W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: poczucie własnej wartości

  • 64.2. Trzy oblicza mocy. Owadzia maska- sen o uznaniu własnej mocy 

    31.01/1.02.2026  

    Scena druga 

    Był letni, ciepły dzień. Opiekowałam się grupką dzieci, był to rodzaj kolonii. Dzieci było sporo, pomagała mi koleżanka. Czekałyśmy, aż przyjedzie nasz znajomy, który miał być swego rodzaju atrakcją dla dzieci. Spóźnił się o cały dzień. Kiedy nareszcie dotarł, tłumaczył się opóźnieniami na lotnisku. Przyjechał z psem, uroczym młodym golden retrieverem. 

    To był mój znajomy przyrodnik, ale kiedy wszedł do pomieszczenia i usiadł na kanapie, był kolegą z podstawówki mojego byłego męża. Obok niego usiadł chłopiec około dziesięcioletni. Miał piękne, duże niebieskie oczy i burzę blond włosów. Nie były to klasyczne loki, tylko bardziej roztrzepane kędziorki. 

    Zauważyłam podobieństwo chłopca i naszego gościa. Podobieństwo było uderzające. Wyrwało mi się: „Jacy wy jesteście podobni”. Kiedy chłopiec wyszedł, mężczyzna zaczął się wypierać, jakoby miał coś z tym podobieństwem wspólnego. Musiałam go uspokajać, że wcale nie mam na myśli jego potencjalnego ojcostwa, ale zażartowałam, że jego świętej pamięci ojciec często bywał w tym mieście. 

    Przeszliśmy do pomieszczenia, w którym mieściła się główna sala, gdzie uczyłyśmy dzieci. Okazało się, że to szkoła dla młodych czarodziejów. Pomieszczenie przypominało dużą grotę, ale przyjemną i ciepłą. Zamiast sufitu była tam szklana tafla, a nad nią jezioro albo basen, w którym w stanie wolnym pływały wydry. Z dołu wydawały się malutkie. Pływały zwinnie, były zabawne. To była jedna duża, bardzo czuła wobec siebie rodzina uroczych wyderek. 

    Leżałam na plecach, nie pamiętam, czy z koleżanką współprowadzącą, czy z naszym gościem, przyglądałam się tym cudownym zwierzątkom i zastanawiałam się na głos: „Czy my też jesteśmy dla tych stworzeń taką atrakcją, jak one dla nas?”. 

    Zwróciłam uwagę na chłopca, tego, który jest podobny do naszego gościa. Stał się bardzo niedobry dla innych dzieci, arogancki i dominacyjnie agresywny. Pomyślałam, że to moja wina, nie powinno mi się wyrwać o podobieństwie, bo poczuł się ważny, ważniejszy od innych. Przez całe swoje młode życie nie miał rodziców ani tożsamości. Czuł się nikim, jak wszystkie inne dzieci, a teraz zauważył to rażące podobieństwo i uznał się za SYNA. A wtedy stał się naprawdę podły. 

    Postanowiłam to naprawić, bo stawał się naprawdę niebezpieczny. Weszłam do sali, do której zaprosiłam wszystkich uczniów… Pod pozorem zapłaty zebrałam wszystkie młode (i tu nagła zmiana) czarodziejki. Dawałam każdej jakąś zapłatę, była przy mnie koleżanka. 

    Tego niegrzecznego chłopca – teraz młodą kobietę – zostawiłam na koniec. Wszystkie po obdarowaniu wychodziły. Zostałyśmy we trójkę. 

    Podeszłam do niej i to wyglądało jak jakieś magiczne egzorcyzmy. Stałam przed nią, a ona uderzyła mnie w twarz dziwnym strumieniem energii. Szybko zamaskowałam swoją twarz czymś na kształt owadziej maski, która nie była nakładana. Była zintegrowana ze mną i całkowicie kompatybilna. To nie było jak chitynowy pancerz. To było miękkie, zamykające się i szczelnie okalające moją twarz od zewnątrz ku środkowi. Pokryte czymś, co przypominało łuski. To było coś nie z tego świata. 

    Moja koleżanka nie miała takiej ochrony. Uderzona tym samym strumieniem odleciała kilka metrów dalej i wypadła z budynku. 

    Powiedziałam jej, że to dziecko jest zbyt silne, więc biorę je na siebie. 

    Chyba je poskromiłam, bo byłam pewna siebie i spokojna o efekt, ale nie pamiętam końca tej sceny. 

    Dziś, czytając ten sen po kilku miesiącach, widzę go inaczej. I widzę też kilka elementów, które łączą pierwszą scenę z drugą. 

    Czasem zabieram moje „zawodowe dzieci” do baru lub restauracji. W dużej grupie jemy wspólny posiłek, często po wycieczce lub innej atrakcji. 

    Kilka dni temu miała miejsce trudna sytuacja. Po wycieczce i zwiedzaniu, które zmęczyły dzieci nie tylko fizycznie, ale były również wymagające emocjonalnie, poszliśmy do baru. 

    Dziewczynka w spektrum autyzmu, stojąc w kolejce, pod wpływem silnych emocji nagromadzonych w ciągu całego dnia była trochę roztrzęsiona. Machnęła termosem trzymanym w ręku i niechcący uderzyła dziewczynkę stojącą przed nią. Inne dzieci natychmiast bardzo żywo zareagowały, stając w obronie pokrzywdzonej. 

    Wtedy dziewczynka w spektrum wybuchła niekontrolowanym zalewem emocji. Krzyczała, że tak jest zawsze, że wszyscy są przeciwko niej. Urządziła wielką, dramatyczną scenę, wprawiając w osłupienie inne dzieci. 

    Bez zastanowienia natychmiast przytuliłam ją, zagarnęłam do siebie i wyprowadziłam z budynku. Przez cały czas mówiłam do niej czule i spokojnie. Powtarzałam jak mantrę: „Jestem! Już jest ok! Jestem!” Wyciszyłam ją troszeczkę. 

    Dopiero wtedy wróciłyśmy do budynku. Posadziłam ją z wolontariuszką przy osobnym stoliku, przyniosłam jej posiłek i wróciłam do reszty dzieci. Zapewniłam je, że nie są w tej sytuacji niczemu winne. Sama zjadłam posiłek, siadając z nieco jeszcze roztrzęsioną dziewczynką w spektrum. 

    Kiedy odnosiłam talerz, podszedł do mnie starszy mężczyzna, położył mi rękę na ramieniu i powiedział, że mnie podziwia, że z taką klasą i spokojem rozwiązałam tak trudną sytuację. Podziękowałam tylko. 

    Później zdałam sobie sprawę, że nie był to pierwszy raz, kiedy w podobnej sytuacji starszy pan kładzie mi rękę na ramieniu i wyraża swoje uznanie dla moich kompetencji. Pierwszy raz wydarzyło się to dokładnie 6.02.2026, czyli zaledwie pięć dni po śnie. Może to zbieg okoliczności, a może nie. 

    Wiem jedno. Sposób mojej pracy z dziećmi i reagowania na wszelkie trudności się nie zmienił. Podstawą mojej pracy jest miłość do dzieci, szacunek, jaki do nich żywię i wielka potrzeba poszanowania dziecięcej godności. To nigdy się nie zmieni. 

    Reaguję automatycznie, bez zastanowienia. W pracy jestem pewna siebie i czuję się kompetentna. Jest to dla mnie naturalne, jest ze mną kompatybilne. 

    Zmieniło się jedno. 

    Kiedyś umniejszałabym swoim kompetencjom, mówiąc: „To nic takiego. Jakoś tak samo wyszło…”. 

    Dziś z wdzięcznością mówię: „Dziękuję.” 

    Nie za to, że ktoś mówi, że mnie podziwia. 

    Za to, że położył mi rękę na ramieniu i powiedział w ten sposób: 

    „Widzę Cię. Uznaję.” 

    Dziękuję. 

  • 58. Tort – sen o pełni. 

    3/4.01.2026 

    Zobaczyłam olbrzymie torty. Chyba dwa, ale teraz nie jestem pewna, może jeden. Były zawieszone w powietrzu. Lewitowały w chmurach. 

    Chciałam mieć taki tort. Trochę zrobiło mi się przykro, że jest daleko, a po chwili usłyszałam: 

    TO TY. 

    I przyszło olśnienie. Faktycznie. Przecież to ja. Ja jestem tortem i silne przeświadczenie, że tak jest w istocie. Że jestem tym tortem. 😉 

    Tego nie wypowiedziała żadna osoba ze snu. Byłam tam sama. 

    Później śniło mi się coś jeszcze, ale to już nie było istotne. 

    No cóż… ja się ze snami nie zamierzam spierać😍 

    Jestem TORTEM… i tyle.  

    P.s. Gorąco pozdrawiam mojego ulubionego Szamana😎 

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 51. Trzymając właściwy koniec liny – sen o wyjściu w podskokach z roli ratownika. 

    14/15.12.2025 

    Sen trochę z tych: „coś tam pamiętam, a coś tam umknęło”. 

    Byłam chyba uwięziona w jakimś pokoju. Nie mogłam wyjść, ale do mnie można było wchodzić. Weszły jakieś dziewczyny, nie pamiętam po co. Pojawiał się też mężczyzna. Chyba znajomy nauczyciel ze szkoły muzycznej. Przychodził do mnie często. Tym razem chciał, żebym wyszła na zewnątrz. 

    Byłam niekompletnie ubrana. Miałam na sobie krótki fartuszek i nic więcej. Założyłam sweter, chyba brązowy a fartuch wyglądał jak spódniczka. 

    Byłam na zewnątrz. Uliczka miasteczka, wąska kamienista. Z tego samego kamienia zbudowane były budynki. Trzymałam linę, ktoś mi pomagał. Miałam uwolnić kobietę (albo dwie kobiety) z jakichś lochów. Były tam uwięzione. ON je uwięził. Nie wiem, kim był ON, ale to jakby głowa rodziny. Dużej rodziny. Prawie wszyscy we śnie byliśmy jej członkami. 

    Trzymałam linę i ciągnęłam. I wyciągnęłam (hi, hi) starego, pulchnego jogina. Kiedy wyskakiwał, zrobił fikołka lub dwa i zaświecił gołym tyłkiem. 

    Trochę rozbawiona, a trochę zażenowana zajrzałam do środka. Czekała tam już na linę moja koleżanka z realnego życia (jest po bardzo poważnym wypadku, uczy się chodzić na nowo, chociaż lekarze nie dawali jej wielkich szans, porusza się już o kulach, na razie z wielkim trudem). Stała na dwóch nogach. Zapytałam, czy sobie poradzi. Poradziła sobie świetnie. Była w pełni sprawna. 

    Kiedy się wspinała, była ubrana w jeansy i T-shirt. Ale kiedy była już na górze, miała na sobie sari. Wszystkie miałyśmy na sobie sari. 

    We trzy musiałyśmy uciekać. Nie wiem, czy ta trzecia to była również wyciągnięta, czy to ta, która mi pomagała. 

    Weszłyśmy razem do piwnicy. Dużej, rozległej, wysokiej i dość jasnej. Ja musiałam się ukrywać bardziej niż one, bo wystąpiłam przeciw NIEMU, ratując je. 

    Czekałyśmy do zmroku, żeby uciec. One zabierały jakieś potrzebne w drodze rzeczy. Ja ukrywałam się pod schodami. 

    Przechodzili moi bracia. Nie byłam pewna ich lojalności. Byli wojownikami, mieli za chwilę wyruszyć w drogę. ON miał dla nich jakieś zadanie. 

    Nie bałam się. Wiedziałam, że sobie poradzę w razie czego. Nie chciałam po prostu robić zamieszania i ewentualnych kłopotów z ucieczką. Wiedziałam, że jestem bezpieczna, że nie zrobią mi krzywdy. Bałam się raczej, że ucieczka się nie uda. 

    Kiedy jesteś ratownikiem czujesz, że jeśli czegoś  nie zrobisz świat się rozsypie. Rodzina się rozpadnie. Ludzie w potrzebie bez ciebie się nie podniosą. I tak niesiesz na swoich plecach cudzy ciężar, w dodatku myślisz sobie, że to szlachetne. 

    To trochę tak, jakby przywiązać linę, zejść do lochu, w którym ktoś tkwi, wziąć go na plecy i próbować się wspinać. To trudne a często wprost niewykonalne. Bo wspiąć się samemu to wielka sztuka. A wspinać się za dwoje… bez sensu. 

    Jeśli zrobisz coś za kogoś, podejmiesz decyzję, zmusisz do właściwego kierunku, odbierasz komuś nie tylko poczucie sprawczości, ale też godność. Mój były mąż nigdy nie chciał się leczyć. A ja przecież nie wyleczę się za niego. Bardzo dużo czasu i energii zainwestowałam w to jego “leczenie”, zamiast skupić się na własnym. Było w tym tyle lęku i napięcia. 

    A mogłam zrzucić linę i pozwolić mu się wspinać, zamiast robić to za niego. 

    Zawodowo byłam skuteczna, ale płaciłam za to bardzo wysoką cenę. Chłonęłam jak gąbka ludzkie emocje, ciężary, traumy, trudności. 

    Dokonała się we mnie niedawno wielka zmiana. Nadal jestem empatyczna, wciąż zależy mi na pomocy innym, ale nie noszę już ich ciężaru. Skuteczność przez to nie zmalała. Wręcz przeciwnie – pojawiła się lekkość, która poprawia komfort pracy i budzi większe zaufanie. Trudno mi to wytłumaczyć. Sprawy ludzi przepływają przeze mnie osiadają na chwilę, która jest nam potrzebna a później płyną dalej. Nie kumulują się już we mnie. Nie odbierają siły. 

    Nie żyję już cudzym życiem. 

    Ja tylko trzymam linę i pozwalam ludziom wspinać się powoli.  

    A moja koleżanka? Ona naprawdę potrafi się wspinać.  

    Dziś po dwóch latach od wypadku, kilku poważnych operacjach i wielu trudnych miesiącach rehabilitacji, moja koleżanka porusza się już bez kul. Jest nieprawdopodobnie zdeterminowana i już niemal w pełni sprawna. Poradziła sobie świetnie. 

  • 50.  Gołąb i buława – sen o mocy, która nie odbiera wolności. 

    10/11.12.2025 

    Początku nie pamiętam. Byłam w swoim mieszkaniu, stałam na balkonie. Był ktoś ze mną, nie pamiętam kto. Zobaczyliśmy nadlatującego gołębia. Trzymał w łapkach kij. Wyglądał jak okorowana gałąź długa na jakieś półtora, może dwa metry. Byłam zdziwiona, że taki mały ptak potrafi unieść taki ciężar. 

    Podleciał bliżej, na wyciągnięcie ręki. Okazało się, że jego nóżki są przywiązane do kija. Chciałam go chwycić, żeby go uwolnić, ale odleciał, bardzo nieporadnie. Uderzył o koronę drzewa na podwórku i spadł na ziemię. 

    Zbiegłam na dół. Spotykałam kogoś po drodze, chyba sąsiadów. Kiedy byłam na podwórku, zobaczyłam, jak dwie młode osoby (studentki, które wynajmują mieszkanie w mojej kamienicy) trzymają gołębia, jedna miała go na kolanach. Nie wiedziały, jak mu pomóc. 

    Powiedziałam, że mam nożyk do tapet, więc przetniemy sznurki. Ale zamiast tego zaczęłam wyciągać pióra gołębia, a później włosy z obrączki, dużej, złotej (miała wygrawerowane jakieś symbole), która ptaka więziła. 

    Tylko że to już nie był ptak, tylko około 10-letnia dziewczynka. Kiedy usunęłam włosy, zrobiła się przestrzeń i dziecko mogło się uwolnić. 

    Opowiadała, jak to się stało, że została uwięziona. Mówiła o człowieku, który coś jej obiecał (lody?), ale oszukał ją i zaczarował. 

    Chciałam odnaleźć tego człowieka i sprawić, żeby już nie doszło do podobnej sytuacji, ale nie pamiętam, czy cokolwiek jeszcze w tym śnie się wydarzyło. 

    Bardzo mnie ten sen poruszył. Wrócił bowiem do źródła mojej nadodpowiedzialności. 

    Kiedy miałam dziesięć lat, moi rodzice byli na balu sylwestrowym. Wrócili nad ranem. W południe jeszcze spali. Bracia byli głodni, więc postanowiłam ugotować obiad. 

    Wiedziałam, jak to się robi. Ugotowałam rosół i ziemniaki, starłam na tarce marchewkę, a mięso wyciągnęłam z zupy i podzieliłam na porcje. Pomagałam prababci robić makaron, więc nawet z tym nie było problemu. Pokroiłam ciasto na paski szerokości około centymetra, bo takie lubiłam najbardziej. 

    Bracia pomogli mi nakryć do stołu i obudziliśmy rodziców. 

    Byli bardzo zadowoleni. Ojciec trochę marudził, że to „kluchy grube jak palec”, a nie makaron, ale uratowałam sytuację. 

    I tak już zostało. 

    Od tej chwili miałam nowe obowiązki. 

    W myśl zasady: „Najgorzej to pokazać, że potrafisz”. 

    Ale po raz pierwszy poczułam się ważna, potrzebna, chwalona i — w moim dziecięcym odczuciu — w końcu kochana. 

    Tak zrodziło się we mnie zasługiwanie na miłość. 

    I wielka moc, którą przywiązano do nóg dziecka. 

    Moc ponad siły, której żadna dziesięcioletnia dziewczynka nie byłaby w stanie sama unieść. 

    Te pióra i włosy, którymi związane było dziecko, wyciągałam po jednym przez wszystkie lata terapii i pracy nad sobą. 

    Teraz gołąb jest już wolny. 

    I sam może wybrać, czy nieść swoją moc, czy odlecieć. 

    Ale na pewno nie pozwoli się już do niej przywiązać. 

    Motyw buławy — bo właśnie tak wyglądał kij ze snu — przewija się w moich snach już od dawna, pojawił się też poza nimi. 

    W tym śnie dziecko zostało przywiązane do mocy. 

    W śnie z lipca 2025 roku ( https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/ ) buławę trzymałam już w dłoniach i to ona mnie chroniła. 

    Ostatnio, podczas przesilenia letniego, wyciągnęłam karty tarota i zadałam jedno proste pytanie: 

    Kim jestem? 

    Wyciągnęłam jedną kartę. 

    Była to Królowa Buław

    A Królowa do swojej buławy nie jest przywiązana. 

    Trzyma swoją moc z lekkością. 

    W każdej chwili może ją odłożyć i cieszyć się mruczącym u stóp kotem oraz światłem, które niesie w dłoni. 

    Patrząc z ciekawością i radością w przyszłość. 

  • 48. Nadwaga – sen o uwolnieniu od nadodpowiedzialności.

    5/6.12.2025 

    Pamiętam niewielki fragment snu. Sypialnia, łóżko pościelone, mój partner (nie mam pewności, czy to ktoś mi znany – może były mąż, ale nie jestem pewna). 

    Coś robiłam w tym pomieszczeniu, ale to chyba nie jest ważne, relacja była istotna. Czułam, że ten mężczyzna odsuwa się ode mnie, chodzi po mieszkaniu, czymś się zajmuje, nie zwraca na mnie uwagi. 

    Jednak przychodzi. Podchodzimy do łóżka, kładziemy się. Nie ma w tym jednak czułości ani miłości. Splatamy się ze sobą tak, jakbyśmy chcieli sprawdzić „dopasowanie”. Pada zdanie: „Kiedy ty jesteś za gruba, ja jestem za chudy”. Jestem zawstydzona, że tak bardzo przytyłam. We śnie jestem grubsza niż w rzeczywistości. 

    Jesteśmy ubrani i nie ma w tym, co robimy, nic erotycznego. Mimo wszystko mężczyzna ściąga spodnie, ponieważ penis nie mieści się w nich, jest duży i sztywny. Mężczyzna próbuje go ułożyć tak, aby mógł ubrać się i wyjść. 

    Wchodzi mój syn, coś zabiera i niespecjalnie dziwi go ten widok. Mnie natomiast dziwi, że mężczyzna nie czuje się skrępowany. Jestem zażenowana, że syn jest świadkiem tego gmerania w rozporku. 

    Mężczyzna ma do mnie pretensje, że spóźni się do pracy, bo tak przecież nie może wyjść. Patrzę na to wszystko trochę z boku i z niesmakiem. Wcale nie czuję się winna. Ale po głowie chodzi mi myśl, że muszę trochę schudnąć. 

    Bardzo trudno było mi podejść do przemyśleń na temat tego, co niesie w sobie ten przebogaty sen, z należytą powagą. Bo sytuacja jest absurdalna: facet się miota, ja — w absolutnym braku kontaktu — zajęta własną tuszą, jestem lekko zażenowana i delikatnie zawstydzona. Ot, chleb powszedni 😉. 

    Tyle że naprawdę był to chleb powszedni. Mój syn przez całe swoje życie obserwował, jak byłam obwiniana za wszystkie pomyłki, niedociągnięcia, chybione pomysły i inwestycje jego ojca. To ja brałam na siebie odpowiedzialność, wszystkie pretensje i co najważniejsze, konsekwencje nie swoich błędów. 

    W tym śnie zachowałam się inaczej niż kiedyś w rzeczywistości. 

    Teraz zasady mam inne:

    Twój penis — twój problem. 

    Ja skupię się na moich kilogramach. 

  • 46. Wystarczy, że jesteś – sen o tym, co się w ogóle nie liczy. 

    23/24.11.2025 

    Leżałam w łóżku. Przebudziło mnie coś. Leżałam, patrząc w ścianę przed sobą. Nagle do mojego łóżka, jakby nigdy nic, wszedł mój były mąż, położył się za mną i objął mnie. Udawałam, że śpię. Tak jakbym chciała dać sobie czas na przemyślenie tego, co się właśnie dzieje. Bo wszedł jak do siebie. Zastanawiałam się, czy jest tak bezczelny, czy może aż tak zaburzony, że nie widzi, że to niedopuszczalne. Byłam spokojna. 

    Kiedy domyśliłam się, że niczego nie wymyślę, „obudziłam się” i zapytałam, czy pokłócił się z kobietą, z którą mieszka. Powiedział, że tak i że wszedł, bo drzwi nie były zamknięte na klucz. 

    Poszłam do syna i powiedziałam mu, jakie były konsekwencje jego zaniedbania (niezamknięcia drzwi na noc). Przyszedł do ojca i nie podał mu ręki na powitanie. Był dumny z siebie, że tego nie zrobił. Zastanawiałam się, czy były mąż sam sobie pójdzie, czy będę musiała coś z tym zrobić. Zostawiłam to chyba, bo pobył jeszcze chwilę w tym śnie, ale był już raczej tłem. 

    Przyjechała jakaś rodzina (nie z realnego życia). Kilka osób przyjechało do moich rodziców, ale nie było dla nich obiadu, więc poszłam do kuchni (zwykle przejmowałam od dziesiątego roku życia obowiązki mojej matki). Był tam straszny bałagan. Nic nie leżało na swoim miejscu, nie mogłam nawet znaleźć garnka. Miałam ugotować ziemniaki i jakiś sos do pieczeni, która stała przygotowana już na blacie. Nie znalazłam ziemniaków, ale znalazłam dużo paczek z kaszą gryczaną. Wróciłam do gości i zapytałam, czy kasza jest opcją, którą wszyscy zaaprobują. Wszyscy byli chętni. 

    Był tam też młody mężczyzna, który był dla mnie szczególnie miły. Zaproponował mi pomoc. Zgodziłam się. Kiedy wracaliśmy do kuchni, zaczepiła mnie ciotka i powiedziała, że to najlepszy wybór, bo to bardzo dobry, ciepły człowiek z poczuciem humoru. Że wszyscy go lubią, że będzie dla mnie dobry i że ma 49 lat. Zdziwiłam się, bo wyglądał bardzo młodo. W dodatku ciotka wciskała mi kuzyna w pierwszej linii! 

    W kuchni zabrałam się za mycie garnka, który udało mi się znaleźć. Odkręciłam kran, ale słyszałam, że woda nie leje się do rur. Zajrzałam pod zlew. Okazało się, że to była pralka, nie zlew, i że rury nie są podłączone. Woda płynęła na podłogę. Była czysta. Zakręciłam kran. 

    Nad „zlewem” wisiało lustro. Zobaczyłam swoje odbicie. Miałam idiotycznie spięte włosy. W pierwszej chwili wystraszyłam się, że mam łysy pasek przebiegający przez środek głowy, od czoła do czubka, ale przyjrzałam się dokładnie. Włosy były spięte i przylegały w tym miejscu bardzo ściśle. 

    Odwróciłam się do kuzyna i zapytałam, czy nie przeszkadza mu to, że wyglądam śmiesznie. Powiedział, że nie i że to się w ogóle nie liczy. 

    Ten sen przypomniał mi o konkretnym doświadczeniu sprzed kilku miesięcy.  

    Darek przed dłuższym wyjazdem chciał mnie odwiedzić, żeby się pożegnać. Powiedziałam, że bardzo bym chciała, ale będę się czuła bardzo niezręcznie. Bo po dziesięciu godzinach pracy będę bardzo zmęczona i nie będę “ani wyglądać, ani ogarniać”. Odpisał mi, że kocha i akceptuje mnie taką jaka jestem.  Że nie ma znaczenia czy “wyglądam”, ani czy “ogarniam”, wystarczy, że jestem.  

    To było najpiękniejsze z naszych spotkań. 

    Dla mnie to niezwykłe doświadczenie. Po dziesięcioleciach zasługiwania na miłość, po raz pierwszy usłyszałam, że: “wystarczy, że JESTEM”.  

    Nie musiałam, być tą która ogarnia, gotuje, sprząta, ratuje ludzi i sytuacje i przy tym nieskazitelnie wygląda.  

    Mogłam nareszcie, choć na chwilę zdjąć zbroję.  

    Miałam prawo być zmęczona, nieuczesana – niedoskonała.  

    Bo to się w ogóle nie liczy. 

    Przecież, wystarczy, że jestem 🤗 

  • 7. NIEWYBIERALNA II

    Poprzedni wpis przeleżał w moim komputerze jakieś dwa tygodnie, nie zamierzałam go publikować, bo wydał mi  się niewystarczająco istotny. Ale dużo zastanawiałam się nad moimi nietrafionymi życiowymi wyborami i wtedy… 

    Przyszło jedno z moich zawodowych dzieci z poważnym problemem relacyjnym, z traumą odrzucenia jakiej doświadczyło w szkole. Zwykle tak się dzieje, że dzieci przynoszą do mnie rzeczy, które znam dzięki temu łatwiej mi im pomóc. I wtedy kliknęło… Przypomniało mi się pewne doświadczenie z dzieciństwa, które zaważyło na moich relacyjnych losach bardziej niż mogłam kiedykolwiek przypuszczać.  

    Miałam może 11 może 12 lat. Odwiedziłam koleżankę z klasy, wisiałyśmy głową w dół na trzepaku przed jej blokiem, kiedy przed nami stanął chłopiec z piłką. Zamienił z moją koleżanką dwa słowa i zniknął w drzwiach klatki schodowej. Znałam go ze szkoły, chodził do równoległej klasy. Koleżanka zaczęła opowiadać o nim, że są przyjaciółmi, mieszkają obok siebie, często rozmawiają, że jest bardzo miły i.… zwierzył jej się ostatnio, że zakochał się we mnie, ale ze względu na swoją nieśmiałość nie potrafi mi tego wyznać. Na pewno zbierze się wkrótce na odwagę. Wystarczy zaczekać. Pamiętam jakby to było dziś jak wszystko nagle rozśpiewało się dokoła. Ktoś mnie kochał!!! Mnie!!! To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Przez kilka tygodni czekałam cierpliwie. Nie mogłam się jednak powstrzymać i za każdym razem, kiedy pojawiał się na szkolnym korytarzu patrzyłam w jego kierunku z zachęcającym, ale subtelnym jak mi się wydawało uśmiechem. Jakiegoś podłego zimowego dnia, pamiętam przemoczone buty i śliską chlapę pod nogami. Wracałam ze szkoły, kiedy zatrzymały mnie dwie dziewczynki z klasy tego chłopca. Chciały przekazać mi od niego liścik. Powiedziałam, że dziękuję, ale wiem już wszystko i kartka nie jest potrzebna, ale upierały się, żebym jednak przeczytała. Wzięłam kartkę, otworzyłam ją i zamarłam. Odczytałam ją, złożyłam wolno, podziękowałam dziewczynkom i poszłam w stronę domu. Długo stałam pod klatką w topniejącym śniegu i nie mogłam wejść do środka.  Byłam pewna, że cała szkoła znała treść listu. Nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Jak mam żyć.  Zmarznięte stopy, pamiętam to dokładnie, bardzo bolały mnie z zimna a w dłoni ściskałam kartkę z koślawo zapisanym “Co się tak gapisz?”. 

    To nie jest tylko wspomnienie z dzieciństwa, to jest moment, w którym powstał wzorzec. 

    Mała JA, pełna nadziei na coś niezwykle pięknego, otwarta, ufna, cierpliwa, wybrana i nareszcie pierwszy raz w życiu kochana. I co dostało to małe dziecko? Publiczne zawstydzenie, odrzucenie w postaci kpiny i przede wszystkim podważenie własnego odczytu rzeczywistości. Co zapisało się w tej dziewczynce? Jakie przekonania wytworzyła i szła przez życie wiele dziesięcioleci? Po pierwsze – mogę się bardzo pomylić, po drugie – kiedy się otwieram mogę zostać odrzucona lub ośmieszona i przede wszystkim – NIE MOGĘ UFAĆ TEMU CO CZUJĘ I WIDZĘ.  

    I co mi to dorosłej robi?  

    Kiedy spotykam kogoś, kto okazuje mi zainteresowanie (a podobno jestem całkiem atrakcyjna i wyglądam średnio 5-10 lat młodziej, zależnie od dnia😉). Taki mężczyzna na przykład patrzy, w specjalny sposób i uśmiecha się ciepło a ja robię dwie zaskakujące rzeczy. Natychmiast podważam interpretację i zamykam się dla bezpieczeństwa. Bo moje ciało mówi: O! Coś jest na rzeczy! A stary zapis natychmiast wrzeszczy: Uważaj, bo możesz się ośmieszyć! I nieświadomie wykonuję mikro ruch wycofania. Maleńki, delikatny, odwracam wzrok, nie odwzajemniam uśmiechu, nie wchodzę w kontakt. I tu paradoks, jestem otwarta, żywy kontakt z drugim człowiekiem jest absolutną podstawą mojej pracy. Nie mam problemu z sytuacjami wymagającymi ekspozycji społecznej, jestem autentyczna i na luzie potrafię poprowadzić imprezę masową, a jednocześnie jedno męskie spojrzenie wyrażające zainteresowanie potrafi sprawić, że czuje się NIEWYBIERALNA. Czujecie ten absurd?  

    Głupi, okrutny kawał jaki zrobiły mi dzieciaki nie mówił przecież o mojej wartości, ale o ich braku empatii i niedojrzałości. Umówmy się, dwunastoletni chłopiec nie jest zdolny do uczuciowego zaangażowania. Strategia przetrwania jaką wytworzyłam sobie na bazie tego doświadczenia, jest w tej chwili dalece nieadaptacyjna. 26 lat spędziłam z człowiekiem, który traktował mnie w sposób czysto użytkowy, dla którego nigdy nie byłam priorytetem (prawdziwą relację utworzyć potrafił jedynie z alkoholem) a czułość i bliskość jakiej doświadczyłam z Darkiem sprawiła, że zwiałam zanim naprawdę go poznałam, wystraszona intensywnością własnych uczuć, niepewnością pomieszaną z lękiem. Bo nawet w czułych objęciach nigdy nie czułam  się naprawdę wybrana. 

    Teraz kiedy już to wiem i potrafię ten wzorzec odczytać, zobaczymy jak daleko mnie ta wiedza zaprowadzi, na pewno bliżej siebie… a może dużo, dużo dalej 💗 

  • 6. NIEWYBIERALNA I

    Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego jest tak, że jestem sama. Jest na to obco brzmiące a dodające rzekomego splendoru określenie – singielka. Ja tam wolę SAMA, bo lubię bez woalu. Pierwszy raz w życiu jestem sama i bardzo sobie ten stan chwalę w wielu aspektach. Jest wygodny, daje mi pełną wolność, mogę realizować się, odnosić sukcesy, rozwijać zgodnie z moimi potrzebami, przyjąć pod dach trzeciego kota i nie pytać nikogo o zgodę. Jestem sprawcza, decyzyjna, samowystarczalna. Otaczam się tylko tymi ludźmi, którzy naprawdę dobrze mi życzą. Kocham moje dziecko, moich ludzi, moją pracę, moje zwierzęta te domowe i te, które same mnie wybrały i przylatują codziennie, bo chcą. Kocham moje drzewa za oknem, rzekę, która leniwie płynie i ziemię, po której stąpam. 

    Każdą komórką mojego ciała i duszy jestem miłością. 

    A jednak jestem sama. 

    W zasadzie jestem szczęśliwa, jest we mnie spokój, którego nigdy wcześniej nie zaznałam a jednak ostatnio odzywa się we mnie… tęsknota. 

    Nie rozumiałam za czym tęsknię naprawdę, za Darkiem? To nie do końca prawda, chociaż po niemal roku po rozstaniu nadal nie mam w sobie przestrzeni na nikogo innego. Bo to co mnie przy nim spotkało było pierwszym bezpiecznym silnym i prawdziwym uczuciem jakie przeżyłam. Było moim przebudzeniem do czucia, odpuszczenia kontroli, wsłuchania się w ciało i emocje. A uwolnione emocje zalały mnie z taką siłą, że nie byłam w stanie unieść tej relacji i musiałam się z niej pilnie ewakuować. Natychmiast po rozstaniu, czułam coś czego nie czułam nigdy wcześniej. Nieprawdopodobnie silną potrzebę absolutnej ciszy. Nie słuchałam muzyki, przestałam chodzić do kina, na siłownię, ściankę. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, nie odbierałam telefonów, nie włączałam komputera. Chodziłam do pracy, bo trzeba. Spacerowałam dużo, siedziałam nad rzeką, spałam więcej, nawet w dzień.

    To nie była zwykła rozpacz po rozstaniu to było moje 40 dni na pustyni, które otworzyło przede mną prawdziwy świat. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale nadal czuję się z Darkiem w jakimś stopniu połączona, jakby rozstania nigdy nie było. 

    To był rok poznawania siebie na nowo, osadzania emocji w ciele, nauki słuchania siebie, medytacji, nieprawdopodobnych wglądów i przede wszystkim spotkania ze snami, które wchodząc w życie, pięknie i bardzo mądrze mnie prowadzą.

    Dopiero teraz kiedy jestem naprawdę ze sobą zatęskniłam za relacją. Tylko że teraz zmieniło się wszystko. Skończyłam z oczekiwaniami. Nie oczekuję już, że mężczyzna będzie obecny, stały, lojalny, czuły, dający poczucie bezpieczeństwa. Ja nie oczekuję. Ja WYMAGAM. Bo nie pragnę już, żeby ktoś mnie wybrał. A tak właśnie było z moim mężem alkoholikiem. Byłam szczęśliwa, bo nareszcie zostałam wybrana. To była iluzja, bo nie wybrał mnie, tylko moją empatię, komfort i opiekę. Teraz to ja chcę wybierać. Pierwszy raz wybieram i teraz chcę wybrać prawdziwą jakość. 

    Wiem, że to na razie niestety nie jest możliwe, bo jest we mnie coś czego nie rozumiem. Dlatego na razie wolę być sama, bo jeszcze jestem czujna i reaguję lękiem nawet na prawdopodobieństwo pojawienia się głębokiej relacji, za którą tak bardzo tęsknię. Kiedy dowiem się, dlaczego tak jest, że nadal się boję, pomimo wielkiej pracy jaką włożyłam w poznanie siebie, terapii i transformacji jaką przeszłam z pewnością moje życie po raz kolejny zmieni się na lepsze.

    Wiem, że to przyjdzie.

    Bo zawsze przychodzi to co ma przyjść.