jakiegoś powodu mi się nie udało — mogłam przeprosić swoje dziecko. 

    Kiedy trafiłam na terapię dla współuzależnionych i przestałam się wstydzić mówić o tym, z czym na co dzień muszę się mierzyć, ona była pierwszą osobą, której o tym opowiedziałam. Nie bałam się, że mnie oceni. Bałam się, że będzie jej przykro, że nie powiedziałam jej o tym wcześniej. 

    Siedziałyśmy w naszej ulubionej kawiarni, a ona zamiast mnie pocieszać, opowiedziała mi o sobie i swoim krótkim małżeństwie. I wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, czym jest głęboka empatia. 

    Można współczuć, można pochylać się nad kimś, można nawet przytulić i nadal tylko współczuć. Ale jeśli przez chwilę chociaż byłeś w tym samym miejscu, wtedy możesz również naprawdę rozumieć. A to jest bezcenne. 

    W trudnym dla mnie czasie, w którym musiałam poradzić sobie z rozstaniem, rozwodem i walką o przetrwanie, była dla mnie bezcennym skarbem. Nie tylko współczuła. Naprawdę wspierała i rozumiała, bo była kiedyś w tej samej ciemności, przez którą ja musiałam przejść. Powtarzała zawsze: „Ty i dziecko. Tylko wasze dobro się liczy”. 

    Ona walczyła o siebie i córkę, wiedziałam więc, że mnie również się uda. Wychowała swoje dziecko na bardzo mądrą, świadomą i silną kobietę. Świat nie miał dla niej granic. Miały cudowną relację, pełną miłości, szacunku i wiary w siebie nawzajem. 

    Jej córka zmarła nagle. Nie znaleziono przyczyny. Zatrzymało się serce. 

    Moja przyjaciółka nigdy w pełni nie podniosła się po śmierci jedynego dziecka. Przeżyła jeszcze cztery lata. Żyła naszym życiem. Moim i mojego dziecka, życiem najbliższych przyjaciółek swojej córki i życiem ich rodzin. Ale to już nie było to samo. Nie mogło być. 

    Zawsze powtarzała, że dobry nauczyciel choruje tylko w święta, ferie i wakacje. 

    Była najlepszym z nauczycieli. 

    Zmarła w nocy z 30 na 31 sierpnia. 

  • No i się narobiło… Zwolniłam dziś szamana

    Mam ze Wszechświatem ostatnio na pieńku. Nie mam pewności, czy to, co robię w odpowiedzi na to, co mi zsyła, jest tym, co robić powinnam, ale pojawił się we mnie ogromny bunt i złość z niego wypływająca. I również w tym wypadku staję za sobą, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadają mi inaczej. Nie wiem, czy Wszechświat da mi po łapkach, czy pogłaszcze po głowie. To się dopiero okaże.

    Za chwilę rozpadnę się na kawałki i będę w tym sama, bo strażnik przejścia dostał dzisiaj wypowiedzenie. I zaskakująco dobrze to przyjął. 😉

    W poprzedni weekend pokłóciłam się z Wszechświatem. Zapalnikiem była spotkana para. Osoby te ewidentnie i jawnie traktowały siebie nawzajem w sposób pozbawiony szacunku. Sama scena rodzajowa, na tle naszego społeczeństwa zwyczajna i nic niewnosząca, w moim ciele wywołała natychmiastowe spięcie i rosnącą do olbrzymich rozmiarów złość. Bo dlaczego ja, która z szacunkiem podchodzę do drugiego człowieka i wszystkich rodzajów relacji, pozbawiona jestem tej najważniejszej? Tej, której inni ludzie tak obcesowo nie szanują.

    I dostało się Wszechświatowi za to, że jestem tylko katalizatorem, że większość ludzi przychodzi do mojego świata po wzrost, wzrasta, a potem odchodzi (jakbym nie zdawała sobie sprawy, że również na tym polega moja praca 😂). Wylało się wszystko, aż płakałam ze złości, co bardzo rzadko mi się zdarza.

    Na szczęście poukładałam sobie w głowie te wszystkie nieścisłości i dotarło do mnie w końcu, że świat jest przebogaty, ludzie są różni, a Wszechświat nie obdarza na zasadzie sprawiedliwości społecznej i na pewno się na mnie nie gniewa, bo jestem za maleńka, żeby mnie można było z tak wysoka zauważyć.

    Ale czy na pewno?

    Poniedziałek.

    Spacer nad rzeką, jak zwykle, ale tym razem z bonusem. Nad moją głową przez dłuższą chwilę krążył uparcie kruk i darł się wniebogłosy. Był nisko, więc nawet telefonem udałoby mi się zrobić świetne zdjęcia. Bez szans. Telefon w nocy się zaktualizował i nie potrafiłam uporać się z nowym interfejsem, ze światłem odbijającym się od ekranu, w dodatku bez okularów.

    To też mnie trochę zdenerwowało, bo nie miałam z tymi wspaniałymi ptakami kontaktu od 7.07.2025, kiedy „prawie wypadek w pociągu” postawił przede mną bramę, a Darek, mój prywatny strażnik przejścia, tak pięknie mnie przez nią przeprowadził.

    Wracając do domu, zdałam sobie sprawę, że sytuacja wygląda dokładnie jak w moich snach, w których, gdy pojawia się coś spektakularnego, pięknego, ważnego albo tylko dziwnego, za żadne skarby nie udaje mi się tego udokumentować.

    Pomyślałam: ciekawe…

    Ale nie poświęcałam temu wydarzeniu specjalnej uwagi. Ugotowałam obiad, zjadłam i poszłam do sąsiadki emerytki zainstalować jej kilka aplikacji na tablecie.

    Odebrałam tam telefon.

    Moja druga matka (napiszę jeszcze o tej pięknej istocie), ta, która przez 26 lat była obecna, troskliwa i zawsze wspierająca, jest na SOR-ze.

    Nic niezwykłego. Miała tam dotrzeć już tydzień wcześniej z bólami brzucha, które trudno było zdiagnozować. Miałyśmy iść nazajutrz do przyszpitalnej przychodni onkologicznej.

    Nie poszłyśmy. Została w szpitalu. Była zaopiekowana i diagnozowana. Uspokoiło mnie to na tyle, że mogłam spokojnie żyć.

    Wtorek.

    Umówiłam się z przyjaciółką na herbatkę. Rozmawiałyśmy o jej procesie i mojej w nim roli, o tym, że w chaosie przypisywała mi intencje, rolę i odpowiedzialność, które były „jej prawdą” w tamtym czasie.

    Rozumiałam, bo sama byłam w tym miejscu, i postanowiłam, że „wystoję”. Zaczekam. Bo to jest etap, który należy przejść samemu. To kryzys, który może nas pchnąć jedynie w górę, jeśli będziemy się wtedy opierać na sobie.

    Nie było więc we mnie żalu czy gniewu, była empatia i zrozumienie. Nie było zamknięcia, były szeroko otwarte ramiona w razie powrotu i prawda.

    Kiedy uporządkowałyśmy sprawy, wspomniałam Darka i analogiczną sytuację między nami. Powiedziałam przyjaciółce, że ja bardzo chciałam wiedzieć, co u niej, więc może on również chciałby poznać drogę, jaką przeszłam, i miejsce, w którym się znajduję. Może jemu też nie jest wszystko jedno.

    Zachęcała mnie do napisania listu.

    Środa.

    Napisałam. O drodze, procesie, finale. Załatwionych sprawach i o tym, jak jestem mu wdzięczna. Kiedy przez ostatnie miesiące przewijały się przez moje media społecznościowe zdjęcia Darka, widziałam w nim smutek, więc wyraziłam szczerą nadzieję, że jest szczęśliwy, czego z całego serca mu życzę.

    Odpowiedział niemal natychmiast, równie długim mailem. Dostałam od niego naprawdę wiele listów i każdy był przesycony na wskroś duchową nowomową, która budziła emocje, ale tak naprawdę niczego nie mówiła wprost. Rozbudzała, ale jednocześnie nie powodowała konieczności brania odpowiedzialności za słowa.

    Tym razem było inaczej.

    Oczywiście trudno było nie odnieść się do duchowości w tym wypadku, ale główną osią listu były: jego reakcja na mój list, opis jego drogi i miejsca na świecie oraz to, że chętnie się spotka i odpowie (lub nie 😆) na każde moje pytanie.

    Konkretnie, po męsku.

    Przeczytałam. Popatrzyłam w dal… długo… Potrząsnęłam głową, zamrugałam i poszłam na spacer. Bo minął rok i odpisał mi inny człowiek.

    Kiedyś, myśląc o nim, wyciągnęłam kartę tarota – RYCERZ PUCHARÓW.

    A teraz – KRÓL MIECZY…

    Ciekawe…

    Bardzo mnie ten nowy człowiek zaciekawił.

    Umówiliśmy się na lunch na jutro.

    Czwartek.

    Rano SMS:

    „Mogę zadzwonić?”

    – OK.

    W słuchawce zdenerwowany głos. Prosi mnie o przełożenie spotkania na jutro. Bo szef, wideokonferencja, prawnicy i całe zastępy piekielne postanowiły pokrzyżować mu plany. Przerwy na lunch nie będzie.

    Zaśmiałam się głośno, bo po roku ciszy pierwsze, co słyszę, to złość. Mówię o tym ze śmiechem, pytając jednocześnie, czy na pewno chce się spotkać.

    Twierdzi, że tak.

    Sprawdzam. Mogę. Ustalone.

    Po południu idę do szpitala.

    Dzień wcześniej myślałam, że moja druga mama jest zmęczona badaniami i wycieńczona tym, że od dłuższego czasu niewiele je. Dziś kategorycznie odmawia przyjęcia jakiegokolwiek posiłku. Wczoraj jadła chociaż jogurt.

    Przyniosłam jej specjalną butelkę na wodę. Z poprzedniej trudno było pić, była dla niej za duża.

    Jest bardzo słaba. Mówi niewyraźnie. Szum tlenu zagłusza większość słów.

    Opowiada mi sen: piękny różany ogród, na ławeczce siedzi jej matka, a zmarła cztery lata temu córka szuka jej, głośno wołając.

    Lekarz mówi, że zostały dni, a może tylko godziny.

    Zapłakana biegnę do sklepu. Chcę zdążyć. Bo ona chce odejść w czerwonych butach (o tym też kiedyś napiszę).

    Szukam.

    Nie ma wystarczająco dobrych.

    Jadę Boltem na drugi koniec miasta.

    Są.

    Kupuję dwie pary. Chcę, żeby sama wybrała. Żeby chociaż to sama mogła wybrać na koniec.

    Piątek.

    Rano spacer z psem. Zatrzymałam się w tym samym miejscu co zwykle, moja żabia ławka kontemplacji.

    I zapomniałam oddychać na chwilę…

    I połączyłam kropki.

    KRUK.

    I zobaczyłam wzorzec:

    Choroba, śmierć, brama, strażnik bramy.

    Powtórka.

    I wpadłam w prawdziwą wściekłość. Miałam spotkać człowieka, opowiedzieć mojej drugiej matce, kogo dziś poznałam. A Wszechświat postawił przede mną bramę i podsunął mi strażnika przejścia na tacy.

    Wykwalifikowany. Sprawdzony. Szaman specjalista.

    A ja, tupiąc nogą, powiedziałam:

    NIE!

    Nie chciałam powtórki. Czułam w sobie siłę i postanowiłam, że przejdę bez niego.

    Rozpadnę się, bo tak trzeba, bo to ludzkie i zwyczajne. Mam przyjaciółki, które w razie czego staną przy mnie. Mam też nareszcie siebie.

    I chcę nareszcie odczarować całą tę figurę. Ten proces się zakończył.

    Chcę mieć przed sobą człowieka.

    Wieczorem zdecydowałam, że rano odwołam spotkanie, ale po tym, co do mnie dotarło…

    Wiedziałam, co robić, bez względu na konsekwencje.

    Poszłam.

    Nawet się nie uczesałam, nie sprawdziłam, czy na twarzy nie mam śladów po płaczu.

    Czekał w umówionym miejscu. Uśmiechał się z daleka. Na jego widok poczułam większy spokój. Byłam zdeterminowana i lekko poddenerwowana, ale już nie byłam wściekła.

    W mailu prosiłam go, żeby mnie nie przytulał, jak zwykł to robić. Uszanował to.

    Zapytał, czy wejdziemy do środka. Odmówiłam. Poprosiłam o rozmowę i poprowadziłam go nad rzekę.

    Zaczęłam od wyjaśnienia kontekstu.

    Kiedy usłyszał o kruku, przerwał mi i opowiedział swój sen z tego samego dnia, absolutnie synchroniczny. W ogóle nie byłam zdziwiona. Nie pomyślałam nawet, żeby się nad tym dłużej zatrzymać, bo on przecież nie wie, że wielokrotnie śniliśmy podobne sny. Ja czytałam jego sny, a on moich nie, więc dla mnie to było zwyczajne.

    On miał gęsią skórkę.

    Przypomniałam mu bramę z zeszłego roku, a teraz chorobę i zapowiedź śmierci, jego przełożone spotkanie i to, że odmawiam współpracy.

    Miał szeroko otwarte oczy i jest chyba jedyną osobą na całym świecie, która nie próbowała wezwać pogotowia, słysząc takie rewelacje.

    Powiedział, że on tutaj niczego nie majstrował. Że obiecuje, że absolutnie niczego w tej sprawie nie robił.

    Powiedziałam, że to nie ma żadnego znaczenia.

    Przyszłam tu dziś zwolnić go oficjalnie z funkcji, bez względu na konsekwencje, i jeśli chce, może odejść. Ale jeśli zdecyduje się zjeść ze mną sałatkę, to będzie musiał najpierw ściągnąć te szamańskie gacie.

    Wykonał wokół siebie trochę śmieszno-dziwnych gestów i…

    Zamiast wezwać karetkę, zapytał:

    – Chcesz zjeść sałatkę?

    I poszliśmy.

    Kobieta i mężczyzna.

    I rozmawialiśmy o pracy, dzieciach, życiu, zdrowiu, samopoczuciu, relacjach, znajomych, podróżach, o śmierci i życiu, o snach i wizjach.

    To był dobry czas.

    Powiedział, że powinnam pracować w dziale HR, bo świetnie zwalniam. 😉

    Poznałam dzisiaj fantastycznego człowieka.

    Nie wiem, czy jeszcze zechce się ze mną spotkać, bo myślę, że to nie było łatwe spotkanie, ale bez względu na koszt…

    To był jeden z najważniejszych posiłków w moim życiu.

    I nie zmieniłabym niczego z jego przebiegu.

    PS. Tym bardziej, że w trakcie naszej rozmowy wszedł mój były mąż, a ja nawet na chwilę nie zawiesiłam głosu. I jego obecność nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

  • Po drugiej stronie – I, że cię nie opuszczę…

    Kiedyś, skrolując leniwie i bezmyślnie Instagram, zatrzymały mnie słowa pewnego mężczyzny. Przytoczę z pamięci jedynie fragment, ponieważ nie potrafię niestety odnaleźć tego postu, więc nie zacytuję całości: 

    „Chciałbym, żeby był przy mnie ktoś, kto, gdy będę najgorszą wersją siebie, powie mi: JESTEM. Nie zostawię cię.” 

    Pamiętam, że bardzo mnie te słowa poruszyły. Też chciałabym mieć przy sobie kogoś takiego. Kogoś, przy kim nie będę musiała być „jakaś”. Kto nie będzie mnie oceniał, a po prostu będzie przy mnie takiej, jaka w danej chwili będę. I nie będzie miało znaczenia, czy jestem słaba, czy silna, wesoła czy smutna, zdrowa czy chora. Ważne, że będę sobą. 

    A po chwili pomyślałam, że może ważniejsze od tego, aby KTOŚ był, jest BYĆ dla siebie samej kimś właśnie takim. I wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że po całej drodze, jaką przeszłam, uwolniłam właśnie tę moc zostawania przy sobie bez względu na okoliczności. 

    Teraz, kiedy zakończył się we mnie proces transformacji, w trudnych chwilach (które przecież nie zaczną mnie nagle magicznie omijać) mam siebie. 

    I nigdy już siebie nie zostawię. 

    A Wszechświat, jak to Wszechświat, testuje. 

    Jeśli nie znasz historii Arisa, znajdziesz ją tutaj:  

    Jeden z najtrudniejszych testów właśnie zdałam, choć wyobrażałam sobie, że ten egzamin będzie wyglądał zupełnie inaczej. Będzie wielki, spektakularny, jak krwawa bitwa, którą trzeba stoczyć. Myślałam, że jeśli kiedyś dojdzie do prawdziwej konfrontacji z moim ojcem, przejadę przez nią na białym koniu z mieczem w ręku, który ciąć będzie bezlitośnie i ważny będzie jedynie triumf. Ojciec będzie musiał uznać moją krzywdę i swoje sprawstwo, i błagać o wybaczenie. 

    Tylko że dziś już mnie nie interesuje ani to, co on myśli, ani nawet czy kiedykolwiek przeprosi. Możliwe, że zostawiłabym sprawę mojej największej traumy i szłabym dalej, nie oglądając się za siebie… 

    Tylko że Wszechświat wystawił mi na tacy możliwość konfrontacji i dał mi wybór, czy z niej skorzystam, czy nie. 

    Skorzystałam. 

    Mój starszy brat jest najlepszym człowiekiem, jakiego znam. Choruje na schizofrenię, ale dobrze sobie radzi. Mieszka z ojcem. Czasem mam wrażenie, że potrafi wyłączyć się z tego, co dzieje się wokół niego i schować we własnym świecie. Być może właśnie dlatego potrafią mieszkać razem. 

    Rzadko odwiedzam ojca, unikam tego, jeśli mogę. Z bratem rozmawiam częściej, pomagam mu w podejmowaniu ważnych decyzji, współpracuję z lekarzem, ale staram się nie bywać w przestrzeni, którą zajmuje ojciec. 

    Kiedy brat zaprosił mnie na urodziny, nie mogłam odmówić. 

    Kupiłam tort i prezent. 

    Usiedliśmy w trójkę przy stole. Brat poprosił mnie o podzielenie tortu. Kiedy kładłam porcje na talerzach, słuchałam ojca. Mówił o sobie. Kiedy brat nalewał kawę, ojciec mówił o sobie. Kiedy kończyliśmy deser, ojciec mówił o sobie. 

    Przerwałam mu w końcu w pół słowa i powiedziałam, że przyszłam tu dziś, żeby świętować urodziny. Urodziny mojego brata, więc chciałabym ten czas poświęcić głównie jemu. 

    Porozmawialiśmy chwilę o starych komputerach i programowaniu. Nie znam się na tym, ale mój brat to kocha, więc opanowałam kilka haseł źródłowych, które mój brat z rozkoszą rozwinął. Całkiem dobrze spędziliśmy ten czas, dopóki ojciec się nie wtrącił. 

    Mówił, że nie ma już siły, jest stary, schorowany i nie może liczyć na pomoc mojego brata w ogrodzie. Zaproponowałam, że pomogę bratu i wspólnie przytniemy róże. Faktycznie były już monstrualne i zagrażały konstrukcji dachu, wrastając pod dachówki, skąd musieliśmy niektóre pędy wyszarpać. 

    Ojciec stał nad nami i gderał, obrażając na zmianę mnie lub mojego brata. Oboje udawaliśmy, że nie słyszymy. Nawet kiedy zauważył, że przytyłam, tylko mnie to rozbawiło (bo żyjąc całe życie w przetrwaniu, miałam silną niedowagę, teraz moja waga plasuje się w normie, co faktycznie może wywołać szok 😉). 

    Kiedy przycinaliśmy ostatni krzak, przypomniało mi się, że pod nim pochowany jest mój pies. Niewielki, kudłaty, zabawny, wieczny szczeniak. 

    I wtedy, stojąc na grobie jednego psa, postanowiłam zapytać o los innego. 

    I pomimo ściśnięcia w gardle i łez napływających do oczu nie mogłam się już cofnąć. Zapytałam ojca, co zrobił z Arisem. 

    Przez chwilę się zawahał, zanim odpowiedział: 

    – No jak to co? Tutaj jest pochowany. 

    I wskazał dłonią pod krzak, przy którym staliśmy. 

    – Nie mówię o tym psie, mówię o Arisie. Co się z nim stało? 

    Patrzyłam ojcu prosto w oczy, poważna i zdecydowana. 

    – Myśliwy, któremu go pokazałem, był nim zachwycony, od razu zaprowadziliśmy go do tego chłopca. Gdybyś tylko zobaczyła tego biednego, chorego chłopca… 

    Przerwałam mu natychmiast wiedziałam że nie powie mi prawdy ale ja mogę powiedzieć nareszcie głośno i wyraźnie własną. 

    – Nie interesuje mnie ten biedny chłopiec. Interesuje mnie natomiast ta biedna, mała dziewczynka, KTÓRA STRACIŁA KOGOŚ, KOGO BEZGRANICZNIE KOCHAŁA – powiedziałam, dotykając swojej klatki piersiowej. 

    Ojciec patrzył na mnie bez słowa. Miałam wrażenie, jakby się skurczył. Jakby nagle stał się mniejszy. 

    – Czy ktoś zobaczył kiedyś to dziecko? Czy ktoś zobaczył kiedyś tę dziewczynkę? 

    Mówiłam z niezwykłym spokojem, jakby to było zwykłe, naturalne pytanie. Nic niezwykłego. Żadna bitwa. 

    Po prostu nie zgodziłam się już na opowiadanie tej historii za mnie. 

    Nie potrzebowałam niczego więcej. Nie potrzebowałam kary, zemsty czy gromów z nieba. Potrzebowałam prawdy. 

    – To był mój pies! – powiedziałam, odchodząc. 

    Poprosiłam brata, żeby odwiózł mnie do domu. 

    Ojciec stał chwilę oszołomiony, odprowadził nas do samochodu i pożegnał bez słowa. Pomachał bez uśmiechu, nie patrząc mi w oczy. 

    Nie wiem, czy ta rozmowa otworzyła coś w moim ojcu. To nie ma znaczenia. 

    Wiem natomiast, co dała nam, jego dzieciom. 

    Kiedy znaleźliśmy się w samochodzie, mój brat powiedział: 

    – On wtedy zadzwonił do babci Radka (nie mieliśmy telefonu, babia Radka to sąsiadka). Razem z Radkiem zaprowadziliśmy Arisa do pracy ojca. To ja go tam zostawiłem. – powiedział ze smutkiem. 

    To było rozdzierające serce wyznanie. Mój brat nosił przez dziesięciolecia nie swój ciężar. To nie on odebrał mi psa. Nie był za to odpowiedzialny. A nosił w sobie ogromne poczucie winy. Nareszcie ten ciężar mogłam z niego zdjąć.

    – Mieliśmy straszne dzieciństwo – stwierdziłam ze łzami w oczach. – On jest po prostu zły. 

    – Gorzej… on jest gorszy. 

    – To psychopata – powiedziałam, patrząc na brata z czułością. 

    – To potwór – powiedział mój brat. 

    A potem wspominaliśmy koleżanki, kolegów i … co dobrego nas spotkało. 

    I potrafiliśmy znaleźć parę naprawdę dobrych historii. 

  • 83. KONIEC – TERAZ IDĘ ŻYĆ! 

    Pogrążona w starej traumie, w żałobie przeżywanej po kilkudziesięciu latach zamrożenia, miałam jedną przewagę nad tym trzynastoletnim dzieckiem, które doznało straty. Mam siebie, doświadczenie i zaufanie we własne możliwości. 

    Obiecałam sobie, że w tym blogu nie będę używała terminów psychologicznych, ale zrobię wyjątek, bo tę moją cechę/umiejętność cenię najbardziej. Rezyliencja to coś, co pomogło mi przetrwać i wciąż na nowo dodaje mi skrzydeł. I w tym wypadku również mi pomogła. 

    Kiedy siedziałam na mojej ulubionej żabiej ławeczce, płacząc i tuląc to skrzywdzone dziecko w sobie, pomyślałam: „Zaraz… ale przecież wszystko jest po coś”. 

    Gdyby nie Aris i jego strata, gdzie bym teraz była? 

    Tylko ja z trójki rodzeństwa wyprowadziłam się z domu. Tylko ja skończyłam studia, kupiłam mieszkanie, założyłam firmę, radzę sobie sama. Na pewno, gdybym urodziła się we wspierającej rodzinie, dostałabym na tacy to, co sama musiałam sobie wyszarpać, ale… wyszarpałam. Moi bracia nie mieli zasobu, który ja miałam. 

    Kiedy miałam czternaście lat, mój ojciec uderzył mnie po raz ostatni. Nie myślałam wtedy, nie analizowałam. Moja ręka automatycznie ułożyła się w pięść i poszybowała w kierunku jego twarzy. 

    To był mój Aris. To była moja granica. Nienegocjowalna. 

    Ojciec nie odzywał się do mnie przez pół roku, ale nigdy więcej mnie nie dotknął i zawsze już traktował z szacunkiem. Bardziej jako partnerkę niż córkę, co również było chore, bo deprecjonował przy tym moją matkę, ale dzięki temu mogłam iść w świat. 

    Spotkanie z Arisem pozwoliło mi znaleźć w sobie odwagę, aby bronić słabych, aby pomagać i otaczać opieką tych, którzy tego potrzebują. W mojej pracy okazało się to niezbędne. 

    W domu przesadzałam trochę, bo mój syn nie musiał nigdy konfrontować się z agresywnym ojcem. Wyczuwałam napięcie, zanim się jeszcze jawnie pojawiło i wkraczałam zdecydowanie, stając między nimi jak Aris między mną a ojcem. Mój syn dopiero teraz uczy się stawiać granice. Z różnym skutkiem, ale wiem już, że tym musi zająć się sam. 

    Teraz myślę o odkryciu tych trudnych wydarzeń z mojego dzieciństwa jak o BRAMIE przez którą przeszłam na drugą stronę. Dotąd miałam SIŁĘ, żyłam w przetrwaniu, chroniąc wszystko, co miękkie we mnie, przed zranieniem. Teraz odzyskałam MOC. Bo mogę nareszcie połączyć to, co delikatne z tym, co twarde. I jedno drugiego nie wyklucza. 

    Szukałam w życiu znaków, symboli, ludzi, znaczeń. Kiedyś prowadziły mnie kruki i to dobrze, bo przeprowadziły mnie przez ciemność. Potem poprowadził mnie Darek i zawsze będę mu za to wdzięczna. Pokazał mi sny, które mnie poniosły i otworzyły we mnie to, co zamknięte. 

    Szukałam na zewnątrz tego, co miałam w środku. 

    Teraz mam dwa zwierzęta mocy. Moją SALAMANDRĘ – delikatną, nieefektowną, taką rozlaną i trochę rozbebłaną, ale czułą i kochającą. I SZNAUCERA – silnego, odważnego, zdecydowanego obrońcę. Kochającego i pełnego czułości jak mój Aris. 

    Teraz dopiero mogę powiedzieć z pełną stanowczością coś, co powtarzałam od jakiegoś czasu jak mantrę: JESTEM MIŁOŚCIĄ. Bo miłość bez granic jest tylko emocjonalnym uzależnieniem. 

    Ostatnio rzadko miewam sny, nie są mi już tak bardzo potrzebne. Choć zdarzają się bardzo ważne i wspierające. Nie wiem, czy je opiszę. Jeszcze nie wiem, czy nadal będę pisać. 

    Dokopałam się już do źródła. 

    Na dziś ogłaszam koniec objawień.

    Koniec kopania.

    Teraz idę żyć!!! 

  • 82.8. Nieswoja historia – o odzyskaniu prawdy

    Zdałam sobie sprawę, że przez dziesięciolecia opowiadałam o tym niezwykłym psie nieswoją historię, a wieloletnia terapia, medytacje, kontemplacje, zgoda na usłyszenie prawdy o sobie i zdarzenia ostatniego miesiąca wytworzyły przestrzeń na bezpieczne rozszczelnienie słoja z salamandrą.

    To tak, jakby wszechświat podsuwał mi pod nos to, co miałam zobaczyć i poczuć. Historia z rannym Yorkiem („Wytrzymam wszystko” – jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym) uruchomiła we mnie najpierw niepowstrzymany, wręcz irracjonalny szloch, później wspomnienie traumatycznych wydarzeń dotyczących mojej suczki, a w końcu trwający kilka tygodni ból kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Wiedziałam wtedy, że muszę się sobą zająć z czułością, nie wiedziałam jednak, że „psia trauma” jest aż tak głęboka i sięga dzieciństwa.

    Nie ma przypadków. Gdyby nie York, nie zobaczyłabym mojej salamandry.

    W czasie mojego procesu dochodzenia do siebie nauczyłam się, że cokolwiek przychodzi — czy to wspomnienie, czy wydarzenie, czy dziwne lub niewygodne doświadczenie — powinno zostać przyjęte, zauważone, docenione i zintegrowane. Bo wszystko, co przychodzi, nie przychodzi bez powodu.

    Wiedziałam, że jeśli tak bardzo poruszyło mnie cierpienie Yorka, że zeszło do ciała, to poruszyło coś bardzo ważnego i pierwotnego. Psychika wiedziała jednak, że na zobaczenie tego potrzeba czasu, że otwarcie słoja to nie jest tylko kosmetyczna zmiana.

    Trzeba się przygotować, bo kiedy otworzy się słój i wypuści salamandrę, nie będzie już możliwości powrotu. Nie można będzie wtłoczyć tego zwierzęcia z powrotem do ciasnego pojemnika i udawać, że niczego się nie widziało. Trzeba zobaczyć i przyjąć prawdę taką, jaka jest, bez względu na to, jak jest bolesna.

    Zapisywałam więc wtedy przemyślenia, pojawiające się wspomnienia, obrazy, odczucia w ciele. I wszystko mówiło mi, że to coś, czego nie wolno mi zagłuszyć. Że nie „zaczytam” tego kolejną książką rozwojową, nie „zasłucham” kolejnym wykładem, kursem czy szkoleniem.

    A kiedy dotarłam do prawdy, wiedziałam, że muszę ją pierwszy raz naprawdę poczuć. Muszę poczuć złość, smutek, rozpacz. Muszę przeżyć żałobę, której nie wolno mi było przeżywać, kiedy miałam trzynaście lat.

    Musiałam uznać cierpienie tej małej dziewczynki i pozwolić sobie nareszcie je nazwać i przeżyć. Bo to nie była tylko strata psa. To było brutalne rozerwanie więzi. Zamknięcie w dziecku doświadczenia bezpiecznej miłości i opieki w imię status quo chorego systemu rodzinnego.

    Miałam olbrzymi żal do ojca, bo już wiedziałam, dlaczego wybrałam sobie na partnera życiowego mężczyznę niedostępnego emocjonalnie, uzależnionego, który nigdy mnie nie wspierał, nigdy nie stanął w mojej obronie. Skąd moje przekonanie, że „wytrzymam wszystko”, że moje potrzeby nie są istotne, że to ja muszę dawać radę. Dlaczego czułam się zaniepokojona, gdy jakiś mężczyzna próbował otoczyć mnie opieką. Dlaczego tak trudno było mi przyjmować, a tak łatwo dawać.

    Przeżywałam więc i nadal pozwalam sobie przeżywać tę odłożoną w czasie żałobę, bo wiem, że psychika dojrzewa do uwalniania siebie nie przez wielką, gwałtowną rewolucję, ale przez możliwość zobaczenia prawdy.

    Czystej, żywej prawdy bez pakowania jej w ozdobne folie.

    P.s. nie wiem na jakiej zasadzie działa moja podświadomość konstruując sny, ale po napisaniu tego wpisu zdałam sobie sprawę, że we śnie: 68. Jeszcze nie dziś – sen o spotkaniu z najgłębsza raną, odganiam okaleczonego węża filią budowlaną… ciekawe…

  • 82.7. Aris – pies, który musiał zniknąć 

    Kiedy następnego dnia wróciłam ze szkoły przywitała mnie cisza. Aris zwykle robił z mojego powrotu do domu wielką sensację. Cieszył się tak bardzo jakbyśmy nie widzieli się tygodniami. A to było zaledwie kilka godzin. 

    Tym razem przywitała mnie przejmująca jak wycie syreny alarmowej CISZA.  

    Arisa nie było w domu.  

    Nie było jego posłania, jego misek ani smyczy, która zawsze wisiała w przedpokoju. 

    Bardzo się bałam, ale miałam jeszcze nadzieję, że może ktoś zabrał go na spacer. Choć tylko ja się tym zajmowałam.  

    Kiedy ojciec wrócił do domu opowiedział mi historię, którą opowiadałam później przez całe moje życie. Historię romantyczną. Heroiczną. I – dziś to wiem – nieprawdziwą. Taką, w którą zmuszona byłam uwierzyć. To właśnie ta opowieść leżała u podstaw przekonań, które później prowadziły mnie przez życie i wpłynęły na wiele podejmowanych przeze mnie decyzji. 

    Podobno, kiedy tylko mój ojciec spostrzegł, na jak mądrego i oddanego obrońcę wychowałam Arisa postanowił, oddać go swojemu koledze z pracy. Mężczyzna miał bowiem niepełnosprawnego intelektualnie, kilkuletniego syna, którym pomiatały inne dzieci we wsi i który bardzo cierpiał z tego powodu. Ojciec chłopca skarżył się współpracownikom przy śniadaniu na trudny los potomka i wtedy mój ojciec wpadł na genialny pomysł: odda Arisa. Jego córka potrafi wychować każdego psa, wychowa więc sobie kolejnego. A ten posłuży jako obrońca biednemu chłopcu. Ojciec zaraz po śniadaniu zwolnił się z pracy, przyszedł po psa i razem z kolegą pojechał do jego domu. Aris od razu wiedział co robić. Podszedł do tego właśnie chłopca jakby wyczuł, że potrzebuje ochrony. Chłopiec trzymając psa za ucho przechadzał się po wiosce przez nikogo nie zaczepiany. Mój dar do wychowywania psów uratował życie nieszczęśliwego dziecka, które wystarczająco przecież było ukarane przez los swoim kalectwem. Jestem wrażliwa na los innych, więc powinnam pochwalić decyzję, którą podjął. Powinnam być z siebie dumna. Powinnam być szczęśliwa. Dostanę przecież nowego psa.  

    Tylko że to wszystko gówno prawda.  

    Nie wiem co zrobił z MOIM psem. Z moim przyjacielem. Jedyną istotą, która kiedykolwiek miała odwagę stanąć w mojej obronie. 

    Ten szczeniak nie negocjował, nie tłumaczył ojca. Nie mówił „tato miał zły dzień w pracy”.

    Stanął przed agresorem i powiedział  

    -TU JEST GRANICA.

    SZCZENIAK.

    Takiej granicy nie postawiła moja matka, ani sąsiedzi, którzy słyszeli krzyki. Nie zrobili nic nauczyciele, którzy widzieli siniaki na moim ciele. Członkowie dalszej rodziny, którzy wiedzieli co się dzieje w naszym domu, mówili tylko czasem „nie możecie denerwować taty.”  Nikt nigdy zła nie nazwał złem… aż do wtedy. 

    Pies więc musiał zniknąć.  

    A we mnie wytworzyły się przekonania, które później kierowały całym moim życiem.  

    Po pierwsze, jeśli ktoś cię naprawdę pokocha będzie musiał odejść.  

    Po drugie, jeśli ktoś stanie w twojej obronie – zniknie.  

    Po trzecie nawet dziecko, którego nie widziałaś nigdy na oczy i nigdy wcześniej o nim nie słyszałaś – jest ważniejsze od ciebie. 

    Rozumiem dziś co kierowało moim ojcem, ale jeszcze nie potrafię wybaczyć. 

    Bo to nie było tylko odebranie psa. 

    Dla tej małej dziewczynki to był koniec świata. 

  • 82.6. Aris – ballada o miłości 

    Miałam trzynaście lat. Wracając do domu, w zaspie śnieżnej obok mojej klatki usłyszałam cichy pisk. Zajrzałam do niewielkiego otworu w śniegu i zobaczyłam… pyszczek. Mokry, trzęsący się szczeniak patrzył na mnie niebieskimi jeszcze oczami. Wyciągnęłam kulkę ze śniegu i rozglądałam się w poszukiwaniu kogoś, kto mógł to szczenię zgubić. Nikogo nie było. Wzięłam dzieciaka do domu. Był sporej wielkości, zapchloną, ale całkiem tłuściutką kluską.

    Wykąpałam biedaka i pierwszy raz zszokowała mnie nie tylko ilość pcheł, ale też to, ile krwi upuszczają te stworzenia z żywiciela. Woda w misce była czerwona od pozostałości przetworzonej przez insekty krwi.

    Przygarnęłam psie dziecko, a ono przygarnęło mnie.

    Tworzyliśmy duet doskonały. Aris był czystą miłością. Kiedy zasypiał, lubiłam obserwować, jak wtulony we mnie spokojnie oddycha. Czasem pochrapywał lub popiskiwał przez sen, a kiedy kładłam na nim dłoń, natychmiast się uspokajał. Bardzo potrzebował dotyku. Kiedy robiłam coś siedząc, leżał obok mnie z pyszczkiem na moich stopach. Kiedy spacerowaliśmy, zwykle szedł przy nodze, niemal ocierając się o mnie jak kot.

    Chciałam, żeby nosił imię po największym z największych. Wybrałam boga wojny, bo pies rósł jak na drożdżach, a jego łapa zapowiadała, że będzie spektakularnych rozmiarów. Wybrałam boga wojny, ale nie byłam szczególnie doedukowana i w myśl „coś tam słyszałam, coś tam zmyśliłam” przekręciłam imię i tak Ares został Arisem.

    Miałam w moim długim życiu wiele psów, ale nigdy tak inteligentnego i kompatybilnego ze mną zarazem. Ten pies czytał niemal w moich myślach. Był niezwykle zrównoważony i skupiony na mnie i moich stanach emocjonalnych. Jakbyśmy dopiero razem stanowili całość.

    Byliśmy nierozłączni. Razem spaliśmy, jedliśmy, z nim wychodziłam na dwór, robiłam zakupy, sprzątałam i gotowałam. Był jedyną istotą, przy której czułam się bezwarunkowo kochana i którą ja kochałam czystą miłością.

    Z czasem okazało się, że Aris jest sznaucerem olbrzymem. Uszy nie odpowiadały wzorcowi rasy, sterczały w górze i były wielkie jak u nietoperza. Kiedy do niego mówiłam, a opowiadałam mu o wszystkim, uszy poruszały się w zabawny sposób, jakby chciał mi w ten sposób powiedzieć: „słucham cię z uwagą”. Trudno było zachować powagę na ten widok. Wtedy, w latach 80., kopiowano uszy i obcinano ogony sznaucerom. Mój sznaucer miał długi ogon, wesoło majtający na boki i klasyczne umaszczenie pieprz i sól. Był doskonały.

    Kiedy miał około 5 miesięcy, przywiązałam go pod sklepem spożywczym i weszłam do środka. Stałam w kolejce, zastanawiając się, co wybrać na śniadanie dla rodziny, kiedy otworzyły się drzwi i wolno wszedł Aris, bez obroży, z krwawiącym uchem i wieloma zadrapaniami. Usiadł obok mnie, jakby nic się nie stało. Kobieta, która wpuściła go do sklepu, powiedziała mi, że jakiś mężczyzna próbował wciągnąć psa do autobusu, ale pies wyswobodził głowę z kolczatki i pobiegł do sklepu, więc otworzyła mu drzwi.

    Wróciłam wtedy do domu i nie mogłam powstrzymać drżenia. Pamiętam, że nawet zęby uderzały mi wtedy o siebie tak, że nie mogłam spokojnie powiedzieć, co się stało. Już nigdy nie założyłam Arisowi smyczy. Nie była mu zresztą potrzebna, bo nie odstępował mnie na krok.

    Kiedy Aris miał około pół roku, był już wielkości suczki owczarka niemieckiego sąsiada, był wielkim psim przyjacielem. Czujnym, rozsądnym i kochającym. Kiedy odrabiałam lekcje, siedział pod biurkiem i trzymając pysk na moich kolanach, stękał i wzdychał, żując pluszową papugę. Nie mógł się doczekać, kiedy mu ją w końcu rzucę i będzie mógł udawać, że jej nie widzi, przebiegając nad nią z podniesioną wysoko głową, aż w końcu spuszczał na nią wzrok, rzucał się na nią z radością i przynosił z triumfem, machając ogonem.

    Któregoś dnia mój ojciec wrócił z pracy nie w humorze i chciał mnie uderzyć. W furii, z zaciśniętymi pięściami, ruszył w moim kierunku, ale zatrzymał się w pół kroku. Między mną a nim wyrósł Aris. Wszystko zadziało się w ułamku chwili. Warcząc, obnażył kły i całą postawą ciała pokazał, że to nie są negocjacje. To ostatnie ostrzeżenie. Nie było w tej postawie wahania. Był zdecydowany mnie bronić bez względu na wszystko.

    Ojciec natychmiast się wycofał. Nie uderzył mnie wtedy, a w przyszłości zrobił to jeszcze tylko raz. Leżałam później z Arisem i dziękowałam mu za to bez słowa, przytulając do siebie mocno te 20 kilogramów serca.

    Następnego dnia po tym wydarzeniu Aris zniknął.

  • 82.5 KRÓLOWA MIECZY – strażniczka, która musiała się narodzić 

    Słowo „bezpiecznie” czułam całą sobą. Poruszyło we mnie wszystkie emocje, złość, lęk, smutek i jednocześnie coś niezwykle miękkiego, ciepłego. 

    Pomyślałam, że muszę zabawić się w detektywa. Bo w moim domu nigdy nie było bezpiecznie, więc skąd ta czułość, dlaczego smutek… Dlaczego zobaczyłam we wspomnieniach, jak w tym właśnie mieszkaniu, w tym właśnie czasie, siedzę nocą pod stołem w kuchni i przyciskam ostrze do nadgarstka?  

    Dlaczego?  

    Przecież nigdy czegoś takiego nie zrobiłam.  

    Nigdy.  

    W żadnej, nawet najczarniejszej chwili mojego życia a było ich niemało.  

    Nigdy nie chciałabym zrobić czegoś podobnego.  

    Nigdy. Nawet w epizodzie depresyjnym, którego doświadczyłam mając 32 lata nie przyszło mi coś takiego do głowy.  

    Zawsze widziałam światło tam, gdzie inni go nie dostrzegali.  

    Zawsze byłam silna.  

    Zawsze radziłam sobie sama.  

    Zawsze byłam SAMA.  

    Nigdy nikt mnie nie bronił. 

    Nikt mnie nie bronił. 

    Nie bronił. 

    BRONIŁ. 

    Wtedy wróciło wszystko. I rozdarło mnie od środka. Leżałam w wannie i szlochałam tak, jakby nigdy nie miało się to skończyć. Czułam jakby pękła tama i wylała się ze mnie z taką gwałtownością, której nie da się już zatrzymać. Zanurzyłam się pod wodę i leżąc na dnie wanny krzyczałam, aż opadłam z sił. 

    I tuliłam moją salamandrę i rozumiałam już, dlaczego musiała zamknąć oczy, żebym ja mogła przetrwać. 

    Tej nocy, gdy jako dziecko trzymałam ostrze przy nadgarstku narodziła się we mnie KRÓLOWA MIECZY- ta, którą przez długi czas, uparcie pokazywał mi tarot. 

    Nie dlatego, że miękkość była czymś złym, ale dlatego, że została bez strażnika. A wtedy ta trzynastoletnia dziewczynka sama musiała stać się wojowniczką. 

    Wtedy też powstały niszczące mnie wzorce i przekonania. 

    To jedno wydarzenie było kamieniem, który uruchomił lawinę głazów, pod którą to, co we mnie najpiękniejsze, zostało uwięzione na dziesięciolecia. 

  • 82.4. BEZPIECZNIE – słowo, które otworzyło drzwi 

    Trzeciego dnia przypomniało mi się, że kilka dni wcześniej, zanim przyśniła mi się salamandra myślałam o Darku. Nigdy nie myślałam o nim w ten sposób. Dla mnie był tym, który mnie poniósł.  Bardziej symbolem niż człowiekiem. Tego wieczoru zobaczyłam go szerzej, poczułam niemal jak mógł się czuć jako odtrącony, pomijany syn swojego zimnego, nieobecnego emocjonalnie ojca. Niosący w sobie dzieciństwo, z którego niewiele pamięta, poza „nie teraz”, „zaczekaj”, „później”. Jego silne poczucie samotności, które odczuwał nawet wśród tłumu bliskich mu ludzi.

    Poczułam wtedy, że bardzo pragnę jako dorosła przeprosić to smutne dziecko w nim za krzywdy jakich doznał od tych, którzy powinni go kochać i chronić. 

    I przypomniał mi się sen, w którym ratuję Darka (z lipca 2024). Kilka dni wcześniej opowiadał mi o swojej relacji z ojcem. Dopiero teraz, po dwóch latach zrozumiałam ten sen. I bardzo, bardzo chciałam móc przeprosić to małe dziecko. Chciałam gładząc mu włosy powiedzieć z czułością: „Widzę twoje cierpienie. Widzę twoje zmęczenie. Jestem. Nie zostawię Cię. Śpij teraz. Będę tu, kiedy się obudzisz”.  

    Niestety nigdy tego nie zrobię. 

    I żałuję tego jak niczego na świecie.   

    Dotarło do mnie wtedy, że mogę objąć empatią tak mocno ukrytej rany drugiego człowieka, tylko dlatego, że sama noszę głęboko ukrytą ranę.  

    Kiedy myślałam o zranionym małym Darku, instynktownie wiedziałam, że nie jest to coś co potrzebuje intelektualnej analizy, czy duchowej interpretacji. To miejsce w człowieku wymagało przede wszystkim obecności, delikatności, uznania krzywdy. A wiedziałam to, bo na najgłębszym poziomie dotykało to mojego doświadczenia. 

    Tak chyba działa głęboka empatia. Nie dlatego, że potrzebujemy uratować innych, ale dlatego, że znamy ten „krajobraz” od środka. 

    I nagle, kiedy przyszła świadomość, ta czułość zaczęła płynąć nie tylko na zewnątrz, ku drugiemu człowiekowi. 

    Był to jeden z najważniejszych momentów mojego procesu, ponieważ pozwolił mi na to, aby ta energia mogła już wrócić do źródła. 

    Zdałam sobie wtedy sprawę, że ta mała JA również zasługuje na słowo „PRZEPRASZAM”. Te przemyślenia stworzyły przestrzeń, w której pierwszy raz poczułam się na tyle bezpiecznie, aby sen z salamandrą mógł mi się w ogóle przyśnić. 

    To tak jakby psychika powiedziała mi: „Dobrze. Jeśli jest już trochę bezpieczniej… mogę ci pokazać ten pokój” 

    Poczułam wtedy całą sobą, że kluczem do rozwiązania zagadki uwięzienia SALAMANDRY jest słowo „BEZPIECZNIE”.