W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Kategoria: Sny i wizje

Sny i inne obrazy z pogranicza jawy i snu. To co przychodzi z nieświadomości i pomaga mi lepiej zrozumieć proces w którym jestem.

  • 62. Czuję, że się topię – sen o próbie zrozumienia cudzego świata 

    26/27.01.2026 

    Pamiętam urywki.  

    Leżałam chyba nawet na podłodze, obejmował mnie od tyłu mężczyzna. Nie wiem, czy byłam sobą czy moją koleżanką, ale ten mężczyzna był jej partnerem (który się nad nią znęcał fizycznie i psychicznie w realnym życiu). Wiedziałam, że nie powinno go tu być, że nagle wrócił, bałam się go i chciałam się od niego uwolnić.  

    Udawałam, że śpię i zaczęłam się wiercić. Przesuwałam się po podłodze tak, żeby się wyślizgnąć z jego ramion. To trwało i trwało, bo on też się przesuwał. Udało mi się w końcu.  

    Wszedł jego ojciec (w ich awanturach w realu był ratownikiem i rozjemcą) prowadziliśmy w trójkę spokojną rozmowę. Ustaliliśmy, że mężczyzna ma już inną partnerkę i powinien opuścić moją przestrzeń.  

    Leżałam w wannie (ale to też nie byłam ja, obserwowałam siebie z boku) byłam słaba, ześlizgiwałam się pod wodę, była ze mną w wannie kobieta, widziała, że mogę się utopić, ale nie chciała pomóc. Domyśliłam się, że to nowa kobieta mężczyzny z poprzedniej sceny. Obserwowała, jak zanurzam się pod wodę, czekała. Nie wiem czy jednak pomogła, czy sama wyszłam, ale do końca snu czułam się zagrożona.  

    Z kobietą z wanny postanowiłam odwiedzić rodziców tego mężczyzny. Kiedy zbliżyliśmy się do domu (w śródziemnomorskim stylu) podeszłam do drzwi i odmówiłam wejścia do środka. Powiedziałam, że najpierw chcę zobaczyć morze.  

    Podeszłam do dużych kamieni ułożonych kilka metrów przed krawędzią klifu i patrzyłam na morze. Kobieta, z którą byłam chciała żebyśmy podeszły bliżej brzegu. Odmówiłam, nie ufałam jej.  

    Z domu za nami wyszedł ojciec mężczyzny. Powiedział, że niezwykle dobrze trafiłyśmy, bo jest zima a jest dziś bardzo ciepło. Faktycznie było to bardziej wiosenne lub nawet letnie późne popołudnie.  

    Mam koleżankę, która przez wiele lat tkwiła w przemocowym związku. Dzieci nie były tam bezpośrednimi ofiarami, ale świadkami przemocy, jakiej dopuszczał się ojciec wobec matki – a to również jest przemoc wobec dziecka. Para rozstała się, ale opieka nad dziećmi nie została jeszcze uregulowana prawnie, wobec czego mężczyzna pojawiał się w ich życiu regularnie. 

    W dniu poprzedzającym sen koleżanka przyprowadziła płaczące dziecko na moje zajęcia grupowe. Zanim weszły, długo je uspokajała. Nie miałam możliwości porozmawiania z nią ani bezpośredniego wsparcia ich obu, bo sala była pełna dzieci. 

    Kiedy matka wyszła, a dziewczynka dostała kakao w kubku, który sama mogła wybrać (u mnie każdy jest inny), była już rozluźniona, wesoła i pracowała z innymi dziećmi. 

    Po zajęciach przyszedł po nią dziadek, ojciec tego mężczyzny. Nie wiedziałam więc, co się stało, ale zaniepokoiła mnie ta sytuacja, a sen postanowił zrobić swoje… 

    Poczułam w nim dokładnie to, co miałam poczuć. 

  • 61. Herbata – sen o tym, że jeśli masz stół i herbatę, to czasem naprawdę wystarczy.

    20/21.01.2026 

    Byłam w wynajmowanym domu, panował tam nieład. W zlewie w garnku, były pierogi. Leżały zanurzone w wodzie. W innym również w wodzie kapusta kiszona. Ktoś z kim wynajmowałam to mieszkanie, chciał to jeszcze zjeść. Uznałam to za niedopuszczalne. Sprzątałam i wyrzucałam szybko jedzenie, żeby nikt nie zdążył mnie powstrzymać. 

    Były w tym mieszkaniu moje cztery koty i nagle przez chwilę było to moje mieszkanie. Najstarsza piętnastoletnia kotka wyskoczyła przez uchylone okno. Usłyszałam, jak uderza w balkon poniżej i spada dalej. Nie patrzyłam przez okno, natychmiast zbiegłam na dół. Myślałam tylko o tym, że muszę jak najszybciej do niej dotrzeć, że spadając z trzeciego piętra, na pewno połamała sobie kości. 

    Na dole spotkałam sąsiadkę. Powiedziała, że widziała, jak kot spada i nagle zniknęła, ale pytała p. Marysię (moją sąsiadkę, zmarłą kilka lat temu) i kota tam nie ma. 

    Moja kamienica na powrót nie wyglądała jak moja, raczej jak jakiś ośrodek wczasowy. Dwu-, trzypiętrowy budynek z dużymi, przesuwanymi oknami lub drzwiami na całą ścianę. 

    Mieszkanie p. Marysi było na parterze (w realu na pierwszym piętrze). Drzwi były otwarte. Zobaczyłam moją kotkę wychodzącą z tych właśnie drzwi. Podbiegłam do niej i wzięłam ją na ręce. P. Marysi nie widziałam. Pomyślałam, że nie okłamała sąsiadki, że jest staruszką i mogła kota zwyczajnie nie zauważyć. 

    Niosąc kotkę, sprawdzałam, czy niczego sobie nie uszkodziła. W końcu uderzyła o coś, spadając, ale wszystko było chyba w porządku. Mimo to bacznie ją obserwowałam. 

    Wróciłam do domu, nakarmiłam kotkę i resztę kotów również. 

    W mieszkaniu (tym wynajętym) nadal jeszcze był bałagan, ale to nie był mój bałagan. To tak, jakbym go zastała, wynajmując mieszkanie. Sprzątałam dalej. 

    Do mieszkania weszła jakaś rodzina z labradorem. Chyba trójka rodzeństwa, dwóch lub trzech mężczyzn, tacy młodzi dorośli. Nie mam pewności, czy byli z matką. Możliwe, że tak, bo była tam też kobieta. 

    Trochę bałam się reakcji kotów na psa, a szczególnie martwiłam się kotką. Dopiero przeżyła traumę, a teraz jeszcze pies. Poprosiłam, żeby trzymali go przy sobie i nie pozwolili mu chodzić luzem po mieszkaniu. 

    Miałam pół dzbanka herbaty. Postanowiłam dorobić jej więcej, żeby ich poczęstować. Mieszkanie wyglądało już lepiej, ale nadal byłam skrępowana, że nie jest posprzątane, i przeprosiłam gości za nieład. 

    Nie mam stuprocentowej pewności czy sen przygotowywał mnie na późniejsze wydarzenia, ale czuję, że tak. 

    Niecały miesiąc później zmarł mój młodszy brat. Nikt nie był na to gotowy. Zostawił po sobie bałagan na wielu poziomach i przez przedłużającą się chorobę również w finansach. 

    Pieniędzy wystarczyło tylko na pogrzeb. Rodziny, która licznie zjechała, aby pożegnać mojego brata, nie można było należycie ugościć. Bratowa została niemal bez grosza z trójką dzieci. Nikt nie śmiałby wymagać od niej organizowania stypy. 

    Ja nie mam wiele, ale nigdy nie brakuje mi na nic, czego naprawdę potrzebuję. Mam w sobie ufność, że w tej dziedzinie jestem bezpieczna. 

    Postanowiłam, że moją firmę zamienimy tego dnia w restaurację. Co prawda nie jest przygotowana na tego rodzaju spotkania, ale zrobiłam wszystko, żeby każdy miał miejsce. Kupiłam talerze i obrusy. Znajomy właściciel baru przygotował dla mnie gar ziemniaków, misy surówek i kotlety z kurczaka wielkości talerza z olbrzymią zniżką. Ojciec przyniósł ciasto. 

    A herbatę… herbatę w mojej firmie zawsze można dorobić. 

  • 60. Pigmejka – sen o tym, że poleżę sobie pod kołdrą. 

    18/19.01.2026 

    Byłam w pracy z dziećmi, ale nie byłam w mojej firmie. To było jakieś inne miejsce. Kąpałam się w wannie, a później przeszłam do łóżka. Leżałam pod kołdrą i chowałam się przed wszystkimi. 

    Przyszedł jakiś mężczyzna, włożył rękę pod kołdrę i objął mnie w pasie. Mówił, że jestem dla niego idealna, ale ja nie chciałam być „dla niego”. Przyszły dziewczynki, z którymi pracuję i mężczyzna musiał odpuścić. Kiedy mnie dotykał, nie czułam się w niebezpieczeństwie. To nie było nachalne, było to czułe. Ale nie było odpowiedzi z mojej strony. 

    Mężczyzna zniknął. 

    Za chwilę pojawił się kolejny. Sympatyczny pracownik sklepu. Rozmawialiśmy. Mówił, że potrzebuje właśnie takiej kobiety jak ja. To był dobry, ciepły człowiek, ale bardzo młody. Nie chciałam być z nim, chociaż poczułam do niego dużą sympatię. Ta młodość właśnie nie była dla mnie zaletą. 

    Byliśmy w tym samym pomieszczeniu, ale chyba w basenie. Zawołałam moją najmłodszą kotkę. Przybiegła, weszła do wody i przypłynęła do nas. (W realu kotka często wchodzi do wanny i lubi wodę.) Mężczyzna był bardzo zdziwiony, że kot pływa. 

    Znalazłam się w domu mojej teściowej. Na balkonie miała zamontowaną „siatkę” zrobioną z firanki. Była to bariera, jak dla kota, tworząca rodzaj klatki. Zobaczyłam tam maleńkie, kilkucentymetrowe małpeczki. Wyglądały jak pigmejki. Zdziwiło mnie to bardzo. 

    Zapytałam, skąd te zwierzątka. Teściowa powiedziała, że są własnością sąsiadki. Ona tylko opiekuje się nimi pod jej nieobecność. Zauważyłam, że maleństwa uciekają przez szpary. „Siatka” była niechlujnie, punktowo zamontowana na taśmę „nano”. Zapytałam, czy ma jeszcze taką taśmę, bo powinna być przyklejona na całej długości. Powiedziała, że znajdzie. 

    Kiedy zaganiałam małpki z powrotem, zaprzyjaźniłam się z jedną z nich. Pokazywałam jej zabawki, dawałam do spróbowania różnego rodzaju jedzenie, jakbym uczyła ją nowych smaków. Trzymałam ją w kieszeni koszuli na wysokości piersi. Włożyłam tam kawałek bułki, żeby mogła sobie podgryzać, jak zgłodnieje. 

    Miałam wyjść do miasta i zastanawiałam się, czy to na pewno bezpieczne wynieść ją tak bez zabezpieczenia. Bałam się, że jeśli wyjdzie z kieszeni, może ją spotkać coś złego. 

    Wracają jak bumerang w mojej podświadomości sprawy relacyjne. Tym razem sen wziął na tapet moją zdolność mówienia „NIE”. 

    Kiedy byłam młoda, mężczyzna, który mnie „chciał”, uchodził z automatu za księcia z bajki. Wiadomo, jak się to skończyło. Nie będę pisać o tym po raz kolejny. Skupię się na sobie z czasu, w którym śniłam ten sen. 

    Nie wiem, czy sen rozprawiał się z rzeczywistością, czy wdrażał ćwiczenia na przyszłość. 😉 

    Przez kilka miesięcy 2025 roku zdawało mi się, że przyjaźnię się z mężczyzną. Był ode mnie dwanaście lat młodszy. Spotykaliśmy się często. Łączyły nas wspólne zainteresowania. Jest przyrodnikiem i ekologiem. Przynosił zwykle ze sobą dary natury, którymi zapełniłam kuchenne szafki po brzegi. Ja odwdzięczałam się sztuką. 

    Bardzo lubiłam rozmowy z nim i wspólne wycieczki, ale nie byłam zainteresowana niczym więcej. Był dla mnie zwyczajnie… za młody. Kiedy wyobrażałam sobie siebie w przyszłości jako sześćdziesięcioletnią kobietę z czterdziestoośmioletnim mężczyzną u boku, coś kazało mi powiedzieć stanowcze NIE! 

    Niestety tej przyjaźni nie udało się ocalić. A szkoda, bo była dla mnie niezwykle cenna. 

    A ten drugi mężczyzna? Czyżby to Darek? Tego nie wiem. 

    Wiem jedno. Urodziło się we mnie coś nowego. Coś, co sprawiło, że wolę iść przez życie sama, niż z mężczyzną, który nie daje mi tyle, ile potrzebuję. 

    Poukładałam sobie życie i czuję się w nim naprawdę bezpiecznie. To moja kołdra. Otulam się moją pracą, cudownymi relacjami, moimi zwierzętami i kontaktem z naturą. Mam swoje codzienne, kojące rytuały i aktywności, które są dla mnie ważne. Odzyskałam siebie i chcę się sobą nacieszyć, ucząc się jednocześnie, jak może smakować życie. Życie w wolności, którego dotąd nie zaznałam. 

    Relacja zaczeka. 

    Na razie mówię: NIE! 

  • 59. Dąb – sen o tym co ze mną zostaje. 

    17/18.01.2026 

    Byłam w domu, w kuchni, z której mam widok na dąb, duży i potężny. W realu są to dwa rosnące blisko siebie, niemal połączone dęby, wyglądające jak jedno bardzo duże drzewo. 

    Widziałam, jak jacyś ludzie usuwają z niego suche pnącza, oczyszczają je. Porządkowali również podwórze. To było sprzątanie, którego nie robi się na co dzień, takie „odświętne”. 

    Na podwórku była moja koleżanka z pierwszej pracy. Zaprosiłam ją do siebie. Weszła przez okno. Byłam bardzo zdziwiona, bo to trzecie piętro. Powiedziała mi, że stała na szczudłach, więc nie było problemu. 

    Przywitała się z moim synem, jakby był dziewczyną. Chyba nawet nazwała go Zuzią. Był skonsternowany, ale machnął na to ręką. 

    Poczęstowałam ją kawałkiem tortu, sama też jadłam. Miałam też na talerzu dwa ciastka, które przyniosła koleżanka, ale nie chciałam ich jeść. Wyglądały dziwnie: sztucznie różowe serce i jakiś inny kształt otoczony masą cukrową. Wyglądały nieco „plastikowo”. Ona też ich nie zjadła. 

    Zobaczyłam przez okno zbliżające się, jakby leciały przyczepione do helikoptera (ale żadnego helikoptera nie było – leciały same), połączone ze sobą mosiężne lub miedziane łańcuchy. Było ich kilka. Każdy zakończony głową smoka, a może był to cały smok? Przepiękne, bardzo estetycznie wykonane. 

    Zbiegłam na podwórko, żeby je lepiej zobaczyć. Miały być ozdobą mojej kamienicy. Stałam z innymi sąsiadami i komentowałam przygotowania do święta, które lada dzień miało nadejść. Mówiliśmy, że nasza kamienica będzie najpiękniejsza. 

    Zdziwiło mnie, kiedy zamontowane smoki okazały się krótkim, grubym łańcuchem z małą główką smoka na końcu. Pomyślałam, że to fatalnie, że zamontowano je właśnie nad moim oknem, w dodatku blisko metalowej rurki. Na pewno podczas wiatru będzie to zestawienie strasznie hałasować. 

    Popatrzyliśmy na ściany budynku. Były porośnięte kępkami roślin. Zdziwiło nas, że nie zostały usunięte, kiedy porządkowano drzewo i okolice. Pomyślałam, że trzeba złożyć reklamację i wezwać pracowników tej firmy jeszcze raz. 

    Sąsiadka zwróciła moją uwagę na dąb. Miał bardzo szeroki pień. Pokazała mi, że są tam zamontowane drzwi i wszyscy z kamienicy trzymają wewnątrz drzewa rowery. Nie wiedziałam o tym wcześniej. Pomyślałam, że zaprowadzę tam i mój rower. 

    Wróciłam na górę. Był tam mój były mąż. Znowu tu mieszkał. Nie cieszyłam się na jego widok, jakbym wiedziała, że nie powinno go tu być. 

    Przyszła jego koleżanka z pracy, a później kolega, który powiedział coś (nie pamiętam dokładnie co), co pokazało, że mój mąż ma przede mną tajemnice. Chodziło o coś, czym zajmuje się w pracy. 

    Pomyślałam, że to wystarczy, żeby się rozstać, bo to jak podwójne życie. Tylko że on nie chciał odejść i w jakiś sposób mi zagrażał. 

    Zbiegłam na dół bardzo obszerną klatką schodową. Schody przylegały do ścian po bokach, a piętra były przestronne jak w jakiejś instytucji w stylu secesyjnym. 

    Kiedy byłam na dole, zdałam sobie sprawę, że się nie przygotowałam. Nie mam kluczy ani pieniędzy. 

    Na dole stało ksero, które działało zdalnie. Nagle włączyło się i wypluwało z siebie kartki. Widziałam, że to on coś drukuje. Wystraszyłam się, że to pozew rozwodowy i że będzie w sprawie rozstania o krok przede mną. 

    Okazały się to być jakieś bzdetne karteluszki traktujące o miłości z romantycznymi rysunkami. 

    Wchodziłam z powrotem na górę po tych samych schodach. 

    Postanowiłam, że muszę się jednak skonfrontować z byłym mężem i pozbyć się go na dobre. 

    Moja psychika w tym śnie zajmuje się generalnym sprzątaniem w relacjach 😉 

    Bardzo lubię, część mojej lokalnej społeczności, więc zostają ze mną. Mam przyjaciółki i koleżanki z którymi naprawdę lubię spędzać czas. Są to spotkania niezwykle karmiące. Stosunkowo niedawno odkryłam jak wielką mają wartość. Odrzucam natomiast powierzchowne kontakty lub ograniczam do sfery zawodowej. Small talki mnie zwyczajnie męczą. Kobiety zostają🤗. 

    Moje drzewa… moje dęby dają mi więcej dobra niż można by oczekiwać. To nie jest piękny element krajobrazu. Dla mnie to niemal istota, z którą można wejść w relację. Jest domem dla ptaków i owadów, dla mnie jest emocjonalnym ukojeniem. Sposobem na regulację emocji, odzyskanie spokoju nawet w bardzo trudnych chwilach. To źródło, z którego codziennie czerpię. Daje mi moc wynikającą z zakorzenienia. Dęby są… i niech tak zostanie. 

    Mężczyźni… Darek długo będzie jeszcze we mnie dzwonił, ale relacja ta została właśnie odarta z iluzji. Projektowałam na tego człowieka o wiele, za wiele. Niepotrzebnie. Wystarczająco jest przecież kiedy jest zwyczajnie. 

    Były mąż… tutaj moja podświadomość jest niezwykle klarowna – musi zniknąć. 

    Trzeba zrobić miejsce na nowe. 

  • 58. Tort – sen o pełni. 

    3/4.01.2026 

    Zobaczyłam olbrzymie torty. Chyba dwa, ale teraz nie jestem pewna, może jeden. Były zawieszone w powietrzu. Lewitowały w chmurach. 

    Chciałam mieć taki tort. Trochę zrobiło mi się przykro, że jest daleko, a po chwili usłyszałam: 

    TO TY. 

    I przyszło olśnienie. Faktycznie. Przecież to ja. Ja jestem tortem i silne przeświadczenie, że tak jest w istocie. Że jestem tym tortem. 😉 

    Tego nie wypowiedziała żadna osoba ze snu. Byłam tam sama. 

    Później śniło mi się coś jeszcze, ale to już nie było istotne. 

    No cóż… ja się ze snami nie zamierzam spierać😍 

    Jestem TORTEM… i tyle.  

    P.s. Gorąco pozdrawiam mojego ulubionego Szamana😎 

  • 57. Okno – sen z widokiem na nową relację. 

    2/3.01.2026 

    W moim domu trwał remont. Sama wykonywałam większość prac. 

    Byłam na klatce schodowej, wchodziłam z kimś na górę. Usłyszałyśmy kaszel wsteczny psa. Osoba, z którą szłam, powiedziała, że to na pewno moja suczka i że jest już stara. To jednak nie był mój pies. To był pies sąsiadów (w realu nie utrzymujemy kontaktów). Byli bardzo zmartwieni, myśleli, że psu coś dolega. Uspokoiłam ich i pokazałam im technikę, która pozwala zakończyć taki „kaszel”. 

    Sąsiad (w realu nie odpowiada nawet na dzień dobry) wyciągnął w moim kierunku paczkę chipsów. Chciałam wziąć ją do ręki, poczęstować się i oddać paczkę, ale mi ją wyszarpał. Nie chciał jej wypuścić z rąk. Podziękowałam. I tak nie chciałam chipsów. 

    Nagle zmieniłam kierunek i poszłam z nimi na zewnątrz. Szliśmy osiedlem, było tam dużo dziesięciopiętrowych bloków z płyty. Było już widać moje mieszkanie, usytuowane na siódmym lub ósmym piętrze jednego z bloków. Mój partner kładł zaprawę wokół świeżo zamontowanego okna. Trochę mnie zdziwiło, że chce i potrafi. 

    Żeby dojść do mojego mieszkania, musiałam przejść duży rów lub niewielką rzeczkę. Zwykle wybierałam drogę „pod spodem” nasypu, po którym szliśmy, przez tunel albo rurę. Miałam ze sobą torbę lub plecak, więc nie było szans, że się zmieszczę. Pożegnałam się z towarzyszami i poszłam dłuższą drogą. 

    Przeszłam przez nasyp i znalazłam się na asfaltowej drodze. Szłam po niej, chociaż chodnik był po drugiej stronie, wystarczyło przejść. Weszłam do jakiegoś budynku, nie wiem po co, ale to był rodzaj przystanku w drodze. 

    Tam podszedł do mnie mężczyzna. Był mną bardzo zainteresowany. Wyśmiałam go wręcz, bo różnica wieku była znacząca. On był bardzo młody. Powiedział, że mój wygląd wprowadza w błąd, i poszedł sobie. 

    Przyszła kobieta i przekazała mi klucz od mojego partnera. Mieszkanie było świeżo wynajęte i nie miałam do niego kluczy. Poza kluczem otrzymałam kilka plastikowych zawieszek. Zastanawiałam się, po co ich tyle do jednego klucza, ale przyjęłam je. 

    Idąc, zastanawiałam się, dlaczego tylko jeden klucz. Potrzebuję jeszcze klucza do drzwi klatki schodowej. Mój partner zobaczył mnie chyba z góry, bo drzwi się otworzyły. 

    Mieszkanie było bardzo stare. Takie trochę zabytkowe, w stylu starej kamienicy. Okno, które wstawiliśmy, też było w starym stylu, ale „nowe”, białe, drewniane, duże i solidne. Poza nami mieszkała tam starsza pani, właścicielka. 

    Zobaczyłam dużą donicę z geranium. Teraz nie ma już takich kwiatów, były „modne” dziesiątki lat temu. Chciałam poczuć zapach. Zerwałam kilka listków i roztarłam je w dłoniach. Nikły zapach. Jakby wypłowiały ze starości. Włożyłam liście do ust i żułam, też nie poczułam wiele. Byłam rozczarowana. 

    Weszłam do kuchni i zobaczyłam skrzydło niewielkiego ptaka, jasnobrązowe. Wisiało nad kuchnią, służyło za rodzaj miotełki. 

    Leżały tam dwie siekiery. Zawieszałam je na ścianie jak ozdoby. Były w pewien surowy sposób ładne. Powiesiłam je blisko kuchni, żeby nie trzeba ich było szukać kiedy zechcemy pociąć drewno do rozpalenia ognia pod kuchnią. 

    Kontynuowaliśmy remont. Kładliśmy zaprawę na ścianach i kominie, ale na zewnątrz. Nie był to już blok, ale duży dom. Ściany były solidne, ale zniszczone. Świeży tynk odwarstwiał poprzedni i powstawały „bąble”. Bałam się, że wszystko się odklei. Mówiłam, że ten stary tynk będzie trzeba najpierw usunąć, ale większość pracy była już wykonana, więc trzeba by pracować od nowa. Mój partner nie był zachwycony. 

    Byłam w domu. Karmiłam zwierzęta jakąś papką z kurczaka. Nie chciały jeść. W miskach było jeszcze poprzednie papkowate jedzenie. Nie były zainteresowane. 

    Na drzewach za oknem widziałam ptaki, takie jakie zwykle widzę w realu: gawrony i kawki. Normalny, codzienny widok. 

    Kiedy odzyskałam wewnętrzny spokój, coraz częściej myślałam o relacji. Nowej relacji z mężczyzną, z którym da się budować. 

    Ten sen pokazał mi, że jeszcze nie czas. Że mam jeszcze trochę do zrobienia. Kilka starych wzorców do przepracowania i zobaczenia tego w sobie co, głęboko ukryte.  

    Bo nie da się budować zdrowej relacji na niezdrowych fundamentach.  

    Dziś dotarłam już do źródeł moich przekonań i wiem, przed czym ten sen mnie ostrzegał. 

    Na szczęście go posłuchałam.

  • 56. Pozostać w kontakcie – sen o tym, że aby móc pomagać innym, trzeba najpierw odnaleźć siebie.

    31.12.2025/1.01.2026 

    Chyba zapisywałam mojego syna do szkoły. To była nowo powstała elitarna szkoła dla szczególnie uzdolnionych w jakiejś dziedzinie. Dzieci miały być później poddawane weryfikacji. Nie wiem, w jaki sposób. 

    To było jednocześnie uroczyste otwarcie szkoły. Poznałam tam dyrektora. Zainteresował się mną. Rozmawialiśmy chwilę, chyba lekko flirtował. Dał mojemu synowi prezent. Mały samolot, który latał jak dron. To był elegancki, ale nie „usztywniony”, przystojny mężczyzna w średnim wieku. 

    Przyszedł do naszego mieszkania. Mieszkanie było nieco inne niż w rzeczywistości. Trochę ciemniejsze ściany (w realu są białe), bez obrazów i ozdób, ale równie przestronne i wysokie. Zamiast balkonu miałam wyjście na całkiem spory „taras-ogród”, z pięknym drzewem, które nie tyle rosło w górę, ile płożyło się na wysokości około 1,5–2 metrów z grubymi, poskręcanymi, bardzo efektownymi konarami. Były tam też inne rośliny. Bardzo piękne miejsce. 

    Ogród oddzielony był niskim metalowym (raczej prowizorycznym) płotkiem i furtką, która nie była zamknięta. 

    Mężczyzna przyszedł ze swoją córką. Miała może 2–3 lata. Dałam im coś do picia. Mężczyzna pobrudził się tym, jego córka także. Zaproponowałam, że wypiorę brudne rzeczy. Zgodził się. Zabrałam jego koszulę i zaczęłam rozbierać dziewczynkę. 

    Zauważyłam, że jej body jest zabrudzone w kroku krwią zmieszaną z jakimś śluzem. Byłam pewna, że jest ofiarą przemocy seksualnej. Nie pokazałam po sobie, że się domyślam, że cokolwiek zauważyłam. 

    Poszłam podlewać kwiaty i spryskiwałam czymś konary tego pięknego drzewa w nadziei, że pojawi się ktoś z sąsiadów, kto mi pomoże. Był tam tylko ich syn (w realu to sąsiedzi z kamienicy obok. Ich syn odwiedza mnie w mojej firmie, a matka jest pedagogiem szkolnym). Zapytałam, czy mama jest w domu. Była, więc przez ogród weszłam do ich mieszkania. 

    Powiedziałam, o co podejrzewam mojego gościa, i poprosiłam, żeby wezwali policję, bo nie chcę tego robić ja, tak żeby nie sprawić, że ten człowiek domyśli się, że jest zagrożony, i ucieknie, zabierając dziecko. 

    Ten mężczyzna przyszedł jednak do sąsiadów, szukając mnie. Nikt nie dał po sobie poznać, że wiedzą. Oglądał mieszkanie i głośno porównywał je z moim. Tam na ścianach były tapety w piękne kwiaty, białe framugi drzwi, wszystko dopracowane i naprawdę ładne, na podłodze jasne panele. U mnie raczej loftowy, surowy styl i parkiet na podłodze, który wymaga remontu (faktycznie tak jest). 

    Mężczyzna chwalił mieszkanie i głośno uznał, że moje nie dorównuje temu sąsiadów. Trochę mnie to zawstydziło. 

    Wróciliśmy do mnie. Siedział w fotelu i już wiedział, że jest „więźniem”, że nie pozwolimy mu uciec. Wziął na ręce malutkiego kotka, głaskał go przez chwilę, po czym rzucił nim o ziemię. Podbiegłam, podniosłam kotka. Na szczęście nic mu się nie stało. 

    Przyszła sąsiadka i zabrała mnie niby na kawę. Wyszłyśmy z budynku. Wiedziałam, że ten człowiek nie opuści w tym czasie mieszkania. Nie mógł tego zrobić sam. Musiał zostać wypuszczony. 

    Zadzwonił telefon. Jakiś męski głos. To policjant. Powiedział, że już są w drodze i że podjadą w miejsce, w którym umówiła się z nimi sąsiadka. Zapytałam, gdzie. Wymienił nazwę małego parku lub zagajnika oddalonego od naszego domu o jakieś 10 minut drogi. 

    Byłam zła na sąsiadkę. Nie rozumiałam, dlaczego nie podała im po prostu adresu. Wiedziałam, że jak tylko oprawca opuści moje mieszkanie, po prostu ucieknie. 

    Chciałam zadzwonić na ten numer i to „odkręcić”. Sąsiadka zamieniła się w moją bliską przyjaciółkę (chrzestną mojego syna). Próbowałam wybrać numer do siebie (?), ale okazało się, że ma telefon starego typu i nie zapisuje ostatniej rozmowy, a każdy numer zawsze trzeba wybierać ręcznie. 

    Wracałyśmy do domu, a ja próbowałam skontaktować się po drodze z policją. 

    Dla mnie trudny sen, ale taki, który mogę już unieść.  

    Przyjaciółka opowiadała mi niedawno o swojej dziecięcej traumie związanej z przemocą. Jej doświadczeń nie opiszę, ale ta historia uruchomiła we mnie inne wspomnienie. 

    Kiedy zaczynałam moją pracę w szkole podstawowej, na mojej drodze stanęło dziecko – ofiara przemocy. To był ośmioletni chłopiec. Na przedramieniu zauważyłam brzydko gojący się strup, wyglądał jak po oparzeniu. Pytałam, jak się to stało. Chłopiec odpowiedział coś, ale wcale mnie to nie uspokoiło.  

    Zaprowadziłam go do pielęgniarki, powiedziałam, że idziemy po plaster, ale chciałam, żeby przyjrzała się tej ranie, bo intuicja podpowiadała mi, że to nie jest zwykłe oparzenie.  

    I nie było! 

    Na jego ciele było wiele śladów przemocy.  

    Na szczęście w szkole przypadki przemocy objęte są procedurą. Nie można działać w pojedynkę.  

    Na szczęście.  

    Bo wtedy bym poległa.  

    Pamiętam spokojny głos starszej i doświadczonej pielęgniarki, jej przerażoną twarz, która z tym głosem zupełnie nie współbrzmiała. Pamiętam, jak powiedziała:  

    “Przyda mi się maść z antybiotykiem, ale pożyczyłam pani pedagog”.  

    Biegłam korytarzem do pedagoga. Nie pamiętam tej drogi. Byłam jak robot, zupełnie odcięta od czucia, od siebie.  

    Kiedy zobaczyłam siniaki na plecach tego dziecka, wróciłam do własnego dzieciństwa. 

    Życie w przetrwaniu odbiera jasność myślenia, elastyczność, kreatywność i kontakt z własnymi emocjami.  

    Dlatego błogosławione niech będą procedury. 

    W zespole do spraw interwencji kryzysowej byłyśmy we cztery, a ja w tej bitwie pełniłam rolę “szeregowego”. Nie było mnie wtedy stać na więcej.  

    Teraz jest już inaczej.  

    Może przez lata doświadczeń, a może dzięki pracy nad sobą.  

    Teraz potrafię już zatrzymać się przy drugim człowieku, nie tracąc kontaktu ze sobą. 

    Bo tylko kiedy jesteś w kontakcie ze sobą, możesz być naprawdę w kontakcie z drugim człowiekiem.  

    A kiedy spotkasz człowieka w kryzysie, żeby mu pomóc, możesz zrobić tylko jedno – BYĆ PRZY NIM W PEŁNI.

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 54. Portal do innego świata – sen otwierający kolejny etap. 

    27/28.12.2025 

    Niewiele pamiętam, bo sen był długi. 

    Byłam w mieszkaniu mojej teściowej w innym mieście. Był tam mój były mąż, ale nie pamiętam go jako postaci. Wiem tylko, że był. Coś robił. Pamiętam jakieś kable, przyłącza, montowanie czegoś. 

    Był też inny mężczyzna. Ten był mi bliski. To nikt z realnego życia. 

    Mój były mąż wyjechał. To tak, jakby zostawił wolną przestrzeń. Zastanawiałam się, czy teraz powinniśmy spać w jednym łóżku z tym mężczyzną, czy może – z szacunku dla teściowej – spać w oddzielnych. Ale wtedy on spałby w pokoju razem z moją teściową. 

    Uznaliśmy, że jednak bardziej komfortowe dla niej będzie, jeśli będziemy spać razem. Byłam tym ucieszona, a jednocześnie lekko zaniepokojona, a może raczej zmieszana, bo jeszcze nigdy nie spędziliśmy ze sobą nocy. On zdawał się wszystko rozumieć i niczego ode mnie nie oczekiwał. Po prostu był i przyjmował każdą moją decyzję ze spokojem. Wiedział też, że nie jest u siebie i nie ma prawa wyboru. 

    Byłam z koleżankami w sklepie, w którym wcześniej coś zamówiłam. Było to coś niezwiązanego ze sprzedawanym tam asortymentem. Zupełnie o tym zapomniałam. 

    Podeszła do mnie właścicielka sklepu i powiedziała, że niestety nie ma tego, co zamawiałam. Chciałam jej odpowiedzieć, że przyszłam właśnie dowiedzieć się o stan zamówienia, ale to nie była prawda. Zapomniałam o nim. 

    Miałam silne przeczucie, że ją okłamuję i żeby znaleźć „dowód”, że jednak pamiętałam, odsłoniłam nadgarstek lewej ręki. Chciałam pokazać jej, że zapisałam sobie, żeby o zamówieniu nie zapomnieć. Wiedziałam, że mam tam narysowanego kota w stylu dziecięcego, naklejanego tatuażu, a zapis miał niby znajdować się poniżej. Nie udało mi się jednak podciągnąć rękawa. 

    Ze zdziwieniem zauważyłam, że to nie był narysowany kot, tylko wąż. Króciutki, z dużą głową, w zabawnym, dziecięcym stylu. Zielony, w pastelowym odcieniu. 

    Wyszłam ze sklepu i przyjrzałam się ręce. Na wewnętrznej stronie przedramienia nie było już zabawnego tatuażu, tylko ekran. Nie był zamontowany ani szklany – wyglądał, jakby był częścią skóry, ale obraz był bardzo wyraźny. 

    Zobaczyłam na nim grupę mężczyzn leżących na czymś rozłożonym na asfalcie. Klęczeli z twarzami przy ziemi. Byli aresztowani, ale wygłupiali się. W takt muzyki unosili do góry biodra i machali rytmicznie tyłkami, w skoordynowany sposób. Zachowywali się tak, jakby byli rebeliantami. 

    Nagle pojawiłam się obok nich, byłam w środku tego chaosu. To działo się w nocy, na ulicach jakiegoś dużego miasta. Na pewno nie w Polsce, a nawet nie na tej planecie. To był zupełnie inny świat. 

    Obok mnie bardzo wolno przejechał duży, opancerzony samochód, chyba policyjny albo wojskowy. Wokół niego byli przywiązani inni mężczyźni. 

    Porządku pilnował mały słonik. Był bardzo nieporadny, ale widziałam, jak bardzo się stara. Miał głowę i krótką trąbkę osłonięte żelazną zbroją zakończoną krótkimi, tępymi kolcami. Uwijał się szybciutko na swoich krótkich nóżkach, popychał tych mężczyzn i jakby zaganiał ich, żeby szli równo. 

    Pomyślałam z olbrzymią czułością, że ten dzielny, malutki słonik powinien być jeszcze ze swoją mamą. 

    Tu by się pewnie mój szaman rozgadał 😉 

    Ja widzę to tak: ten sen przygotowywał mnie na nowy etap. Możliwe, że na nową jakość relacji, a w każdym razie na zupełnie inny rodzaj męskiej energii.  

    Drugą część snu chcę jeszcze przemilczeć. Powiem tylko, że portal na mojej ręce otworzył mi możliwość otwarcia drzwi do korytarza, na końcu którego, w ostatnim pokoju mojej szkoły, zakręcony w słoju czekał smutny finał, a jednocześnie początek tej historii.  

    Sen pokazał mi, że będę uzbrojona, będę miała siłę.  

    Może będę zagubiona, może trochę nieporadna, ale wszystko, co najważniejsze, ustawię w równym szeregu.  

    Uporządkuję moje życie i relacje.  

    Ale o tym… innym razem.

  • 53. Czekając na zielone – sen o tym, czego nie muszę już nosić. 

    25.12.2025 

    (popołudniowa drzemka) 

    Sen był dłuższy, ale pamiętam końcówkę. 

    Miałam jechać pociągiem do innego miasta wojewódzkiego, niecałą godzinę. Zabrałam ze sobą dużego psa na smyczy i ogromne akwarium. Miałam też torbę i niewielką torebkę. 

    Jechałam z dziewczynkami z mojej firmy (najstarsze 17–18-letnie, moje dzieci, wolontariuszki, towarzyszki, przyjaciółki), nie wiem, czy zwiedzać, czy może na koncert. 

    Byłyśmy w przedziale, który wyglądał jak niewielkie mieszkanie. Składał się z co najmniej dwóch pokoi. Zajmowałam z dziewczynkami duży pokój. Był oświetlony, ale bez okien. Pies leżał na podłodze. 

    Wielkie akwarium postawiłam na podłodze, na środku pokoju. Dziewczynki uzupełniły je wodą. Woda była czysta, przejrzysta. Na dole pływały nieduże srebrne rybki. 

    Powiedziałam dziewczynkom, że bez sensu targałam to wielkie akwarium. Wyjechałyśmy przecież na jeden dzień i rybki mogły spokojnie zostać w domu. 

    Pies chciał się napić wody. Podnosiłam go (a był naprawdę duży), żeby mógł napić się z akwarium. To było bardzo niewygodne, ale udało się w końcu. Pies się napił. 

    Zwróciłam uwagę na to, co działo się w drugim pokoju. Przez otwarte drzwi zauważyłam (chyba) mojego byłego męża. Stał tyłem. Był tam też jakiś inny mężczyzna (nie było go widać), który pomagał mu się ubrać. 

    Było coś nie tak z jego ubraniem. Możliwe, że je prali, bo założył na siebie mokry podkoszulek bez rękawów, a na to koszulę, również mokrą. Podkoszulek był ciemny i prześwitywał przez jasną, mokrą koszulę. 

    Mężczyzna tłumaczył mu, że kiedy zrobi się coś niedobrego, trzeba przeprosić. Pytał czy przeprosił (chodziło o mnie). Mój były mąż próbował sobie przypomnieć, czy była taka sytuacja, kiedy naprawdę przepraszał. 

    Nie doczekałam do końca ich konwersacji. Znudziła mnie, bo wiedziałam, że nie miał w zwyczaju przepraszać i nie chciało mi się tego słuchać. 

    Pomyślałam, że czas zbierać się do wyjścia. Miałam to przeklęte akwarium do zabrania. Trzeba było wylać z niego wodę przed wyjściem. 

    Z zaskoczeniem zauważyłam, że dziewczynki już to zrobiły i wyszły dawno na zewnątrz. Czekały przy wyjściu. 

    W przedziale zostały jakieś mokre drobiazgi dziewczynek (gumka frotka do włosów i coś zrobionego na szydełku). Zebrałam je i schowałam do torebki. 

    Pomyślałam, że akwarium muszę oddać do jakiejś przechowalni. Nie będę z tym przecież chodzić po mieście. 

    Przez chwilę pomyślałam, że powinnam zajrzeć do pokoju obok i powiedzieć mojemu byłemu mężowi, że dojeżdżamy. Po namyśle uznałam, że nie będę go o niczym informować. 

    Zabrałam psa, akwarium i torby, i dołączyłam do dziewczynek. 

    Bałam się trochę, że nie zdążymy wysiąść, ale dziewczynki mnie uspokajały, że wszystko jest w porządku. 

    Na zewnątrz przedziału, w korytarzu prowadzącym do wyjścia z pociągu, były okna. Widziałam jakieś budynki. Pociąg stał i na coś czekał. Jakby na zielone światło. Zaraz miał ruszać. 

    Zauważyłam, że akwarium w moich snach mówi o emocjach. Wcześniej pojawiały się w nich ogromne lub zaniedbane akwaria. Śniłam też kiedyś o stworzeniach, najczęściej żabkach, które były zapomniane i pojawiały się nagle, a mi było bardzo przykro, że zostały na bardzo długo bez opieki i musiały radzić sobie same, żeby przetrwać. 

    Ten sen był inny. Akwarium zaledwie przenośne, zadbane i czyste. 

    Dziewczynki ze snu w realu są moją rodziną. Nie rodziną pochodzenia, ale taką, którą stworzyłam w mojej firmie. Zdarza się, że naprawdę wyjeżdżamy na krótkie wycieczki i zawsze jest to piękny czas. Ta rodzina daje mi poczucie bezpieczeństwa, przynależności, emanuje spokojem i radością. Jesteśmy dla siebie ważne. Część z nich wyruszyła już w świat, studiują w odległych miastach, ale kiedy wracają choć na chwilę, zawsze znajdą czas na wspólną kawę. 

    Dlatego jestem silniejsza. 

    A były mąż… naprawdę nie zależy mi na przeprosinach. Wszystko, co z nim związane, mogę oddać do przechowalni, nie zamierzam tego ciągnąć za sobą. 

    Nie zapomnę oczywiście, bo wszystko, co mnie spotkało, ukształtowało mnie i sprawiło, że jestem, jaka jestem, ale nosić tego nie będę.