W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: Jung

  • No i się narobiło… Zwolniłam dziś szamana

    Mam ze Wszechświatem ostatnio na pieńku. Nie mam pewności, czy to, co robię w odpowiedzi na to, co mi zsyła, jest tym, co robić powinnam, ale pojawił się we mnie ogromny bunt i złość z niego wypływająca. I również w tym wypadku staję za sobą, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadają mi inaczej. Nie wiem, czy Wszechświat da mi po łapkach, czy pogłaszcze po głowie. To się dopiero okaże.

    Za chwilę rozpadnę się na kawałki i będę w tym sama, bo strażnik przejścia dostał dzisiaj wypowiedzenie. I zaskakująco dobrze to przyjął. 😉

    W poprzedni weekend pokłóciłam się z Wszechświatem. Zapalnikiem była spotkana para. Osoby te ewidentnie i jawnie traktowały siebie nawzajem w sposób pozbawiony szacunku. Sama scena rodzajowa, na tle naszego społeczeństwa zwyczajna i nic niewnosząca, w moim ciele wywołała natychmiastowe spięcie i rosnącą do olbrzymich rozmiarów złość. Bo dlaczego ja, która z szacunkiem podchodzę do drugiego człowieka i wszystkich rodzajów relacji, pozbawiona jestem tej najważniejszej? Tej, której inni ludzie tak obcesowo nie szanują.

    I dostało się Wszechświatowi za to, że jestem tylko katalizatorem, że większość ludzi przychodzi do mojego świata po wzrost, wzrasta, a potem odchodzi (jakbym nie zdawała sobie sprawy, że również na tym polega moja praca 😂). Wylało się wszystko, aż płakałam ze złości, co bardzo rzadko mi się zdarza.

    Na szczęście poukładałam sobie w głowie te wszystkie nieścisłości i dotarło do mnie w końcu, że świat jest przebogaty, ludzie są różni, a Wszechświat nie obdarza na zasadzie sprawiedliwości społecznej i na pewno się na mnie nie gniewa, bo jestem za maleńka, żeby mnie można było z tak wysoka zauważyć.

    Ale czy na pewno?

    Poniedziałek.

    Spacer nad rzeką, jak zwykle, ale tym razem z bonusem. Nad moją głową przez dłuższą chwilę krążył uparcie kruk i darł się wniebogłosy. Był nisko, więc nawet telefonem udałoby mi się zrobić świetne zdjęcia. Bez szans. Telefon w nocy się zaktualizował i nie potrafiłam uporać się z nowym interfejsem, ze światłem odbijającym się od ekranu, w dodatku bez okularów.

    To też mnie trochę zdenerwowało, bo nie miałam z tymi wspaniałymi ptakami kontaktu od 7.07.2025, kiedy „prawie wypadek w pociągu” postawił przede mną bramę, a Darek, mój prywatny strażnik przejścia, tak pięknie mnie przez nią przeprowadził.

    Wracając do domu, zdałam sobie sprawę, że sytuacja wygląda dokładnie jak w moich snach, w których, gdy pojawia się coś spektakularnego, pięknego, ważnego albo tylko dziwnego, za żadne skarby nie udaje mi się tego udokumentować.

    Pomyślałam: ciekawe…

    Ale nie poświęcałam temu wydarzeniu specjalnej uwagi. Ugotowałam obiad, zjadłam i poszłam do sąsiadki emerytki zainstalować jej kilka aplikacji na tablecie.

    Odebrałam tam telefon.

    Moja druga matka (napiszę jeszcze o tej pięknej istocie), ta, która przez 26 lat była obecna, troskliwa i zawsze wspierająca, jest na SOR-ze.

    Nic niezwykłego. Miała tam dotrzeć już tydzień wcześniej z bólami brzucha, które trudno było zdiagnozować. Miałyśmy iść nazajutrz do przyszpitalnej przychodni onkologicznej.

    Nie poszłyśmy. Została w szpitalu. Była zaopiekowana i diagnozowana. Uspokoiło mnie to na tyle, że mogłam spokojnie żyć.

    Wtorek.

    Umówiłam się z przyjaciółką na herbatkę. Rozmawiałyśmy o jej procesie i mojej w nim roli, o tym, że w chaosie przypisywała mi intencje, rolę i odpowiedzialność, które były „jej prawdą” w tamtym czasie.

    Rozumiałam, bo sama byłam w tym miejscu, i postanowiłam, że „wystoję”. Zaczekam. Bo to jest etap, który należy przejść samemu. To kryzys, który może nas pchnąć jedynie w górę, jeśli będziemy się wtedy opierać na sobie.

    Nie było więc we mnie żalu czy gniewu, była empatia i zrozumienie. Nie było zamknięcia, były szeroko otwarte ramiona w razie powrotu i prawda.

    Kiedy uporządkowałyśmy sprawy, wspomniałam Darka i analogiczną sytuację między nami. Powiedziałam przyjaciółce, że ja bardzo chciałam wiedzieć, co u niej, więc może on również chciałby poznać drogę, jaką przeszłam, i miejsce, w którym się znajduję. Może jemu też nie jest wszystko jedno.

    Zachęcała mnie do napisania listu.

    Środa.

    Napisałam. O drodze, procesie, finale. Załatwionych sprawach i o tym, jak jestem mu wdzięczna. Kiedy przez ostatnie miesiące przewijały się przez moje media społecznościowe zdjęcia Darka, widziałam w nim smutek, więc wyraziłam szczerą nadzieję, że jest szczęśliwy, czego z całego serca mu życzę.

    Odpowiedział niemal natychmiast, równie długim mailem. Dostałam od niego naprawdę wiele listów i każdy był przesycony na wskroś duchową nowomową, która budziła emocje, ale tak naprawdę niczego nie mówiła wprost. Rozbudzała, ale jednocześnie nie powodowała konieczności brania odpowiedzialności za słowa.

    Tym razem było inaczej.

    Oczywiście trudno było nie odnieść się do duchowości w tym wypadku, ale główną osią listu były: jego reakcja na mój list, opis jego drogi i miejsca na świecie oraz to, że chętnie się spotka i odpowie (lub nie 😆) na każde moje pytanie.

    Konkretnie, po męsku.

    Przeczytałam. Popatrzyłam w dal… długo… Potrząsnęłam głową, zamrugałam i poszłam na spacer. Bo minął rok i odpisał mi inny człowiek.

    Kiedyś, myśląc o nim, wyciągnęłam kartę tarota – RYCERZ PUCHARÓW.

    A teraz – KRÓL MIECZY…

    Ciekawe…

    Bardzo mnie ten nowy człowiek zaciekawił.

    Umówiliśmy się na lunch na jutro.

    Czwartek.

    Rano SMS:

    „Mogę zadzwonić?”

    – OK.

    W słuchawce zdenerwowany głos. Prosi mnie o przełożenie spotkania na jutro. Bo szef, wideokonferencja, prawnicy i całe zastępy piekielne postanowiły pokrzyżować mu plany. Przerwy na lunch nie będzie.

    Zaśmiałam się głośno, bo po roku ciszy pierwsze, co słyszę, to złość. Mówię o tym ze śmiechem, pytając jednocześnie, czy na pewno chce się spotkać.

    Twierdzi, że tak.

    Sprawdzam. Mogę. Ustalone.

    Po południu idę do szpitala.

    Dzień wcześniej myślałam, że moja druga mama jest zmęczona badaniami i wycieńczona tym, że od dłuższego czasu niewiele je. Dziś kategorycznie odmawia przyjęcia jakiegokolwiek posiłku. Wczoraj jadła chociaż jogurt.

    Przyniosłam jej specjalną butelkę na wodę. Z poprzedniej trudno było pić, była dla niej za duża.

    Jest bardzo słaba. Mówi niewyraźnie. Szum tlenu zagłusza większość słów.

    Opowiada mi sen: piękny różany ogród, na ławeczce siedzi jej matka, a zmarła cztery lata temu córka szuka jej, głośno wołając.

    Lekarz mówi, że zostały dni, a może tylko godziny.

    Zapłakana biegnę do sklepu. Chcę zdążyć. Bo ona chce odejść w czerwonych butach (o tym też kiedyś napiszę).

    Szukam.

    Nie ma wystarczająco dobrych.

    Jadę Boltem na drugi koniec miasta.

    Są.

    Kupuję dwie pary. Chcę, żeby sama wybrała. Żeby chociaż to sama mogła wybrać na koniec.

    Piątek.

    Rano spacer z psem. Zatrzymałam się w tym samym miejscu co zwykle, moja żabia ławka kontemplacji.

    I zapomniałam oddychać na chwilę…

    I połączyłam kropki.

    KRUK.

    I zobaczyłam wzorzec:

    Choroba, śmierć, brama, strażnik bramy.

    Powtórka.

    I wpadłam w prawdziwą wściekłość. Miałam spotkać człowieka, opowiedzieć mojej drugiej matce, kogo dziś poznałam. A Wszechświat postawił przede mną bramę i podsunął mi strażnika przejścia na tacy.

    Wykwalifikowany. Sprawdzony. Szaman specjalista.

    A ja, tupiąc nogą, powiedziałam:

    NIE!

    Nie chciałam powtórki. Czułam w sobie siłę i postanowiłam, że przejdę bez niego.

    Rozpadnę się, bo tak trzeba, bo to ludzkie i zwyczajne. Mam przyjaciółki, które w razie czego staną przy mnie. Mam też nareszcie siebie.

    I chcę nareszcie odczarować całą tę figurę. Ten proces się zakończył.

    Chcę mieć przed sobą człowieka.

    Wieczorem zdecydowałam, że rano odwołam spotkanie, ale po tym, co do mnie dotarło…

    Wiedziałam, co robić, bez względu na konsekwencje.

    Poszłam.

    Nawet się nie uczesałam, nie sprawdziłam, czy na twarzy nie mam śladów po płaczu.

    Czekał w umówionym miejscu. Uśmiechał się z daleka. Na jego widok poczułam większy spokój. Byłam zdeterminowana i lekko poddenerwowana, ale już nie byłam wściekła.

    W mailu prosiłam go, żeby mnie nie przytulał, jak zwykł to robić. Uszanował to.

    Zapytał, czy wejdziemy do środka. Odmówiłam. Poprosiłam o rozmowę i poprowadziłam go nad rzekę.

    Zaczęłam od wyjaśnienia kontekstu.

    Kiedy usłyszał o kruku, przerwał mi i opowiedział swój sen z tego samego dnia, absolutnie synchroniczny. W ogóle nie byłam zdziwiona. Nie pomyślałam nawet, żeby się nad tym dłużej zatrzymać, bo on przecież nie wie, że wielokrotnie śniliśmy podobne sny. Ja czytałam jego sny, a on moich nie, więc dla mnie to było zwyczajne.

    On miał gęsią skórkę.

    Przypomniałam mu bramę z zeszłego roku, a teraz chorobę i zapowiedź śmierci, jego przełożone spotkanie i to, że odmawiam współpracy.

    Miał szeroko otwarte oczy i jest chyba jedyną osobą na całym świecie, która nie próbowała wezwać pogotowia, słysząc takie rewelacje.

    Powiedział, że on tutaj niczego nie majstrował. Że obiecuje, że absolutnie niczego w tej sprawie nie robił.

    Powiedziałam, że to nie ma żadnego znaczenia.

    Przyszłam tu dziś zwolnić go oficjalnie z funkcji, bez względu na konsekwencje, i jeśli chce, może odejść. Ale jeśli zdecyduje się zjeść ze mną sałatkę, to będzie musiał najpierw ściągnąć te szamańskie gacie.

    Wykonał wokół siebie trochę śmieszno-dziwnych gestów i…

    Zamiast wezwać karetkę, zapytał:

    – Chcesz zjeść sałatkę?

    I poszliśmy.

    Kobieta i mężczyzna.

    I rozmawialiśmy o pracy, dzieciach, życiu, zdrowiu, samopoczuciu, relacjach, znajomych, podróżach, o śmierci i życiu, o snach i wizjach.

    To był dobry czas.

    Powiedział, że powinnam pracować w dziale HR, bo świetnie zwalniam. 😉

    Poznałam dzisiaj fantastycznego człowieka.

    Nie wiem, czy jeszcze zechce się ze mną spotkać, bo myślę, że to nie było łatwe spotkanie, ale bez względu na koszt…

    To był jeden z najważniejszych posiłków w moim życiu.

    I nie zmieniłabym niczego z jego przebiegu.

    PS. Tym bardziej, że w trakcie naszej rozmowy wszedł mój były mąż, a ja nawet na chwilę nie zawiesiłam głosu. I jego obecność nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

  • 82. Salamandra – sen, dzięki któremu zeszłam do źródła

    16/17.05.2026 
    Nów Księżyca. Noc spędziłam w hotelu na zamku położonym na południu Polski. 

    Sen. 

    Większości nie pamiętam. Sen miał logiczny ciąg, ale dużo się zatarło. 

    Pamiętam tylko obrazy. 

    W mieszkaniu był jakiś ptak. Nie wiem, jakiego gatunku, wtedy było to nieważne. Wiedziałam, że nie powinien tam być. Chciałam go złapać i wypuścić na zewnątrz. Udało mi się. 

    Weszłam do drugiego pokoju. Tam była jaskółka uwięziona w firance, też ją uwolniłam. Jaskółka miała zaplątany zielony sznurek wokół skrzydła, odplątałam go przed wypuszczeniem. 

    Po wszystkim zaczęłam się dopiero zastanawiać, jakiego gatunku był pierwszy ptak. Powiedziałam, że to samica kopciuszka, ale nie wiedziałam sama, czy czasem nie upraszczam, bo mógł być to inny ptak. 

    Weszłam do kolejnego pokoju, a tam, na niewysokiej szafce lub może biurku, stał wielki słój. Był plastikowy. 

    Były w nim „jaszczurki”. Nie wiem, czy jest taki gatunek, czy tylko mi się przyśniło, ale widziałam już takiego kształtu otyłe, ciastowate, wielkie salamandry, tylko w kolorze błotnisto-zielonym. 

    Jedna z nich była wielka, zajmowała niemal całą przestrzeń. Siedziała smutno w słoju ze zwieszoną nisko głową. Musiała bardzo się zgarbić, żeby się tam w ogóle zmieścić. Czułam, że przebywa w tym słoju wiele lat, że rosła tam porzucona, a teraz jest zbyt wielka, żeby mogła sama się wydostać. Wiedziałam, że jest uwięziona i samotna pomimo obecności uwijających się na dnie słoja i biegających po niej drobniejszych istot.

    Poruszały się tam zwinnie jakieś malutkie, kolorowe jaszczureczki. Ona nie zwracała na nie uwagi. Miała półprzymknięte niewidzące oczy. 

    To był szokujący obraz. 

    Myślałam, że trzeba natychmiast uwolnić to zwierzę. Widziałam, że odkręcenie zakrętki nic nie da, że to zwierzę jest już za wielkie, nie zmieści się w otwór. Wymyśliłam, że wystarczy wziąć nożyk do tapet i ostrożnie przeciąć słój. 

    Było mi jej żal. Nie ja byłam właścicielem słoja. Mówiłam tej osobie, że musi te zwierzęta natychmiast uwolnić, że to znęcanie się, brak troski, że nie można tak porzucać żywej istoty, ale nic nie zrobiłam. 

    Ten sen zostawił mnie z trudnym do wyjaśnienia bólem. Z olbrzymim ciężarem. 

    Zaczęły wracać obrazy ze snów z przeszłości: zapomniane żaby, porzucone akwaria, odkrycia, że w akwarium przetrwały jakieś stworzenia, że musiały zjadać siebie nawzajem, żeby przetrwać. 

    Ogromne poczucie winy, że zostawiłam je na pastwę losu i nikt się nimi nie zajmował. Że były zupełnie same, porzucone i głodne. Że o nich zapomniałam, że myślałam, że ich nie ma. A one czekały latami, bez opieki. 

    To podłość. To okrucieństwo. 

    Wiedziałam już, że ten sen jest inny, że nie mogę go zostawić, żeby dojrzewał tygodniami. 

    Bardzo chciałam uwolnić salamandrę. Musiałam to zrobić natychmiast. Nie chciałam jej zostawiać zamkniętej ani chwili dłużej. 

    I zrobiłam to. 

    Otwarcie tego słoja było najtrudniejszą rzeczą, jakiej podjęłam się w drodze do siebie. 

    To, co dzięki temu odkryłam, układa się we mnie do dziś. 

    Nadal boli, ale wiem już DLACZEGO. Poznałam wszystkie DLACZEGO, o które pytałam przez lata. 

    I wtedy właśnie otworzyłam drzwi do ostatniego pokoju w mojej wewnętrznej szkole.  

    A w jego środku byłam – JA 

  • 76. Algorytm. Sen o tym, co wyskakuje z nory.

    22/23.04.2026 

    Miałam dzisiaj dziwny sen. 

    Szłam polami z moim synem i może z kimś jeszcze. Zobaczyłam przepiękny widok: złociste zboże rosnące w dużej kępie, ozdobione makami i chabrami. Przepiękne na tle równie złocistego nieba, w cudownym świetle. 

    Chciałam zrobić zdjęcie, ale jak to zwykle bywa w moich snach – nie dało się. W moim aparacie nie było już pamięci. 

    Szliśmy dalej. Na polanie leżała olbrzymia, płaska donica, wysoka na około 30 cm i o średnicy około 3–4 metrów. Rosła w niej jakaś roślina, ale nie pamiętam jaka. Ziemia w donicy była przelana. 

    Wyjęłam całą zawartość i wyciskałam ją jak gąbkę. (To było niesamowite wrażenie, bo albo ja musiałam się do tej operacji powiększyć, albo donica zmalała). 

    Potem starannie ułożyłam z powrotem roślinę i ziemię wokół niej. 

    Szliśmy dalej. 

    Jakiś człowiek – nie wiem, czy właściciel terenu, czy po prostu mieszkaniec – powiedział, żebym uważała na pająki wyskakujące z norek znajdujących się na niewielkiej skarpie. 

    Zobaczyłam, jak z dziury w piasku wyskakuje pająk. Skoczył najpierw w prawo, potem w lewo, a dopiero wtedy na mnie, jakby musiał poruszać się według określonego wzoru. 

    Wystraszyłam się i strzepnęłam go z siebie. 

    Widziałam, jak inne pająki wyskakiwały z norek dokładnie w ten sam sposób. 

    Postanowiłam, że musimy stamtąd odejść. 

    W rzeczywistości ze wszystkich istot, boję się tylko pająków. 

    No cóż… poza pająkami boję się jeszcze czegoś. 

    Panicznie boję się, że mój syn powtórzy rodzinny wzorzec. W tamtym czasie przeżywał trudne chwile. Nie radził sobie po rozstaniu z dziewczyną i próbował regulować napięcie za pomocą alkoholu. 

    Widziałam, jak narasta we mnie lęk i nie czekałam. Byłam zdecydowana nie tylko chronić własne dziecko, ale także bronić własnych granic. 

    Najbardziej na świecie boję się tego algorytmu: 

    prawo, lewo, atak. 

    Musiałam strzepnąć z siebie tego pająka i odejść. 

    Na szczęście mój syn nadal idzie ze mną. 

  • 75. Smok – sen o tym, kto jest dla mnie. 

    21/22.04.2026 

    Byłam w budynku, którego przeznaczenie najbardziej przypominało akademik. Na najwyższym piętrze miałam swoje, a może wynajęte, mieszkanie albo lokal. 

    Za chwilę miałam prowadzić jakieś zajęcia, ale leżałam na leżaku przed budynkiem i udawałam, że śpię. Przyszła kobieta (która w rzeczywistości prowadzi zajęcia wokalne w tym samym budynku, w którym mieści się moja firma). „Pufałam” w taki bardzo specyficzny sposób. Kiedy kobieta już odeszła, uznając, że śpię, ze zdziwieniem zauważyłam, że nie mogę przestać „pufać”. (Pewnie naprawdę wydawałam takie dźwięki przez sen). 

    Wstałam, bo zbliżał się czas zajęć i poszłam na górę. Po drodze trafiłam do kawiarenki, w której spotkałam kobietę sporo starszą ode mnie. Rozmawiałyśmy o filmie wyświetlanym w kinie. Zastanawiałyśmy się, czy trafi do szerszego kinowego obiegu, czy będzie można go zobaczyć tylko w Kinie Konesera, do którego obie chodziłyśmy. (W rzeczywistości chodzę do Kina Konesera). 

    Przy stoliku obok siedział całkiem przystojny mężczyzna, jakiś wykładowca. Powiedział coś. Pomyślałam, że wtrącił się do naszej rozmowy, ale okazało się, że nie mówił do mnie. Trochę mnie to rozczarowało. 

    Poszłam na górę, ale zamiast prowadzić zajęcia, miałm opiekować się małym, około rocznym dzieckiem. 

    A w mieszkaniu zostawiłam malutkiego czarnego smoka wielkości kota. 

    Kiedy mnie nie było, smoczek trochę zniszczył przedpokój. Oderwał ze ściany kawałek okładziny wykonanej z jakiejś sztywnej tektury (?) i uciekł. 

    Wzięłam dziecko na ręce i wyszłam na poszukiwania zbiega. 

    Znalazłam go bardzo szybko. Brykał sobie po trawie nieopodal budynku. 

    Zawołałam go i natychmiast przybiegł. Gdy tylko stanął obok mnie, zaczął rosnąć. Był już wielkości labradora. Był przeuroczy. Taki radosny i ufnie kochający. 

    Weszliśmy do mieszkania. 

    Okazało się, że trwa jakieś studenckie święto i wszyscy ostro imprezują. Pod naszą nieobecność do mieszkania weszła grupa studentów. Uznali, że to świetne miejsce na imprezę. Palili marihuanę, a dym unosił się w powietrzu. 

    Kategorycznie kazałam im wyjść. 

    Nie chcieli, ale byłam zdecydowana i powołałam się na dobro dziecka, które nadal trzymałam na rękach. 

    Wyszli. 

    Spojrzałam na mojego smoka. 

    Był jeszcze większy. Teraz był wielkości tygrysa. Łasił się do mnie i skakał po mieszkaniu, po czym przybiegał po kolejną porcję czułości. 

    Pomyślałam, że nie możemy tam dłużej mieszkać, bo smok potrzebuje przestrzeni. 

    Musimy mieć dom pod miastem i dużo terenu, żeby mógł swobodnie się poruszać. 

    Wiedziałam, że będzie rósł. 

    Przecież to jeszcze mały smoczek. 

    Kocham ten sen całym sercem. 

    Nie jestem pewna co chce mi powiedzieć, może za jakiś czas wrócę tu i dopiszę kolejny komentarz. Bardzo bym tego chciała, a na razie… 

    Na własny użytek stworzyłam kiedyś prostą teorię. Według niej istnieją trzy typy mężczyzn: smoki, jaszczurki i podłe gadziny. 

    Podłym gadzinom nie poświęcę już w moim życiu ani minuty uwagi, opiszę pozostałe typy. 

    Mężczyzna Jaszczurka- piękny, inteligentny, wyjątkowo atrakcyjny. Oferujący w pakiecie pełen wachlarz emocji, olbrzymią intensywność, motyle i fajerwerki. Kiedy jednak spotyka się z codziennością, odpowiedzialnością, czymś trudnym lub wymagającym bez wahania, natychmiast i bez ostrzeżenia spieprza pod kamień. 

    Mężczyzna Smok- Smoki są inne. Nie są takie kolorowe, wydają się może trochę zimne na pierwszy rzut oka. Ale zimne są dla świata, bo wewnętrzny ogień zachowują dla swojej królowej. Nie błyszczą na pokaz. Nie potrzebują, bo są świadomi swojej mocy. Nie muszą jej nikomu udowadniać. Smok jest potężny, ale wobec swojej kobiety pozostaje czuły i delikatny. Wie co to odpowiedzialność, troska i szacunek. Kiedy wyobrażę sobie siebie mierzącą się z życiem, chcę mieć za sobą smoka. Takiego, który pozwala mi działać, ale stoi za mną i obserwuje. A kiedy cokolwiek mi zagrozi, nie zawaha się. 

    Nigdy. 

    A z takim smokiem… świat robi się za mały 😎 

  • 74. Woda z sufitu – sen o odwadze spojrzenia w głąb

    15/16.04.2026 

    Początku nie pamiętam. 

    Byłam w moim mieszkaniu. Zauważyłam otwartą część okna. Była bardzo wąska. Moje okna są podzielone na pół, a to było podzielone niesymetrycznie. Podeszłam, żeby je zamknąć. 

    Na placu przed moją kamienicą trwał koncert muzyki poważnej. Czasem nasi filharmonicy koncertują w mieście. Zdarzył się już koncert przy mojej fontannie. To piękny plac z okazałymi lipami i kasztanami, które widzę z góry i najpiękniejszą fontanną w mieście. 

    Wyjrzałam przez okno, ale widok był przesunięty, jakbym znajdowała się dwie kamienice dalej. Trochę mnie to zdziwiło. Z tego miejsca nie widziałam orkiestry, tylko tłumy siedzących, zasłuchanych ludzi. 

    Zamknęłam okno (nigdy nie otwieram okien, zawsze tylko je uchylam ze względu na koty). Zaczęłam sprawdzać, czy wszystkie są w domu. Na szczęście były. Nagle spod koca, a może spod fotela, wyskoczył olbrzymi czarny kot. Był wielkości niewielkiej pantery i miał piękną, lśniącą sierść. Pobiegł za pozostałymi kotami. 

    W tym samym czasie przyszedł mój syn. Zapytałam, czy nie wie, co to za kot. Odpowiedział, że należy do jego znajomego i zostanie tylko na chwilę. 

    Weszłam do mojej domowej pracowni, choć był tam chyba również salon. Zauważyłam, że z sufitu po kablu jednego z żyrandoli (nie mam takiego, mam tylko jedną lampę na środku) kapie woda. Kabel był czarny i plastikowy. 

    Podeszłam do okna. Ono również nie było moje. Było ogromne, przesuwne, zajmowało całą ścianę i miało firanki (ja ich nie mam). Firanki zostały przytrzaśnięte oknem. Próbowałam je poprawić, ale trochę przeszkadzał mi wiatr. 

    Za oknem była plaża. Przechadzali się po niej ludzie. Mogłam wyjść z domu bezpośrednio na piasek. 

    Kiedy zamykałam okno, za moimi plecami stanął chłopiec. Blondyn z uroczymi lokami. Miał może osiem–dziesięć lat. Nic nie mówił. Zapytałam syna, kto to jest. Odpowiedział, że to kolega mojego młodszego brata (mój brat nie żyje od dwóch miesięcy). 

    Z żyrandola już nie kapała, lecz lała się woda. Była krystalicznie czysta. 

    Postanowiłam, że rozbierzemy sufit i sprawdzimy, gdzie znajduje się źródło problemu. 

    Zrobiliśmy (nie wiem jak, tego nie pamiętam) otwór wielkości około metra i zobaczyłam podłogę sąsiadki, która mieszka nade mną. Była tam ogromna dziura. Wyglądała jak wyrwa, spod której było widać pokruszone cegły. 

    Padał deszcz, ale jednocześnie zza chmur przebijało słońce. 

    Odwróciłam się do syna i zapytałam, czy padało, kiedy wracał do domu, bo z okien nie widziałam deszczu. 

    Niebo właśnie się rozjaśniało, a woda nie płynęła już tak silnym strumieniem. Wciąż była krystalicznie czysta. 

    Pomyślałam, że powinnam zrobić zdjęcia dla zarządcy i ubezpieczyciela, ale nie zrobiłam ani jednego. 

    Przez chwilę miałam poczucie, że to z mojej strony zaniedbanie, jednak nadal nie sięgnęłam po telefon. 

    Dziwne było to, że nie chciałam robić nic. Pomyślałam, że to natura, a nie pęknięta rura. Deszczu nie zatrzymam, zakręcając kurek. 

    Byłam dziwnie spokojna, choć wszędzie była woda. 

    Usłyszałam kroki sąsiadki z góry i chciałam ją powiadomić o tym, co się stało. 

    Biegłam przez mój przedpokój i biegłam, i biegłam. 

    Krzyknęłam do syna: 

    — To mieszkanie jest strasznie długie! 

    Potwierdził. 

    Nie zdążyłam. 

    Sąsiadka musiała już wejść do swojego mieszkania, bo usłyszałam tylko: 

    — O. Kurwa! 

    Spotkanie z Darkiem powtórnie uchyliło we mnie „okno” do emocji. 

    Na początku wystraszyłam się, że odbierze mi to siłę, którą w sobie wypracowałam. Paradoksalnie jednak im piękniej grała we mnie muzyka, którą Darek uruchomił, tym większy spokój w sobie odnajdywałam. 

    Ten spokój nie wynikał z zaprzeczania, że nic do Darka nie czuję. Wręcz przeciwnie. Czułam, że kocham tego człowieka całym sercem, tęsknię i płaczę, i że wcale nie musi to prowadzić do żadnych decyzji. 

    Czułam, że mam pracę do wykonania i teraz jest ona dla mnie ważniejsza niż relacja. Wiedziałam, że muszę skupić się na sobie. 

    Zamknęłam więc okno i liczyłam koty, a moja moc nieoczekiwanie wyskoczyła spod koca. Aby tak się mogło stać potrzeba było niewiele. Wystarczył jeden przydługi uśmiech widziany przez szybę. 

    Dzięki tej mocy miałam siłę, żeby zobaczyć w przyszłości to, co głęboko ukryte. 

    Jeszcze nie wiedziałam, co to jest, ale sen bardzo wyraźnie powiedział mi, że to, co zobaczę, bardzo nieprzyjemnie mnie zaskoczy. I że nie uda mi się wcześniej przygotować na to co odkryję. 

    A na razie trzeba powiększyć otwór. Odnaleźć źródło.  

    I nie dziwić się łzom, które naturalnie płyną. 

  • 68. Jeszcze nie dziś – sen o spotkaniu z najgłębsza raną

    26/27.02.2026 

    Byłam w domu moich rodziców lub w moim mieszkaniu, ale całkowicie zmienionym przez bałagan, składowisko jakichś niepotrzebnych i zniszczonych przedmiotów. Było tam brudno, ale to miejsce było naturalnie połączone z tym, co na zewnątrz, a jednak było budynkiem. 

    Nie byłam sama. Widziałam moją nieżyjącą matkę i starszego brata. Chyba pojawił się też mój syn. 

    W tym „mieszkaniu” były również zwierzęta, z którymi na co dzień mieszkam: moje trzy koty, pies oraz kotka mojego syna. Pojawiły się też dzikie. 

    Zielony wąż byłby bardzo okazały, grubości mojego przedramienia, niestety był krótki. Tak krótki jak moje przedramię. Był przecięty wpół. Zastanawiałam się, co mogło być przyczyną i doszłam do wniosku, że mogło to być koło samochodu mojego ojca, który parkował w miejscu, z którego przypełzł wąż. Teraz samochodu tam nie było, ale na ziemi pozostały ślady opon. 

    Bałam się tego węża. Kiedy pełzł w moją stronę, podniosłam z ziemi spory kawałek przezroczystej, mlecznej folii budowlanej i odganiałam go, machając nią i odsuwając go, kiedy był blisko. Był w bardzo złym stanie. Bałam się go, ale w tym samym stopniu litowałam się nad nim i jednocześnie czułam obrzydzenie. Wąż zniknął, ale wiedziałam, że gdzieś się ukrył. 

    Zobaczyłam nowego „gościa” w tym domu. Był to duży ptak z jakiegoś gatunku grzebiących, dziki, niehodowlany, szary, z ciemniejszymi, chyba nawet czarnymi skrzydłami, wielkości głuszca. Chciałam wziąć go na ręce i zanieść mojej mamie, chciałam, żeby go zobaczyła. Ptak nie był zadowolony, ale pozwolił się przenieść. Nie wywołał w tym domu żadnej sensacji. 

    Wypuściłam go do tej „półotwartej” części domu i znalazłam dla niego gotowany pęczak. Czasem w rzeczywistości karmię takim pęczakiem mojego zaprzyjaźnionego gołębia. Tego ptaka również karmiłam z ręki. 

    Kiedy rozchylił skrzydła, zobaczyłam, że na plecach nie ma piór. Zastanawiałam się, czy coś mu dolega, czy może jest to naturalne dla tego gatunku. 

    Spojrzałam przez okno. W oddali widziałam budynek i okna biura Darka, ale jego samego nie było widać. 

    Zauważyłam, że kotka mojego syna zniknęła. Ani on, ani nikt inny się tym nie przejął. Szukałam jej i nie mogłam znaleźć w tym bałaganie. 

    Kiedy byłam w półotwartej części domu, znalazłam w ziemi otwór, norę o średnicy około siedmiu–ośmiu centymetrów. Pomyślałam, że właśnie tam ukrył się wąż. 

    Postanowiłam posprzątać ten bałagan, oczyścić wszystko i powyrzucać niepotrzebne rzeczy. Myłam naczynia, przesuwałam różne przedmioty, układałam je, ale wciąż niepokoiła mnie myśl o zniknięciu kotki . 

    Postanowiłam zadzwonić do schroniska i zapytać, czy ktoś jej nie przyniósł. Próbowałam wybrać numer, ale wciąż zgłaszał się dyspozytor numeru alarmowego. Rozłączałam się, ale kiedy tylko nacisnęłam jakikolwiek przycisk, znów łączyłam się z numerem 112. 

    Zostawiłam telefon i wyszłam z domu. 

    Doszłam do biblioteki. Chyba była w remoncie. Nie było książek ani mebli. Była tylko pusta sala i jedna bibliotekarka. 

    Zapytałam, czy mogę przynieść i powiesić w bibliotece ogłoszenie o zniknięciu kotki. 

    Przez okna biblioteki widziałam okna biura Darka z bliższej odległości. Widziałam dwóch, może trzech krzątających się mężczyzn, ale jego nie było widać. 

    Przypomniałam sobie, że na opakowaniu jakichś słodyczy, które znalazłam podczas sprzątania, było logo i reklama wydarzenia, w którym firma, której szefem jest Darek, ma wziąć udział. 

    Pomyślałam, że właśnie przygotowują się do tej imprezy. 

    I faktycznie, w rzeczywistości chyba właśnie w ten weekend takie wydarzenie ma się odbyć. Dziś lub jutro ma się rozpocząć. 

    Komentarz zacznę trochę od końca. 

    Bezpośrednio po przebudzeniu zastanawiało mnie, dlaczego obserwuję z tęsknotą okna firmy Darka i nic z tym nie robię. Przecież we śnie bardzo chciałam go zobaczyć. Zaglądałam do okien, szukałam go wzrokiem. Byłam tak blisko. Wystarczyło wejść do budynku i sprawdzić. 

    A jednak nie mogłam sobie na to pozwolić. 

    Myślałam, że to z szacunku do jego granic, ale to nie była prawda. 

    W rzeczywistości tęskniłam jak nigdy wcześniej. W okresie żałoby wspomnienie czułości, jaką mi kiedyś Darek okazywał, było bardzo bolesne. Bo potrzebowałam jej wtedy najbardziej na świecie, a jego przy mnie nie było. 

    I miało go nie być. 

    Bo gdyby był, byłby małym plastrem przyklejonym do olbrzymiej, głębokiej rany. Odwróciłby uwagę od mojego okaleczenia. 

    Sen pokazał mi: 

    Jest w Tobie bardzo okaleczona część. Jeszcze boisz się jej. Jeszcze odganiasz ją od siebie. Jeszcze przez chwilę musi schować się w norze w ziemi. Ale nie możesz już ignorować jej obecności. Przyjdzie dzień, kiedy będziesz musiała się tym zająć. Ale jeszcze nie dziś. Jeszcze nie jesteś gotowa zobaczyć tej rany w pełni. Bo nie jest to zwykłe zranienie. Nie da się go zalepić plastrem. To alarm wymagający telefonu pod numer 112. 

    Ale na razie musisz nakarmić inne części siebie, zanim zobaczysz to, co głęboko ukryte. 

    A Twoja biblioteka musi zapełnić się wiedzą. 

    Dziś minęło pięć miesięcy od nocy, w której śniłam ten sen. 

    Jestem nakarmiona i uratowana, ale wymagało to zmierzenia się z najczarniejszym. Wymagało zejścia do ciasnej nory. 

    Zeszłam. 

    I wyszłam do światła. 

    Silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.  

  • 67. Tam, gdzie niebo płynie- sen o patrzeniu w tę samą stronę

    21/22.02.2026 

    Byłam w moim (ale nie do końca moim) mieszkaniu. Było duże i przestronne, również w kamienicy, ale bardziej starokamieniczne niż w loftowym stylu, jak u mnie. To była stara kamienica z klimatem. Po mieszkaniu krzątał się mój były mąż. Nie powinno go tam już być, wiedziałam o tym. Nie wchodziłam z nim w żadne interakcje, po prostu go zauważałam. 

    Dostałam SMS od ojca mojej byłej uczennicy. Chciałam odpisać i chyba to zrobiłam, ale przy okazji wysłałam mu mnóstwo zdjęć. To nie były zdjęcia ze mną, to były zdjęcia absolutnie bez znaczenia i sensu. 

    Ten człowiek przyszedł do mojego domu. Rozmawialiśmy. W tle, od czasu do czasu, pojawiał się mój były mąż, ale w oddali i odwrócony plecami. Powiedziałam mojemu rozmówcy, że „nie mogę się go pozbyć”. 

    Odprowadziłam go do drzwi. Chciał, żebyśmy wyszli razem. Przytulił mnie bardzo mocno i delikatnie pocałował. Oddałam pocałunek. Jadłam wcześniej jakieś pieczywo z makiem. Byłam nieco zakłopotana, że przeniosłam do jego ust resztki pożywienia. Wyjął drobinki z ust i nie robił z tego problemu. 

    Spojrzałam w okno. Dookoła drzewa krążyło olbrzymie stado gawronów. Tworzyły niezwykle szybko poruszający się czarny wir. Było ich naprawdę dużo. Przysłoniły olbrzymie drzewo i cały widok z okna. Uznałam to za niezwykłe, piękne i ważne. 

    Wyszliśmy na zewnątrz. Szliśmy ulicą, trzymając się za ręce i przytulając się. Usiedliśmy na ławce, a może leżeliśmy. Powiedział, że jesteśmy w sobie zakochani i powinniśmy zamieszkać razem. 

    Powiedziałam, że zakochanie to nie miłość, że z czasem przemija i jeśli nie przerodzi się w miłość po obu stronach – odejdę – nawet jeśli będę kochać. 

    Przybiegł skądś pies. Był bardzo przyjazny. Położył się obok nas, przytulał się i chyba chciał się z nami trochę pobawić. 

    Patrzyłam na niebo, po którym przemieszczały się chmury, ale nie były zwyczajne. To było jak woda, na której unoszą się kształty powstałe z piany. Patrzyliśmy, jak łączą się i rozłączają, rozpływając się. 

    Poszliśmy do jego mieszkania, również w kamienicy (we śnie rozstał się z żoną). Była tam ich córka, ale to było inne dziecko. W rzeczywistości jest szesnastoletnią, zbuntowaną i arogancką brunetką, tutaj była uroczą około dziesięcioletnią blondynką. Przywitała mnie serdecznie, ale bez zwykłej wylewności, której oczekiwałam. 

    Wyszliśmy na ulicę. Zamknęłam tylne drzwi. Wyglądały jak drzwi do komórki piwnicznej w bloku, z surowych desek. Miałam klucz. 

    Zapytał, skąd go mam. 

    Odpowiedziałam, że sam mi go dał kilka lat temu. Nie miał większego problemu z tym, że przez lata miałam jego klucz, ale chciałam mu go pokazać i wyszukiwałam właściwy w pęku moich kluczy. 

    Powiedział, żebym dała spokój i poszliśmy w miejsce, w którym mieliśmy razem zamieszkać. 

    Spotkaliśmy po drodze znajomą. Opowiadała mi o kulisach rozstania mojego „chłopaka” z jego żoną. Przekonywała, że wina leżała po jej stronie. W rzeczywistości bardzo ją lubię i nie chciałam uwierzyć, że jest złą osobą. 

    Doszliśmy do starego, porzuconego i zniszczonego budynku, w którym (we śnie) mieścił się pierwszy bar z pierogami w moim mieście. Bar istnieje do dzisiaj, ale już w innym miejscu. Budynek był nasz. Mieliśmy go odbudować. 

    Z tyłu brakowało części ściany. Zobaczyłam, że do środka wleciał bocian. Był biało-czarny, ale miał też coś czerwonego, trochę jak dzięcioł. Zdziwiło mnie, że ma gniazdo wewnątrz budynku. 

    Nasza znajoma wbiegła do środka za ptakiem i wzięła na ręce duże pisklę. Było czarno-czerwone i bardziej przypominało dzięcioła niż bociana. 

    Kazałam jej natychmiast je zostawić i wyjść. 

    Powiedziała, że bociany dopuszczają dotykanie piskląt przez cztery znajome osoby. 

    Kategorycznie zakazałam jej trzymania pisklęcia na rękach. Powiedziałam, że nie jest „znajomą osobą”, więc nie wlicza się do tego grona. 

    Do budynku wbiegł duży pies w piaskowym kolorze. Wyglądał jak owczarek anatolijski. Pilnował budynku i przylegającego do niego terenu. 

    Powiedziałam jej wtedy, że ten pies jest jedną z czterech istot, które mają prawo tam być. 

    My musimy opuścić to miejsce i nie przeszkadzać ptakom. 

    Wyszła. 

    To było poddasze naszego budynku. Postanowiłam, że oddamy je tym pięknym ptakom. 

    Przez cały sen, od kiedy opuściłam swoje mieszkanie, było piękne, letnie, ciepłe popołudnie. 

    Przez chwilę zastanawiałam się, czy ten związek w ogóle może się udać, bo on jest ode mnie o około dziesięć lat młodszy. 

     

    Sen przyśnił mi się dwa dni po pogrzebie brata. Był to bardzo trudny czas. Pamiętam, jak mocno odczuwałam samotność i jak bardzo pragnęłam mieć u boku mężczyznę. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś trzymał mnie mocno w ramionach. Bardzo potrzebowałam ukojenia. 

    Mężczyzna ze snu jest mi znany z realnego życia. Kiedy realizowaliśmy wspólny projekt zawodowy, miałam okazję przyjrzeć się temu człowiekowi i bardzo mi zaimponował. Nie tylko jako mężczyzna tak różny od tych z mojego życia (odważny, decyzyjny, pewny siebie, rzutki, przedsiębiorczy, asertywny), ale też jako kochający, ciepły, dający poczucie bezpieczeństwa mąż i ojciec. 

    Jestem pewna, że nie chodziło we śnie o jego osobę, ale raczej o wzorzec mężczyzny, jaki reprezentuje. 

    Sen pokazał mi, czego naprawdę potrzebuję. Zobaczyłam, że najważniejsza jest jakość relacji i zdrowa męska energia, którą chcę wpuścić do mojego życia. 

    Ale nawet zdrowa męskość obecna w relacji nie zwalnia mnie z obowiązku chronienia własnych granic. Bo nowe życie we mnie wciąż rośnie jak pisklę, które wykluło się z jajka i potrzebuje ochrony. 

    Sen przypomina mi o tym, że w moim życiu są cztery istoty, które na różnych poziomach wspierają mnie w drodze do siebie. Jedna z nich szczególnie silnie mnie chroni. Ale o tym… innym razem. 

    W tamtym czasie poradziłam sobie sama. Nie spotkałam wtedy nikogo, kto usiadłby ze mną i, patrząc w niebo, podziwiał leniwie płynące i nieustannie zmieniające się życie. 

    Zaczekam więc cierpliwie na tego, kto w tym, co zwyczajne, dostrzeże wraz ze mną to, co niezwykłe. 

  • 64.3. Trzy oblicza mocy. Taniec psa i wilka – sen o miłości. 

    31.01/1.02.2026 

    Szłam górską ścieżką ze starszym mężczyzną, który ze swojej działki przyniósł pomidory. Zatrzymaliśmy się na chwilę i polewaliśmy je wrzątkiem. Patrzyłam, jak pękała na nich skórka pod wpływem gorącej wody. Chyba przygotowywaliśmy w tej uroczej scenerii jakiś posiłek. 

    Ścieżka była w okolicy domu, nie był mój. Może był wynajęty. 

    Weszłam do środka. Było tam wielkie, otwarte okno. Zaczynało się prawie przy samej podłodze i zajmowało niemal całą ścianę. 

    Byłam tam z psem, dużym, w typie owczarka belgijskiego. Był zupełnie czarny, ale sierść miał krótszą. Była tam też moja teściowa. 

    Pies nie był moją własnością, ale był przy mnie i czułam się za niego odpowiedzialna. 

    Do środka, przez okno wskoczył dziki wilk, zupełnie czarny. Nie wiedziałam, czy mam go wygonić, czy nie. Nie byłam pewna, czy nie będzie agresywny w stosunku do psa albo czy pies nie będzie chciał go przegonić. Co ciekawe w ogóle nie bałam się o siebie. 

    Kiedy pies spostrzegł wilka stała się rzecz piękna. Pies i wilk zaczęły się witać. To przypominało taniec. Robiły to przepięknie, czule, łagodnie, przytulając do siebie pyski. Były takie same. I pies, i wilk wyglądały identycznie. Nie wiedziałam, który jest psem a który wilkiem. Patrzyłam z zachwytem, zauroczona tym powitaniem. Były piękne. Zdawały się być dla siebie stworzone. Idealnie, bezsprzecznie były DLA SIEBIE. 

    Pomyślałam, że mogę je bezpiecznie zostawić i wrócić na ścieżkę, tym bardziej, że umówiłam się z kimś. To była kobieta starsza ode mnie. 

    Szłyśmy tą samą ścieżką, którą szłam już wcześniej. Ścieżka pięła się w górę. Była zakończona niezbyt wysokimi głazami, prostymi jak ściana. Spacerowałam zwykle tylko do tego miejsca, nigdy nie przekraczałam tych głazów. 

    Miałyśmy przez nie przejść, ale nie byłam pewna, czy powinnam. Miałam na sobie sandały. Chciałam przejść, bo kobieta też miała sandały i uznałam, że buty nie mogą być dłużej wymówką. Przecież nie stchórzę, więc poszłam. Nie pamiętam, czy przeszłam. 

    Wróciłam do domu z myślą, że nie powinnam jednak zostawiać zwierząt. Nie ufałam teściowej, bo powiedziała, że przydałyby się szczeniaki, a te byłyby niezwykle piękne. Nie chciałam, żeby to piękno stało się jedynie źródłem zarobku. 

    Szłam szybko i żeby skrócić sobie drogę chciałam wejść przez okno, jak uprzednio zrobił to wilk. Zajrzałam przez okno. 

    To, co zobaczyłam, zmroziło mnie. 

    Nie było tam już psa i wilka. 

    Widziałam teściową przykucała na oparciu łóżka, na którym mój syn kochał się ze swoją byłą dziewczyną. Teściowa dyrygowała ich ruchami. Pospieszała ich i nadawała rytm. Nie widziałam pary, widziałam tylko krawędź łóżka. 

    Pomyślałam, że jest to dla nich bardzo traumatyczne, że to jak tortury. Że ta kobieta zabiła w nich właśnie to, co mogli mieć z seksu. Że już nigdy nie będzie on dla nich źródłem bliskości, czułości i radości. 

    Krzycząc, kazałam jej się wynosić. 

    Byłam wściekła. 

    Potwornie wściekła. 

    Czyżbym stawała się już gotowa na miłość.  

    W każdym razie jestem gotowa jej bronić. Wiem, że w razie potrzeby stanę jak wilczyca i całą swą mocą obronię miłość w sobie. Nie pozwolę już nikomu na ingerencję w to kogo i jak kocham. Kiedyś poddawałam się rodzinnym wzorcom, lękom, kompleksom, konwenansom.  

    Dziś wiem, kim jestem.  

    Wiem już, kto może być DLA MNIE. Jeśli się pojawi, rozpoznam go. 

    A wtedy nie pozwolę, aby ktokolwiek dyrygował moim życiem, a już na pewno moją miłością. 

    Bo miłość nie potrzebuje dyrygenta. 

  • 64.2. Trzy oblicza mocy. Owadzia maska- sen o uznaniu własnej mocy 

    31.01/1.02.2026  

    Scena druga 

    Był letni, ciepły dzień. Opiekowałam się grupką dzieci, był to rodzaj kolonii. Dzieci było sporo, pomagała mi koleżanka. Czekałyśmy, aż przyjedzie nasz znajomy, który miał być swego rodzaju atrakcją dla dzieci. Spóźnił się o cały dzień. Kiedy nareszcie dotarł, tłumaczył się opóźnieniami na lotnisku. Przyjechał z psem, uroczym młodym golden retrieverem. 

    To był mój znajomy przyrodnik, ale kiedy wszedł do pomieszczenia i usiadł na kanapie, był kolegą z podstawówki mojego byłego męża. Obok niego usiadł chłopiec około dziesięcioletni. Miał piękne, duże niebieskie oczy i burzę blond włosów. Nie były to klasyczne loki, tylko bardziej roztrzepane kędziorki. 

    Zauważyłam podobieństwo chłopca i naszego gościa. Podobieństwo było uderzające. Wyrwało mi się: „Jacy wy jesteście podobni”. Kiedy chłopiec wyszedł, mężczyzna zaczął się wypierać, jakoby miał coś z tym podobieństwem wspólnego. Musiałam go uspokajać, że wcale nie mam na myśli jego potencjalnego ojcostwa, ale zażartowałam, że jego świętej pamięci ojciec często bywał w tym mieście. 

    Przeszliśmy do pomieszczenia, w którym mieściła się główna sala, gdzie uczyłyśmy dzieci. Okazało się, że to szkoła dla młodych czarodziejów. Pomieszczenie przypominało dużą grotę, ale przyjemną i ciepłą. Zamiast sufitu była tam szklana tafla, a nad nią jezioro albo basen, w którym w stanie wolnym pływały wydry. Z dołu wydawały się malutkie. Pływały zwinnie, były zabawne. To była jedna duża, bardzo czuła wobec siebie rodzina uroczych wyderek. 

    Leżałam na plecach, nie pamiętam, czy z koleżanką współprowadzącą, czy z naszym gościem, przyglądałam się tym cudownym zwierzątkom i zastanawiałam się na głos: „Czy my też jesteśmy dla tych stworzeń taką atrakcją, jak one dla nas?”. 

    Zwróciłam uwagę na chłopca, tego, który jest podobny do naszego gościa. Stał się bardzo niedobry dla innych dzieci, arogancki i dominacyjnie agresywny. Pomyślałam, że to moja wina, nie powinno mi się wyrwać o podobieństwie, bo poczuł się ważny, ważniejszy od innych. Przez całe swoje młode życie nie miał rodziców ani tożsamości. Czuł się nikim, jak wszystkie inne dzieci, a teraz zauważył to rażące podobieństwo i uznał się za SYNA. A wtedy stał się naprawdę podły. 

    Postanowiłam to naprawić, bo stawał się naprawdę niebezpieczny. Weszłam do sali, do której zaprosiłam wszystkich uczniów… Pod pozorem zapłaty zebrałam wszystkie młode (i tu nagła zmiana) czarodziejki. Dawałam każdej jakąś zapłatę, była przy mnie koleżanka. 

    Tego niegrzecznego chłopca – teraz młodą kobietę – zostawiłam na koniec. Wszystkie po obdarowaniu wychodziły. Zostałyśmy we trójkę. 

    Podeszłam do niej i to wyglądało jak jakieś magiczne egzorcyzmy. Stałam przed nią, a ona uderzyła mnie w twarz dziwnym strumieniem energii. Szybko zamaskowałam swoją twarz czymś na kształt owadziej maski, która nie była nakładana. Była zintegrowana ze mną i całkowicie kompatybilna. To nie było jak chitynowy pancerz. To było miękkie, zamykające się i szczelnie okalające moją twarz od zewnątrz ku środkowi. Pokryte czymś, co przypominało łuski. To było coś nie z tego świata. 

    Moja koleżanka nie miała takiej ochrony. Uderzona tym samym strumieniem odleciała kilka metrów dalej i wypadła z budynku. 

    Powiedziałam jej, że to dziecko jest zbyt silne, więc biorę je na siebie. 

    Chyba je poskromiłam, bo byłam pewna siebie i spokojna o efekt, ale nie pamiętam końca tej sceny. 

    Dziś, czytając ten sen po kilku miesiącach, widzę go inaczej. I widzę też kilka elementów, które łączą pierwszą scenę z drugą. 

    Czasem zabieram moje „zawodowe dzieci” do baru lub restauracji. W dużej grupie jemy wspólny posiłek, często po wycieczce lub innej atrakcji. 

    Kilka dni temu miała miejsce trudna sytuacja. Po wycieczce i zwiedzaniu, które zmęczyły dzieci nie tylko fizycznie, ale były również wymagające emocjonalnie, poszliśmy do baru. 

    Dziewczynka w spektrum autyzmu, stojąc w kolejce, pod wpływem silnych emocji nagromadzonych w ciągu całego dnia była trochę roztrzęsiona. Machnęła termosem trzymanym w ręku i niechcący uderzyła dziewczynkę stojącą przed nią. Inne dzieci natychmiast bardzo żywo zareagowały, stając w obronie pokrzywdzonej. 

    Wtedy dziewczynka w spektrum wybuchła niekontrolowanym zalewem emocji. Krzyczała, że tak jest zawsze, że wszyscy są przeciwko niej. Urządziła wielką, dramatyczną scenę, wprawiając w osłupienie inne dzieci. 

    Bez zastanowienia natychmiast przytuliłam ją, zagarnęłam do siebie i wyprowadziłam z budynku. Przez cały czas mówiłam do niej czule i spokojnie. Powtarzałam jak mantrę: „Jestem! Już jest ok! Jestem!” Wyciszyłam ją troszeczkę. 

    Dopiero wtedy wróciłyśmy do budynku. Posadziłam ją z wolontariuszką przy osobnym stoliku, przyniosłam jej posiłek i wróciłam do reszty dzieci. Zapewniłam je, że nie są w tej sytuacji niczemu winne. Sama zjadłam posiłek, siadając z nieco jeszcze roztrzęsioną dziewczynką w spektrum. 

    Kiedy odnosiłam talerz, podszedł do mnie starszy mężczyzna, położył mi rękę na ramieniu i powiedział, że mnie podziwia, że z taką klasą i spokojem rozwiązałam tak trudną sytuację. Podziękowałam tylko. 

    Później zdałam sobie sprawę, że nie był to pierwszy raz, kiedy w podobnej sytuacji starszy pan kładzie mi rękę na ramieniu i wyraża swoje uznanie dla moich kompetencji. Pierwszy raz wydarzyło się to dokładnie 6.02.2026, czyli zaledwie pięć dni po śnie. Może to zbieg okoliczności, a może nie. 

    Wiem jedno. Sposób mojej pracy z dziećmi i reagowania na wszelkie trudności się nie zmienił. Podstawą mojej pracy jest miłość do dzieci, szacunek, jaki do nich żywię i wielka potrzeba poszanowania dziecięcej godności. To nigdy się nie zmieni. 

    Reaguję automatycznie, bez zastanowienia. W pracy jestem pewna siebie i czuję się kompetentna. Jest to dla mnie naturalne, jest ze mną kompatybilne. 

    Zmieniło się jedno. 

    Kiedyś umniejszałabym swoim kompetencjom, mówiąc: „To nic takiego. Jakoś tak samo wyszło…”. 

    Dziś z wdzięcznością mówię: „Dziękuję.” 

    Nie za to, że ktoś mówi, że mnie podziwia. 

    Za to, że położył mi rękę na ramieniu i powiedział w ten sposób: 

    „Widzę Cię. Uznaję.” 

    Dziękuję. 

  • 63. Pastelowy tukan – sen prowadzący do wyjścia.

    28/29.01.2026 

    Na początku szpital albo raczej SOR. Nie wiem, dlaczego się tam wybrałam, raczej nie potrzebowałam pomocy. Czekałam na swoją kolej. Nie był to główny punkt przyjęć, bo tam były dzikie tłumy, tylko jakiś boczny pokój. 

    Był tam młody lekarz, bardzo sympatyczny, który powiedział, że mogę zostawić wierzchnie ubranie i buty. Kolejka była również tutaj, więc trzeba było czekać. Żeby mi było wygodniej i żebym się nie przegrzała, zostawiłam swoje rzeczy. 

    Nie wiem, czy nie byłam tam z synem. Nie mam pewności. Buty były chyba istotne, bo czekając w kolejnym pomieszczeniu, nie pamiętam, żebym była boso. Czekając, robiłam coś związanego z pracą, ale co dziwne miało to związek z pracą mojego byłego męża w liceum. 

    Pojawiały się jego koleżanki, ale nie mam pewności, czy nie rozmawiałam z nimi również na temat syna, uczył się w tym samym liceum. To chyba nie było ważne. 

    Kiedy chciałam wyjść, wróciłam do pokoju, w którym zostawiłam buty. Szukałam, ale nie mogłam ich znaleźć. Tam, gdzie je zostawiłam, było mnóstwo butów innych pacjentów. Założyłam jakieś podobne, ale miały odkryte palce, a moje były pełne, więc szukałam dalej. Pytałam lekarza, który tam przyjmował, ale polecił mi odnaleźć swojego kolegę, który przyjął ode mnie moje rzeczy. Niestety nigdzie go nie było. Nie wiem, czy odnalazłam buty. 

    Kolejna scena. 

    Na Facebooku, na grupie na temat ornitologii, do której należę, zobaczyłam zdjęcie skrzydła pustułki. Zapytałam, gdzie zdjęcie zostało zrobione, bo koniecznie chciałam znaleźć to skrzydło. 

    Kobieta odpisała mi. Podała dokładną lokalizację. Napisała, że leży przy klatce z uroczymi stworzeniami, może to były wydry, a może nieświszczuki. Wiedziałam, gdzie to jest, na obrzeżach zoo, przy wąskiej rzeczce. Byłam pewna, że znajdę. Wiedziałam, że to jest za konkretną klatką. 

    Przewinęłam coś niechcący palcami i zgubiłam ten post, a bardzo chciałam napisać, że jej dziękuję, ale już nie mogłam tego zrobić, bo post zniknął. 

    Natychmiast się tam wybrałam. Chyba nie byłam sama przez cały czas, ale nie mam pewności, z kim byłam. Nie będę wymyślać. 

    Poszłam za tą klatkę, widziałam gryzonie i nagle w miejscu klatki pojawiło się łóżko. Metalowe, białe (jak kiedyś w szpitalach), w którym leżała moja teściowa. Skrzydło miało być za klatką, więc włożyłam rękę za poduszkę mojej teściowej i wyjęłam stamtąd martwego wróbla. 

    Spodziewałam się skrzydła, suchego skrzydła pustułki, a tam był martwy wróbel. Nie wiem, czy z zaskoczenia, czy z przerażenia, czy może z obrzydzenia, rzuciłam tego wróbla gdzieś daleko w krzaki. Byłam z psem, który pobiegł w tamtą stronę, bo moja suczka lubi aportować. Pobiegłam razem z nią, żeby nie zjadła tego martwego ptaka. Udało mi się wyrzucić wróbla za ogrodzenie, tak żeby pies nie miał do niego dostępu. 

    Wróciłam do teściowej, stałam przy jej łóżku, rozmawiałyśmy i nagle zobaczyłam olbrzymiego, dziwnego tukana. Był jasny, pastelowy, z czerwoną plamą nad ogonem. Miał potężny żółty dziób. Był wielkości przerośniętego pelikana. Był piękny. Stanął na ścieżce i wyglądał na zagubionego. Spojrzałam na niego i przywołałam go, a on szedł w moim kierunku. Najpierw troszkę się przestraszyłam tego olbrzymiego dzioba, ale potem sobie pomyślałam, że on z pewnością pochodzi z jakiejś hodowli, bo w naszym kraju nie występują takie ptaki. Więc spróbowałam go pogłaskać. Pozwolił mi na to i szedł za mną jak pies. 

    Pokazałam go teściowej, ale trochę się go obawiała. Zapytałam, czy ma jakieś owoce, bo nie do końca wiedziałam, czym się żywią tukany, ale pomyślałam, że owocami. Teściowa wstała i poszłyśmy w stronę ogrodów. Powiedziała, że ma malinki. Wyciągnęła metalową menażkę wypełnioną jakąś dziwną szarą mazią. Nie wiem, co to było. To było jak przemielone maliny, ale z dodatkiem jakiegoś badziewia, było brudnoszare. 

    Powiedziałam, że ptak nie będzie jadł czegoś takiego i poszliśmy dalej. Doszłyśmy do ogródków, raczej warzywnych, ale wyglądały mizernie. Nie byłyśmy ich właścicielami ani ja, ani teściowa. Ten ptak wyrwał trzy długie na wysokość, może półtora metra, rośliny. Nazwałam to sałatą, chociaż wyglądało jak cienki, miękki patyk z mizernymi listkami porozmieszczanymi losowo na całej długości. Kiedy ptak wyrwał je i zjadał, teściowa powiedziała: 

    – To nie nasze. 

    Była trochę wystraszona ewentualnymi konsekwencjami. 

    Powiedziałam, że nie ma sprawy, że on to wybrał, to znaczy, że to jest dla niego i w razie czego ja biorę na siebie odpowiedzialność. 

    Później weszliśmy do domu w starym, wiejskim stylu. Możliwe, że to dom właścicieli ogródków. Było nas kilkoro. Na pewno był tam jakiś mężczyzna i możliwe, że mój syn, ale jako nastolatek z dziewczynką w podobnym wieku. 

    Dom był bardzo zaniedbany. Zwróciłam uwagę na stare drewniane drzwi, klamka też jakaś taka… Wszystko tam było bardzo stare. Czułam, że ktoś rzucił klątwę na ten dom. Byłam zdziwiona, że tam się nie sprząta. 

    Kilka razy otwierałam tam drzwi i przy każdej klamce, ale nie na klamce, tylko na elemencie, który mocuje klamkę do drzwi, były plamy jakby rozmielonej zieleniny, takie zaschnięte rozchlapane paćki z zielonej mazi. 

    I kiedy zobaczyłam pierwsze drzwi, nie pomyślałam niczego złego. Wyglądało to trochę jak sztuczny mech. Drugie drzwi mnie trochę zaniepokoiły. Pomyślałam wtedy, że możliwe, że ktoś właśnie w ten sposób rzucił klątwę na ten dom. 

    Wyszliśmy stamtąd, ale niepokój pozostał. 

    Szliśmy wzdłuż nasypu kolejowego chyba do domu. Ja z tym mężczyzną szłam w dole, a po drugiej stronie torów górą szedł mój syn z kimś z tego domu. Nadjechał długi pociąg towarowy i pomyślałam sobie, że powinniśmy iść drugą stroną, górą, dlatego że ten pociąg, gdyby coś się stało i spadły wagony, spadłyby przecież bezpośrednio na nas, spadłyby przecież w dół. Wagony bardzo niebezpiecznie się chwiały, wyglądało to dość niepokojąco. 

    Na szczęście wagony nie upadły, a pociąg przejechał. 

    Miałam silną potrzebę opowiedzenia o tym, że dom, w którym byliśmy, został obłożony klątwą i dlatego jego mieszkańcy są tacy biedni i że jest tam coś bardzo złego, coś złego się tam dzieje. 

    Zawołałam mojego byłego męża (nie wiem, czy był ze mną cały czas) i powiedziałam, że muszę z nim bardzo poważnie porozmawiać. A on chyba źle zrozumiał „poważnie porozmawiać”, bo od razu zaczął się tłumaczyć, że TA kobieta była nachalna, że to ona chciała. 

    Powiedziałam, że ja w ogóle nie o tym, że mnie to nie interesuje, że mam ważniejszą sprawę. 

    Nie wiem w końcu, czy udało mi się powiedzieć mężowi o klątwie. I czy zrobiliśmy coś, aby pomóc tej rodzinie. 

    Zastanawiałam się długo, dlaczego w tym śnie pojawiła się teściowa. Prawie trzydzieści lat temu, kiedy ją poznałam, zobaczyłam kobietę silną, apodyktyczną, inteligentną. Pełniła wtedy ważną funkcję, była w swoim środowisku zawodowym rozpoznawalna i ceniona w skali kraju. Poznałyśmy się w wakacje, mieszkaliśmy u niej z mężem przez dwa miesiące. Wyjechaliśmy na tydzień, po powrocie, pierwszy raz w życiu zobaczyłam, jak wygląda człowiek po tygodniowym ciągu alkoholowym. Było to wstrząsające. Tym bardziej, że nie byłam w stanie połączyć tych dwóch obrazów. Kobiety trzeźwej, wyniosłej i tej drugiej zniszczonej, wręcz upodlonej przez alkohol. 

    Tkwiłam w tym chaosie dwadzieścia sześć lat. 

    Wyruszyłam nareszcie w drogę. Moim skrzydłem pustułki, była chęć uzdrowienia tej rodziny. Niestety było za późno. Choroba alkoholowa jest tam przekazywana z pokolenia na pokolenie. Prawdziwym ratunkiem dla mnie i syna okazało się opuszczenie tego domu.  

    A TUKAN? On zostanie ze mną. Pokazał mi wyraźnie czym nie można się karmić i zaprowadził mnie ku wyjściu z domu obłożonego klątwą.