W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: rozwój osobisty

  • No i się narobiło… Zwolniłam dziś szamana

    Mam ze Wszechświatem ostatnio na pieńku. Nie mam pewności, czy to, co robię w odpowiedzi na to, co mi zsyła, jest tym, co robić powinnam, ale pojawił się we mnie ogromny bunt i złość z niego wypływająca. I również w tym wypadku staję za sobą, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadają mi inaczej. Nie wiem, czy Wszechświat da mi po łapkach, czy pogłaszcze po głowie. To się dopiero okaże.

    Za chwilę rozpadnę się na kawałki i będę w tym sama, bo strażnik przejścia dostał dzisiaj wypowiedzenie. I zaskakująco dobrze to przyjął. 😉

    W poprzedni weekend pokłóciłam się z Wszechświatem. Zapalnikiem była spotkana para. Osoby te ewidentnie i jawnie traktowały siebie nawzajem w sposób pozbawiony szacunku. Sama scena rodzajowa, na tle naszego społeczeństwa zwyczajna i nic niewnosząca, w moim ciele wywołała natychmiastowe spięcie i rosnącą do olbrzymich rozmiarów złość. Bo dlaczego ja, która z szacunkiem podchodzę do drugiego człowieka i wszystkich rodzajów relacji, pozbawiona jestem tej najważniejszej? Tej, której inni ludzie tak obcesowo nie szanują.

    I dostało się Wszechświatowi za to, że jestem tylko katalizatorem, że większość ludzi przychodzi do mojego świata po wzrost, wzrasta, a potem odchodzi (jakbym nie zdawała sobie sprawy, że również na tym polega moja praca 😂). Wylało się wszystko, aż płakałam ze złości, co bardzo rzadko mi się zdarza.

    Na szczęście poukładałam sobie w głowie te wszystkie nieścisłości i dotarło do mnie w końcu, że świat jest przebogaty, ludzie są różni, a Wszechświat nie obdarza na zasadzie sprawiedliwości społecznej i na pewno się na mnie nie gniewa, bo jestem za maleńka, żeby mnie można było z tak wysoka zauważyć.

    Ale czy na pewno?

    Poniedziałek.

    Spacer nad rzeką, jak zwykle, ale tym razem z bonusem. Nad moją głową przez dłuższą chwilę krążył uparcie kruk i darł się wniebogłosy. Był nisko, więc nawet telefonem udałoby mi się zrobić świetne zdjęcia. Bez szans. Telefon w nocy się zaktualizował i nie potrafiłam uporać się z nowym interfejsem, ze światłem odbijającym się od ekranu, w dodatku bez okularów.

    To też mnie trochę zdenerwowało, bo nie miałam z tymi wspaniałymi ptakami kontaktu od 7.07.2025, kiedy „prawie wypadek w pociągu” postawił przede mną bramę, a Darek, mój prywatny strażnik przejścia, tak pięknie mnie przez nią przeprowadził.

    Wracając do domu, zdałam sobie sprawę, że sytuacja wygląda dokładnie jak w moich snach, w których, gdy pojawia się coś spektakularnego, pięknego, ważnego albo tylko dziwnego, za żadne skarby nie udaje mi się tego udokumentować.

    Pomyślałam: ciekawe…

    Ale nie poświęcałam temu wydarzeniu specjalnej uwagi. Ugotowałam obiad, zjadłam i poszłam do sąsiadki emerytki zainstalować jej kilka aplikacji na tablecie.

    Odebrałam tam telefon.

    Moja druga matka (napiszę jeszcze o tej pięknej istocie), ta, która przez 26 lat była obecna, troskliwa i zawsze wspierająca, jest na SOR-ze.

    Nic niezwykłego. Miała tam dotrzeć już tydzień wcześniej z bólami brzucha, które trudno było zdiagnozować. Miałyśmy iść nazajutrz do przyszpitalnej przychodni onkologicznej.

    Nie poszłyśmy. Została w szpitalu. Była zaopiekowana i diagnozowana. Uspokoiło mnie to na tyle, że mogłam spokojnie żyć.

    Wtorek.

    Umówiłam się z przyjaciółką na herbatkę. Rozmawiałyśmy o jej procesie i mojej w nim roli, o tym, że w chaosie przypisywała mi intencje, rolę i odpowiedzialność, które były „jej prawdą” w tamtym czasie.

    Rozumiałam, bo sama byłam w tym miejscu, i postanowiłam, że „wystoję”. Zaczekam. Bo to jest etap, który należy przejść samemu. To kryzys, który może nas pchnąć jedynie w górę, jeśli będziemy się wtedy opierać na sobie.

    Nie było więc we mnie żalu czy gniewu, była empatia i zrozumienie. Nie było zamknięcia, były szeroko otwarte ramiona w razie powrotu i prawda.

    Kiedy uporządkowałyśmy sprawy, wspomniałam Darka i analogiczną sytuację między nami. Powiedziałam przyjaciółce, że ja bardzo chciałam wiedzieć, co u niej, więc może on również chciałby poznać drogę, jaką przeszłam, i miejsce, w którym się znajduję. Może jemu też nie jest wszystko jedno.

    Zachęcała mnie do napisania listu.

    Środa.

    Napisałam. O drodze, procesie, finale. Załatwionych sprawach i o tym, jak jestem mu wdzięczna. Kiedy przez ostatnie miesiące przewijały się przez moje media społecznościowe zdjęcia Darka, widziałam w nim smutek, więc wyraziłam szczerą nadzieję, że jest szczęśliwy, czego z całego serca mu życzę.

    Odpowiedział niemal natychmiast, równie długim mailem. Dostałam od niego naprawdę wiele listów i każdy był przesycony na wskroś duchową nowomową, która budziła emocje, ale tak naprawdę niczego nie mówiła wprost. Rozbudzała, ale jednocześnie nie powodowała konieczności brania odpowiedzialności za słowa.

    Tym razem było inaczej.

    Oczywiście trudno było nie odnieść się do duchowości w tym wypadku, ale główną osią listu były: jego reakcja na mój list, opis jego drogi i miejsca na świecie oraz to, że chętnie się spotka i odpowie (lub nie 😆) na każde moje pytanie.

    Konkretnie, po męsku.

    Przeczytałam. Popatrzyłam w dal… długo… Potrząsnęłam głową, zamrugałam i poszłam na spacer. Bo minął rok i odpisał mi inny człowiek.

    Kiedyś, myśląc o nim, wyciągnęłam kartę tarota – RYCERZ PUCHARÓW.

    A teraz – KRÓL MIECZY…

    Ciekawe…

    Bardzo mnie ten nowy człowiek zaciekawił.

    Umówiliśmy się na lunch na jutro.

    Czwartek.

    Rano SMS:

    „Mogę zadzwonić?”

    – OK.

    W słuchawce zdenerwowany głos. Prosi mnie o przełożenie spotkania na jutro. Bo szef, wideokonferencja, prawnicy i całe zastępy piekielne postanowiły pokrzyżować mu plany. Przerwy na lunch nie będzie.

    Zaśmiałam się głośno, bo po roku ciszy pierwsze, co słyszę, to złość. Mówię o tym ze śmiechem, pytając jednocześnie, czy na pewno chce się spotkać.

    Twierdzi, że tak.

    Sprawdzam. Mogę. Ustalone.

    Po południu idę do szpitala.

    Dzień wcześniej myślałam, że moja druga mama jest zmęczona badaniami i wycieńczona tym, że od dłuższego czasu niewiele je. Dziś kategorycznie odmawia przyjęcia jakiegokolwiek posiłku. Wczoraj jadła chociaż jogurt.

    Przyniosłam jej specjalną butelkę na wodę. Z poprzedniej trudno było pić, była dla niej za duża.

    Jest bardzo słaba. Mówi niewyraźnie. Szum tlenu zagłusza większość słów.

    Opowiada mi sen: piękny różany ogród, na ławeczce siedzi jej matka, a zmarła cztery lata temu córka szuka jej, głośno wołając.

    Lekarz mówi, że zostały dni, a może tylko godziny.

    Zapłakana biegnę do sklepu. Chcę zdążyć. Bo ona chce odejść w czerwonych butach (o tym też kiedyś napiszę).

    Szukam.

    Nie ma wystarczająco dobrych.

    Jadę Boltem na drugi koniec miasta.

    Są.

    Kupuję dwie pary. Chcę, żeby sama wybrała. Żeby chociaż to sama mogła wybrać na koniec.

    Piątek.

    Rano spacer z psem. Zatrzymałam się w tym samym miejscu co zwykle, moja żabia ławka kontemplacji.

    I zapomniałam oddychać na chwilę…

    I połączyłam kropki.

    KRUK.

    I zobaczyłam wzorzec:

    Choroba, śmierć, brama, strażnik bramy.

    Powtórka.

    I wpadłam w prawdziwą wściekłość. Miałam spotkać człowieka, opowiedzieć mojej drugiej matce, kogo dziś poznałam. A Wszechświat postawił przede mną bramę i podsunął mi strażnika przejścia na tacy.

    Wykwalifikowany. Sprawdzony. Szaman specjalista.

    A ja, tupiąc nogą, powiedziałam:

    NIE!

    Nie chciałam powtórki. Czułam w sobie siłę i postanowiłam, że przejdę bez niego.

    Rozpadnę się, bo tak trzeba, bo to ludzkie i zwyczajne. Mam przyjaciółki, które w razie czego staną przy mnie. Mam też nareszcie siebie.

    I chcę nareszcie odczarować całą tę figurę. Ten proces się zakończył.

    Chcę mieć przed sobą człowieka.

    Wieczorem zdecydowałam, że rano odwołam spotkanie, ale po tym, co do mnie dotarło…

    Wiedziałam, co robić, bez względu na konsekwencje.

    Poszłam.

    Nawet się nie uczesałam, nie sprawdziłam, czy na twarzy nie mam śladów po płaczu.

    Czekał w umówionym miejscu. Uśmiechał się z daleka. Na jego widok poczułam większy spokój. Byłam zdeterminowana i lekko poddenerwowana, ale już nie byłam wściekła.

    W mailu prosiłam go, żeby mnie nie przytulał, jak zwykł to robić. Uszanował to.

    Zapytał, czy wejdziemy do środka. Odmówiłam. Poprosiłam o rozmowę i poprowadziłam go nad rzekę.

    Zaczęłam od wyjaśnienia kontekstu.

    Kiedy usłyszał o kruku, przerwał mi i opowiedział swój sen z tego samego dnia, absolutnie synchroniczny. W ogóle nie byłam zdziwiona. Nie pomyślałam nawet, żeby się nad tym dłużej zatrzymać, bo on przecież nie wie, że wielokrotnie śniliśmy podobne sny. Ja czytałam jego sny, a on moich nie, więc dla mnie to było zwyczajne.

    On miał gęsią skórkę.

    Przypomniałam mu bramę z zeszłego roku, a teraz chorobę i zapowiedź śmierci, jego przełożone spotkanie i to, że odmawiam współpracy.

    Miał szeroko otwarte oczy i jest chyba jedyną osobą na całym świecie, która nie próbowała wezwać pogotowia, słysząc takie rewelacje.

    Powiedział, że on tutaj niczego nie majstrował. Że obiecuje, że absolutnie niczego w tej sprawie nie robił.

    Powiedziałam, że to nie ma żadnego znaczenia.

    Przyszłam tu dziś zwolnić go oficjalnie z funkcji, bez względu na konsekwencje, i jeśli chce, może odejść. Ale jeśli zdecyduje się zjeść ze mną sałatkę, to będzie musiał najpierw ściągnąć te szamańskie gacie.

    Wykonał wokół siebie trochę śmieszno-dziwnych gestów i…

    Zamiast wezwać karetkę, zapytał:

    – Chcesz zjeść sałatkę?

    I poszliśmy.

    Kobieta i mężczyzna.

    I rozmawialiśmy o pracy, dzieciach, życiu, zdrowiu, samopoczuciu, relacjach, znajomych, podróżach, o śmierci i życiu, o snach i wizjach.

    To był dobry czas.

    Powiedział, że powinnam pracować w dziale HR, bo świetnie zwalniam. 😉

    Poznałam dzisiaj fantastycznego człowieka.

    Nie wiem, czy jeszcze zechce się ze mną spotkać, bo myślę, że to nie było łatwe spotkanie, ale bez względu na koszt…

    To był jeden z najważniejszych posiłków w moim życiu.

    I nie zmieniłabym niczego z jego przebiegu.

    PS. Tym bardziej, że w trakcie naszej rozmowy wszedł mój były mąż, a ja nawet na chwilę nie zawiesiłam głosu. I jego obecność nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

  • 76. Algorytm. Sen o tym, co wyskakuje z nory.

    22/23.04.2026 

    Miałam dzisiaj dziwny sen. 

    Szłam polami z moim synem i może z kimś jeszcze. Zobaczyłam przepiękny widok: złociste zboże rosnące w dużej kępie, ozdobione makami i chabrami. Przepiękne na tle równie złocistego nieba, w cudownym świetle. 

    Chciałam zrobić zdjęcie, ale jak to zwykle bywa w moich snach – nie dało się. W moim aparacie nie było już pamięci. 

    Szliśmy dalej. Na polanie leżała olbrzymia, płaska donica, wysoka na około 30 cm i o średnicy około 3–4 metrów. Rosła w niej jakaś roślina, ale nie pamiętam jaka. Ziemia w donicy była przelana. 

    Wyjęłam całą zawartość i wyciskałam ją jak gąbkę. (To było niesamowite wrażenie, bo albo ja musiałam się do tej operacji powiększyć, albo donica zmalała). 

    Potem starannie ułożyłam z powrotem roślinę i ziemię wokół niej. 

    Szliśmy dalej. 

    Jakiś człowiek – nie wiem, czy właściciel terenu, czy po prostu mieszkaniec – powiedział, żebym uważała na pająki wyskakujące z norek znajdujących się na niewielkiej skarpie. 

    Zobaczyłam, jak z dziury w piasku wyskakuje pająk. Skoczył najpierw w prawo, potem w lewo, a dopiero wtedy na mnie, jakby musiał poruszać się według określonego wzoru. 

    Wystraszyłam się i strzepnęłam go z siebie. 

    Widziałam, jak inne pająki wyskakiwały z norek dokładnie w ten sam sposób. 

    Postanowiłam, że musimy stamtąd odejść. 

    W rzeczywistości ze wszystkich istot, boję się tylko pająków. 

    No cóż… poza pająkami boję się jeszcze czegoś. 

    Panicznie boję się, że mój syn powtórzy rodzinny wzorzec. W tamtym czasie przeżywał trudne chwile. Nie radził sobie po rozstaniu z dziewczyną i próbował regulować napięcie za pomocą alkoholu. 

    Widziałam, jak narasta we mnie lęk i nie czekałam. Byłam zdecydowana nie tylko chronić własne dziecko, ale także bronić własnych granic. 

    Najbardziej na świecie boję się tego algorytmu: 

    prawo, lewo, atak. 

    Musiałam strzepnąć z siebie tego pająka i odejść. 

    Na szczęście mój syn nadal idzie ze mną. 

  • 65. Grota – sen o odpowiedzialności 

    15/16.02.2026 

    Byłam w szkole. Prawdopodobnie była to szkoła, w której kiedyś pracowałam, ale budynek był zupełnie inny. Koleżanki z pracy były te same. Wicedyrektorka natomiast była dyrektorką, ale panował tam jakiś dziwny układ, bo współdzieliłam świetlicę z moją firmą z realnego życia. 

    Był to czas wyznaczony dla moich dzieci. Przyjechały z okolicznych miejscowości, muszą dojechać około dwudziestu kilometrów, żeby uczestniczyć w tych zajęciach. Pojawiła się również jakaś nowa dziewczynka, która wydawała mi się znajoma. Potem okazało się, że uczyła się w tej szkole, z której ja – nazwijmy to – wynajmowałam miejsce na potrzeby mojej firmy. 

    Wtedy przyszła koleżanka, która uczy w klasach I–III i powiedziała, że z jakichś powodów przyprowadzi całą klasę na moje zajęcia. Miało to być zastępstwo. 

    Oburzyło mnie to bardzo, bo był to czas dla moich dzieci, nie dla jej klasy. 

    Wyszłam z sali i zaczęłam szukać dyrektorki. Chodziłam po korytarzach. Weszłam na najwyższe piętro. Były tam chyba kraty w drzwiach. Żeby dostać się na korytarz, musiałam użyć domofonu albo próbowałam przeskoczyć przez jakieś zabezpieczenie. Uświadomiłam sobie jednak, że jeśli skoczę, spadnę z samej góry aż na parter. 

    Pchnęłam drzwi i po prostu się otworzyły. 

    Weszłam do środka i okazało się, że muszę przejść przez cały korytarz. Na jego końcu były schody. 

    Na klatce schodowej zobaczyłam dziwną scenę. 

    Były tam chyba dwie kobiety, które stały nad mężczyzną. Właściwie był chłopcem, choć jednocześnie wydawał się dorosłym mężczyzną. Miał ubrudzone kałem pośladki, a one próbowały go jakoś wyczyścić. Leżał na brzuchu i nie poruszał się, było widać jego zabrudzone ubranie. 

    Powiedziałam, że trzeba to po prostu wyczyścić mokrymi chusteczkami. Wzięłam je i już chciałam zacząć czyścić. Nawet trochę ubrudziłam się kupą, ale pomyślałam sobie, że przecież to nie jest moje zadanie. 

    Położyłam chusteczki na jego pupie, tak jakbym pokazywała kobietom, co mają zrobić i poszłam dalej. 

    Znalazłam dyrektorkę. Okazało się, że musiałam wejść schodami jeszcze piętro wyżej. Na końcu korytarza był jej gabinet. 

    Zajrzałam do środka i zapytałam, czy zasady są takie jak kiedyś. Czy jako dyrektorka musi wiedzieć o każdym zastępstwie, które odbywa się w szkole. 

    Powiedziała, że tak. 

    Zapytałam, czy dotyczy to również świetlicy. 

    Odpowiedziała, że tak. 

    Zapytałam, czy wie o zastępstwie, które właśnie odbywa się w świetlicy. 

    Powiedziała, że nie. 

    Odpowiedziałam: 

    – Aha. Więc już wiem, co mam teraz zrobić. 

    Zeszłam na dół. 

    Zgubiłam się. 

    Zeszłam aż do piwnicy. Była tam grota. Taka smocza jama. 

    Widziałam, że została wystylizowana ludzką ręką. Wytłoczone były nawet ślady smoka albo jakiegoś innego gada. 

    Pomyślałam sobie, że tę szkołę można by przerobić na coś fantastycznego. Że ten budynek jest wspaniały i można stworzyć z niego dla dzieci niezwykłe, czarodziejskie miejsce. 

    Z tej groty wyszłam na podwórko. 

    Była tam trawa, chyba jakiś podjazd dla samochodów. 

    I tu sen się zakończył. 

    Rano dowiedziałam się, że tej nocy zmarł mój młodszy brat.  

    Tego snu nie będę interpretować. 

  • 64.3. Trzy oblicza mocy. Taniec psa i wilka – sen o miłości. 

    31.01/1.02.2026 

    Szłam górską ścieżką ze starszym mężczyzną, który ze swojej działki przyniósł pomidory. Zatrzymaliśmy się na chwilę i polewaliśmy je wrzątkiem. Patrzyłam, jak pękała na nich skórka pod wpływem gorącej wody. Chyba przygotowywaliśmy w tej uroczej scenerii jakiś posiłek. 

    Ścieżka była w okolicy domu, nie był mój. Może był wynajęty. 

    Weszłam do środka. Było tam wielkie, otwarte okno. Zaczynało się prawie przy samej podłodze i zajmowało niemal całą ścianę. 

    Byłam tam z psem, dużym, w typie owczarka belgijskiego. Był zupełnie czarny, ale sierść miał krótszą. Była tam też moja teściowa. 

    Pies nie był moją własnością, ale był przy mnie i czułam się za niego odpowiedzialna. 

    Do środka, przez okno wskoczył dziki wilk, zupełnie czarny. Nie wiedziałam, czy mam go wygonić, czy nie. Nie byłam pewna, czy nie będzie agresywny w stosunku do psa albo czy pies nie będzie chciał go przegonić. Co ciekawe w ogóle nie bałam się o siebie. 

    Kiedy pies spostrzegł wilka stała się rzecz piękna. Pies i wilk zaczęły się witać. To przypominało taniec. Robiły to przepięknie, czule, łagodnie, przytulając do siebie pyski. Były takie same. I pies, i wilk wyglądały identycznie. Nie wiedziałam, który jest psem a który wilkiem. Patrzyłam z zachwytem, zauroczona tym powitaniem. Były piękne. Zdawały się być dla siebie stworzone. Idealnie, bezsprzecznie były DLA SIEBIE. 

    Pomyślałam, że mogę je bezpiecznie zostawić i wrócić na ścieżkę, tym bardziej, że umówiłam się z kimś. To była kobieta starsza ode mnie. 

    Szłyśmy tą samą ścieżką, którą szłam już wcześniej. Ścieżka pięła się w górę. Była zakończona niezbyt wysokimi głazami, prostymi jak ściana. Spacerowałam zwykle tylko do tego miejsca, nigdy nie przekraczałam tych głazów. 

    Miałyśmy przez nie przejść, ale nie byłam pewna, czy powinnam. Miałam na sobie sandały. Chciałam przejść, bo kobieta też miała sandały i uznałam, że buty nie mogą być dłużej wymówką. Przecież nie stchórzę, więc poszłam. Nie pamiętam, czy przeszłam. 

    Wróciłam do domu z myślą, że nie powinnam jednak zostawiać zwierząt. Nie ufałam teściowej, bo powiedziała, że przydałyby się szczeniaki, a te byłyby niezwykle piękne. Nie chciałam, żeby to piękno stało się jedynie źródłem zarobku. 

    Szłam szybko i żeby skrócić sobie drogę chciałam wejść przez okno, jak uprzednio zrobił to wilk. Zajrzałam przez okno. 

    To, co zobaczyłam, zmroziło mnie. 

    Nie było tam już psa i wilka. 

    Widziałam teściową przykucała na oparciu łóżka, na którym mój syn kochał się ze swoją byłą dziewczyną. Teściowa dyrygowała ich ruchami. Pospieszała ich i nadawała rytm. Nie widziałam pary, widziałam tylko krawędź łóżka. 

    Pomyślałam, że jest to dla nich bardzo traumatyczne, że to jak tortury. Że ta kobieta zabiła w nich właśnie to, co mogli mieć z seksu. Że już nigdy nie będzie on dla nich źródłem bliskości, czułości i radości. 

    Krzycząc, kazałam jej się wynosić. 

    Byłam wściekła. 

    Potwornie wściekła. 

    Czyżbym stawała się już gotowa na miłość.  

    W każdym razie jestem gotowa jej bronić. Wiem, że w razie potrzeby stanę jak wilczyca i całą swą mocą obronię miłość w sobie. Nie pozwolę już nikomu na ingerencję w to kogo i jak kocham. Kiedyś poddawałam się rodzinnym wzorcom, lękom, kompleksom, konwenansom.  

    Dziś wiem, kim jestem.  

    Wiem już, kto może być DLA MNIE. Jeśli się pojawi, rozpoznam go. 

    A wtedy nie pozwolę, aby ktokolwiek dyrygował moim życiem, a już na pewno moją miłością. 

    Bo miłość nie potrzebuje dyrygenta. 

  • 64.2. Trzy oblicza mocy. Owadzia maska- sen o uznaniu własnej mocy 

    31.01/1.02.2026  

    Scena druga 

    Był letni, ciepły dzień. Opiekowałam się grupką dzieci, był to rodzaj kolonii. Dzieci było sporo, pomagała mi koleżanka. Czekałyśmy, aż przyjedzie nasz znajomy, który miał być swego rodzaju atrakcją dla dzieci. Spóźnił się o cały dzień. Kiedy nareszcie dotarł, tłumaczył się opóźnieniami na lotnisku. Przyjechał z psem, uroczym młodym golden retrieverem. 

    To był mój znajomy przyrodnik, ale kiedy wszedł do pomieszczenia i usiadł na kanapie, był kolegą z podstawówki mojego byłego męża. Obok niego usiadł chłopiec około dziesięcioletni. Miał piękne, duże niebieskie oczy i burzę blond włosów. Nie były to klasyczne loki, tylko bardziej roztrzepane kędziorki. 

    Zauważyłam podobieństwo chłopca i naszego gościa. Podobieństwo było uderzające. Wyrwało mi się: „Jacy wy jesteście podobni”. Kiedy chłopiec wyszedł, mężczyzna zaczął się wypierać, jakoby miał coś z tym podobieństwem wspólnego. Musiałam go uspokajać, że wcale nie mam na myśli jego potencjalnego ojcostwa, ale zażartowałam, że jego świętej pamięci ojciec często bywał w tym mieście. 

    Przeszliśmy do pomieszczenia, w którym mieściła się główna sala, gdzie uczyłyśmy dzieci. Okazało się, że to szkoła dla młodych czarodziejów. Pomieszczenie przypominało dużą grotę, ale przyjemną i ciepłą. Zamiast sufitu była tam szklana tafla, a nad nią jezioro albo basen, w którym w stanie wolnym pływały wydry. Z dołu wydawały się malutkie. Pływały zwinnie, były zabawne. To była jedna duża, bardzo czuła wobec siebie rodzina uroczych wyderek. 

    Leżałam na plecach, nie pamiętam, czy z koleżanką współprowadzącą, czy z naszym gościem, przyglądałam się tym cudownym zwierzątkom i zastanawiałam się na głos: „Czy my też jesteśmy dla tych stworzeń taką atrakcją, jak one dla nas?”. 

    Zwróciłam uwagę na chłopca, tego, który jest podobny do naszego gościa. Stał się bardzo niedobry dla innych dzieci, arogancki i dominacyjnie agresywny. Pomyślałam, że to moja wina, nie powinno mi się wyrwać o podobieństwie, bo poczuł się ważny, ważniejszy od innych. Przez całe swoje młode życie nie miał rodziców ani tożsamości. Czuł się nikim, jak wszystkie inne dzieci, a teraz zauważył to rażące podobieństwo i uznał się za SYNA. A wtedy stał się naprawdę podły. 

    Postanowiłam to naprawić, bo stawał się naprawdę niebezpieczny. Weszłam do sali, do której zaprosiłam wszystkich uczniów… Pod pozorem zapłaty zebrałam wszystkie młode (i tu nagła zmiana) czarodziejki. Dawałam każdej jakąś zapłatę, była przy mnie koleżanka. 

    Tego niegrzecznego chłopca – teraz młodą kobietę – zostawiłam na koniec. Wszystkie po obdarowaniu wychodziły. Zostałyśmy we trójkę. 

    Podeszłam do niej i to wyglądało jak jakieś magiczne egzorcyzmy. Stałam przed nią, a ona uderzyła mnie w twarz dziwnym strumieniem energii. Szybko zamaskowałam swoją twarz czymś na kształt owadziej maski, która nie była nakładana. Była zintegrowana ze mną i całkowicie kompatybilna. To nie było jak chitynowy pancerz. To było miękkie, zamykające się i szczelnie okalające moją twarz od zewnątrz ku środkowi. Pokryte czymś, co przypominało łuski. To było coś nie z tego świata. 

    Moja koleżanka nie miała takiej ochrony. Uderzona tym samym strumieniem odleciała kilka metrów dalej i wypadła z budynku. 

    Powiedziałam jej, że to dziecko jest zbyt silne, więc biorę je na siebie. 

    Chyba je poskromiłam, bo byłam pewna siebie i spokojna o efekt, ale nie pamiętam końca tej sceny. 

    Dziś, czytając ten sen po kilku miesiącach, widzę go inaczej. I widzę też kilka elementów, które łączą pierwszą scenę z drugą. 

    Czasem zabieram moje „zawodowe dzieci” do baru lub restauracji. W dużej grupie jemy wspólny posiłek, często po wycieczce lub innej atrakcji. 

    Kilka dni temu miała miejsce trudna sytuacja. Po wycieczce i zwiedzaniu, które zmęczyły dzieci nie tylko fizycznie, ale były również wymagające emocjonalnie, poszliśmy do baru. 

    Dziewczynka w spektrum autyzmu, stojąc w kolejce, pod wpływem silnych emocji nagromadzonych w ciągu całego dnia była trochę roztrzęsiona. Machnęła termosem trzymanym w ręku i niechcący uderzyła dziewczynkę stojącą przed nią. Inne dzieci natychmiast bardzo żywo zareagowały, stając w obronie pokrzywdzonej. 

    Wtedy dziewczynka w spektrum wybuchła niekontrolowanym zalewem emocji. Krzyczała, że tak jest zawsze, że wszyscy są przeciwko niej. Urządziła wielką, dramatyczną scenę, wprawiając w osłupienie inne dzieci. 

    Bez zastanowienia natychmiast przytuliłam ją, zagarnęłam do siebie i wyprowadziłam z budynku. Przez cały czas mówiłam do niej czule i spokojnie. Powtarzałam jak mantrę: „Jestem! Już jest ok! Jestem!” Wyciszyłam ją troszeczkę. 

    Dopiero wtedy wróciłyśmy do budynku. Posadziłam ją z wolontariuszką przy osobnym stoliku, przyniosłam jej posiłek i wróciłam do reszty dzieci. Zapewniłam je, że nie są w tej sytuacji niczemu winne. Sama zjadłam posiłek, siadając z nieco jeszcze roztrzęsioną dziewczynką w spektrum. 

    Kiedy odnosiłam talerz, podszedł do mnie starszy mężczyzna, położył mi rękę na ramieniu i powiedział, że mnie podziwia, że z taką klasą i spokojem rozwiązałam tak trudną sytuację. Podziękowałam tylko. 

    Później zdałam sobie sprawę, że nie był to pierwszy raz, kiedy w podobnej sytuacji starszy pan kładzie mi rękę na ramieniu i wyraża swoje uznanie dla moich kompetencji. Pierwszy raz wydarzyło się to dokładnie 6.02.2026, czyli zaledwie pięć dni po śnie. Może to zbieg okoliczności, a może nie. 

    Wiem jedno. Sposób mojej pracy z dziećmi i reagowania na wszelkie trudności się nie zmienił. Podstawą mojej pracy jest miłość do dzieci, szacunek, jaki do nich żywię i wielka potrzeba poszanowania dziecięcej godności. To nigdy się nie zmieni. 

    Reaguję automatycznie, bez zastanowienia. W pracy jestem pewna siebie i czuję się kompetentna. Jest to dla mnie naturalne, jest ze mną kompatybilne. 

    Zmieniło się jedno. 

    Kiedyś umniejszałabym swoim kompetencjom, mówiąc: „To nic takiego. Jakoś tak samo wyszło…”. 

    Dziś z wdzięcznością mówię: „Dziękuję.” 

    Nie za to, że ktoś mówi, że mnie podziwia. 

    Za to, że położył mi rękę na ramieniu i powiedział w ten sposób: 

    „Widzę Cię. Uznaję.” 

    Dziękuję. 

  • 64. 1. Trzy oblicza mocy. Wspierające męskie dłonie – sen o nowej jakości relacji. 

    31.01/1.02.2026  

    Tej nocy sen był wyjątkowy. Nie wiem, czy to dlatego, że pełnia spotęgowała to, co sen chciał mi powiedzieć, czy może byłam gotowa zobaczyć więcej. Sen był długi, bardzo wyrazisty i podzielony na trzy sceny. A każda z nich niosła naprawdę mocny przekaz. Dlatego podzielę go na trzy wpisy.  

     
    Scena pierwsza.

    Weszłam z przyjaciółką do restauracji, była schludna, nowoczesny wystrój, bardzo wysoka i przestronna. Solidne nowocześnie wykonane drewniane meble, naprawdę dobry design. Bardzo eleganckie miejsce.  

    Weszłyśmy tam, bo bardzo mi się to miejsce spodobało. Ludzi nie było wiele, usiadłyśmy przy stoliku. Jacyś mężczyźni siedzieli nieopodal, spodobał mi się jeden z nich, ale rzuciłam tylko okiem, później nie zwracałam na niego uwagi.  

    Podeszła kelnerka, nalewała coś do kieliszków, nie miałam swojego, mimo wszystko pochyliła butelkę i zaczęła nalewać tak jakby kieliszek tam był. Zachowywała się jakby przydział był dla każdego, czy jest przygotowany, czy nie.  

    Nagle pojawił się właśnie ten mężczyzna i błyskawicznie podstawił swoje dłonie pod butelkę, po czym przeniósł to,  co nalała  kelnerka, do swojego kieliszka niskiego i szerokiego. Wyglądało to jak surowe jajko tylko że białko było bardziej wodniste. Mężczyzna podał mi kieliszek, byłam bardzo wdzięczna i pomyślałam, że on jest TYM właściwym. 

    Kiedyś mężczyzna w typie Jamesa Deana pociągał mnie bardziej niż jakikolwiek inny. Był w takim człowieku rodzaj tajemniczego magnetyzmu. To ktoś, kto nosi w sobie tajemnicę, którą chcesz rozwikłać. Ktoś, kto nie mówi wprost, musisz się domyślać, czytać między wierszami, być w ciągłej gotowości. Stale analizujesz zachowania, wciąż tłumaczysz go przeżytymi traumami, trudnym dzieciństwem, brakiem zdrowych wzorców. Za takiego mężczyznę ciągle coś trzeba robić. Bo tak naprawdę jest to zagubiony chłopiec, który nigdy nie dorósł. Dla kobiety wychowanej w domu dysfunkcyjnym jest to atrakcyjne, ponieważ jest znane. Nieprzewidywalność, ciągła walka o przetrwanie, utrzymanie rodziny czy związku w całości to chleb powszedni. Uratuję, naprawię, uleczę, ukoję, poniosę za dwoje… 

    Ten sen pokazał mi, że już nie chcę ratować. Chcę i potrzebuję innej jakości w relacji. Potrzebuję mężczyzny, który wspiera. Partnera, który widzi czego potrzebuję i w bardzo praktyczny sposób, który nie odbiera mi godności na moją potrzebę reaguje.  

    Po tym właśnie poznam, że TO TEN. Po tym, że zrobi to, co trzeba.  

    Tak zwyczajnie, po prostu. 

  • 62. Czuję, że się topię – sen o próbie zrozumienia cudzego świata 

    26/27.01.2026 

    Pamiętam urywki.  

    Leżałam chyba nawet na podłodze, obejmował mnie od tyłu mężczyzna. Nie wiem, czy byłam sobą czy moją koleżanką, ale ten mężczyzna był jej partnerem (który się nad nią znęcał fizycznie i psychicznie w realnym życiu). Wiedziałam, że nie powinno go tu być, że nagle wrócił, bałam się go i chciałam się od niego uwolnić.  

    Udawałam, że śpię i zaczęłam się wiercić. Przesuwałam się po podłodze tak, żeby się wyślizgnąć z jego ramion. To trwało i trwało, bo on też się przesuwał. Udało mi się w końcu.  

    Wszedł jego ojciec (w ich awanturach w realu był ratownikiem i rozjemcą) prowadziliśmy w trójkę spokojną rozmowę. Ustaliliśmy, że mężczyzna ma już inną partnerkę i powinien opuścić moją przestrzeń.  

    Leżałam w wannie (ale to też nie byłam ja, obserwowałam siebie z boku) byłam słaba, ześlizgiwałam się pod wodę, była ze mną w wannie kobieta, widziała, że mogę się utopić, ale nie chciała pomóc. Domyśliłam się, że to nowa kobieta mężczyzny z poprzedniej sceny. Obserwowała, jak zanurzam się pod wodę, czekała. Nie wiem czy jednak pomogła, czy sama wyszłam, ale do końca snu czułam się zagrożona.  

    Z kobietą z wanny postanowiłam odwiedzić rodziców tego mężczyzny. Kiedy zbliżyliśmy się do domu (w śródziemnomorskim stylu) podeszłam do drzwi i odmówiłam wejścia do środka. Powiedziałam, że najpierw chcę zobaczyć morze.  

    Podeszłam do dużych kamieni ułożonych kilka metrów przed krawędzią klifu i patrzyłam na morze. Kobieta, z którą byłam chciała żebyśmy podeszły bliżej brzegu. Odmówiłam, nie ufałam jej.  

    Z domu za nami wyszedł ojciec mężczyzny. Powiedział, że niezwykle dobrze trafiłyśmy, bo jest zima a jest dziś bardzo ciepło. Faktycznie było to bardziej wiosenne lub nawet letnie późne popołudnie.  

    Mam koleżankę, która przez wiele lat tkwiła w przemocowym związku. Dzieci nie były tam bezpośrednimi ofiarami, ale świadkami przemocy, jakiej dopuszczał się ojciec wobec matki – a to również jest przemoc wobec dziecka. Para rozstała się, ale opieka nad dziećmi nie została jeszcze uregulowana prawnie, wobec czego mężczyzna pojawiał się w ich życiu regularnie. 

    W dniu poprzedzającym sen koleżanka przyprowadziła płaczące dziecko na moje zajęcia grupowe. Zanim weszły, długo je uspokajała. Nie miałam możliwości porozmawiania z nią ani bezpośredniego wsparcia ich obu, bo sala była pełna dzieci. 

    Kiedy matka wyszła, a dziewczynka dostała kakao w kubku, który sama mogła wybrać (u mnie każdy jest inny), była już rozluźniona, wesoła i pracowała z innymi dziećmi. 

    Po zajęciach przyszedł po nią dziadek, ojciec tego mężczyzny. Nie wiedziałam więc, co się stało, ale zaniepokoiła mnie ta sytuacja, a sen postanowił zrobić swoje… 

    Poczułam w nim dokładnie to, co miałam poczuć. 

  • 61. Herbata – sen o tym, że jeśli masz stół i herbatę, to czasem naprawdę wystarczy.

    20/21.01.2026 

    Byłam w wynajmowanym domu, panował tam nieład. W zlewie w garnku, były pierogi. Leżały zanurzone w wodzie. W innym również w wodzie kapusta kiszona. Ktoś z kim wynajmowałam to mieszkanie, chciał to jeszcze zjeść. Uznałam to za niedopuszczalne. Sprzątałam i wyrzucałam szybko jedzenie, żeby nikt nie zdążył mnie powstrzymać. 

    Były w tym mieszkaniu moje cztery koty i nagle przez chwilę było to moje mieszkanie. Najstarsza piętnastoletnia kotka wyskoczyła przez uchylone okno. Usłyszałam, jak uderza w balkon poniżej i spada dalej. Nie patrzyłam przez okno, natychmiast zbiegłam na dół. Myślałam tylko o tym, że muszę jak najszybciej do niej dotrzeć, że spadając z trzeciego piętra, na pewno połamała sobie kości. 

    Na dole spotkałam sąsiadkę. Powiedziała, że widziała, jak kot spada i nagle zniknęła, ale pytała p. Marysię (moją sąsiadkę, zmarłą kilka lat temu) i kota tam nie ma. 

    Moja kamienica na powrót nie wyglądała jak moja, raczej jak jakiś ośrodek wczasowy. Dwu-, trzypiętrowy budynek z dużymi, przesuwanymi oknami lub drzwiami na całą ścianę. 

    Mieszkanie p. Marysi było na parterze (w realu na pierwszym piętrze). Drzwi były otwarte. Zobaczyłam moją kotkę wychodzącą z tych właśnie drzwi. Podbiegłam do niej i wzięłam ją na ręce. P. Marysi nie widziałam. Pomyślałam, że nie okłamała sąsiadki, że jest staruszką i mogła kota zwyczajnie nie zauważyć. 

    Niosąc kotkę, sprawdzałam, czy niczego sobie nie uszkodziła. W końcu uderzyła o coś, spadając, ale wszystko było chyba w porządku. Mimo to bacznie ją obserwowałam. 

    Wróciłam do domu, nakarmiłam kotkę i resztę kotów również. 

    W mieszkaniu (tym wynajętym) nadal jeszcze był bałagan, ale to nie był mój bałagan. To tak, jakbym go zastała, wynajmując mieszkanie. Sprzątałam dalej. 

    Do mieszkania weszła jakaś rodzina z labradorem. Chyba trójka rodzeństwa, dwóch lub trzech mężczyzn, tacy młodzi dorośli. Nie mam pewności, czy byli z matką. Możliwe, że tak, bo była tam też kobieta. 

    Trochę bałam się reakcji kotów na psa, a szczególnie martwiłam się kotką. Dopiero przeżyła traumę, a teraz jeszcze pies. Poprosiłam, żeby trzymali go przy sobie i nie pozwolili mu chodzić luzem po mieszkaniu. 

    Miałam pół dzbanka herbaty. Postanowiłam dorobić jej więcej, żeby ich poczęstować. Mieszkanie wyglądało już lepiej, ale nadal byłam skrępowana, że nie jest posprzątane, i przeprosiłam gości za nieład. 

    Nie mam stuprocentowej pewności czy sen przygotowywał mnie na późniejsze wydarzenia, ale czuję, że tak. 

    Niecały miesiąc później zmarł mój młodszy brat. Nikt nie był na to gotowy. Zostawił po sobie bałagan na wielu poziomach i przez przedłużającą się chorobę również w finansach. 

    Pieniędzy wystarczyło tylko na pogrzeb. Rodziny, która licznie zjechała, aby pożegnać mojego brata, nie można było należycie ugościć. Bratowa została niemal bez grosza z trójką dzieci. Nikt nie śmiałby wymagać od niej organizowania stypy. 

    Ja nie mam wiele, ale nigdy nie brakuje mi na nic, czego naprawdę potrzebuję. Mam w sobie ufność, że w tej dziedzinie jestem bezpieczna. 

    Postanowiłam, że moją firmę zamienimy tego dnia w restaurację. Co prawda nie jest przygotowana na tego rodzaju spotkania, ale zrobiłam wszystko, żeby każdy miał miejsce. Kupiłam talerze i obrusy. Znajomy właściciel baru przygotował dla mnie gar ziemniaków, misy surówek i kotlety z kurczaka wielkości talerza z olbrzymią zniżką. Ojciec przyniósł ciasto. 

    A herbatę… herbatę w mojej firmie zawsze można dorobić. 

  • 60. Pigmejka – sen o tym, że poleżę sobie pod kołdrą. 

    18/19.01.2026 

    Byłam w pracy z dziećmi, ale nie byłam w mojej firmie. To było jakieś inne miejsce. Kąpałam się w wannie, a później przeszłam do łóżka. Leżałam pod kołdrą i chowałam się przed wszystkimi. 

    Przyszedł jakiś mężczyzna, włożył rękę pod kołdrę i objął mnie w pasie. Mówił, że jestem dla niego idealna, ale ja nie chciałam być „dla niego”. Przyszły dziewczynki, z którymi pracuję i mężczyzna musiał odpuścić. Kiedy mnie dotykał, nie czułam się w niebezpieczeństwie. To nie było nachalne, było to czułe. Ale nie było odpowiedzi z mojej strony. 

    Mężczyzna zniknął. 

    Za chwilę pojawił się kolejny. Sympatyczny pracownik sklepu. Rozmawialiśmy. Mówił, że potrzebuje właśnie takiej kobiety jak ja. To był dobry, ciepły człowiek, ale bardzo młody. Nie chciałam być z nim, chociaż poczułam do niego dużą sympatię. Ta młodość właśnie nie była dla mnie zaletą. 

    Byliśmy w tym samym pomieszczeniu, ale chyba w basenie. Zawołałam moją najmłodszą kotkę. Przybiegła, weszła do wody i przypłynęła do nas. (W realu kotka często wchodzi do wanny i lubi wodę.) Mężczyzna był bardzo zdziwiony, że kot pływa. 

    Znalazłam się w domu mojej teściowej. Na balkonie miała zamontowaną „siatkę” zrobioną z firanki. Była to bariera, jak dla kota, tworząca rodzaj klatki. Zobaczyłam tam maleńkie, kilkucentymetrowe małpeczki. Wyglądały jak pigmejki. Zdziwiło mnie to bardzo. 

    Zapytałam, skąd te zwierzątka. Teściowa powiedziała, że są własnością sąsiadki. Ona tylko opiekuje się nimi pod jej nieobecność. Zauważyłam, że maleństwa uciekają przez szpary. „Siatka” była niechlujnie, punktowo zamontowana na taśmę „nano”. Zapytałam, czy ma jeszcze taką taśmę, bo powinna być przyklejona na całej długości. Powiedziała, że znajdzie. 

    Kiedy zaganiałam małpki z powrotem, zaprzyjaźniłam się z jedną z nich. Pokazywałam jej zabawki, dawałam do spróbowania różnego rodzaju jedzenie, jakbym uczyła ją nowych smaków. Trzymałam ją w kieszeni koszuli na wysokości piersi. Włożyłam tam kawałek bułki, żeby mogła sobie podgryzać, jak zgłodnieje. 

    Miałam wyjść do miasta i zastanawiałam się, czy to na pewno bezpieczne wynieść ją tak bez zabezpieczenia. Bałam się, że jeśli wyjdzie z kieszeni, może ją spotkać coś złego. 

    Wracają jak bumerang w mojej podświadomości sprawy relacyjne. Tym razem sen wziął na tapet moją zdolność mówienia „NIE”. 

    Kiedy byłam młoda, mężczyzna, który mnie „chciał”, uchodził z automatu za księcia z bajki. Wiadomo, jak się to skończyło. Nie będę pisać o tym po raz kolejny. Skupię się na sobie z czasu, w którym śniłam ten sen. 

    Nie wiem, czy sen rozprawiał się z rzeczywistością, czy wdrażał ćwiczenia na przyszłość. 😉 

    Przez kilka miesięcy 2025 roku zdawało mi się, że przyjaźnię się z mężczyzną. Był ode mnie dwanaście lat młodszy. Spotykaliśmy się często. Łączyły nas wspólne zainteresowania. Jest przyrodnikiem i ekologiem. Przynosił zwykle ze sobą dary natury, którymi zapełniłam kuchenne szafki po brzegi. Ja odwdzięczałam się sztuką. 

    Bardzo lubiłam rozmowy z nim i wspólne wycieczki, ale nie byłam zainteresowana niczym więcej. Był dla mnie zwyczajnie… za młody. Kiedy wyobrażałam sobie siebie w przyszłości jako sześćdziesięcioletnią kobietę z czterdziestoośmioletnim mężczyzną u boku, coś kazało mi powiedzieć stanowcze NIE! 

    Niestety tej przyjaźni nie udało się ocalić. A szkoda, bo była dla mnie niezwykle cenna. 

    A ten drugi mężczyzna? Czyżby to Darek? Tego nie wiem. 

    Wiem jedno. Urodziło się we mnie coś nowego. Coś, co sprawiło, że wolę iść przez życie sama, niż z mężczyzną, który nie daje mi tyle, ile potrzebuję. 

    Poukładałam sobie życie i czuję się w nim naprawdę bezpiecznie. To moja kołdra. Otulam się moją pracą, cudownymi relacjami, moimi zwierzętami i kontaktem z naturą. Mam swoje codzienne, kojące rytuały i aktywności, które są dla mnie ważne. Odzyskałam siebie i chcę się sobą nacieszyć, ucząc się jednocześnie, jak może smakować życie. Życie w wolności, którego dotąd nie zaznałam. 

    Relacja zaczeka. 

    Na razie mówię: NIE! 

  • 59. Dąb – sen o tym co ze mną zostaje. 

    17/18.01.2026 

    Byłam w domu, w kuchni, z której mam widok na dąb, duży i potężny. W realu są to dwa rosnące blisko siebie, niemal połączone dęby, wyglądające jak jedno bardzo duże drzewo. 

    Widziałam, jak jacyś ludzie usuwają z niego suche pnącza, oczyszczają je. Porządkowali również podwórze. To było sprzątanie, którego nie robi się na co dzień, takie „odświętne”. 

    Na podwórku była moja koleżanka z pierwszej pracy. Zaprosiłam ją do siebie. Weszła przez okno. Byłam bardzo zdziwiona, bo to trzecie piętro. Powiedziała mi, że stała na szczudłach, więc nie było problemu. 

    Przywitała się z moim synem, jakby był dziewczyną. Chyba nawet nazwała go Zuzią. Był skonsternowany, ale machnął na to ręką. 

    Poczęstowałam ją kawałkiem tortu, sama też jadłam. Miałam też na talerzu dwa ciastka, które przyniosła koleżanka, ale nie chciałam ich jeść. Wyglądały dziwnie: sztucznie różowe serce i jakiś inny kształt otoczony masą cukrową. Wyglądały nieco „plastikowo”. Ona też ich nie zjadła. 

    Zobaczyłam przez okno zbliżające się, jakby leciały przyczepione do helikoptera (ale żadnego helikoptera nie było – leciały same), połączone ze sobą mosiężne lub miedziane łańcuchy. Było ich kilka. Każdy zakończony głową smoka, a może był to cały smok? Przepiękne, bardzo estetycznie wykonane. 

    Zbiegłam na podwórko, żeby je lepiej zobaczyć. Miały być ozdobą mojej kamienicy. Stałam z innymi sąsiadami i komentowałam przygotowania do święta, które lada dzień miało nadejść. Mówiliśmy, że nasza kamienica będzie najpiękniejsza. 

    Zdziwiło mnie, kiedy zamontowane smoki okazały się krótkim, grubym łańcuchem z małą główką smoka na końcu. Pomyślałam, że to fatalnie, że zamontowano je właśnie nad moim oknem, w dodatku blisko metalowej rurki. Na pewno podczas wiatru będzie to zestawienie strasznie hałasować. 

    Popatrzyliśmy na ściany budynku. Były porośnięte kępkami roślin. Zdziwiło nas, że nie zostały usunięte, kiedy porządkowano drzewo i okolice. Pomyślałam, że trzeba złożyć reklamację i wezwać pracowników tej firmy jeszcze raz. 

    Sąsiadka zwróciła moją uwagę na dąb. Miał bardzo szeroki pień. Pokazała mi, że są tam zamontowane drzwi i wszyscy z kamienicy trzymają wewnątrz drzewa rowery. Nie wiedziałam o tym wcześniej. Pomyślałam, że zaprowadzę tam i mój rower. 

    Wróciłam na górę. Był tam mój były mąż. Znowu tu mieszkał. Nie cieszyłam się na jego widok, jakbym wiedziała, że nie powinno go tu być. 

    Przyszła jego koleżanka z pracy, a później kolega, który powiedział coś (nie pamiętam dokładnie co), co pokazało, że mój mąż ma przede mną tajemnice. Chodziło o coś, czym zajmuje się w pracy. 

    Pomyślałam, że to wystarczy, żeby się rozstać, bo to jak podwójne życie. Tylko że on nie chciał odejść i w jakiś sposób mi zagrażał. 

    Zbiegłam na dół bardzo obszerną klatką schodową. Schody przylegały do ścian po bokach, a piętra były przestronne jak w jakiejś instytucji w stylu secesyjnym. 

    Kiedy byłam na dole, zdałam sobie sprawę, że się nie przygotowałam. Nie mam kluczy ani pieniędzy. 

    Na dole stało ksero, które działało zdalnie. Nagle włączyło się i wypluwało z siebie kartki. Widziałam, że to on coś drukuje. Wystraszyłam się, że to pozew rozwodowy i że będzie w sprawie rozstania o krok przede mną. 

    Okazały się to być jakieś bzdetne karteluszki traktujące o miłości z romantycznymi rysunkami. 

    Wchodziłam z powrotem na górę po tych samych schodach. 

    Postanowiłam, że muszę się jednak skonfrontować z byłym mężem i pozbyć się go na dobre. 

    Moja psychika w tym śnie zajmuje się generalnym sprzątaniem w relacjach 😉 

    Bardzo lubię, część mojej lokalnej społeczności, więc zostają ze mną. Mam przyjaciółki i koleżanki z którymi naprawdę lubię spędzać czas. Są to spotkania niezwykle karmiące. Stosunkowo niedawno odkryłam jak wielką mają wartość. Odrzucam natomiast powierzchowne kontakty lub ograniczam do sfery zawodowej. Small talki mnie zwyczajnie męczą. Kobiety zostają🤗. 

    Moje drzewa… moje dęby dają mi więcej dobra niż można by oczekiwać. To nie jest piękny element krajobrazu. Dla mnie to niemal istota, z którą można wejść w relację. Jest domem dla ptaków i owadów, dla mnie jest emocjonalnym ukojeniem. Sposobem na regulację emocji, odzyskanie spokoju nawet w bardzo trudnych chwilach. To źródło, z którego codziennie czerpię. Daje mi moc wynikającą z zakorzenienia. Dęby są… i niech tak zostanie. 

    Mężczyźni… Darek długo będzie jeszcze we mnie dzwonił, ale relacja ta została właśnie odarta z iluzji. Projektowałam na tego człowieka o wiele, za wiele. Niepotrzebnie. Wystarczająco jest przecież kiedy jest zwyczajnie. 

    Były mąż… tutaj moja podświadomość jest niezwykle klarowna – musi zniknąć. 

    Trzeba zrobić miejsce na nowe.