W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: duchowość

  • 67. Tam, gdzie niebo płynie- sen o patrzeniu w tę samą stronę

    21/22.02.2026 

    Byłam w moim (ale nie do końca moim) mieszkaniu. Było duże i przestronne, również w kamienicy, ale bardziej starokamieniczne niż w loftowym stylu, jak u mnie. To była stara kamienica z klimatem. Po mieszkaniu krzątał się mój były mąż. Nie powinno go tam już być, wiedziałam o tym. Nie wchodziłam z nim w żadne interakcje, po prostu go zauważałam. 

    Dostałam SMS od ojca mojej byłej uczennicy. Chciałam odpisać i chyba to zrobiłam, ale przy okazji wysłałam mu mnóstwo zdjęć. To nie były zdjęcia ze mną, to były zdjęcia absolutnie bez znaczenia i sensu. 

    Ten człowiek przyszedł do mojego domu. Rozmawialiśmy. W tle, od czasu do czasu, pojawiał się mój były mąż, ale w oddali i odwrócony plecami. Powiedziałam mojemu rozmówcy, że „nie mogę się go pozbyć”. 

    Odprowadziłam go do drzwi. Chciał, żebyśmy wyszli razem. Przytulił mnie bardzo mocno i delikatnie pocałował. Oddałam pocałunek. Jadłam wcześniej jakieś pieczywo z makiem. Byłam nieco zakłopotana, że przeniosłam do jego ust resztki pożywienia. Wyjął drobinki z ust i nie robił z tego problemu. 

    Spojrzałam w okno. Dookoła drzewa krążyło olbrzymie stado gawronów. Tworzyły niezwykle szybko poruszający się czarny wir. Było ich naprawdę dużo. Przysłoniły olbrzymie drzewo i cały widok z okna. Uznałam to za niezwykłe, piękne i ważne. 

    Wyszliśmy na zewnątrz. Szliśmy ulicą, trzymając się za ręce i przytulając się. Usiedliśmy na ławce, a może leżeliśmy. Powiedział, że jesteśmy w sobie zakochani i powinniśmy zamieszkać razem. 

    Powiedziałam, że zakochanie to nie miłość, że z czasem przemija i jeśli nie przerodzi się w miłość po obu stronach – odejdę – nawet jeśli będę kochać. 

    Przybiegł skądś pies. Był bardzo przyjazny. Położył się obok nas, przytulał się i chyba chciał się z nami trochę pobawić. 

    Patrzyłam na niebo, po którym przemieszczały się chmury, ale nie były zwyczajne. To było jak woda, na której unoszą się kształty powstałe z piany. Patrzyliśmy, jak łączą się i rozłączają, rozpływając się. 

    Poszliśmy do jego mieszkania, również w kamienicy (we śnie rozstał się z żoną). Była tam ich córka, ale to było inne dziecko. W rzeczywistości jest szesnastoletnią, zbuntowaną i arogancką brunetką, tutaj była uroczą około dziesięcioletnią blondynką. Przywitała mnie serdecznie, ale bez zwykłej wylewności, której oczekiwałam. 

    Wyszliśmy na ulicę. Zamknęłam tylne drzwi. Wyglądały jak drzwi do komórki piwnicznej w bloku, z surowych desek. Miałam klucz. 

    Zapytał, skąd go mam. 

    Odpowiedziałam, że sam mi go dał kilka lat temu. Nie miał większego problemu z tym, że przez lata miałam jego klucz, ale chciałam mu go pokazać i wyszukiwałam właściwy w pęku moich kluczy. 

    Powiedział, żebym dała spokój i poszliśmy w miejsce, w którym mieliśmy razem zamieszkać. 

    Spotkaliśmy po drodze znajomą. Opowiadała mi o kulisach rozstania mojego „chłopaka” z jego żoną. Przekonywała, że wina leżała po jej stronie. W rzeczywistości bardzo ją lubię i nie chciałam uwierzyć, że jest złą osobą. 

    Doszliśmy do starego, porzuconego i zniszczonego budynku, w którym (we śnie) mieścił się pierwszy bar z pierogami w moim mieście. Bar istnieje do dzisiaj, ale już w innym miejscu. Budynek był nasz. Mieliśmy go odbudować. 

    Z tyłu brakowało części ściany. Zobaczyłam, że do środka wleciał bocian. Był biało-czarny, ale miał też coś czerwonego, trochę jak dzięcioł. Zdziwiło mnie, że ma gniazdo wewnątrz budynku. 

    Nasza znajoma wbiegła do środka za ptakiem i wzięła na ręce duże pisklę. Było czarno-czerwone i bardziej przypominało dzięcioła niż bociana. 

    Kazałam jej natychmiast je zostawić i wyjść. 

    Powiedziała, że bociany dopuszczają dotykanie piskląt przez cztery znajome osoby. 

    Kategorycznie zakazałam jej trzymania pisklęcia na rękach. Powiedziałam, że nie jest „znajomą osobą”, więc nie wlicza się do tego grona. 

    Do budynku wbiegł duży pies w piaskowym kolorze. Wyglądał jak owczarek anatolijski. Pilnował budynku i przylegającego do niego terenu. 

    Powiedziałam jej wtedy, że ten pies jest jedną z czterech istot, które mają prawo tam być. 

    My musimy opuścić to miejsce i nie przeszkadzać ptakom. 

    Wyszła. 

    To było poddasze naszego budynku. Postanowiłam, że oddamy je tym pięknym ptakom. 

    Przez cały sen, od kiedy opuściłam swoje mieszkanie, było piękne, letnie, ciepłe popołudnie. 

    Przez chwilę zastanawiałam się, czy ten związek w ogóle może się udać, bo on jest ode mnie o około dziesięć lat młodszy. 

     

    Sen przyśnił mi się dwa dni po pogrzebie brata. Był to bardzo trudny czas. Pamiętam, jak mocno odczuwałam samotność i jak bardzo pragnęłam mieć u boku mężczyznę. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś trzymał mnie mocno w ramionach. Bardzo potrzebowałam ukojenia. 

    Mężczyzna ze snu jest mi znany z realnego życia. Kiedy realizowaliśmy wspólny projekt zawodowy, miałam okazję przyjrzeć się temu człowiekowi i bardzo mi zaimponował. Nie tylko jako mężczyzna tak różny od tych z mojego życia (odważny, decyzyjny, pewny siebie, rzutki, przedsiębiorczy, asertywny), ale też jako kochający, ciepły, dający poczucie bezpieczeństwa mąż i ojciec. 

    Jestem pewna, że nie chodziło we śnie o jego osobę, ale raczej o wzorzec mężczyzny, jaki reprezentuje. 

    Sen pokazał mi, czego naprawdę potrzebuję. Zobaczyłam, że najważniejsza jest jakość relacji i zdrowa męska energia, którą chcę wpuścić do mojego życia. 

    Ale nawet zdrowa męskość obecna w relacji nie zwalnia mnie z obowiązku chronienia własnych granic. Bo nowe życie we mnie wciąż rośnie jak pisklę, które wykluło się z jajka i potrzebuje ochrony. 

    Sen przypomina mi o tym, że w moim życiu są cztery istoty, które na różnych poziomach wspierają mnie w drodze do siebie. Jedna z nich szczególnie silnie mnie chroni. Ale o tym… innym razem. 

    W tamtym czasie poradziłam sobie sama. Nie spotkałam wtedy nikogo, kto usiadłby ze mną i, patrząc w niebo, podziwiał leniwie płynące i nieustannie zmieniające się życie. 

    Zaczekam więc cierpliwie na tego, kto w tym, co zwyczajne, dostrzeże wraz ze mną to, co niezwykłe. 

  • 65. Grota – sen o odpowiedzialności 

    15/16.02.2026 

    Byłam w szkole. Prawdopodobnie była to szkoła, w której kiedyś pracowałam, ale budynek był zupełnie inny. Koleżanki z pracy były te same. Wicedyrektorka natomiast była dyrektorką, ale panował tam jakiś dziwny układ, bo współdzieliłam świetlicę z moją firmą z realnego życia. 

    Był to czas wyznaczony dla moich dzieci. Przyjechały z okolicznych miejscowości, muszą dojechać około dwudziestu kilometrów, żeby uczestniczyć w tych zajęciach. Pojawiła się również jakaś nowa dziewczynka, która wydawała mi się znajoma. Potem okazało się, że uczyła się w tej szkole, z której ja – nazwijmy to – wynajmowałam miejsce na potrzeby mojej firmy. 

    Wtedy przyszła koleżanka, która uczy w klasach I–III i powiedziała, że z jakichś powodów przyprowadzi całą klasę na moje zajęcia. Miało to być zastępstwo. 

    Oburzyło mnie to bardzo, bo był to czas dla moich dzieci, nie dla jej klasy. 

    Wyszłam z sali i zaczęłam szukać dyrektorki. Chodziłam po korytarzach. Weszłam na najwyższe piętro. Były tam chyba kraty w drzwiach. Żeby dostać się na korytarz, musiałam użyć domofonu albo próbowałam przeskoczyć przez jakieś zabezpieczenie. Uświadomiłam sobie jednak, że jeśli skoczę, spadnę z samej góry aż na parter. 

    Pchnęłam drzwi i po prostu się otworzyły. 

    Weszłam do środka i okazało się, że muszę przejść przez cały korytarz. Na jego końcu były schody. 

    Na klatce schodowej zobaczyłam dziwną scenę. 

    Były tam chyba dwie kobiety, które stały nad mężczyzną. Właściwie był chłopcem, choć jednocześnie wydawał się dorosłym mężczyzną. Miał ubrudzone kałem pośladki, a one próbowały go jakoś wyczyścić. Leżał na brzuchu i nie poruszał się, było widać jego zabrudzone ubranie. 

    Powiedziałam, że trzeba to po prostu wyczyścić mokrymi chusteczkami. Wzięłam je i już chciałam zacząć czyścić. Nawet trochę ubrudziłam się kupą, ale pomyślałam sobie, że przecież to nie jest moje zadanie. 

    Położyłam chusteczki na jego pupie, tak jakbym pokazywała kobietom, co mają zrobić i poszłam dalej. 

    Znalazłam dyrektorkę. Okazało się, że musiałam wejść schodami jeszcze piętro wyżej. Na końcu korytarza był jej gabinet. 

    Zajrzałam do środka i zapytałam, czy zasady są takie jak kiedyś. Czy jako dyrektorka musi wiedzieć o każdym zastępstwie, które odbywa się w szkole. 

    Powiedziała, że tak. 

    Zapytałam, czy dotyczy to również świetlicy. 

    Odpowiedziała, że tak. 

    Zapytałam, czy wie o zastępstwie, które właśnie odbywa się w świetlicy. 

    Powiedziała, że nie. 

    Odpowiedziałam: 

    – Aha. Więc już wiem, co mam teraz zrobić. 

    Zeszłam na dół. 

    Zgubiłam się. 

    Zeszłam aż do piwnicy. Była tam grota. Taka smocza jama. 

    Widziałam, że została wystylizowana ludzką ręką. Wytłoczone były nawet ślady smoka albo jakiegoś innego gada. 

    Pomyślałam sobie, że tę szkołę można by przerobić na coś fantastycznego. Że ten budynek jest wspaniały i można stworzyć z niego dla dzieci niezwykłe, czarodziejskie miejsce. 

    Z tej groty wyszłam na podwórko. 

    Była tam trawa, chyba jakiś podjazd dla samochodów. 

    I tu sen się zakończył. 

    Rano dowiedziałam się, że tej nocy zmarł mój młodszy brat.  

    Tego snu nie będę interpretować. 

  • 54. Portal do innego świata – sen otwierający kolejny etap. 

    27/28.12.2025 

    Niewiele pamiętam, bo sen był długi. 

    Byłam w mieszkaniu mojej teściowej w innym mieście. Był tam mój były mąż, ale nie pamiętam go jako postaci. Wiem tylko, że był. Coś robił. Pamiętam jakieś kable, przyłącza, montowanie czegoś. 

    Był też inny mężczyzna. Ten był mi bliski. To nikt z realnego życia. 

    Mój były mąż wyjechał. To tak, jakby zostawił wolną przestrzeń. Zastanawiałam się, czy teraz powinniśmy spać w jednym łóżku z tym mężczyzną, czy może – z szacunku dla teściowej – spać w oddzielnych. Ale wtedy on spałby w pokoju razem z moją teściową. 

    Uznaliśmy, że jednak bardziej komfortowe dla niej będzie, jeśli będziemy spać razem. Byłam tym ucieszona, a jednocześnie lekko zaniepokojona, a może raczej zmieszana, bo jeszcze nigdy nie spędziliśmy ze sobą nocy. On zdawał się wszystko rozumieć i niczego ode mnie nie oczekiwał. Po prostu był i przyjmował każdą moją decyzję ze spokojem. Wiedział też, że nie jest u siebie i nie ma prawa wyboru. 

    Byłam z koleżankami w sklepie, w którym wcześniej coś zamówiłam. Było to coś niezwiązanego ze sprzedawanym tam asortymentem. Zupełnie o tym zapomniałam. 

    Podeszła do mnie właścicielka sklepu i powiedziała, że niestety nie ma tego, co zamawiałam. Chciałam jej odpowiedzieć, że przyszłam właśnie dowiedzieć się o stan zamówienia, ale to nie była prawda. Zapomniałam o nim. 

    Miałam silne przeczucie, że ją okłamuję i żeby znaleźć „dowód”, że jednak pamiętałam, odsłoniłam nadgarstek lewej ręki. Chciałam pokazać jej, że zapisałam sobie, żeby o zamówieniu nie zapomnieć. Wiedziałam, że mam tam narysowanego kota w stylu dziecięcego, naklejanego tatuażu, a zapis miał niby znajdować się poniżej. Nie udało mi się jednak podciągnąć rękawa. 

    Ze zdziwieniem zauważyłam, że to nie był narysowany kot, tylko wąż. Króciutki, z dużą głową, w zabawnym, dziecięcym stylu. Zielony, w pastelowym odcieniu. 

    Wyszłam ze sklepu i przyjrzałam się ręce. Na wewnętrznej stronie przedramienia nie było już zabawnego tatuażu, tylko ekran. Nie był zamontowany ani szklany – wyglądał, jakby był częścią skóry, ale obraz był bardzo wyraźny. 

    Zobaczyłam na nim grupę mężczyzn leżących na czymś rozłożonym na asfalcie. Klęczeli z twarzami przy ziemi. Byli aresztowani, ale wygłupiali się. W takt muzyki unosili do góry biodra i machali rytmicznie tyłkami, w skoordynowany sposób. Zachowywali się tak, jakby byli rebeliantami. 

    Nagle pojawiłam się obok nich, byłam w środku tego chaosu. To działo się w nocy, na ulicach jakiegoś dużego miasta. Na pewno nie w Polsce, a nawet nie na tej planecie. To był zupełnie inny świat. 

    Obok mnie bardzo wolno przejechał duży, opancerzony samochód, chyba policyjny albo wojskowy. Wokół niego byli przywiązani inni mężczyźni. 

    Porządku pilnował mały słonik. Był bardzo nieporadny, ale widziałam, jak bardzo się stara. Miał głowę i krótką trąbkę osłonięte żelazną zbroją zakończoną krótkimi, tępymi kolcami. Uwijał się szybciutko na swoich krótkich nóżkach, popychał tych mężczyzn i jakby zaganiał ich, żeby szli równo. 

    Pomyślałam z olbrzymią czułością, że ten dzielny, malutki słonik powinien być jeszcze ze swoją mamą. 

    Tu by się pewnie mój szaman rozgadał 😉 

    Ja widzę to tak: ten sen przygotowywał mnie na nowy etap. Możliwe, że na nową jakość relacji, a w każdym razie na zupełnie inny rodzaj męskiej energii.  

    Drugą część snu chcę jeszcze przemilczeć. Powiem tylko, że portal na mojej ręce otworzył mi możliwość otwarcia drzwi do korytarza, na końcu którego, w ostatnim pokoju mojej szkoły, zakręcony w słoju czekał smutny finał, a jednocześnie początek tej historii.  

    Sen pokazał mi, że będę uzbrojona, będę miała siłę.  

    Może będę zagubiona, może trochę nieporadna, ale wszystko, co najważniejsze, ustawię w równym szeregu.  

    Uporządkuję moje życie i relacje.  

    Ale o tym… innym razem.

  • 51. Trzymając właściwy koniec liny – sen o wyjściu w podskokach z roli ratownika. 

    14/15.12.2025 

    Sen trochę z tych: „coś tam pamiętam, a coś tam umknęło”. 

    Byłam chyba uwięziona w jakimś pokoju. Nie mogłam wyjść, ale do mnie można było wchodzić. Weszły jakieś dziewczyny, nie pamiętam po co. Pojawiał się też mężczyzna. Chyba znajomy nauczyciel ze szkoły muzycznej. Przychodził do mnie często. Tym razem chciał, żebym wyszła na zewnątrz. 

    Byłam niekompletnie ubrana. Miałam na sobie krótki fartuszek i nic więcej. Założyłam sweter, chyba brązowy a fartuch wyglądał jak spódniczka. 

    Byłam na zewnątrz. Uliczka miasteczka, wąska kamienista. Z tego samego kamienia zbudowane były budynki. Trzymałam linę, ktoś mi pomagał. Miałam uwolnić kobietę (albo dwie kobiety) z jakichś lochów. Były tam uwięzione. ON je uwięził. Nie wiem, kim był ON, ale to jakby głowa rodziny. Dużej rodziny. Prawie wszyscy we śnie byliśmy jej członkami. 

    Trzymałam linę i ciągnęłam. I wyciągnęłam (hi, hi) starego, pulchnego jogina. Kiedy wyskakiwał, zrobił fikołka lub dwa i zaświecił gołym tyłkiem. 

    Trochę rozbawiona, a trochę zażenowana zajrzałam do środka. Czekała tam już na linę moja koleżanka z realnego życia (jest po bardzo poważnym wypadku, uczy się chodzić na nowo, chociaż lekarze nie dawali jej wielkich szans, porusza się już o kulach, na razie z wielkim trudem). Stała na dwóch nogach. Zapytałam, czy sobie poradzi. Poradziła sobie świetnie. Była w pełni sprawna. 

    Kiedy się wspinała, była ubrana w jeansy i T-shirt. Ale kiedy była już na górze, miała na sobie sari. Wszystkie miałyśmy na sobie sari. 

    We trzy musiałyśmy uciekać. Nie wiem, czy ta trzecia to była również wyciągnięta, czy to ta, która mi pomagała. 

    Weszłyśmy razem do piwnicy. Dużej, rozległej, wysokiej i dość jasnej. Ja musiałam się ukrywać bardziej niż one, bo wystąpiłam przeciw NIEMU, ratując je. 

    Czekałyśmy do zmroku, żeby uciec. One zabierały jakieś potrzebne w drodze rzeczy. Ja ukrywałam się pod schodami. 

    Przechodzili moi bracia. Nie byłam pewna ich lojalności. Byli wojownikami, mieli za chwilę wyruszyć w drogę. ON miał dla nich jakieś zadanie. 

    Nie bałam się. Wiedziałam, że sobie poradzę w razie czego. Nie chciałam po prostu robić zamieszania i ewentualnych kłopotów z ucieczką. Wiedziałam, że jestem bezpieczna, że nie zrobią mi krzywdy. Bałam się raczej, że ucieczka się nie uda. 

    Kiedy jesteś ratownikiem czujesz, że jeśli czegoś  nie zrobisz świat się rozsypie. Rodzina się rozpadnie. Ludzie w potrzebie bez ciebie się nie podniosą. I tak niesiesz na swoich plecach cudzy ciężar, w dodatku myślisz sobie, że to szlachetne. 

    To trochę tak, jakby przywiązać linę, zejść do lochu, w którym ktoś tkwi, wziąć go na plecy i próbować się wspinać. To trudne a często wprost niewykonalne. Bo wspiąć się samemu to wielka sztuka. A wspinać się za dwoje… bez sensu. 

    Jeśli zrobisz coś za kogoś, podejmiesz decyzję, zmusisz do właściwego kierunku, odbierasz komuś nie tylko poczucie sprawczości, ale też godność. Mój były mąż nigdy nie chciał się leczyć. A ja przecież nie wyleczę się za niego. Bardzo dużo czasu i energii zainwestowałam w to jego “leczenie”, zamiast skupić się na własnym. Było w tym tyle lęku i napięcia. 

    A mogłam zrzucić linę i pozwolić mu się wspinać, zamiast robić to za niego. 

    Zawodowo byłam skuteczna, ale płaciłam za to bardzo wysoką cenę. Chłonęłam jak gąbka ludzkie emocje, ciężary, traumy, trudności. 

    Dokonała się we mnie niedawno wielka zmiana. Nadal jestem empatyczna, wciąż zależy mi na pomocy innym, ale nie noszę już ich ciężaru. Skuteczność przez to nie zmalała. Wręcz przeciwnie – pojawiła się lekkość, która poprawia komfort pracy i budzi większe zaufanie. Trudno mi to wytłumaczyć. Sprawy ludzi przepływają przeze mnie osiadają na chwilę, która jest nam potrzebna a później płyną dalej. Nie kumulują się już we mnie. Nie odbierają siły. 

    Nie żyję już cudzym życiem. 

    Ja tylko trzymam linę i pozwalam ludziom wspinać się powoli.  

    A moja koleżanka? Ona naprawdę potrafi się wspinać.  

    Dziś po dwóch latach od wypadku, kilku poważnych operacjach i wielu trudnych miesiącach rehabilitacji, moja koleżanka porusza się już bez kul. Jest nieprawdopodobnie zdeterminowana i już niemal w pełni sprawna. Poradziła sobie świetnie. 

  • 50.  Gołąb i buława – sen o mocy, która nie odbiera wolności. 

    10/11.12.2025 

    Początku nie pamiętam. Byłam w swoim mieszkaniu, stałam na balkonie. Był ktoś ze mną, nie pamiętam kto. Zobaczyliśmy nadlatującego gołębia. Trzymał w łapkach kij. Wyglądał jak okorowana gałąź długa na jakieś półtora, może dwa metry. Byłam zdziwiona, że taki mały ptak potrafi unieść taki ciężar. 

    Podleciał bliżej, na wyciągnięcie ręki. Okazało się, że jego nóżki są przywiązane do kija. Chciałam go chwycić, żeby go uwolnić, ale odleciał, bardzo nieporadnie. Uderzył o koronę drzewa na podwórku i spadł na ziemię. 

    Zbiegłam na dół. Spotykałam kogoś po drodze, chyba sąsiadów. Kiedy byłam na podwórku, zobaczyłam, jak dwie młode osoby (studentki, które wynajmują mieszkanie w mojej kamienicy) trzymają gołębia, jedna miała go na kolanach. Nie wiedziały, jak mu pomóc. 

    Powiedziałam, że mam nożyk do tapet, więc przetniemy sznurki. Ale zamiast tego zaczęłam wyciągać pióra gołębia, a później włosy z obrączki, dużej, złotej (miała wygrawerowane jakieś symbole), która ptaka więziła. 

    Tylko że to już nie był ptak, tylko około 10-letnia dziewczynka. Kiedy usunęłam włosy, zrobiła się przestrzeń i dziecko mogło się uwolnić. 

    Opowiadała, jak to się stało, że została uwięziona. Mówiła o człowieku, który coś jej obiecał (lody?), ale oszukał ją i zaczarował. 

    Chciałam odnaleźć tego człowieka i sprawić, żeby już nie doszło do podobnej sytuacji, ale nie pamiętam, czy cokolwiek jeszcze w tym śnie się wydarzyło. 

    Bardzo mnie ten sen poruszył. Wrócił bowiem do źródła mojej nadodpowiedzialności. 

    Kiedy miałam dziesięć lat, moi rodzice byli na balu sylwestrowym. Wrócili nad ranem. W południe jeszcze spali. Bracia byli głodni, więc postanowiłam ugotować obiad. 

    Wiedziałam, jak to się robi. Ugotowałam rosół i ziemniaki, starłam na tarce marchewkę, a mięso wyciągnęłam z zupy i podzieliłam na porcje. Pomagałam prababci robić makaron, więc nawet z tym nie było problemu. Pokroiłam ciasto na paski szerokości około centymetra, bo takie lubiłam najbardziej. 

    Bracia pomogli mi nakryć do stołu i obudziliśmy rodziców. 

    Byli bardzo zadowoleni. Ojciec trochę marudził, że to „kluchy grube jak palec”, a nie makaron, ale uratowałam sytuację. 

    I tak już zostało. 

    Od tej chwili miałam nowe obowiązki. 

    W myśl zasady: „Najgorzej to pokazać, że potrafisz”. 

    Ale po raz pierwszy poczułam się ważna, potrzebna, chwalona i — w moim dziecięcym odczuciu — w końcu kochana. 

    Tak zrodziło się we mnie zasługiwanie na miłość. 

    I wielka moc, którą przywiązano do nóg dziecka. 

    Moc ponad siły, której żadna dziesięcioletnia dziewczynka nie byłaby w stanie sama unieść. 

    Te pióra i włosy, którymi związane było dziecko, wyciągałam po jednym przez wszystkie lata terapii i pracy nad sobą. 

    Teraz gołąb jest już wolny. 

    I sam może wybrać, czy nieść swoją moc, czy odlecieć. 

    Ale na pewno nie pozwoli się już do niej przywiązać. 

    Motyw buławy — bo właśnie tak wyglądał kij ze snu — przewija się w moich snach już od dawna, pojawił się też poza nimi. 

    W tym śnie dziecko zostało przywiązane do mocy. 

    W śnie z lipca 2025 roku ( https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/ ) buławę trzymałam już w dłoniach i to ona mnie chroniła. 

    Ostatnio, podczas przesilenia letniego, wyciągnęłam karty tarota i zadałam jedno proste pytanie: 

    Kim jestem? 

    Wyciągnęłam jedną kartę. 

    Była to Królowa Buław

    A Królowa do swojej buławy nie jest przywiązana. 

    Trzyma swoją moc z lekkością. 

    W każdej chwili może ją odłożyć i cieszyć się mruczącym u stóp kotem oraz światłem, które niesie w dłoni. 

    Patrząc z ciekawością i radością w przyszłość. 

  • 49. Kraina Fantazji – sen o tym, że nie zawsze trzeba znać odpowiedź. 

    6/7.12.2025 

    Byłam w szkole podstawowej mojego syna, pracowałam tam. (W realu współpracuję ze szkołą, ale jest to raczej przyjacielska wymiana usług. Nic formalnego). Przygotowywaliśmy jubileusz szkoły (w realu ja przygotowuję dużą imprezę). Były jakieś zebrania, ale w luźnym gronie, jakieś ustalenia. 

    Wychodząc, zerwałam drzwi prowadzące do sekretariatu i gabinetów dyrektorek. Były zamontowane na plastikowe zatrzaski, a całe drzwi były cienkie jak z usztywnionej, laminowanej tkaniny. Próbowałam je przytwierdzić i klikałam tymi zatrzaskami od góry do dołu. Nie zatrzasnęłam wszystkich, dwa dolne zostawiłam, bo coś mi przerwało. 

    Wyszłam na chwilę do przedsionka szkoły. Stała tam kobieta, raczej starsza niż młodsza. Powiedziała mi, że na podłodze przy drzwiach leży torba z mrożonką i mam ją natychmiast posprzątać. Nie spodobał mi się jej ton, ale podniosłam torebkę. Były tam pocięte jak frytki kawałki łososia. Potrząsnęłam torebką, chciałam sprawdzić, czy jest tam coś jeszcze. Kilka łososiowych frytek upadło na podłogę. 

    Kobieta zaczęła na mnie krzyczeć, oskarżała mnie o brudzenie szkoły. To nie spodobało mi się jeszcze bardziej. Bo przecież nie zostawiłabym bałaganu, ale pomyślałam, że „frytki” zaczekają na podłodze i odwróciłam się do tej rozwrzeszczanej baby, idąc wolnym krokiem w jej kierunku. Chciałam zamienić z nią asertywne dwa słowa. 

    Kiedy się zbliżałam, kobieta mówiła coraz ciszej. Kiedy byłam przy niej, szeptała już tylko coś pod nosem. Wtedy powiedziałam bez złości, ale stanowczo: „Nie słyszę, proszę mówić głośniej”, ale w reakcji na moje słowa upadła. Leżała przede mną i dalej tylko szeptała. 

    Powtórzyłam, że nie słyszę, ale skutek był tylko taki, że zaczęła się cofać, unosząc się lekko na łokciach. Pomyślałam, że nie będę się już nad nią znęcać, i podałam jej rękę. Wstała i poszła do gabinetu dyrektora (dyrektorem jest w tej szkole była wychowawczyni mojego syna, z którą się w realu zawodowo bardzo przyjaźnię). Zastanawiałam się, czy pobiegła „na skargę”, ale nie przejmowałam się tym szczególnie. 

    Biegłam do tej samej szkoły, bo uzmysłowiłam sobie, że powinnam być w pracy, ale nie znam swojego grafiku. Nie jestem przyzwyczajona do pracy, w której ktoś inny ustala mi, kiedy mam w niej być, i zapomniałam przyjść. 

    Postanowiłam pójść od razu do dyrektora, omijając niezadowolone koleżanki z pracy. W gabinecie powiedziałam z uśmiechem, że „ja na dywanik”. Zostałam przyjęta z życzliwością i od razu przeszłyśmy do planowania wydarzenia. 

    Okazało się, że wszyscy absolwenci muszą mieć przy sobie jakiś czerwony rekwizyt wskazujący, że wracają (?) / są w podróży. Mój syn miał mieć czerwoną walizkę, ale jej nie dostarczył. Miałam się tym zająć, przypomnieć mu o przedstawieniu, w którym brali udział absolwenci na jubileuszu szkoły. 

    Pomieszczenie chyba w tej szkole. Przygotowywałam jedzenie dla chłopców, z którymi pracuję w realu. Była tam ze mną jeszcze jedna kobieta (może koleżanka z pracy?). Podałam dzieciom warzywa z grilla, ale było tam coś jeszcze, chyba ten łosoś z mrożonki albo inne owoce morza. W każdym razie było to sycące, tylko że było w foliowej torbie, którą ta koleżanka zrzuciła na podłogę. Dzieciom to nie przeszkadzało, podniosły torebkę i same nakładały sobie jedzenie na talerze. 

    Byłam chyba na plaży, rozległej, było tam dużo ludzi. Nagle nadjechały dwa motory. Na każdym kobieta i mężczyzna. Jeden jechał po piasku, drugi „jechał” kilka metrów nad ziemią. Były ze sobą w pewnym sensie połączone, ale nie fizycznie. 

    Zastanawiałam się, który jest prawdziwy, a który to hologram. Czekałam, aż jeden z nich zacznie się rozmywać i nie pamiętam dokładnie który, ale mogę się domyślać, bo efekt końcowy bardzo mnie zaskoczył. Zamiast rozwikłać motorową zagadkę… 

    Przeniosłam się do innego świata. Myślałam o nim jak o krainie fantazji. Były tam istoty całkowicie wymyślone, takie między postacią z dziecięcej animacji a grą komputerową. Wszystko w tej krainie było w bardzo żywych niemal fluorescencyjnych kolorach. A jedna z istot była pokryta długą sierścią w kolorze intensywnego różu. Zatarł się obraz całej tej krainy niestety, może mi się jeszcze przypomni. 

    Stanowczo ćwiczę w tym śnie asertywność 😉 

    Faktycznie ze wzrostem pewności siebie, zachowania asertywne przychodzą mi z zaskakującą łatwością.  

    Zastanawiające są dla mnie nawet po kilku miesiącach motory. Były olbrzymie. Bliźniacze pary jadące na nich, również spektakularnego wzrostu. I pytanie, “który motor jest prawdziwy”, było postawione bezzasadnie. Bo nie o motory tu chodziło. One były tylko zaproszeniem. Miały jedynie zwrócić moją uwagę na to co przede mną.  One tylko otworzyły przede mną portal do KRAINY FANTAZJI. 

    I tu właśnie przydałby się mój ulubiony Szaman 😁 

  • 47. Nie bój się wilka – sen o oswajaniu własnej dzikości. 

    4/5.12.2025 

    Byłam w sporym budynku i dość wysokim. Nie panował tam chaos, nie było brudno, ale stylu stanowczo tam brakowało. Tak trochę boho, mało elegancko, trochę przytłaczająco. Ale kolory raczej przytłumione. 

    To była moja firma, w której pracować miałam z dziećmi. Dostałam ten budynek (od miasta?). Wcześniej była tam stołówka jakiejś instytucji. Wszystko zostało po starych najemcach. Przy drzwiach wisiała stara, zniszczona tabliczka. 

    Jacyś rodzice, którzy zostawili u mnie dwoje, może troje dzieci, próbowali pomóc mi uporządkować przestrzeń przed wejściem. Zdarli tę tabliczkę razem z przymocowanym do niej zniszczonym pluszakiem i ustawili przed wejściem jakieś pudełka, które miały jakoby zachęcić ludzi do przyjścia. Nie byłam przekonana, ale machnęłam na to ręką i wróciłam do dzieci. Miały na oko 6–8 lat. 

    Budynek w środku był podzielony na trzy części. 

    Malutkie mieszkanko, jakby wbudowane zaraz przy wejściu, może z 15 m². Tylko łóżko i niewiele więcej. Domek ze zbitych desek, jak dom jakiegoś trapera. 

    Pośrodku budynku była duża, przestronna przestrzeń, a drugi koniec można było oddzielić, przesuwając ściankę, która po zamknięciu tworzyła mały pokój. 

    W tym dużym pomieszczeniu na półce siedziała żaba. Rzekotka szmaragdowa. Przepiękna. Do niej cienkimi sznurkami lub nicią przywiązany był robal, naprawdę duża zielona gąsienica. Najpierw myślałam, że robal zżera żabę, chciałam go wyciągnąć, ale kiedy zobaczyłam te nici, pomyślałam, że nie jest to niebezpieczne i może spokojnie zaczekać, aż znajdę jakieś cieniutkie nożyczki. 

    Wyszłam z dziećmi na zewnątrz. Łąka, ścieżki, zieleń w oddali. Ale przestrzeń zamknięta roślinnością i możliwe, że budynkami. Niezbyt rozległa. 

    Widzieliśmy, jak ścieżką idzie grupka ludzi, chyba rodzina z kilkorgiem dzieci. Biegały koło nich niedźwiedzie. Czarne, niewielkie, wyglądały jak himalajskie. Pomyślałam, że to sympatyczne zwierzęta, takie radosne. Zauważyłam, że ta rodzina wcale nie kontroluje zwierzaków, a ja miałam pod opieką cudze dzieci, więc postanowiłam, że jednak schowamy się w budynku. 

    Ale nie było we mnie lęku, raczej odpowiedzialność i świadomość, że nie wiedziałam, czy rodzice byliby zadowoleni ze spotkania dzikiego zwierzęcia przez ich dzieci. 

    Weszliśmy do środka, ale za nami do budynku wszedł dorosły, ale jeszcze młody wilk. Schowaliśmy się w tym domku w środku budynku. Niestety deski były uszkodzone albo źle zbite, wilk dostał się do środka. Nie był agresywny. Zachowywał się, jakby chciał się bawić. 

    Wyszliśmy z „domku” i poszliśmy do ostatniej części, którą można było przegrodzić ścianką. Ścianka okazała się niewysoka, dokładnie 110 cm. I miękka, jak zrobiona z tapicerowanych sztuczną skórą elementów. 

    Wilk bardzo chciał się przedostać. Nie było we mnie lęku. Tylko ta powinność, że dzieci nie mogą mieć z dzikim zwierzęciem kontaktu. Ale robiłam wszystko bez przekonania. Dzieci też się go nie bały i udawały tylko, że pomagają mi przesuwać ścianę 😉 

    W tym śnie było tyle luzu i prawdziwej dziecięcej radości. Kiedy teraz, po wielu miesiącach, przypominam sobie tę niby ucieczkę przed dzikim zwierzęciem, radosne chichoty i ukradkowe głaskanie wilka z miną mówiącą „to nie moja ręka”, nie mogę powstrzymać uśmiechu. 

    W tamtym okresie przeżywałam trudny czas. Mój syn właśnie wrócił do domu po rozstaniu z dziewczyną, w pracy organizowałam olbrzymią imprezę, a jej przygotowanie zajęło mi kilka tygodni intensywnej, dodatkowej pracy pro bono. Na szczęście rodzice moich dzieci sami oferowali pomoc i po raz pierwszy w moim życiu czułam, że nie jestem sama. Martwiła mnie też kwestia mojej duchowości. Nie miałam na nią czasu. Bałam się, że codzienność ją pochłonie. Nic takiego na szczęście nie miało miejsca. Bo moja duchowość mieszka właśnie w codzienności, wśród dzieci, zwierząt, pracy i w naturze. 

    Często zastanawiam się, co by na to czy owo powiedział mój ulubiony Szaman. Choć zwykle sama znajduję odpowiedzi.

    W tym wypadku mój Szaman powiedziałby na pewno: Nie bój się, nie wszystko, co wydaje się groźne, okazuje się niebezpieczne. Wpuść własną dzikość do życia. Nie bój się wilka, ciesz się jego obecnością. Radość nie kłóci się z odpowiedzialnością. 

    I nie martw się, nie jesteś sama. 

    I choć wcale go już nie potrzebuję, tęsknię czasem za moim Szamanem 😉 

  • 39. Sen o lataniu i braku podstaw do amputacji. 

    12 /13. 11.2025 

    Pierwszy sen tej nocy: Nie pamiętam początku, w jakimś celu latałam nad miastem. Często zdarzało mi się śnić o lataniu. Zwykle nad lasami lub otwartą przestrzenią. Tym razem było to miasto. Chyba gdzieś się śpieszyłam a może latałam tak sobie bez celu. Wróciłam do domu, gdzie zostawiłam małego pulchnego szczeniaka. Kiedy widziałam go przed wyjściem miał maleńką rankę na palcu przedniej łapki. Taką kropkę jak po ukłuciu. Kiedy wróciłam palec był czerwony i bardzo opuchnięty. Bałam się, że trzeba będzie go  amputować. Dzwoniłam do znajomej weterynarz, żeby umówić się na pilną wizytę. Kiedy opowiadałam jej o stanie szczeniaka przyglądałam się mu z uwagą. Chodził nie utykając, był radosny. Zachowywał się jak zdrowy piesek. Trochę mnie to uspokoiło.  

    To był pierwszy sen, ale jeszcze nie pokój na mapie-śnie mojej transformacji. Na razie była to wyśniona wcześniej jazda motorem przez las. Prawdziwa szkoła zaczęła się jakiś czas później, kiedy byłam już na to gotowa. 

    Ten sen pokazywał mi, że nie wszystko co wydaje się tragedią faktycznie się nią okazuje. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmieniła się moja postawa wobec wszystkiego co niepokojące. Wychowując się w zagrażającym środowisku w ułamku sekundy skanujesz otoczenie i zauważasz to co umyka innym. Widzisz mikro zmiany w mimice, tonie głosu, subtelne drgnienie mięśni. Wydaje ci się czasem tylko, że coś jest „nie tak”, bo masz zamontowaną fabrycznie hiperczujność. Kiedyś więc żeby przetrwać działałam z automatu. Bodziec – reakcja – natychmiast. Pamiętam, jak przyszłam z moim dwuletnim dzieckiem do pediatry, był chory. Tylko ja to wiedziałam. Nasza pani doktor, cudowna kobieta (bardzo się lubiłyśmy) poprosiła, żebym przyszła jutro, bo dziś nie ma jeszcze objawów, które pozwalałyby jej postawić diagnozę. Następnego dnia wróciliśmy z jelitówką.  

    Teraz spokojnie obserwuję i większość niepokojących sytuacji, po takim zatrzymaniu okazuje się zwyczajnie neutralna. A opuchnięty palec widziany z szerszej perspektywy nie okazuje się wcale katastrofą tylko czymś czemu warto spokojnie się przyjrzeć.  

    Dziś jest we mnie duży spokój i widzę, jak bardzo przytłaczające i wycieńczające było ciągłe napięcie, w jakim kiedyś żyłam. A moja hiperczujność to teraz tajna moc, którą wykorzystuję w pracy. Już nie z lęku a zwyczajnie z chęci niesienia pomocy.

    Ciekawe, że sen zaczął się lataniem. Zwykle sny o lataniu lub pływaniu/nurkowaniu/tańcu w głębinach miałam w sytuacjach największych życiowych kryzysów. To były sny ratunkowe, kojące układ nerwowy, pozwalające przetrwać. 

    Ten sen był zwyczajnie dobry. Mówił jasno i wyraźnie: Droga, którą zmierzasz zaczyna się od znalezienia w sobie niezbędnego spokoju, więc…  

    Wrzuć na luz!!! 

  • 38. Sen – Po drugiej stronie ściany.

    10/11.11.2025 

    Drugi sen tej nocy i kolejny etap mojej drogi, po drugiej stronie ściany.  

    Ten sen pozostawił mnie na jakiś czas w niemym zachwycie a jednocześnie w ogromnym przerażeniu, kiedy dotarło do mnie po kilku dniach co ze sobą (jako gratis) przyniósł, bo przyniósł, nie tylko imię duszy. 

    Ten sen spowodował, że obudziłam się wzruszona i dźwięczało mi w głowie… nie wiem, może imię. Był letni dzień, ale światło było takie lekko przytłumione, ciepłe, złotawe. Byłam na wakacjach, miałam ze sobą dziecko, mojego syna, ale nie był to mój syn z realnego życia. Chłopiec miał może 5 lat może mniej. Najpierw byłam gdzieś w okolicach domu mojej teściowej na kresach, bardzo piękny teren. Później przenieśliśmy się, nie wiem, może to był rodzaj wycieczki, do centrum niewielkiego miasteczka. Był tam mały ryneczek z uroczymi, malutkimi kamieniczkami. W jednej z kamieniczek moja najstarsza przyjaciółka wynajmowała pokój. Tam zostawiliśmy swoje rzeczy i oglądaliśmy świat dookoła. Za budynkiem jakby w podwórku kamienicy rosło drzewo, na którym przysiadły ptaki, przeróżne. Było ich mnóstwo, może setka a może więcej. Były piękne i kolorowe. Pod drzewem spacerował ptak przypominający trzewikodzoba. Wysoki i smukły. W Zdałam sobie sprawę, że w ogóle nie znam niektórych gatunków. Pomyślałam, że niektóre może sobie wymyśliłam. Nagle nad drzewem po lewej stronie zobaczyłam nadlatującego dudka. Był olbrzymi i przepiękny. Chciałam go koniecznie sfotografować, ale trzymałam w rękach plecak, do którego włożyłam mojego syna tyle że w plecaku był psem, niewielkim i bardzo sympatycznym kundelkiem. Tam miał być bezpieczny. Wyjęłam go z plecaka i postawiłam delikatnie na bardzo dużym łóżku z niskich poduszek takim w orientalnym stylu. Na tym łóżku mąż mojej przyjaciółki i chyba ich syn. Mąż przyjaciółki przyglądał się mojemu psu jak rozkosznie skacze na materacach i uskarżał się, że reszta moja przyjaciółka źle traktuje ich psa, że tak naprawdę go nie chce. Moja przyjaciółka zdawała się być bardzo zawstydzona. Jakaś dziewczynka porozrzucała szpilki i spoglądając w stronę psa, który znów był dzieckiem zapytałam, czy chce jej pomóc je pozbierać. Chłopiec zszedł z łóżka i zaczął jej pomagać. Dziewczynka wyjęła kilka szpilek z ust. Martwiłam się czy w jej ustach nie została jakaś, ale zdawało się, że wyjęła wszystkie. Dzieci wkładały szpilki do pudełka. Postanowiliśmy już wracać. Poszłam do pokoju przyjaciółki, żeby zabrać nasze rzeczy. Pozabierałam to co znalazłam, panował tam potworny bałagan. Zapytałam przyjaciółkę czy nie chciałaby posprzątać, ale odmówiła.  Na stole leżały kromki chleba lub bułki. Były w różnych kształtach, przykładałam je do siebie, żeby je dopasować i stworzyć kanapkę. Były posmarowane czymś co przypominało wegański smalczyk z cebulą. Stwierdziłam, że musimy wracać, bo mamy dużo prania, a nie wyobrażałam sobie, żebyśmy robili pranie u rodziny mojego byłego męża, bo nie byliby w stanie zrozumieć, że rzeczy kolorowe i białe trzeba prać osobno, żeby nie zniszczyć ubrań. Nie mamy już ciuchów na zmianę, więc postanowiłam, że już wrócimy z wakacji. Idąc do miejsca, w którym mieszkaliśmy, jeszcze wstąpiliśmy do szkoły, w której kiedyś pracowałam. Byliśmy na korytarzu. Ja weszłam do klasy, żeby porozmawiać z byłą koleżanką z pracy. Opowiadałam jej właśnie o tym, że musimy wracać. I pomyślałam, że zostawiłam za drzwiami małe dziecko, że może mu coś zagrażać, że w szkole roi się od małych łobuziaków. Otworzyłam drzwi i spojrzałam na korytarz. Był tam. Mój mały syn był ubrany w pewnego rodzaju kaftan taki jaki noszą mieszkańcy Tybetu a może mnisi. Był w białych skarpetkach, promieniowało z niego czyste dobro. Bawił się z chłopcami większymi od siebie. Poszturchiwali go trochę, najpierw się wystraszyłam, że go skrzywdzą, ale zobaczyłam, że świetnie sobie radzi. Ma takie spokojne ruchy, pełne dobra i miłości. Widziałam jakby jego oczami jak padają ciosy i do jego klatki piersiowej zbliża się pieść, wszystko działo się w zwolnionym tempie widziałam jak łagodnie blokuje cios i delikatnie odsuwa od siebie dłoń. Spojrzałam na niego z góry, wszystko co robił, robił z subtelnym pełnym miłości uśmiechem. Chłopcy wcale nie byli agresywni. A on sprawił, że podążali za nim, to była grupka szkolnych łobuziaków a szli za nim jak jego drużyna. Byłam wzruszona, bo zostawiłam go tylko na dwie minuty i już znalazł przyjaciół. Patrzyłam zafascynowana na jego postawę. Taką miękką, pełną miłości, czułości i spokoju w wielkim kontraście z tymi łobuziakami a jednak szli za nim. Było ich kilku, może pięciu, sześciu. Powiedziałam mu, że już musimy iść, bo może pójdziemy na frytki. A on wymienił imię jednego chłopca i powiedział, że on też bardzo lubi frytki. I inni chłopcy również je lubią, więc może im wszystkim kupimy frytki. Bardzo mnie to rozczuliło. Był w nim taki spokój i czułość. Szliśmy więc wszyscy szkolnym korytarzem na frytki. Później coś jeszcze zobaczyłam nie pamiętam dokładnie co, chyba kobietę jadącą rowerem wąską ścieżką i dużo zieleni, z ciepłym, pięknym światłem. Stałam samotnie na górze i patrzyłam na pola herbaty w dolinie. Piękny rozległy krajobraz. Wtedy usłyszałam głos. Dźwięczał mi w głowie głos „……..” imię wypowiedziane w sanskrycie. Ten chłopiec był jak mały  Bóg, cudowny wręcz rozświetlony. Niesamowity sen. Długo po przebudzeniu słyszałam to imię i bardzo długo czułam ogromne wzruszenie. 

    Podobno nie powinno się zdradzać imienia duszy. Nie wiem czy to właśnie to imię przyniósł mi sen, ale niesie ze sobą jakość, do której chcę dążyć, więc wierzę, że tak, dlatego w razie czego go nie podam. 

    Kilka dni później spotkałam się z przyjaciółką, o której śniłam. Opowiedziałam jej sen i bardzo ją poruszył. Okazało się, że w nerwach bardzo źle, okrutnie potraktowała swojego starego psa. Została bardzo zawstydzona przez męża.

    Wystraszyłam się wtedy. Bardzo bałam się, że teraz tak już będę miała, że sny będą pokazywały mi przyszłość, że zatopię się w przepowiedniach, że moje życie stanie się teraz koszmarem. Niepotrzebnie się bałam, rozpoznałam wkrótce wzorzec, dzięki któremu wiedziałam, czy sen wejdzie w rzeczywistość czy ma służyć jedynie moim potrzebom.

    A duchowość?

    Moja ma być prosta. Ma płynąć z serca do ludzi i…

    Komu frytkę?

    🤗

  • 35. Piękny koci gest – a może coś więcej.

    Sen, o którym pisałam w poprzednim wpisie był bardzo trudny, czułam się kompletnie rozbita po przebudzeniu a w takich chwilach moje myśli automatycznie wracały do Darka. Teraz kiedy to piszę, też tak miewam. Kiedy wydarzy się coś ważnego lub trudnego Darek jest pierwszą moją myślą, ale teraz mnie to nie niepokoi. Po prostu tak jest. Myśli przychodzą i odchodzą tak jak ludzie, którzy nie zawsze przecież będą w naszym życiu. 

    Wtedy, po przebudzeniu, przytłoczona ciężarem snu i wydarzeniami poprzedniego dnia przyjęłam opiekę starej kotki. I przyszedł “przedsen”. Bezpośrednio po tym doświadczeniu, ogromnie wdzięczna i wzruszona zapisałam te słowa, przytaczam niezmienione z wyjątkiem imienia, które nie jest prawdziwe: 

    9.11.2025 

    Wiem, że miłość mam w sobie, że ja jestem miłością, ale Darek był tak ważny na tyłu poziomach, że nie jestem w stanie nad tęsknotą zapanować. Czy to wciąż będzie wracać? Leżę i płaczę. To wszystko już miałam poukładane, spokój, miłość, wdzięczność. Czy 5 rymów na które się wybrałam pokazało, że się myliłam i tak naprawdę to nie było poukładane, ale tylko w pewnym stopniu „przykryte”? Kiedy tak leżałam i oddychałam ciężko przyszła do mnie moja stara kotka położyła się na mojej klatce piersiowej i mruczy. To niesamowite, bo rzadko przychodzi. To mój najmniej potrzebujący kontaktu kot🤗. Co prawda robiła to już kiedyś, przychodziła w chwilach kryzysu kładła się na mnie i leżała mrucząc do momentu, w którym się w pełni rozluźniałam, wtedy wstawała i odchodziła. Kiedy tak leżałyśmy prawie zasnęłam i na granicy jawy i snu przyszedł do mnie obraz: miasto w półmroku, wycinek pustej ulicy, wysoki szary budynek i lekko uchylone drzwi przez które sączy się na bruk smuga ciepłego światła. Na ulicę wychodzi moja kotka, wolnym, spokojnym krokiem. Kiedy była w połowie drogi do budynku zatrzymała się i obejrzała za siebie jakby czekała na mnie. Jakby mówiła miękko  no chodź”.  

    Teraz z perspektywy czasu myślę o tej sytuacji jako o chwili, w której otworzyły się drzwi a moja mała psychopompos przeprowadziła mnie gdzie trzeba. Ze spokojem, czułością i miłością.