W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: sny

  • No i się narobiło… Zwolniłam dziś szamana

    Mam ze Wszechświatem ostatnio na pieńku. Nie mam pewności, czy to, co robię w odpowiedzi na to, co mi zsyła, jest tym, co robić powinnam, ale pojawił się we mnie ogromny bunt i złość z niego wypływająca. I również w tym wypadku staję za sobą, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadają mi inaczej. Nie wiem, czy Wszechświat da mi po łapkach, czy pogłaszcze po głowie. To się dopiero okaże.

    Za chwilę rozpadnę się na kawałki i będę w tym sama, bo strażnik przejścia dostał dzisiaj wypowiedzenie. I zaskakująco dobrze to przyjął. 😉

    W poprzedni weekend pokłóciłam się z Wszechświatem. Zapalnikiem była spotkana para. Osoby te ewidentnie i jawnie traktowały siebie nawzajem w sposób pozbawiony szacunku. Sama scena rodzajowa, na tle naszego społeczeństwa zwyczajna i nic niewnosząca, w moim ciele wywołała natychmiastowe spięcie i rosnącą do olbrzymich rozmiarów złość. Bo dlaczego ja, która z szacunkiem podchodzę do drugiego człowieka i wszystkich rodzajów relacji, pozbawiona jestem tej najważniejszej? Tej, której inni ludzie tak obcesowo nie szanują.

    I dostało się Wszechświatowi za to, że jestem tylko katalizatorem, że większość ludzi przychodzi do mojego świata po wzrost, wzrasta, a potem odchodzi (jakbym nie zdawała sobie sprawy, że również na tym polega moja praca 😂). Wylało się wszystko, aż płakałam ze złości, co bardzo rzadko mi się zdarza.

    Na szczęście poukładałam sobie w głowie te wszystkie nieścisłości i dotarło do mnie w końcu, że świat jest przebogaty, ludzie są różni, a Wszechświat nie obdarza na zasadzie sprawiedliwości społecznej i na pewno się na mnie nie gniewa, bo jestem za maleńka, żeby mnie można było z tak wysoka zauważyć.

    Ale czy na pewno?

    Poniedziałek.

    Spacer nad rzeką, jak zwykle, ale tym razem z bonusem. Nad moją głową przez dłuższą chwilę krążył uparcie kruk i darł się wniebogłosy. Był nisko, więc nawet telefonem udałoby mi się zrobić świetne zdjęcia. Bez szans. Telefon w nocy się zaktualizował i nie potrafiłam uporać się z nowym interfejsem, ze światłem odbijającym się od ekranu, w dodatku bez okularów.

    To też mnie trochę zdenerwowało, bo nie miałam z tymi wspaniałymi ptakami kontaktu od 7.07.2025, kiedy „prawie wypadek w pociągu” postawił przede mną bramę, a Darek, mój prywatny strażnik przejścia, tak pięknie mnie przez nią przeprowadził.

    Wracając do domu, zdałam sobie sprawę, że sytuacja wygląda dokładnie jak w moich snach, w których, gdy pojawia się coś spektakularnego, pięknego, ważnego albo tylko dziwnego, za żadne skarby nie udaje mi się tego udokumentować.

    Pomyślałam: ciekawe…

    Ale nie poświęcałam temu wydarzeniu specjalnej uwagi. Ugotowałam obiad, zjadłam i poszłam do sąsiadki emerytki zainstalować jej kilka aplikacji na tablecie.

    Odebrałam tam telefon.

    Moja druga matka (napiszę jeszcze o tej pięknej istocie), ta, która przez 26 lat była obecna, troskliwa i zawsze wspierająca, jest na SOR-ze.

    Nic niezwykłego. Miała tam dotrzeć już tydzień wcześniej z bólami brzucha, które trudno było zdiagnozować. Miałyśmy iść nazajutrz do przyszpitalnej przychodni onkologicznej.

    Nie poszłyśmy. Została w szpitalu. Była zaopiekowana i diagnozowana. Uspokoiło mnie to na tyle, że mogłam spokojnie żyć.

    Wtorek.

    Umówiłam się z przyjaciółką na herbatkę. Rozmawiałyśmy o jej procesie i mojej w nim roli, o tym, że w chaosie przypisywała mi intencje, rolę i odpowiedzialność, które były „jej prawdą” w tamtym czasie.

    Rozumiałam, bo sama byłam w tym miejscu, i postanowiłam, że „wystoję”. Zaczekam. Bo to jest etap, który należy przejść samemu. To kryzys, który może nas pchnąć jedynie w górę, jeśli będziemy się wtedy opierać na sobie.

    Nie było więc we mnie żalu czy gniewu, była empatia i zrozumienie. Nie było zamknięcia, były szeroko otwarte ramiona w razie powrotu i prawda.

    Kiedy uporządkowałyśmy sprawy, wspomniałam Darka i analogiczną sytuację między nami. Powiedziałam przyjaciółce, że ja bardzo chciałam wiedzieć, co u niej, więc może on również chciałby poznać drogę, jaką przeszłam, i miejsce, w którym się znajduję. Może jemu też nie jest wszystko jedno.

    Zachęcała mnie do napisania listu.

    Środa.

    Napisałam. O drodze, procesie, finale. Załatwionych sprawach i o tym, jak jestem mu wdzięczna. Kiedy przez ostatnie miesiące przewijały się przez moje media społecznościowe zdjęcia Darka, widziałam w nim smutek, więc wyraziłam szczerą nadzieję, że jest szczęśliwy, czego z całego serca mu życzę.

    Odpowiedział niemal natychmiast, równie długim mailem. Dostałam od niego naprawdę wiele listów i każdy był przesycony na wskroś duchową nowomową, która budziła emocje, ale tak naprawdę niczego nie mówiła wprost. Rozbudzała, ale jednocześnie nie powodowała konieczności brania odpowiedzialności za słowa.

    Tym razem było inaczej.

    Oczywiście trudno było nie odnieść się do duchowości w tym wypadku, ale główną osią listu były: jego reakcja na mój list, opis jego drogi i miejsca na świecie oraz to, że chętnie się spotka i odpowie (lub nie 😆) na każde moje pytanie.

    Konkretnie, po męsku.

    Przeczytałam. Popatrzyłam w dal… długo… Potrząsnęłam głową, zamrugałam i poszłam na spacer. Bo minął rok i odpisał mi inny człowiek.

    Kiedyś, myśląc o nim, wyciągnęłam kartę tarota – RYCERZ PUCHARÓW.

    A teraz – KRÓL MIECZY…

    Ciekawe…

    Bardzo mnie ten nowy człowiek zaciekawił.

    Umówiliśmy się na lunch na jutro.

    Czwartek.

    Rano SMS:

    „Mogę zadzwonić?”

    – OK.

    W słuchawce zdenerwowany głos. Prosi mnie o przełożenie spotkania na jutro. Bo szef, wideokonferencja, prawnicy i całe zastępy piekielne postanowiły pokrzyżować mu plany. Przerwy na lunch nie będzie.

    Zaśmiałam się głośno, bo po roku ciszy pierwsze, co słyszę, to złość. Mówię o tym ze śmiechem, pytając jednocześnie, czy na pewno chce się spotkać.

    Twierdzi, że tak.

    Sprawdzam. Mogę. Ustalone.

    Po południu idę do szpitala.

    Dzień wcześniej myślałam, że moja druga mama jest zmęczona badaniami i wycieńczona tym, że od dłuższego czasu niewiele je. Dziś kategorycznie odmawia przyjęcia jakiegokolwiek posiłku. Wczoraj jadła chociaż jogurt.

    Przyniosłam jej specjalną butelkę na wodę. Z poprzedniej trudno było pić, była dla niej za duża.

    Jest bardzo słaba. Mówi niewyraźnie. Szum tlenu zagłusza większość słów.

    Opowiada mi sen: piękny różany ogród, na ławeczce siedzi jej matka, a zmarła cztery lata temu córka szuka jej, głośno wołając.

    Lekarz mówi, że zostały dni, a może tylko godziny.

    Zapłakana biegnę do sklepu. Chcę zdążyć. Bo ona chce odejść w czerwonych butach (o tym też kiedyś napiszę).

    Szukam.

    Nie ma wystarczająco dobrych.

    Jadę Boltem na drugi koniec miasta.

    Są.

    Kupuję dwie pary. Chcę, żeby sama wybrała. Żeby chociaż to sama mogła wybrać na koniec.

    Piątek.

    Rano spacer z psem. Zatrzymałam się w tym samym miejscu co zwykle, moja żabia ławka kontemplacji.

    I zapomniałam oddychać na chwilę…

    I połączyłam kropki.

    KRUK.

    I zobaczyłam wzorzec:

    Choroba, śmierć, brama, strażnik bramy.

    Powtórka.

    I wpadłam w prawdziwą wściekłość. Miałam spotkać człowieka, opowiedzieć mojej drugiej matce, kogo dziś poznałam. A Wszechświat postawił przede mną bramę i podsunął mi strażnika przejścia na tacy.

    Wykwalifikowany. Sprawdzony. Szaman specjalista.

    A ja, tupiąc nogą, powiedziałam:

    NIE!

    Nie chciałam powtórki. Czułam w sobie siłę i postanowiłam, że przejdę bez niego.

    Rozpadnę się, bo tak trzeba, bo to ludzkie i zwyczajne. Mam przyjaciółki, które w razie czego staną przy mnie. Mam też nareszcie siebie.

    I chcę nareszcie odczarować całą tę figurę. Ten proces się zakończył.

    Chcę mieć przed sobą człowieka.

    Wieczorem zdecydowałam, że rano odwołam spotkanie, ale po tym, co do mnie dotarło…

    Wiedziałam, co robić, bez względu na konsekwencje.

    Poszłam.

    Nawet się nie uczesałam, nie sprawdziłam, czy na twarzy nie mam śladów po płaczu.

    Czekał w umówionym miejscu. Uśmiechał się z daleka. Na jego widok poczułam większy spokój. Byłam zdeterminowana i lekko poddenerwowana, ale już nie byłam wściekła.

    W mailu prosiłam go, żeby mnie nie przytulał, jak zwykł to robić. Uszanował to.

    Zapytał, czy wejdziemy do środka. Odmówiłam. Poprosiłam o rozmowę i poprowadziłam go nad rzekę.

    Zaczęłam od wyjaśnienia kontekstu.

    Kiedy usłyszał o kruku, przerwał mi i opowiedział swój sen z tego samego dnia, absolutnie synchroniczny. W ogóle nie byłam zdziwiona. Nie pomyślałam nawet, żeby się nad tym dłużej zatrzymać, bo on przecież nie wie, że wielokrotnie śniliśmy podobne sny. Ja czytałam jego sny, a on moich nie, więc dla mnie to było zwyczajne.

    On miał gęsią skórkę.

    Przypomniałam mu bramę z zeszłego roku, a teraz chorobę i zapowiedź śmierci, jego przełożone spotkanie i to, że odmawiam współpracy.

    Miał szeroko otwarte oczy i jest chyba jedyną osobą na całym świecie, która nie próbowała wezwać pogotowia, słysząc takie rewelacje.

    Powiedział, że on tutaj niczego nie majstrował. Że obiecuje, że absolutnie niczego w tej sprawie nie robił.

    Powiedziałam, że to nie ma żadnego znaczenia.

    Przyszłam tu dziś zwolnić go oficjalnie z funkcji, bez względu na konsekwencje, i jeśli chce, może odejść. Ale jeśli zdecyduje się zjeść ze mną sałatkę, to będzie musiał najpierw ściągnąć te szamańskie gacie.

    Wykonał wokół siebie trochę śmieszno-dziwnych gestów i…

    Zamiast wezwać karetkę, zapytał:

    – Chcesz zjeść sałatkę?

    I poszliśmy.

    Kobieta i mężczyzna.

    I rozmawialiśmy o pracy, dzieciach, życiu, zdrowiu, samopoczuciu, relacjach, znajomych, podróżach, o śmierci i życiu, o snach i wizjach.

    To był dobry czas.

    Powiedział, że powinnam pracować w dziale HR, bo świetnie zwalniam. 😉

    Poznałam dzisiaj fantastycznego człowieka.

    Nie wiem, czy jeszcze zechce się ze mną spotkać, bo myślę, że to nie było łatwe spotkanie, ale bez względu na koszt…

    To był jeden z najważniejszych posiłków w moim życiu.

    I nie zmieniłabym niczego z jego przebiegu.

    PS. Tym bardziej, że w trakcie naszej rozmowy wszedł mój były mąż, a ja nawet na chwilę nie zawiesiłam głosu. I jego obecność nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

  • 83. KONIEC – TERAZ IDĘ ŻYĆ! 

    Pogrążona w starej traumie, w żałobie przeżywanej po kilkudziesięciu latach zamrożenia, miałam jedną przewagę nad tym trzynastoletnim dzieckiem, które doznało straty. Mam siebie, doświadczenie i zaufanie we własne możliwości. 

    Obiecałam sobie, że w tym blogu nie będę używała terminów psychologicznych, ale zrobię wyjątek, bo tę moją cechę/umiejętność cenię najbardziej. Rezyliencja to coś, co pomogło mi przetrwać i wciąż na nowo dodaje mi skrzydeł. I w tym wypadku również mi pomogła. 

    Kiedy siedziałam na mojej ulubionej żabiej ławeczce, płacząc i tuląc to skrzywdzone dziecko w sobie, pomyślałam: „Zaraz… ale przecież wszystko jest po coś”. 

    Gdyby nie Aris i jego strata, gdzie bym teraz była? 

    Tylko ja z trójki rodzeństwa wyprowadziłam się z domu. Tylko ja skończyłam studia, kupiłam mieszkanie, założyłam firmę, radzę sobie sama. Na pewno, gdybym urodziła się we wspierającej rodzinie, dostałabym na tacy to, co sama musiałam sobie wyszarpać, ale… wyszarpałam. Moi bracia nie mieli zasobu, który ja miałam. 

    Kiedy miałam czternaście lat, mój ojciec uderzył mnie po raz ostatni. Nie myślałam wtedy, nie analizowałam. Moja ręka automatycznie ułożyła się w pięść i poszybowała w kierunku jego twarzy. 

    To był mój Aris. To była moja granica. Nienegocjowalna. 

    Ojciec nie odzywał się do mnie przez pół roku, ale nigdy więcej mnie nie dotknął i zawsze już traktował z szacunkiem. Bardziej jako partnerkę niż córkę, co również było chore, bo deprecjonował przy tym moją matkę, ale dzięki temu mogłam iść w świat. 

    Spotkanie z Arisem pozwoliło mi znaleźć w sobie odwagę, aby bronić słabych, aby pomagać i otaczać opieką tych, którzy tego potrzebują. W mojej pracy okazało się to niezbędne. 

    W domu przesadzałam trochę, bo mój syn nie musiał nigdy konfrontować się z agresywnym ojcem. Wyczuwałam napięcie, zanim się jeszcze jawnie pojawiło i wkraczałam zdecydowanie, stając między nimi jak Aris między mną a ojcem. Mój syn dopiero teraz uczy się stawiać granice. Z różnym skutkiem, ale wiem już, że tym musi zająć się sam. 

    Teraz myślę o odkryciu tych trudnych wydarzeń z mojego dzieciństwa jak o BRAMIE przez którą przeszłam na drugą stronę. Dotąd miałam SIŁĘ, żyłam w przetrwaniu, chroniąc wszystko, co miękkie we mnie, przed zranieniem. Teraz odzyskałam MOC. Bo mogę nareszcie połączyć to, co delikatne z tym, co twarde. I jedno drugiego nie wyklucza. 

    Szukałam w życiu znaków, symboli, ludzi, znaczeń. Kiedyś prowadziły mnie kruki i to dobrze, bo przeprowadziły mnie przez ciemność. Potem poprowadził mnie Darek i zawsze będę mu za to wdzięczna. Pokazał mi sny, które mnie poniosły i otworzyły we mnie to, co zamknięte. 

    Szukałam na zewnątrz tego, co miałam w środku. 

    Teraz mam dwa zwierzęta mocy. Moją SALAMANDRĘ – delikatną, nieefektowną, taką rozlaną i trochę rozbebłaną, ale czułą i kochającą. I SZNAUCERA – silnego, odważnego, zdecydowanego obrońcę. Kochającego i pełnego czułości jak mój Aris. 

    Teraz dopiero mogę powiedzieć z pełną stanowczością coś, co powtarzałam od jakiegoś czasu jak mantrę: JESTEM MIŁOŚCIĄ. Bo miłość bez granic jest tylko emocjonalnym uzależnieniem. 

    Ostatnio rzadko miewam sny, nie są mi już tak bardzo potrzebne. Choć zdarzają się bardzo ważne i wspierające. Nie wiem, czy je opiszę. Jeszcze nie wiem, czy nadal będę pisać. 

    Dokopałam się już do źródła. 

    Na dziś ogłaszam koniec objawień.

    Koniec kopania.

    Teraz idę żyć!!! 

  • 82.8. Nieswoja historia – o odzyskaniu prawdy

    Zdałam sobie sprawę, że przez dziesięciolecia opowiadałam o tym niezwykłym psie nieswoją historię, a wieloletnia terapia, medytacje, kontemplacje, zgoda na usłyszenie prawdy o sobie i zdarzenia ostatniego miesiąca wytworzyły przestrzeń na bezpieczne rozszczelnienie słoja z salamandrą.

    To tak, jakby wszechświat podsuwał mi pod nos to, co miałam zobaczyć i poczuć. Historia z rannym Yorkiem („Wytrzymam wszystko” – jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym) uruchomiła we mnie najpierw niepowstrzymany, wręcz irracjonalny szloch, później wspomnienie traumatycznych wydarzeń dotyczących mojej suczki, a w końcu trwający kilka tygodni ból kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Wiedziałam wtedy, że muszę się sobą zająć z czułością, nie wiedziałam jednak, że „psia trauma” jest aż tak głęboka i sięga dzieciństwa.

    Nie ma przypadków. Gdyby nie York, nie zobaczyłabym mojej salamandry.

    W czasie mojego procesu dochodzenia do siebie nauczyłam się, że cokolwiek przychodzi — czy to wspomnienie, czy wydarzenie, czy dziwne lub niewygodne doświadczenie — powinno zostać przyjęte, zauważone, docenione i zintegrowane. Bo wszystko, co przychodzi, nie przychodzi bez powodu.

    Wiedziałam, że jeśli tak bardzo poruszyło mnie cierpienie Yorka, że zeszło do ciała, to poruszyło coś bardzo ważnego i pierwotnego. Psychika wiedziała jednak, że na zobaczenie tego potrzeba czasu, że otwarcie słoja to nie jest tylko kosmetyczna zmiana.

    Trzeba się przygotować, bo kiedy otworzy się słój i wypuści salamandrę, nie będzie już możliwości powrotu. Nie można będzie wtłoczyć tego zwierzęcia z powrotem do ciasnego pojemnika i udawać, że niczego się nie widziało. Trzeba zobaczyć i przyjąć prawdę taką, jaka jest, bez względu na to, jak jest bolesna.

    Zapisywałam więc wtedy przemyślenia, pojawiające się wspomnienia, obrazy, odczucia w ciele. I wszystko mówiło mi, że to coś, czego nie wolno mi zagłuszyć. Że nie „zaczytam” tego kolejną książką rozwojową, nie „zasłucham” kolejnym wykładem, kursem czy szkoleniem.

    A kiedy dotarłam do prawdy, wiedziałam, że muszę ją pierwszy raz naprawdę poczuć. Muszę poczuć złość, smutek, rozpacz. Muszę przeżyć żałobę, której nie wolno mi było przeżywać, kiedy miałam trzynaście lat.

    Musiałam uznać cierpienie tej małej dziewczynki i pozwolić sobie nareszcie je nazwać i przeżyć. Bo to nie była tylko strata psa. To było brutalne rozerwanie więzi. Zamknięcie w dziecku doświadczenia bezpiecznej miłości i opieki w imię status quo chorego systemu rodzinnego.

    Miałam olbrzymi żal do ojca, bo już wiedziałam, dlaczego wybrałam sobie na partnera życiowego mężczyznę niedostępnego emocjonalnie, uzależnionego, który nigdy mnie nie wspierał, nigdy nie stanął w mojej obronie. Skąd moje przekonanie, że „wytrzymam wszystko”, że moje potrzeby nie są istotne, że to ja muszę dawać radę. Dlaczego czułam się zaniepokojona, gdy jakiś mężczyzna próbował otoczyć mnie opieką. Dlaczego tak trudno było mi przyjmować, a tak łatwo dawać.

    Przeżywałam więc i nadal pozwalam sobie przeżywać tę odłożoną w czasie żałobę, bo wiem, że psychika dojrzewa do uwalniania siebie nie przez wielką, gwałtowną rewolucję, ale przez możliwość zobaczenia prawdy.

    Czystej, żywej prawdy bez pakowania jej w ozdobne folie.

    P.s. nie wiem na jakiej zasadzie działa moja podświadomość konstruując sny, ale po napisaniu tego wpisu zdałam sobie sprawę, że we śnie: 68. Jeszcze nie dziś – sen o spotkaniu z najgłębsza raną, odganiam okaleczonego węża filią budowlaną… ciekawe…

  • 72. Mniej naklejek –sen o tym, jak wybrałam kolor 

    4.04.2026 

    Szłam ulicą i zauważyłam duży sklep w stylu pasmanterii. Wiedziałam, że byłam kiedyś w środku i o coś pytałam albo może mój były mąż pytał o coś w moim imieniu. Pamiętam, że nie było tam wtedy interesującego mnie przedmiotu. Ze sklepu wyszła para. Nieśli w reklamówce sprzęty do profesjonalnego warsztatu krawieckiego. Były to specjalne druty do trzymania nici, montowane do stołu i inne tego typu ustrojstwa. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co kupili. Opowiadałam im, że w mojej maszynie złamał się taki bolec, na który nakłada się szpulkę nici. Mówiłam im, jak sobie radzę w tej sytuacji. Zaprosili mnie do domu. Podeszliśmy do ich maszyny do szycia i mężczyzna zaczął montować to, co kupili, my rozmawiałyśmy dalej. Zauważyłam, że mam identyczną maszynę do szycia. Na jej maszynie również przyklejone były naklejki z soku Kubuś, ale było ich mniej (mój syn, kiedy był mały, ozdabiał mój warsztat pracy). Okazało się też, że nosimy to samo imię. Byłam zafascynowana tym odkryciem. Pytałam o znak zodiaku, ale wymieniła wtedy inny z chińskiej astrologii, a ja nie mogłam sobie przypomnieć własnego. 

    Para była sąsiadami mojej teściowej, gościłam wtedy u niej. Zapytali, czy mogę ich zaprosić, bo mają pewien kłopot z moją teściową. Nie pamiętam, na czym polegał, ale uznałam za stosowne im pomóc. Sprawa, z którą przyszli, była istotna dla życia wspólnoty sąsiedzkiej. Chodziło o dostęp do czegoś ważnego. „Kluczem” do jej rozwiązania był klucz. Znalazłam pęk kluczy należący do teściowej. Był między nimi jeden różniący się od reszty — niewielki, zrobiony z korka (!?!). Mężczyzna powiedział, że nie trzeba go zabierać, wystarczy uszkodzić końcówkę. 

    Wróciła teściowa, trochę zdziwiona, że przyjęłam gości, ale nie robiła mi z tego powodu wyrzutów. Zauważyłam jednak, że miejsce, w którym siedziała dziewczyna, było zanieczyszczone. Była tam psia kupa. Zaczęłam sprzątać. Kiedy się rozejrzałam, zauważyłam, że kup było więcej. Sprzątałam więc. Na środku pokoju leżała moja walizka. Przyjechałam do teściowej z synem. Pomagał mi sprzątać, ale później wyszedł spotkać się z kolegami (bałam się, że to nieodpowiednie towarzystwo, czułam, że tam, gdzie idzie mogą pojawić się narkotyki). Powiedziałam mu, że wyjeżdżam i jeśli chce, może wracać ze mną, ale jeśli chce zostać, ja i tak wyjadę. Chyba tak zrobiłam… 

    Byłam u siebie. Córka mojej koleżanki, 16-letnia dziewczyna, pomagała mi się rozpakować. Wybierałam dla niej ubrania. Oddałam jej mój czarny płaszcz, trochę żałowałam, ale chętnie go przyjęła, więc postanowiłam, że kupię płaszcz w innym kolorze. Może teraz czas na kolorowe ubrania. Zwykle wybieram czarne. 

    A jeśli w śnie spotkałam siebie? 

    Inną siebie, bez tak wielkiej ilości naklejek. Bez tych nakładek, które nie pozwalają cieszyć się zdrową bliskością. Taką mnie, której udało się kupić wszystko, czego stara ja nie znalazłam w pasmanterii zwanej „życiem”. 

    Ta inna ja ma partnera, który jest obecny, pomaga, szuka rozwiązań. On jest pomocny, ale nie dominuje, nie zawłaszcza… wspiera. 

    To on podpowiada, co zrobić z kluczem, ale nie robi tego za mnie. Nie szuka kluczy, nie niszczy ich. Pozostawia wolność. 

    Sama muszę posprzątać, spakować się i wyjść z domu mojej teściowej. Mojemu synowi pozostawić muszę podobną wolność wyboru i tę samą sprawczość. 

    Do mnie rodzina męża nie ma już dostępu. 

    Wyszłam z tego domu bez hałasu, bez niepotrzebnych kłótni i rozliczeń z przeszłością. Pamiętam wszystko: jak spędzałam wakacje, remontując mieszkanie teściowej, jak szyłam jej zasłony (na tej właśnie maszynie), jak zmieniałam uszczelki pod zlewem, jak odnawiałam jej meble, ozdabiając je decoupagem. Jak przyjeżdżając do niej pierwszego dnia, dostawałam listę rzeczy do zrobienia. Tak bardzo się starałam zasłużyć, udowodnić, że jestem ważna, potrzebna. To sprawiło jedynie, że byłam przydatna i bardzo zmęczona. 

    Pamiętam to, ale już się z tym nie identyfikuję. 

    Teraz wybieram kolor. 

    Wybieram siebie. 

  • 66. NAMASTE – sen o pożegnaniu. 

    16/17.02.2026 

    Byłam w mojej kamienicy na parterze. Słyszałam sąsiadów, którzy się kłócą, czy może raczej jednego sąsiada, który na kogoś krzyczy. Myślę nawet, że to była piwnica, nie parter, ale nie mam pewności. Ten krzyczący sąsiad to stary ubek, który ciągle się awanturuje i wszystkich dookoła zastrasza, więc w ogóle mnie to nie zdziwiło. 

    Weszłam na górę. Przy moich drzwiach spotkałam sprzątaczkę. Zamiatał jednak jakiś młody chłopiec, wyglądał, jakby się przyuczał. Zaprosiłam ich do siebie, chciałam zrobić im kawę. Ale nie mogłam znaleźć odpowiednich filiżanek, bo nie chciałam podawać im kawy w byle jakich. Chciałam podać ją w takich wyjątkowo ładnych. Szukałam, czy nie ma takich, które nie są ani w zmywarce, ani w szafce, tylko gdzieś sobie stoją zapomniane, bo te w szafce i zmywarce były beznadziejne. 

    Te poszukiwania strasznie długo trwały i trochę byłam zdenerwowana, że każę im czekać. A oni w międzyczasie sprzątali. To ciekawe, bo ta pani nie sprząta u mnie (nie zatrudniam sprzątaczki), tylko na klatce schodowej. 

    Szukając, weszłam do jakiegoś pokoju. To było bardzo dziwne miejsce, trochę jak zrobione z kamienia (grota?) czy z jakiejś starej cegły. Bez okien, pełno tam było kurzu i pajęczyn. Przyczepiła się do mnie pajęczyna. Zwinęłam ją w kulkę, rzuciłam z obrzydzeniem na ziemię, a pajęczynowa kulka sobie poszła, zahaczając o podłogę cienką nogą i czołgając się, czyli w środku był pająk. To było straszne. Ja bardzo nie lubię pająków. 

    Wyszłam stamtąd. Nie jestem pewna, czy właśnie w tym pomieszczeniu, ale udało mi się znaleźć filiżanki i w końcu podałam im kawę. Chłopiec sam znalazł sobie kubek. Nie byłam zadowolona, że wybrał właśnie ten. Był brzydki, krzykliwy i trochę infantylny, ale nie sprzeczałam się. 

    Sprzątałam… Była tam szyba w otwieranej komodzie. Szyba była całkowicie zamglona. Ściągnęłam z niej coś, co pokrywało ją w całości, też rodzaj pajęczyny czy czegoś takiego… To była dosłownie tafla przylegająca do szkła. Ściągnęłam ją w całości. Trochę mi było wstyd, że mam taki bałagan. 

    Przyszedł chłopak. Nie wiem do końca, kto to był, nie będę wymyślać, ale chciał, żebym zapisała go do fryzjera, którego podobno znam osobiście. Tak naprawdę nie znałam go osobiście, znałam jedynie kobietę fryzjerkę, która u niego pracuje. Obiecałam jednak pomóc i powiedziałam, że go zapiszę. 

    Bardzo się śpieszyłam, bo było tuż przed zamknięciem. Blisko mojego domu jest budynek przychodni. Zamiast iść dookoła, chciałam przejść tak, jakbym poruszała się palcem po mapie w linii prostej. Żeby dotrzeć do salonu fryzjerskiego, musiałam przejść przez ten budynek. Wspięłam się i szłam po dachu. Nagle zrobiło się stromo. Pomyślałam, że to nie jest bezpieczne, i zdecydowałam, że jednak nie będę szła górą. Postanowiłam wejść do budynku drzwiami, które zauważyłam pod dachem. Wystarczyło zeskoczyć, nie było wysoko. 

    Zeskoczyłam, weszłam do przychodni i nagle przybiegło do mnie kilka osób. Same kobiety: dwie panie doktor, które znam z tej przychodni, jakieś pielęgniarki. Chyba wszyscy pracownicy do mnie przybiegli, bo okazało się, że włączył się jakiś alarm. To ja go uruchomiłam i wszyscy przyszli zobaczyć, co wydarzyło się na dachu. Próbowali się dowiedzieć, bo mnie znają, co mi strzeliło do głowy, żeby chodzić po dachu. 

    Powiedziałam im, że mój brat zmarł wczorajszej nocy (to niestety prawda) i jego przyjaciel chciał koniecznie do fryzjera, więc chciałam go zapisać i zdążyć przed zamknięciem, ale… chyba już nie zdążyłam. 

    Zabrały mnie do pokoju socjalnego. Rozmawiałyśmy ze sobą tak normalnie, zwyczajnie. Czułam się zaopiekowana. Okazało się, że jest to dosyć duży gmach i znajdują się tam różne olbrzymie sale. 

    Weszłam do jednej z nich i zobaczyłam kwiat w donicy, ale nie było jeszcze widać w pełni rozkwitniętego kwiatostanu, jakby skrzydłokwiatu. Widać było tylko nitki podobne do tych, które okalają na przykład kolbę kukurydzy. Było to niesamowite, bo jak na filmie poklatkowym mogłam obserwować, jak niezwykła roślina rośnie. Kwiat zdawał się tańczyć w charakterystyczny sposób. 

    Nitki zaczęły falować. Były dosyć długie, a cały kwiat był znacznie większy niż mógłby być w rzeczywistości. Nitki miały może ze trzydzieści centymetrów długości. Zaczęły się składać i rozkładać jak poruszający się płomyk. Następnie podzieliły się na trzy części. W środku była większa, tańcząca łezka z nitek, a po bokach dwie mniejsze. Te boczne wyglądały jak rączki. 

    Kwiat nagle zaczął składać te rączki w geście NAMASTE. Poruszał się tak, jakby się kłaniał. 

    Pamiętam, że zwróciłam czyjąś uwagę na ten moment i powiedziałam, że to jest wyjątkowy czas, bo możemy właśnie teraz obserwować, jak ta niezwykła roślina rośnie. Byłam wzruszona i zachwycona, że mogę uczestniczyć w tym pięknym procesie. 

    Wróciłam do kobiet, które się mną zaopiekowały, i rozmawiałam z nimi jeszcze przez chwilę. To był czas, kiedy miały już iść do domów. Ich zmiana właśnie się zakończyła. Zaczęli pojawiać się mężczyźni. Przebierali się w ubrania do pracy. 

    Jeden z mężczyzn wyszedł z przebieralni w cienkim dresie. Jego męskość odciskała się pod materiałem. Była ogromna, wręcz monstrualna, grubsza niż przedramię dobrze zbudowanego mężczyzny, z wyraźnie zaznaczonym żołędziem. Pomyślałam, że taki rozmiar musi być kłopotliwy pod każdym względem. 

    Chciałam już iść do domu, ale pragnęłam jeszcze raz zobaczyć ten nieprawdopodobny kwiat. Niestety nie mogłam już znaleźć tej sali. 

    Kiedy wracam myślami do czasu bezpośrednio po śmierci brata, zaskakuje mnie to, że czułam spokój. Pierwszego dnia życie płynęło normalnie, jakby wiadomość o tragedii w ogóle do mnie nie dotarła. Byłam cichsza, bardziej skupiona niż zwykle, ale wykonywałam wszystkie swoje obowiązki bez trudności. 

    Zaskakujące było jedno… Nie mogłam wypowiedzieć słów kluczy: śmierć, brat, pogrzeb. Pamiętam, że kiedy wyjaśniałam, dlaczego muszę zamknąć firmę na jeden dzień, nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Jakby te słowa nie mogły przejść mi przez gardło. Było to niemal fizyczne odczucie blokady. 

    Wyjaśnić musiałam, więc zrobiłam to za pomocą rebusu: „podróż bez możliwości powrotu” i „nie siostra”. To wystarczyło. Przyjaciółka zrozumiała i pomogła mi w wielu kwestiach. 

    Kiedy jednak musiałam powiększyć zdjęcie brata w zaprzyjaźnionym zakładzie poligraficznym, całkowicie się rozsypałam. Tu rebusy już nie wystarczyły, bo musiałam doprecyzować, czego potrzebuję, a zdjęcie miało pasować do ramy o konkretnych wymiarach. Kobiety pracujące w tym miejscu otoczyły mnie opieką. Nie znałyśmy się na tyle, a jednak tuliły mnie do siebie na zmianę, a zdjęcia dostałam za darmo. Nie chciały przyjąć zapłaty. 

    Wiele osób, nienależących do rodziny, okazało mi troskę i wsparcie. Wieńce od znajomej kwiaciarki – niemal po kosztach. Obiad na stypę z olbrzymią zniżką. Miejsca parkingowe dla moich gości zabezpieczył portier z budynku, w którym wynajmuję lokal. Jedna z mam moich zawodowych dzieci, nieproszona, zapłaciła za wszystkie zajęcia do końca roku szkolnego. To nie były puste wyrazy współczucia. To było realne, praktyczne wsparcie. Dzięki niemu udało mi się zorganizować wszystko, co było potrzebne, aby godnie pożegnać brata. 

    W samotności płakałam oczywiście niemal bez przerwy, ale nie było w tym niezgody. Choć brat był młodszy ode mnie o pięć lat, miał trójkę dzieci i nie zdążył na przeszczep serca. Nowe serce spóźniło się zaledwie o kilka dni. Była we mnie niezrozumiała akceptacja i silne przekonanie, że tak miało być. Pozwalałam sobie na płacz, na żałobę, na rozpacz i wiedziałam, że tak właśnie powinno być. Że jest to naturalne. Przy ludziach jednak wystarczyło nie używać słów kluczy i… robiłam swoje. Moja rozpacz nie ciążyła na cudzym życiu. 

    A sen… Wiedziałam wówczas, że mój brat jest już w lepszym miejscu, ale jeszcze nie docelowym. Myślałam o tym jak o momencie przejścia i zastanawiałam się, czy sen był jedynie pięknym, symbolicznym pożegnaniem. Czy może czymś więcej? Bo NAMASTE jest uznaniem boskiego pierwiastka w drugim człowieku a ja widziałam przecież to, co po drugiej stronie. Co prawda była to jedynie wizja z hipnozy regresyjnej, ale zapisała się we mnie tak silnie, że wiem, że niesiemy w sobie światło.  

    Od tamtej pory, ilekroć z miłością składam pokłon drugiemu człowiekowi, mam poczucie, że cały wszechświat rozpala się świetlistymi nićmi.  

    I taki pokłon składam dziś mojemu bratu. 

  • 65. Grota – sen o odpowiedzialności 

    15/16.02.2026 

    Byłam w szkole. Prawdopodobnie była to szkoła, w której kiedyś pracowałam, ale budynek był zupełnie inny. Koleżanki z pracy były te same. Wicedyrektorka natomiast była dyrektorką, ale panował tam jakiś dziwny układ, bo współdzieliłam świetlicę z moją firmą z realnego życia. 

    Był to czas wyznaczony dla moich dzieci. Przyjechały z okolicznych miejscowości, muszą dojechać około dwudziestu kilometrów, żeby uczestniczyć w tych zajęciach. Pojawiła się również jakaś nowa dziewczynka, która wydawała mi się znajoma. Potem okazało się, że uczyła się w tej szkole, z której ja – nazwijmy to – wynajmowałam miejsce na potrzeby mojej firmy. 

    Wtedy przyszła koleżanka, która uczy w klasach I–III i powiedziała, że z jakichś powodów przyprowadzi całą klasę na moje zajęcia. Miało to być zastępstwo. 

    Oburzyło mnie to bardzo, bo był to czas dla moich dzieci, nie dla jej klasy. 

    Wyszłam z sali i zaczęłam szukać dyrektorki. Chodziłam po korytarzach. Weszłam na najwyższe piętro. Były tam chyba kraty w drzwiach. Żeby dostać się na korytarz, musiałam użyć domofonu albo próbowałam przeskoczyć przez jakieś zabezpieczenie. Uświadomiłam sobie jednak, że jeśli skoczę, spadnę z samej góry aż na parter. 

    Pchnęłam drzwi i po prostu się otworzyły. 

    Weszłam do środka i okazało się, że muszę przejść przez cały korytarz. Na jego końcu były schody. 

    Na klatce schodowej zobaczyłam dziwną scenę. 

    Były tam chyba dwie kobiety, które stały nad mężczyzną. Właściwie był chłopcem, choć jednocześnie wydawał się dorosłym mężczyzną. Miał ubrudzone kałem pośladki, a one próbowały go jakoś wyczyścić. Leżał na brzuchu i nie poruszał się, było widać jego zabrudzone ubranie. 

    Powiedziałam, że trzeba to po prostu wyczyścić mokrymi chusteczkami. Wzięłam je i już chciałam zacząć czyścić. Nawet trochę ubrudziłam się kupą, ale pomyślałam sobie, że przecież to nie jest moje zadanie. 

    Położyłam chusteczki na jego pupie, tak jakbym pokazywała kobietom, co mają zrobić i poszłam dalej. 

    Znalazłam dyrektorkę. Okazało się, że musiałam wejść schodami jeszcze piętro wyżej. Na końcu korytarza był jej gabinet. 

    Zajrzałam do środka i zapytałam, czy zasady są takie jak kiedyś. Czy jako dyrektorka musi wiedzieć o każdym zastępstwie, które odbywa się w szkole. 

    Powiedziała, że tak. 

    Zapytałam, czy dotyczy to również świetlicy. 

    Odpowiedziała, że tak. 

    Zapytałam, czy wie o zastępstwie, które właśnie odbywa się w świetlicy. 

    Powiedziała, że nie. 

    Odpowiedziałam: 

    – Aha. Więc już wiem, co mam teraz zrobić. 

    Zeszłam na dół. 

    Zgubiłam się. 

    Zeszłam aż do piwnicy. Była tam grota. Taka smocza jama. 

    Widziałam, że została wystylizowana ludzką ręką. Wytłoczone były nawet ślady smoka albo jakiegoś innego gada. 

    Pomyślałam sobie, że tę szkołę można by przerobić na coś fantastycznego. Że ten budynek jest wspaniały i można stworzyć z niego dla dzieci niezwykłe, czarodziejskie miejsce. 

    Z tej groty wyszłam na podwórko. 

    Była tam trawa, chyba jakiś podjazd dla samochodów. 

    I tu sen się zakończył. 

    Rano dowiedziałam się, że tej nocy zmarł mój młodszy brat.  

    Tego snu nie będę interpretować. 

  • 64.3. Trzy oblicza mocy. Taniec psa i wilka – sen o miłości. 

    31.01/1.02.2026 

    Szłam górską ścieżką ze starszym mężczyzną, który ze swojej działki przyniósł pomidory. Zatrzymaliśmy się na chwilę i polewaliśmy je wrzątkiem. Patrzyłam, jak pękała na nich skórka pod wpływem gorącej wody. Chyba przygotowywaliśmy w tej uroczej scenerii jakiś posiłek. 

    Ścieżka była w okolicy domu, nie był mój. Może był wynajęty. 

    Weszłam do środka. Było tam wielkie, otwarte okno. Zaczynało się prawie przy samej podłodze i zajmowało niemal całą ścianę. 

    Byłam tam z psem, dużym, w typie owczarka belgijskiego. Był zupełnie czarny, ale sierść miał krótszą. Była tam też moja teściowa. 

    Pies nie był moją własnością, ale był przy mnie i czułam się za niego odpowiedzialna. 

    Do środka, przez okno wskoczył dziki wilk, zupełnie czarny. Nie wiedziałam, czy mam go wygonić, czy nie. Nie byłam pewna, czy nie będzie agresywny w stosunku do psa albo czy pies nie będzie chciał go przegonić. Co ciekawe w ogóle nie bałam się o siebie. 

    Kiedy pies spostrzegł wilka stała się rzecz piękna. Pies i wilk zaczęły się witać. To przypominało taniec. Robiły to przepięknie, czule, łagodnie, przytulając do siebie pyski. Były takie same. I pies, i wilk wyglądały identycznie. Nie wiedziałam, który jest psem a który wilkiem. Patrzyłam z zachwytem, zauroczona tym powitaniem. Były piękne. Zdawały się być dla siebie stworzone. Idealnie, bezsprzecznie były DLA SIEBIE. 

    Pomyślałam, że mogę je bezpiecznie zostawić i wrócić na ścieżkę, tym bardziej, że umówiłam się z kimś. To była kobieta starsza ode mnie. 

    Szłyśmy tą samą ścieżką, którą szłam już wcześniej. Ścieżka pięła się w górę. Była zakończona niezbyt wysokimi głazami, prostymi jak ściana. Spacerowałam zwykle tylko do tego miejsca, nigdy nie przekraczałam tych głazów. 

    Miałyśmy przez nie przejść, ale nie byłam pewna, czy powinnam. Miałam na sobie sandały. Chciałam przejść, bo kobieta też miała sandały i uznałam, że buty nie mogą być dłużej wymówką. Przecież nie stchórzę, więc poszłam. Nie pamiętam, czy przeszłam. 

    Wróciłam do domu z myślą, że nie powinnam jednak zostawiać zwierząt. Nie ufałam teściowej, bo powiedziała, że przydałyby się szczeniaki, a te byłyby niezwykle piękne. Nie chciałam, żeby to piękno stało się jedynie źródłem zarobku. 

    Szłam szybko i żeby skrócić sobie drogę chciałam wejść przez okno, jak uprzednio zrobił to wilk. Zajrzałam przez okno. 

    To, co zobaczyłam, zmroziło mnie. 

    Nie było tam już psa i wilka. 

    Widziałam teściową przykucała na oparciu łóżka, na którym mój syn kochał się ze swoją byłą dziewczyną. Teściowa dyrygowała ich ruchami. Pospieszała ich i nadawała rytm. Nie widziałam pary, widziałam tylko krawędź łóżka. 

    Pomyślałam, że jest to dla nich bardzo traumatyczne, że to jak tortury. Że ta kobieta zabiła w nich właśnie to, co mogli mieć z seksu. Że już nigdy nie będzie on dla nich źródłem bliskości, czułości i radości. 

    Krzycząc, kazałam jej się wynosić. 

    Byłam wściekła. 

    Potwornie wściekła. 

    Czyżbym stawała się już gotowa na miłość.  

    W każdym razie jestem gotowa jej bronić. Wiem, że w razie potrzeby stanę jak wilczyca i całą swą mocą obronię miłość w sobie. Nie pozwolę już nikomu na ingerencję w to kogo i jak kocham. Kiedyś poddawałam się rodzinnym wzorcom, lękom, kompleksom, konwenansom.  

    Dziś wiem, kim jestem.  

    Wiem już, kto może być DLA MNIE. Jeśli się pojawi, rozpoznam go. 

    A wtedy nie pozwolę, aby ktokolwiek dyrygował moim życiem, a już na pewno moją miłością. 

    Bo miłość nie potrzebuje dyrygenta. 

  • 64.2. Trzy oblicza mocy. Owadzia maska- sen o uznaniu własnej mocy 

    31.01/1.02.2026  

    Scena druga 

    Był letni, ciepły dzień. Opiekowałam się grupką dzieci, był to rodzaj kolonii. Dzieci było sporo, pomagała mi koleżanka. Czekałyśmy, aż przyjedzie nasz znajomy, który miał być swego rodzaju atrakcją dla dzieci. Spóźnił się o cały dzień. Kiedy nareszcie dotarł, tłumaczył się opóźnieniami na lotnisku. Przyjechał z psem, uroczym młodym golden retrieverem. 

    To był mój znajomy przyrodnik, ale kiedy wszedł do pomieszczenia i usiadł na kanapie, był kolegą z podstawówki mojego byłego męża. Obok niego usiadł chłopiec około dziesięcioletni. Miał piękne, duże niebieskie oczy i burzę blond włosów. Nie były to klasyczne loki, tylko bardziej roztrzepane kędziorki. 

    Zauważyłam podobieństwo chłopca i naszego gościa. Podobieństwo było uderzające. Wyrwało mi się: „Jacy wy jesteście podobni”. Kiedy chłopiec wyszedł, mężczyzna zaczął się wypierać, jakoby miał coś z tym podobieństwem wspólnego. Musiałam go uspokajać, że wcale nie mam na myśli jego potencjalnego ojcostwa, ale zażartowałam, że jego świętej pamięci ojciec często bywał w tym mieście. 

    Przeszliśmy do pomieszczenia, w którym mieściła się główna sala, gdzie uczyłyśmy dzieci. Okazało się, że to szkoła dla młodych czarodziejów. Pomieszczenie przypominało dużą grotę, ale przyjemną i ciepłą. Zamiast sufitu była tam szklana tafla, a nad nią jezioro albo basen, w którym w stanie wolnym pływały wydry. Z dołu wydawały się malutkie. Pływały zwinnie, były zabawne. To była jedna duża, bardzo czuła wobec siebie rodzina uroczych wyderek. 

    Leżałam na plecach, nie pamiętam, czy z koleżanką współprowadzącą, czy z naszym gościem, przyglądałam się tym cudownym zwierzątkom i zastanawiałam się na głos: „Czy my też jesteśmy dla tych stworzeń taką atrakcją, jak one dla nas?”. 

    Zwróciłam uwagę na chłopca, tego, który jest podobny do naszego gościa. Stał się bardzo niedobry dla innych dzieci, arogancki i dominacyjnie agresywny. Pomyślałam, że to moja wina, nie powinno mi się wyrwać o podobieństwie, bo poczuł się ważny, ważniejszy od innych. Przez całe swoje młode życie nie miał rodziców ani tożsamości. Czuł się nikim, jak wszystkie inne dzieci, a teraz zauważył to rażące podobieństwo i uznał się za SYNA. A wtedy stał się naprawdę podły. 

    Postanowiłam to naprawić, bo stawał się naprawdę niebezpieczny. Weszłam do sali, do której zaprosiłam wszystkich uczniów… Pod pozorem zapłaty zebrałam wszystkie młode (i tu nagła zmiana) czarodziejki. Dawałam każdej jakąś zapłatę, była przy mnie koleżanka. 

    Tego niegrzecznego chłopca – teraz młodą kobietę – zostawiłam na koniec. Wszystkie po obdarowaniu wychodziły. Zostałyśmy we trójkę. 

    Podeszłam do niej i to wyglądało jak jakieś magiczne egzorcyzmy. Stałam przed nią, a ona uderzyła mnie w twarz dziwnym strumieniem energii. Szybko zamaskowałam swoją twarz czymś na kształt owadziej maski, która nie była nakładana. Była zintegrowana ze mną i całkowicie kompatybilna. To nie było jak chitynowy pancerz. To było miękkie, zamykające się i szczelnie okalające moją twarz od zewnątrz ku środkowi. Pokryte czymś, co przypominało łuski. To było coś nie z tego świata. 

    Moja koleżanka nie miała takiej ochrony. Uderzona tym samym strumieniem odleciała kilka metrów dalej i wypadła z budynku. 

    Powiedziałam jej, że to dziecko jest zbyt silne, więc biorę je na siebie. 

    Chyba je poskromiłam, bo byłam pewna siebie i spokojna o efekt, ale nie pamiętam końca tej sceny. 

    Dziś, czytając ten sen po kilku miesiącach, widzę go inaczej. I widzę też kilka elementów, które łączą pierwszą scenę z drugą. 

    Czasem zabieram moje „zawodowe dzieci” do baru lub restauracji. W dużej grupie jemy wspólny posiłek, często po wycieczce lub innej atrakcji. 

    Kilka dni temu miała miejsce trudna sytuacja. Po wycieczce i zwiedzaniu, które zmęczyły dzieci nie tylko fizycznie, ale były również wymagające emocjonalnie, poszliśmy do baru. 

    Dziewczynka w spektrum autyzmu, stojąc w kolejce, pod wpływem silnych emocji nagromadzonych w ciągu całego dnia była trochę roztrzęsiona. Machnęła termosem trzymanym w ręku i niechcący uderzyła dziewczynkę stojącą przed nią. Inne dzieci natychmiast bardzo żywo zareagowały, stając w obronie pokrzywdzonej. 

    Wtedy dziewczynka w spektrum wybuchła niekontrolowanym zalewem emocji. Krzyczała, że tak jest zawsze, że wszyscy są przeciwko niej. Urządziła wielką, dramatyczną scenę, wprawiając w osłupienie inne dzieci. 

    Bez zastanowienia natychmiast przytuliłam ją, zagarnęłam do siebie i wyprowadziłam z budynku. Przez cały czas mówiłam do niej czule i spokojnie. Powtarzałam jak mantrę: „Jestem! Już jest ok! Jestem!” Wyciszyłam ją troszeczkę. 

    Dopiero wtedy wróciłyśmy do budynku. Posadziłam ją z wolontariuszką przy osobnym stoliku, przyniosłam jej posiłek i wróciłam do reszty dzieci. Zapewniłam je, że nie są w tej sytuacji niczemu winne. Sama zjadłam posiłek, siadając z nieco jeszcze roztrzęsioną dziewczynką w spektrum. 

    Kiedy odnosiłam talerz, podszedł do mnie starszy mężczyzna, położył mi rękę na ramieniu i powiedział, że mnie podziwia, że z taką klasą i spokojem rozwiązałam tak trudną sytuację. Podziękowałam tylko. 

    Później zdałam sobie sprawę, że nie był to pierwszy raz, kiedy w podobnej sytuacji starszy pan kładzie mi rękę na ramieniu i wyraża swoje uznanie dla moich kompetencji. Pierwszy raz wydarzyło się to dokładnie 6.02.2026, czyli zaledwie pięć dni po śnie. Może to zbieg okoliczności, a może nie. 

    Wiem jedno. Sposób mojej pracy z dziećmi i reagowania na wszelkie trudności się nie zmienił. Podstawą mojej pracy jest miłość do dzieci, szacunek, jaki do nich żywię i wielka potrzeba poszanowania dziecięcej godności. To nigdy się nie zmieni. 

    Reaguję automatycznie, bez zastanowienia. W pracy jestem pewna siebie i czuję się kompetentna. Jest to dla mnie naturalne, jest ze mną kompatybilne. 

    Zmieniło się jedno. 

    Kiedyś umniejszałabym swoim kompetencjom, mówiąc: „To nic takiego. Jakoś tak samo wyszło…”. 

    Dziś z wdzięcznością mówię: „Dziękuję.” 

    Nie za to, że ktoś mówi, że mnie podziwia. 

    Za to, że położył mi rękę na ramieniu i powiedział w ten sposób: 

    „Widzę Cię. Uznaję.” 

    Dziękuję. 

  • 64. 1. Trzy oblicza mocy. Wspierające męskie dłonie – sen o nowej jakości relacji. 

    31.01/1.02.2026  

    Tej nocy sen był wyjątkowy. Nie wiem, czy to dlatego, że pełnia spotęgowała to, co sen chciał mi powiedzieć, czy może byłam gotowa zobaczyć więcej. Sen był długi, bardzo wyrazisty i podzielony na trzy sceny. A każda z nich niosła naprawdę mocny przekaz. Dlatego podzielę go na trzy wpisy.  

     
    Scena pierwsza.

    Weszłam z przyjaciółką do restauracji, była schludna, nowoczesny wystrój, bardzo wysoka i przestronna. Solidne nowocześnie wykonane drewniane meble, naprawdę dobry design. Bardzo eleganckie miejsce.  

    Weszłyśmy tam, bo bardzo mi się to miejsce spodobało. Ludzi nie było wiele, usiadłyśmy przy stoliku. Jacyś mężczyźni siedzieli nieopodal, spodobał mi się jeden z nich, ale rzuciłam tylko okiem, później nie zwracałam na niego uwagi.  

    Podeszła kelnerka, nalewała coś do kieliszków, nie miałam swojego, mimo wszystko pochyliła butelkę i zaczęła nalewać tak jakby kieliszek tam był. Zachowywała się jakby przydział był dla każdego, czy jest przygotowany, czy nie.  

    Nagle pojawił się właśnie ten mężczyzna i błyskawicznie podstawił swoje dłonie pod butelkę, po czym przeniósł to,  co nalała  kelnerka, do swojego kieliszka niskiego i szerokiego. Wyglądało to jak surowe jajko tylko że białko było bardziej wodniste. Mężczyzna podał mi kieliszek, byłam bardzo wdzięczna i pomyślałam, że on jest TYM właściwym. 

    Kiedyś mężczyzna w typie Jamesa Deana pociągał mnie bardziej niż jakikolwiek inny. Był w takim człowieku rodzaj tajemniczego magnetyzmu. To ktoś, kto nosi w sobie tajemnicę, którą chcesz rozwikłać. Ktoś, kto nie mówi wprost, musisz się domyślać, czytać między wierszami, być w ciągłej gotowości. Stale analizujesz zachowania, wciąż tłumaczysz go przeżytymi traumami, trudnym dzieciństwem, brakiem zdrowych wzorców. Za takiego mężczyznę ciągle coś trzeba robić. Bo tak naprawdę jest to zagubiony chłopiec, który nigdy nie dorósł. Dla kobiety wychowanej w domu dysfunkcyjnym jest to atrakcyjne, ponieważ jest znane. Nieprzewidywalność, ciągła walka o przetrwanie, utrzymanie rodziny czy związku w całości to chleb powszedni. Uratuję, naprawię, uleczę, ukoję, poniosę za dwoje… 

    Ten sen pokazał mi, że już nie chcę ratować. Chcę i potrzebuję innej jakości w relacji. Potrzebuję mężczyzny, który wspiera. Partnera, który widzi czego potrzebuję i w bardzo praktyczny sposób, który nie odbiera mi godności na moją potrzebę reaguje.  

    Po tym właśnie poznam, że TO TEN. Po tym, że zrobi to, co trzeba.  

    Tak zwyczajnie, po prostu. 

  • 63. Pastelowy tukan – sen prowadzący do wyjścia.

    28/29.01.2026 

    Na początku szpital albo raczej SOR. Nie wiem, dlaczego się tam wybrałam, raczej nie potrzebowałam pomocy. Czekałam na swoją kolej. Nie był to główny punkt przyjęć, bo tam były dzikie tłumy, tylko jakiś boczny pokój. 

    Był tam młody lekarz, bardzo sympatyczny, który powiedział, że mogę zostawić wierzchnie ubranie i buty. Kolejka była również tutaj, więc trzeba było czekać. Żeby mi było wygodniej i żebym się nie przegrzała, zostawiłam swoje rzeczy. 

    Nie wiem, czy nie byłam tam z synem. Nie mam pewności. Buty były chyba istotne, bo czekając w kolejnym pomieszczeniu, nie pamiętam, żebym była boso. Czekając, robiłam coś związanego z pracą, ale co dziwne miało to związek z pracą mojego byłego męża w liceum. 

    Pojawiały się jego koleżanki, ale nie mam pewności, czy nie rozmawiałam z nimi również na temat syna, uczył się w tym samym liceum. To chyba nie było ważne. 

    Kiedy chciałam wyjść, wróciłam do pokoju, w którym zostawiłam buty. Szukałam, ale nie mogłam ich znaleźć. Tam, gdzie je zostawiłam, było mnóstwo butów innych pacjentów. Założyłam jakieś podobne, ale miały odkryte palce, a moje były pełne, więc szukałam dalej. Pytałam lekarza, który tam przyjmował, ale polecił mi odnaleźć swojego kolegę, który przyjął ode mnie moje rzeczy. Niestety nigdzie go nie było. Nie wiem, czy odnalazłam buty. 

    Kolejna scena. 

    Na Facebooku, na grupie na temat ornitologii, do której należę, zobaczyłam zdjęcie skrzydła pustułki. Zapytałam, gdzie zdjęcie zostało zrobione, bo koniecznie chciałam znaleźć to skrzydło. 

    Kobieta odpisała mi. Podała dokładną lokalizację. Napisała, że leży przy klatce z uroczymi stworzeniami, może to były wydry, a może nieświszczuki. Wiedziałam, gdzie to jest, na obrzeżach zoo, przy wąskiej rzeczce. Byłam pewna, że znajdę. Wiedziałam, że to jest za konkretną klatką. 

    Przewinęłam coś niechcący palcami i zgubiłam ten post, a bardzo chciałam napisać, że jej dziękuję, ale już nie mogłam tego zrobić, bo post zniknął. 

    Natychmiast się tam wybrałam. Chyba nie byłam sama przez cały czas, ale nie mam pewności, z kim byłam. Nie będę wymyślać. 

    Poszłam za tą klatkę, widziałam gryzonie i nagle w miejscu klatki pojawiło się łóżko. Metalowe, białe (jak kiedyś w szpitalach), w którym leżała moja teściowa. Skrzydło miało być za klatką, więc włożyłam rękę za poduszkę mojej teściowej i wyjęłam stamtąd martwego wróbla. 

    Spodziewałam się skrzydła, suchego skrzydła pustułki, a tam był martwy wróbel. Nie wiem, czy z zaskoczenia, czy z przerażenia, czy może z obrzydzenia, rzuciłam tego wróbla gdzieś daleko w krzaki. Byłam z psem, który pobiegł w tamtą stronę, bo moja suczka lubi aportować. Pobiegłam razem z nią, żeby nie zjadła tego martwego ptaka. Udało mi się wyrzucić wróbla za ogrodzenie, tak żeby pies nie miał do niego dostępu. 

    Wróciłam do teściowej, stałam przy jej łóżku, rozmawiałyśmy i nagle zobaczyłam olbrzymiego, dziwnego tukana. Był jasny, pastelowy, z czerwoną plamą nad ogonem. Miał potężny żółty dziób. Był wielkości przerośniętego pelikana. Był piękny. Stanął na ścieżce i wyglądał na zagubionego. Spojrzałam na niego i przywołałam go, a on szedł w moim kierunku. Najpierw troszkę się przestraszyłam tego olbrzymiego dzioba, ale potem sobie pomyślałam, że on z pewnością pochodzi z jakiejś hodowli, bo w naszym kraju nie występują takie ptaki. Więc spróbowałam go pogłaskać. Pozwolił mi na to i szedł za mną jak pies. 

    Pokazałam go teściowej, ale trochę się go obawiała. Zapytałam, czy ma jakieś owoce, bo nie do końca wiedziałam, czym się żywią tukany, ale pomyślałam, że owocami. Teściowa wstała i poszłyśmy w stronę ogrodów. Powiedziała, że ma malinki. Wyciągnęła metalową menażkę wypełnioną jakąś dziwną szarą mazią. Nie wiem, co to było. To było jak przemielone maliny, ale z dodatkiem jakiegoś badziewia, było brudnoszare. 

    Powiedziałam, że ptak nie będzie jadł czegoś takiego i poszliśmy dalej. Doszłyśmy do ogródków, raczej warzywnych, ale wyglądały mizernie. Nie byłyśmy ich właścicielami ani ja, ani teściowa. Ten ptak wyrwał trzy długie na wysokość, może półtora metra, rośliny. Nazwałam to sałatą, chociaż wyglądało jak cienki, miękki patyk z mizernymi listkami porozmieszczanymi losowo na całej długości. Kiedy ptak wyrwał je i zjadał, teściowa powiedziała: 

    – To nie nasze. 

    Była trochę wystraszona ewentualnymi konsekwencjami. 

    Powiedziałam, że nie ma sprawy, że on to wybrał, to znaczy, że to jest dla niego i w razie czego ja biorę na siebie odpowiedzialność. 

    Później weszliśmy do domu w starym, wiejskim stylu. Możliwe, że to dom właścicieli ogródków. Było nas kilkoro. Na pewno był tam jakiś mężczyzna i możliwe, że mój syn, ale jako nastolatek z dziewczynką w podobnym wieku. 

    Dom był bardzo zaniedbany. Zwróciłam uwagę na stare drewniane drzwi, klamka też jakaś taka… Wszystko tam było bardzo stare. Czułam, że ktoś rzucił klątwę na ten dom. Byłam zdziwiona, że tam się nie sprząta. 

    Kilka razy otwierałam tam drzwi i przy każdej klamce, ale nie na klamce, tylko na elemencie, który mocuje klamkę do drzwi, były plamy jakby rozmielonej zieleniny, takie zaschnięte rozchlapane paćki z zielonej mazi. 

    I kiedy zobaczyłam pierwsze drzwi, nie pomyślałam niczego złego. Wyglądało to trochę jak sztuczny mech. Drugie drzwi mnie trochę zaniepokoiły. Pomyślałam wtedy, że możliwe, że ktoś właśnie w ten sposób rzucił klątwę na ten dom. 

    Wyszliśmy stamtąd, ale niepokój pozostał. 

    Szliśmy wzdłuż nasypu kolejowego chyba do domu. Ja z tym mężczyzną szłam w dole, a po drugiej stronie torów górą szedł mój syn z kimś z tego domu. Nadjechał długi pociąg towarowy i pomyślałam sobie, że powinniśmy iść drugą stroną, górą, dlatego że ten pociąg, gdyby coś się stało i spadły wagony, spadłyby przecież bezpośrednio na nas, spadłyby przecież w dół. Wagony bardzo niebezpiecznie się chwiały, wyglądało to dość niepokojąco. 

    Na szczęście wagony nie upadły, a pociąg przejechał. 

    Miałam silną potrzebę opowiedzenia o tym, że dom, w którym byliśmy, został obłożony klątwą i dlatego jego mieszkańcy są tacy biedni i że jest tam coś bardzo złego, coś złego się tam dzieje. 

    Zawołałam mojego byłego męża (nie wiem, czy był ze mną cały czas) i powiedziałam, że muszę z nim bardzo poważnie porozmawiać. A on chyba źle zrozumiał „poważnie porozmawiać”, bo od razu zaczął się tłumaczyć, że TA kobieta była nachalna, że to ona chciała. 

    Powiedziałam, że ja w ogóle nie o tym, że mnie to nie interesuje, że mam ważniejszą sprawę. 

    Nie wiem w końcu, czy udało mi się powiedzieć mężowi o klątwie. I czy zrobiliśmy coś, aby pomóc tej rodzinie. 

    Zastanawiałam się długo, dlaczego w tym śnie pojawiła się teściowa. Prawie trzydzieści lat temu, kiedy ją poznałam, zobaczyłam kobietę silną, apodyktyczną, inteligentną. Pełniła wtedy ważną funkcję, była w swoim środowisku zawodowym rozpoznawalna i ceniona w skali kraju. Poznałyśmy się w wakacje, mieszkaliśmy u niej z mężem przez dwa miesiące. Wyjechaliśmy na tydzień, po powrocie, pierwszy raz w życiu zobaczyłam, jak wygląda człowiek po tygodniowym ciągu alkoholowym. Było to wstrząsające. Tym bardziej, że nie byłam w stanie połączyć tych dwóch obrazów. Kobiety trzeźwej, wyniosłej i tej drugiej zniszczonej, wręcz upodlonej przez alkohol. 

    Tkwiłam w tym chaosie dwadzieścia sześć lat. 

    Wyruszyłam nareszcie w drogę. Moim skrzydłem pustułki, była chęć uzdrowienia tej rodziny. Niestety było za późno. Choroba alkoholowa jest tam przekazywana z pokolenia na pokolenie. Prawdziwym ratunkiem dla mnie i syna okazało się opuszczenie tego domu.  

    A TUKAN? On zostanie ze mną. Pokazał mi wyraźnie czym nie można się karmić i zaprowadził mnie ku wyjściu z domu obłożonego klątwą.