W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

64.2. Trzy oblicza mocy. Owadzia maska- sen o uznaniu własnej mocy 

31.01/1.02.2026  

Scena druga 

Był letni, ciepły dzień. Opiekowałam się grupką dzieci, był to rodzaj kolonii. Dzieci było sporo, pomagała mi koleżanka. Czekałyśmy, aż przyjedzie nasz znajomy, który miał być swego rodzaju atrakcją dla dzieci. Spóźnił się o cały dzień. Kiedy nareszcie dotarł, tłumaczył się opóźnieniami na lotnisku. Przyjechał z psem, uroczym młodym golden retrieverem. 

To był mój znajomy przyrodnik, ale kiedy wszedł do pomieszczenia i usiadł na kanapie, był kolegą z podstawówki mojego byłego męża. Obok niego usiadł chłopiec około dziesięcioletni. Miał piękne, duże niebieskie oczy i burzę blond włosów. Nie były to klasyczne loki, tylko bardziej roztrzepane kędziorki. 

Zauważyłam podobieństwo chłopca i naszego gościa. Podobieństwo było uderzające. Wyrwało mi się: „Jacy wy jesteście podobni”. Kiedy chłopiec wyszedł, mężczyzna zaczął się wypierać, jakoby miał coś z tym podobieństwem wspólnego. Musiałam go uspokajać, że wcale nie mam na myśli jego potencjalnego ojcostwa, ale zażartowałam, że jego świętej pamięci ojciec często bywał w tym mieście. 

Przeszliśmy do pomieszczenia, w którym mieściła się główna sala, gdzie uczyłyśmy dzieci. Okazało się, że to szkoła dla młodych czarodziejów. Pomieszczenie przypominało dużą grotę, ale przyjemną i ciepłą. Zamiast sufitu była tam szklana tafla, a nad nią jezioro albo basen, w którym w stanie wolnym pływały wydry. Z dołu wydawały się malutkie. Pływały zwinnie, były zabawne. To była jedna duża, bardzo czuła wobec siebie rodzina uroczych wyderek. 

Leżałam na plecach, nie pamiętam, czy z koleżanką współprowadzącą, czy z naszym gościem, przyglądałam się tym cudownym zwierzątkom i zastanawiałam się na głos: „Czy my też jesteśmy dla tych stworzeń taką atrakcją, jak one dla nas?”. 

Zwróciłam uwagę na chłopca, tego, który jest podobny do naszego gościa. Stał się bardzo niedobry dla innych dzieci, arogancki i dominacyjnie agresywny. Pomyślałam, że to moja wina, nie powinno mi się wyrwać o podobieństwie, bo poczuł się ważny, ważniejszy od innych. Przez całe swoje młode życie nie miał rodziców ani tożsamości. Czuł się nikim, jak wszystkie inne dzieci, a teraz zauważył to rażące podobieństwo i uznał się za SYNA. A wtedy stał się naprawdę podły. 

Postanowiłam to naprawić, bo stawał się naprawdę niebezpieczny. Weszłam do sali, do której zaprosiłam wszystkich uczniów… Pod pozorem zapłaty zebrałam wszystkie młode (i tu nagła zmiana) czarodziejki. Dawałam każdej jakąś zapłatę, była przy mnie koleżanka. 

Tego niegrzecznego chłopca – teraz młodą kobietę – zostawiłam na koniec. Wszystkie po obdarowaniu wychodziły. Zostałyśmy we trójkę. 

Podeszłam do niej i to wyglądało jak jakieś magiczne egzorcyzmy. Stałam przed nią, a ona uderzyła mnie w twarz dziwnym strumieniem energii. Szybko zamaskowałam swoją twarz czymś na kształt owadziej maski, która nie była nakładana. Była zintegrowana ze mną i całkowicie kompatybilna. To nie było jak chitynowy pancerz. To było miękkie, zamykające się i szczelnie okalające moją twarz od zewnątrz ku środkowi. Pokryte czymś, co przypominało łuski. To było coś nie z tego świata. 

Moja koleżanka nie miała takiej ochrony. Uderzona tym samym strumieniem odleciała kilka metrów dalej i wypadła z budynku. 

Powiedziałam jej, że to dziecko jest zbyt silne, więc biorę je na siebie. 

Chyba je poskromiłam, bo byłam pewna siebie i spokojna o efekt, ale nie pamiętam końca tej sceny. 

Dziś, czytając ten sen po kilku miesiącach, widzę go inaczej. I widzę też kilka elementów, które łączą pierwszą scenę z drugą. 

Czasem zabieram moje „zawodowe dzieci” do baru lub restauracji. W dużej grupie jemy wspólny posiłek, często po wycieczce lub innej atrakcji. 

Kilka dni temu miała miejsce trudna sytuacja. Po wycieczce i zwiedzaniu, które zmęczyły dzieci nie tylko fizycznie, ale były również wymagające emocjonalnie, poszliśmy do baru. 

Dziewczynka w spektrum autyzmu, stojąc w kolejce, pod wpływem silnych emocji nagromadzonych w ciągu całego dnia była trochę roztrzęsiona. Machnęła termosem trzymanym w ręku i niechcący uderzyła dziewczynkę stojącą przed nią. Inne dzieci natychmiast bardzo żywo zareagowały, stając w obronie pokrzywdzonej. 

Wtedy dziewczynka w spektrum wybuchła niekontrolowanym zalewem emocji. Krzyczała, że tak jest zawsze, że wszyscy są przeciwko niej. Urządziła wielką, dramatyczną scenę, wprawiając w osłupienie inne dzieci. 

Bez zastanowienia natychmiast przytuliłam ją, zagarnęłam do siebie i wyprowadziłam z budynku. Przez cały czas mówiłam do niej czule i spokojnie. Powtarzałam jak mantrę: „Jestem! Już jest ok! Jestem!” Wyciszyłam ją troszeczkę. 

Dopiero wtedy wróciłyśmy do budynku. Posadziłam ją z wolontariuszką przy osobnym stoliku, przyniosłam jej posiłek i wróciłam do reszty dzieci. Zapewniłam je, że nie są w tej sytuacji niczemu winne. Sama zjadłam posiłek, siadając z nieco jeszcze roztrzęsioną dziewczynką w spektrum. 

Kiedy odnosiłam talerz, podszedł do mnie starszy mężczyzna, położył mi rękę na ramieniu i powiedział, że mnie podziwia, że z taką klasą i spokojem rozwiązałam tak trudną sytuację. Podziękowałam tylko. 

Później zdałam sobie sprawę, że nie był to pierwszy raz, kiedy w podobnej sytuacji starszy pan kładzie mi rękę na ramieniu i wyraża swoje uznanie dla moich kompetencji. Pierwszy raz wydarzyło się to dokładnie 6.02.2026, czyli zaledwie pięć dni po śnie. Może to zbieg okoliczności, a może nie. 

Wiem jedno. Sposób mojej pracy z dziećmi i reagowania na wszelkie trudności się nie zmienił. Podstawą mojej pracy jest miłość do dzieci, szacunek, jaki do nich żywię i wielka potrzeba poszanowania dziecięcej godności. To nigdy się nie zmieni. 

Reaguję automatycznie, bez zastanowienia. W pracy jestem pewna siebie i czuję się kompetentna. Jest to dla mnie naturalne, jest ze mną kompatybilne. 

Zmieniło się jedno. 

Kiedyś umniejszałabym swoim kompetencjom, mówiąc: „To nic takiego. Jakoś tak samo wyszło…”. 

Dziś z wdzięcznością mówię: „Dziękuję.” 

Nie za to, że ktoś mówi, że mnie podziwia. 

Za to, że położył mi rękę na ramieniu i powiedział w ten sposób: 

„Widzę Cię. Uznaję.” 

Dziękuję. 

Komentarze

Dodaj komentarz