To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.
Kategoria: Sny i wizje
Sny i inne obrazy z pogranicza jawy i snu. To co przychodzi z nieświadomości i pomaga mi lepiej zrozumieć proces w którym jestem.
Znalazłam się na plaży w obcym kraju. Zobaczyłam ptaka i powiedziałem do kogoś, że to albatros. Ptak szedł po piasku.
Miałam dotrzeć w jakieś miejsce, ale w tym celu miałam popłynąć dokądś promem. Prom już odpłynął.
Miałam w tym śnie jakieś większe moce niż zwykle, jak agent specjalny lub jakiś mini superbohater, i miałam dotrzeć na miejsce z jakąś misją.
Pomiędzy miejscem, w którym byłam, a tym, gdzie miałam dotrzeć, była przewieszona metalowa lina i krzesło, ale zupełnie zwykłe, podobne do tego, jakie mam w domu, z przezroczystego plastiku.
Usiadłam na tym krześle i sunęłam nad wodą w kierunku celu. Krzesło było niestabilne, ale uwiesiłam się na nim tak sprytnie, że nie spadłam. Wiedziałam, co robię i byłam pewna, że pomimo komplikacji dotrę tam, gdzie trzeba.
Celem okazała się świątynia. Nie wiem jaka. W środku był mnich, rozmawiałam z nim o czymś.
Wyszłam na zewnątrz. Stał tam autokar z dziećmi. Byli wśród nich chłopcy z mojej firmy. Zapytali, czy mam karty i czy zagram z nimi w kanastę (nigdy w realu nie grałam z dziećmi w karty). Byli rozczarowani, że nie mam kart, bo chcieli zagrać jak zwykle.
Powiedziałam im, że to zupełnie inna sytuacja, że są tutaj na wycieczce i nie powinni robić tego, co zwykle, tylko zwiedzać nowe miejsca, że muszę już iść, ale jest mi bardzo miło, że mogłam ich spotkać.
Tego snu nie będę interpretować jak zwykle, bo wydarzenia, które bezpośrednio go poprzedzały, dotyczyły innej osoby i były dla mnie bardzo trudne, więc nie chcę wchodzić w szczegóły.
Ważniejsze było to, że sen pomógł mi przygotować się do spokojnej, konstruktywnej konfrontacji i opanowania sytuacji następnego dnia.
To było cudowne doświadczenie. Jakby sen nie próbował rozwiązać problemu za mnie, ale przypomniał mi, że potrafię sobie z nim poradzić.
Byłam w jakimś domu. Nie był moją własnością. Nie mam pewności, ale chyba nie byłam tam z własnej woli. Były tam również inne osoby. Sprzątałam na podwórzu. Niedawno położono grubą warstwę betonu przy schodach i na jakiejś platformie obok nich. Mój starszy brat wszedł niechcący w ten beton i ugrzązł po kolana. Kiedy próbował się wydostać, zsunął połowę betonu z podestu. Beton zwisał z jednej strony jak kawał grubej gąbki. Nie spadł i nie rozlał się, tylko częściowo spłynął i wygiął się w dół pod wpływem grawitacji.
Brat przejął się, że będzie musiał ponieść konsekwencje, bo zniszczył tę dziwną strukturę. Powiedziałam, żeby się tym w ogóle nie przejmował.
Była tam moja koleżanka (jest również znajomą Darka). Wsiadła do samochodu z dwoma mężczyznami. Wiedziałam, że sobie poradzi, choć to głównie oni byli zagrożeniem w tym domu. Nie była dla mnie miła. To znaczy zachowywała takie pozory, ale żegnając się ze mną, po zwykłych słowach pożegnania, powiedziała pod nosem do siebie zdanie, w którym stanowczo źle mi życzyła. Dotyczyło ono moich narządów rodnych, bo padło słowo „pochwa”. Nie pamiętam niestety pełnego zdania, które wypowiedziała.
Nie przejęłam się tym. Wróciłam do swojej pracy. Chciałam w tym domu kogoś ochronić (dzieci?). Ciekawe jest to, że nie wchodziłam do środka. Byłam stale na podwórzu.
Uczelnia. Wychodziłam z zajęć. Wiedziałam, że ON skończył swoje zajęcia jakieś dwa, trzy piętra wyżej. We śnie byliśmy chyba wcześniej parą, ale rozstaliśmy się, nie wiem czemu. Chciałam go tylko zobaczyć, bo spotykał się już z kimś innym, z moją koleżanką ze studiów. Ona poszła już dokądś, bo skończyłyśmy zajęcia wcześniej.
Wchodziłam na górę po schodach i usłyszałam kroki piętro wyżej oraz dźwięk otwieranej windy. Winda ruszyła w dół. Wiedziałam, że to ON. Zbiegłam na dół. Weszłam w korytarz na „moim” piętrze i zobaczyłam go. Szedł korytarzem. Miał ogoloną głowę. Bardzo mnie to zdziwiło. Uśmiechnął się na mój widok, ale tak trochę smutno. Odwzajemniłam uśmiech i wyszłam z budynku. Idąc, myślałam o jego uśmiechu i zastanawiałam się, skąd smutek w jego oczach. Myślałam, że jest szczęśliwy.
Szłam w stronę barów i jadłodajni. Dogonił mnie. Zapytał, czy możemy zacząć od nowa. Nie byłam pewna, ale powiedziałam, że musiałoby tym razem być zupełnie inaczej, że nie może być tak jak było. Patrzył mi długo w oczy, a potem przytulił mnie z wyraźną ulgą, jakby zeszło z niego napięcie, i pocałował mnie raczej czule niż namiętnie.
Poszliśmy w stronę jadłodajni. Restauracja/bar, do którego podeszliśmy, była usytuowana na powietrzu. Lada była lekko półokrągła. My byliśmy po wewnętrznej stronie tego „okręgu”. Stojąc w kolejce, rozmawialiśmy o tym, że super byłoby, gdyby wszystkie jadłodajnie na tym terenie ustawione były na planie dużego koła. Zastanawialiśmy się, czy to możliwe w tej przestrzeni.
Przed nami była rodzina Chińczyków. W ogóle knajpka była chyba chińska. Dwie kobiety przygotowywały posiłki, nakładając jedzenie na tace. Na blacie leżały już tace z jedzeniem. ON zamówił dla nas posiłek, ale kobiety nie zwróciły na to w ogóle uwagi. Dotknęłam wtedy jego ręki (trzymał ją cały czas na moim ramieniu) i powiedziałam, że musimy zaczekać, że kobiety nie przyjmą nowego zamówienia, dopóki tace są na blacie. Musimy czekać.
Powiedział zdziwiony, że o tym nie wiedział. Z uśmiechem stwierdziłam:
„Widzisz, ja też mogę cię czegoś nauczyć”.
Nad naszymi głowami zwisały jakieś kwiaty. Były białe, trochę takie pierzaste, zebrane w kiść. Chyba były to kwiaty kasztanowca.
Zauważyłam, że moje sny z czasu pełni i nowiu niosą dla mnie szczególne przesłania i nauczyłam się nie interpretować ich od razu, bo często ich znaczenie przychodzi z czasem i nigdy nie są w moim procesie mało istotnym zestawem obrazów.
Dziś wiem więcej niż w pierwszych dniach po tej pełni, ale opiszę to przy okazji kolejnych snów. Ten sen miał mnie przygotować na to, co dopiero zobaczę.
Po pierwsze pokazał mi, że to, w czym tkwi mój brat, nie jest monolitem. Jest czymś, co udaje fundament, ale pod naciskiem z lekkością się przesuwa. Pokazał też, że mój stosunek do tego, co mnie spotyka, nacechowany jest już spokojem i pewnością, ale chronię jeszcze coś, co jest w domu, do którego na razie nie jestem gotowa wejść.
To dobry sen. Lubię siebie taką wyważoną, nie pozwalam wciągać się w cudzy chaos, nie odpowiadam na agresję bez znaczenia i stawiam jasne granice, nie zamykając się na ludzi. Od jakiegoś czasu obserwuję siebie taką w rzeczywistości, a ostatnio przychodzi mi to zaskakująco naturalnie.
Co ciekawe, w śnie pojawił się Darek (byłam przekonana, że to on), ale ciało miał inne. Wyglądał jak ten mężczyzna, który w śnie, w którym uwolniłam Darka z piwnicy, w której sama go wcześniej zamknęłam, ściąga z twarzy maskę i staje się kimś innym. (https://wcieniukruka.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/)
A granica, którą postawiłam mu w śnie, brzmi jak niepostawione nigdy pytanie.
„Bo musiałoby tym razem być zupełnie inaczej”.
To znaczy… inaczej niż…?
Na to pytanie odpowiada sen, który przyśnił mi się tydzień później.
Byłam w niewielkim nowo otwartym sklepie, w którym sprzedawano między innymi filcowe torebkami, biżuterią, dodatki i koraliki z minerałów, w realu ten sklep nie istnieje, ale w tym miejscu był kiedyś podobny, w którym na prawdę kupowałam minerały do wyrobu biżuterii.
Byłam tam chyba z partnerem (w realu jestem sama), kupiłam czarny spękany agat, płaski owal.
Później wróciłam do tego sklepu sama, oglądałam rzeczy leżące na półkach, były tam filcowe broszki, dokładnie takie jakie ja kiedyś robiłam i pomyślałam, że nie ma sprawy, nie będę dochodzić praw autorskich, bo nie zajmuję się już rękodziełem, niech je sobie ta pani spokojnie tworzy.
W kurtce miałam plastikowe pudełko, w którym trzymałam kamienie, ten który kupiłam wcześniej i podobny agat, stary który zabrałam z domu. Chciałam koniecznie kupić turmalin, wiedziałam, że go potrzebuję, ale nie wiedziałam, jak wygląda. Kobieta zapytała czego szukam? Okazało się, że nie ma tego minerału, ale zamówi go dla mnie. Zapytała o kolor, powiedziałam, że chcę różowofioletowy, ale oczami wyobraźni widziałam też zieleń o tym jednak nie wspomniałam.
Odeszła na zaplecze i zamawiała kamienie przez telefon mówiąc płynnie po chińsku. Zdawało mi się, że znam tą kobietę i że kilka lat wcześniej prowadziła tu już sklep. Okazało się, że to nieprawda, to pierwszy sklep jaki prowadzi.
Minerały do odbioru miały być jutro.
Wyszłam ze sklepu, szłam ulicą. Spotkałam jakieś kobiety, poszłam z nimi.
Miałam ze sobą pudełko z minerałami w kieszeni kurtki i jakiś suplement w półlitrowym plastikowym słoiku w plecaku.
Trafiłyśmy do poradni leczenia uzależnień. Chodziłam tam kiedyś na terapię dla współuzależnionych. Teraz było zupełnie inaczej, pacjenci byli dziwni, chorzy psychicznie, zaburzeni lub wrogo do mnie nastawieni. Czułam, że to już nie jest to samo miejsce.
Weszłam z tymi kobietami na ich terapię. Terapeuta zaczął się nad sobą użalać, że jego największą traumą z dzieciństwa było to, że jego ukochana drużyna piłkarska w jakiś sposób go zawiodła, mówił o tym długo i z wielkimi emocjami, ale nie pamiętam co było źródłem zawodu.
Chciałam podzielić się suplementami z jedną z kobiet, ale terapeuta napadł na mnie, mówił, że tam są dodatki, których ona nie potrzebuje, mówił o kredzie lub talku i że ja też nie mogę tego brać. Zachowywał się okropnie. Wstałam i w emocjach powiedziałam, że szczeniak płaczący nad przegranym meczem nie będzie mi mówił co mam robić z życiem.
Wybiegłam stamtąd tak jak stałam. Wróciłam w okolicę mojego domu i sklepu, było już jutro, ale pomyślałam, że jest rano, więc nie będę jeszcze pytać o zamówienie, zaczekam do popołudnia.
Zauważyłam nieodebrane połączenie w telefonie. Oddzwoniłam, okazało się, że dzwonili z poradni, w której byłam. Oddzwaniając, połączyłam się z filią poradni i kobieta nie wiedziała czego dotyczyła sprawa, w której do mnie dzwoniono. Pomyślałam, że chodzi o pozostawione przeze mnie rzeczy. Zostawiłam tam wczoraj kurtkę i plecak. Postanowiłam, że wrócę tam i odbiorę swoje rzeczy, ale odciągałam się z tym.
Spotkałam kobietę ze sklepu i przypomniało mi się kim jest. Chodziłyśmy razem na zajęcia wokalne. Nie pamiętała mnie, przyłożyłam rękę do czoła, żeby pokazać jej jaką krótką grzywkę wtedy miałam, rozpoznała mnie natychmiast.
Szłyśmy razem ulicą. Zauważyłam, że w studzienkach kanalizacyjnych zamiast kratki wetknięte były dziecięce samochody (takie duże wywrotki do piaskownicy). Powiedziałam mojej towarzyszce, że tu musi mieszkać moja koleżanka z terapii, bo tylko ona mogła tak ozdobić ulicę przed domem.
Podeszłyśmy do niewielkiego muru, był mojego wzrostu. Wdrapałam się na górę, koleżanka nie dała rady, podałam jej rękę i przeciągnęłam ją na drugą stronę jednocześnie robiąc zdjęcia, bo uznałam, że to będą super ujęcia na których widać, jak ona przeskakuje. Taka dokumentacja fotograficzna przejścia. Zamiast koleżanki na drugiej stronie wylądował mój syn. Powiedziałam mu o zdjęciach i chciałam pokazać, jak wyszły.
Zdjęcia były na papierze, nie cyfrowe. Pokazywałam jedno po drugim i nie było tam mojego syna. Ze zdziwieniem zauważyłam, że jestem na nich ja przechodząca przez mur. Zastanawiałam się jak to możliwe, że przecież nie robiłam zdjęć sobie miałam przecież zajęte ręce. Mój syn był rozczarowany, że nie było tam jego wizerunku.
Dziś ten sen odczytuję wyjątkowo jasno.
Mam poczucie, że przeszłam już swoją drogę. Czuję, że jestem wolna od współuzależnienia. Czy rzeczywiście tak jest? Czas pokaże.
Mój syn wciąż jeszcze czasem wikła się w ratowanie swojej byłej dziewczyny, ale widzi coraz więcej i nie wiąże już z tą relacją swojej przyszłości.
Mam też koleżankę, której podaję rękę. Nie wiem jednak, czy uda jej się przejść na drugą stronę. Na razie przegrywa walkę o siebie.
I nie wynika to wyłącznie z jej słabości. To także jej decyzja.
Najbardziej poruszył mnie jednak ostatni obraz. W wielu moich snach pojawiał się już wcześniej motyw, aparatu lub telefonu, którym próbowałam zrobić zdjęcie. Nigdy wcześniej się to nie udało. Aż do teraz. Zrobiłam zdjęcia i to jakie… Byłam przekonana, że dokumentuję czyjąś drogę. Tymczasem na wszystkich zdjęciach zobaczyłam siebie.
Szłam z grupą przyjaciół (nie z realu) do mieszkania jakiegoś cudzoziemca, który miał zostać deportowany z naszego kraju bez żadnego powodu. Tylko dlatego, że nie był Polakiem. Mieliśmy podpisać petycję.
Zapukaliśmy do drzwi. Mężczyzna uchylił je tylko na chwilę i nie wpuścił nas od razu. Nie spodziewał się gości i był zaskoczony liczbą osób stojących za drzwiami, bo po drodze dołączyli do nas kolejni ludzie.
W końcu zaprosił nas do środka. Kiedy mnie zobaczył, poprosił, żebym przeszła z nim do innego pokoju. Nie rozumiałam, dlaczego, ale bez wahania weszłam.
Poprosił, żebym pokazała mu swoje rysunki. Miałam ze sobą gruby szkicownik. Nie czułam się przygotowana.
Rysunki przedstawiały koty. Wszystkie sprawiały wrażenie, jakby uciekały z zamknięcia. Miałam też wyciętego z papieru kota połączonego z prostym mechanizmem z rurki i nitki nawiniętej na małą szpulkę. Kiedy pociągało się za nitkę, kotek wystrzeliwał w powietrze.
Ku mojemu zaskoczeniu moje prace bardzo się spodobały. Miały promować trasę koncertową tego cudzoziemca, który podobno był znanym muzykiem.
Wyszłam z jego mieszkania.
Była noc. Szłam ulicą, kiedy z jednego z okien wychylił się mężczyzna i zawołał mnie po imieniu. Zastanawiałam się, skąd mnie zna. Pomyślałam, że to ktoś z przeszłości, ale nie zatrzymałam się.
Doszłam do domu, a właściwie do willi mojego chłopaka. I to naprawdę był chłopak. Spotykałam się z nastolatkiem!
To było dziwne, bo czułam, że to zupełnie bez sensu. Przecież to jeszcze dzieciak.
Był u niego mały, rozkoszny niedźwiadek.
Wracałam tego dnia do siebie z kimś jeszcze – z matką i siostrą? (ale nie z realu). Miałyśmy dwie godziny do odlotu samolotu.
Mój „chłopak” żegnał mnie w bardzo dziecięcy sposób. Pocałował mnie w usta, ale nie czułam w tym nic męskiego.
Wyruszyłyśmy w drogę. Byłyśmy już blisko lotniska, kiedy okazało się, że niedźwiadek zabrał się z nami.
Postanowiłam szybko z nim wrócić i oddać go chłopcu. Czułam, że mam dużo czasu, że zdążę.
Główne drzwi były zamknięte, więc przeszłam na tył budynku. Był tam mój „chłopak” i jego koledzy.
Pomyślałam, że w sumie fajnie, iż miś uciekł, bo będziemy mogli jeszcze raz się pożegnać.
Ale i to pożegnanie mnie rozczarowało.
Nie było w nim absolutnie niczego, co chciałam poczuć.
To jeden z tych snów, których na razie nie chcę zamykać jednoznaczną interpretacją. Mam wrażenie, że jeszcze dojrzewa.
Na dziś wydaje mi się, że jest rodzajem „sprawdzam” ze strony wszechświata. Czy wejdę w coś niedojrzałego? Czy zatrzymam się tylko dlatego, że zawoła mnie ktoś z przeszłości? Czy zawalczę o prawo do inności – może własnej, a może tej wyrażanej przez sztukę?
I jest jeszcze ten słodziak – mały miś. Nie zabieram go ze sobą. Odprowadzam go do właściciela, choć jest niedojrzały i pewnie lepiej bym się nim zaopiekowała. A jednak go oddaję. Po prostu dlatego, że nie jest mój.
Może właśnie o tym jest ten sen. O rozpoznawaniu tego, co piękne, co porusza, co budzi czułość, ale nie należy do mojej drogi.
Szłam polami z moim synem i może z kimś jeszcze. Zobaczyłam przepiękny widok: złociste zboże rosnące w dużej kępie, ozdobione makami i chabrami. Przepiękne na tle równie złocistego nieba, w cudownym świetle.
Chciałam zrobić zdjęcie, ale jak to zwykle bywa w moich snach – nie dało się. W moim aparacie nie było już pamięci.
Szliśmy dalej. Na polanie leżała olbrzymia, płaska donica, wysoka na około 30 cm i o średnicy około 3–4 metrów. Rosła w niej jakaś roślina, ale nie pamiętam jaka. Ziemia w donicy była przelana.
Wyjęłam całą zawartość i wyciskałam ją jak gąbkę. (To było niesamowite wrażenie, bo albo ja musiałam się do tej operacji powiększyć, albo donica zmalała).
Potem starannie ułożyłam z powrotem roślinę i ziemię wokół niej.
Szliśmy dalej.
Jakiś człowiek – nie wiem, czy właściciel terenu, czy po prostu mieszkaniec – powiedział, żebym uważała na pająki wyskakujące z norek znajdujących się na niewielkiej skarpie.
Zobaczyłam, jak z dziury w piasku wyskakuje pająk. Skoczył najpierw w prawo, potem w lewo, a dopiero wtedy na mnie, jakby musiał poruszać się według określonego wzoru.
Wystraszyłam się i strzepnęłam go z siebie.
Widziałam, jak inne pająki wyskakiwały z norek dokładnie w ten sam sposób.
Postanowiłam, że musimy stamtąd odejść.
W rzeczywistości ze wszystkich istot, boję się tylko pająków.
No cóż… poza pająkami boję się jeszcze czegoś.
Panicznie boję się, że mój syn powtórzy rodzinny wzorzec. W tamtym czasie przeżywał trudne chwile. Nie radził sobie po rozstaniu z dziewczyną i próbował regulować napięcie za pomocą alkoholu.
Widziałam, jak narasta we mnie lęk i nie czekałam. Byłam zdecydowana nie tylko chronić własne dziecko, ale także bronić własnych granic.
Byłam w budynku, którego przeznaczenie najbardziej przypominało akademik. Na najwyższym piętrze miałam swoje, a może wynajęte, mieszkanie albo lokal.
Za chwilę miałam prowadzić jakieś zajęcia, ale leżałam na leżaku przed budynkiem i udawałam, że śpię. Przyszła kobieta (która w rzeczywistości prowadzi zajęcia wokalne w tym samym budynku, w którym mieści się moja firma). „Pufałam” w taki bardzo specyficzny sposób. Kiedy kobieta już odeszła, uznając, że śpię, ze zdziwieniem zauważyłam, że nie mogę przestać „pufać”. (Pewnie naprawdę wydawałam takie dźwięki przez sen).
Wstałam, bo zbliżał się czas zajęć i poszłam na górę. Po drodze trafiłam do kawiarenki, w której spotkałam kobietę sporo starszą ode mnie. Rozmawiałyśmy o filmie wyświetlanym w kinie. Zastanawiałyśmy się, czy trafi do szerszego kinowego obiegu, czy będzie można go zobaczyć tylko w Kinie Konesera, do którego obie chodziłyśmy. (W rzeczywistości chodzę do Kina Konesera).
Przy stoliku obok siedział całkiem przystojny mężczyzna, jakiś wykładowca. Powiedział coś. Pomyślałam, że wtrącił się do naszej rozmowy, ale okazało się, że nie mówił do mnie. Trochę mnie to rozczarowało.
Poszłam na górę, ale zamiast prowadzić zajęcia, miałm opiekować się małym, około rocznym dzieckiem.
A w mieszkaniu zostawiłam malutkiego czarnego smoka wielkości kota.
Kiedy mnie nie było, smoczek trochę zniszczył przedpokój. Oderwał ze ściany kawałek okładziny wykonanej z jakiejś sztywnej tektury (?) i uciekł.
Wzięłam dziecko na ręce i wyszłam na poszukiwania zbiega.
Znalazłam go bardzo szybko. Brykał sobie po trawie nieopodal budynku.
Zawołałam go i natychmiast przybiegł. Gdy tylko stanął obok mnie, zaczął rosnąć. Był już wielkości labradora. Był przeuroczy. Taki radosny i ufnie kochający.
Weszliśmy do mieszkania.
Okazało się, że trwa jakieś studenckie święto i wszyscy ostro imprezują. Pod naszą nieobecność do mieszkania weszła grupa studentów. Uznali, że to świetne miejsce na imprezę. Palili marihuanę, a dym unosił się w powietrzu.
Kategorycznie kazałam im wyjść.
Nie chcieli, ale byłam zdecydowana i powołałam się na dobro dziecka, które nadal trzymałam na rękach.
Wyszli.
Spojrzałam na mojego smoka.
Był jeszcze większy. Teraz był wielkości tygrysa. Łasił się do mnie i skakał po mieszkaniu, po czym przybiegał po kolejną porcję czułości.
Pomyślałam, że nie możemy tam dłużej mieszkać, bo smok potrzebuje przestrzeni.
Musimy mieć dom pod miastem i dużo terenu, żeby mógł swobodnie się poruszać.
Wiedziałam, że będzie rósł.
Przecież to jeszcze mały smoczek.
Kocham ten sen całym sercem.
Nie jestem pewna co chce mi powiedzieć, może za jakiś czas wrócę tu i dopiszę kolejny komentarz. Bardzo bym tego chciała, a na razie…
Na własny użytek stworzyłam kiedyś prostą teorię. Według niej istnieją trzy typy mężczyzn: smoki, jaszczurki i podłe gadziny.
Podłym gadzinom nie poświęcę już w moim życiu ani minuty uwagi, opiszę pozostałe typy.
Mężczyzna Jaszczurka- piękny, inteligentny, wyjątkowo atrakcyjny. Oferujący w pakiecie pełen wachlarz emocji, olbrzymią intensywność, motyle i fajerwerki. Kiedy jednak spotyka się z codziennością, odpowiedzialnością, czymś trudnym lub wymagającym bez wahania, natychmiast i bez ostrzeżenia spieprza pod kamień.
Mężczyzna Smok- Smoki są inne. Nie są takie kolorowe, wydają się może trochę zimne na pierwszy rzut oka. Ale zimne są dla świata, bo wewnętrzny ogień zachowują dla swojej królowej. Nie błyszczą na pokaz. Nie potrzebują, bo są świadomi swojej mocy. Nie muszą jej nikomu udowadniać. Smok jest potężny, ale wobec swojej kobiety pozostaje czuły i delikatny. Wie co to odpowiedzialność, troska i szacunek. Kiedy wyobrażę sobie siebie mierzącą się z życiem, chcę mieć za sobą smoka. Takiego, który pozwala mi działać, ale stoi za mną i obserwuje. A kiedy cokolwiek mi zagrozi, nie zawaha się.
Byłam w moim mieszkaniu. Zauważyłam otwartą część okna. Była bardzo wąska. Moje okna są podzielone na pół, a to było podzielone niesymetrycznie. Podeszłam, żeby je zamknąć.
Na placu przed moją kamienicą trwał koncert muzyki poważnej. Czasem nasi filharmonicy koncertują w mieście. Zdarzył się już koncert przy mojej fontannie. To piękny plac z okazałymi lipami i kasztanami, które widzę z góry i najpiękniejszą fontanną w mieście.
Wyjrzałam przez okno, ale widok był przesunięty, jakbym znajdowała się dwie kamienice dalej. Trochę mnie to zdziwiło. Z tego miejsca nie widziałam orkiestry, tylko tłumy siedzących, zasłuchanych ludzi.
Zamknęłam okno (nigdy nie otwieram okien, zawsze tylko je uchylam ze względu na koty). Zaczęłam sprawdzać, czy wszystkie są w domu. Na szczęście były. Nagle spod koca, a może spod fotela, wyskoczył olbrzymi czarny kot. Był wielkości niewielkiej pantery i miał piękną, lśniącą sierść. Pobiegł za pozostałymi kotami.
W tym samym czasie przyszedł mój syn. Zapytałam, czy nie wie, co to za kot. Odpowiedział, że należy do jego znajomego i zostanie tylko na chwilę.
Weszłam do mojej domowej pracowni, choć był tam chyba również salon. Zauważyłam, że z sufitu po kablu jednego z żyrandoli (nie mam takiego, mam tylko jedną lampę na środku) kapie woda. Kabel był czarny i plastikowy.
Podeszłam do okna. Ono również nie było moje. Było ogromne, przesuwne, zajmowało całą ścianę i miało firanki (ja ich nie mam). Firanki zostały przytrzaśnięte oknem. Próbowałam je poprawić, ale trochę przeszkadzał mi wiatr.
Za oknem była plaża. Przechadzali się po niej ludzie. Mogłam wyjść z domu bezpośrednio na piasek.
Kiedy zamykałam okno, za moimi plecami stanął chłopiec. Blondyn z uroczymi lokami. Miał może osiem–dziesięć lat. Nic nie mówił. Zapytałam syna, kto to jest. Odpowiedział, że to kolega mojego młodszego brata (mój brat nie żyje od dwóch miesięcy).
Z żyrandola już nie kapała, lecz lała się woda. Była krystalicznie czysta.
Postanowiłam, że rozbierzemy sufit i sprawdzimy, gdzie znajduje się źródło problemu.
Zrobiliśmy (nie wiem jak, tego nie pamiętam) otwór wielkości około metra i zobaczyłam podłogę sąsiadki, która mieszka nade mną. Była tam ogromna dziura. Wyglądała jak wyrwa, spod której było widać pokruszone cegły.
Padał deszcz, ale jednocześnie zza chmur przebijało słońce.
Odwróciłam się do syna i zapytałam, czy padało, kiedy wracał do domu, bo z okien nie widziałam deszczu.
Niebo właśnie się rozjaśniało, a woda nie płynęła już tak silnym strumieniem. Wciąż była krystalicznie czysta.
Pomyślałam, że powinnam zrobić zdjęcia dla zarządcy i ubezpieczyciela, ale nie zrobiłam ani jednego.
Przez chwilę miałam poczucie, że to z mojej strony zaniedbanie, jednak nadal nie sięgnęłam po telefon.
Dziwne było to, że nie chciałam robić nic. Pomyślałam, że to natura, a nie pęknięta rura. Deszczu nie zatrzymam, zakręcając kurek.
Byłam dziwnie spokojna, choć wszędzie była woda.
Usłyszałam kroki sąsiadki z góry i chciałam ją powiadomić o tym, co się stało.
Biegłam przez mój przedpokój i biegłam, i biegłam.
Krzyknęłam do syna:
— To mieszkanie jest strasznie długie!
Potwierdził.
Nie zdążyłam.
Sąsiadka musiała już wejść do swojego mieszkania, bo usłyszałam tylko:
— O. Kurwa!
Spotkanie z Darkiem powtórnie uchyliło we mnie „okno” do emocji.
Na początku wystraszyłam się, że odbierze mi to siłę, którą w sobie wypracowałam. Paradoksalnie jednak im piękniej grała we mnie muzyka, którą Darek uruchomił, tym większy spokój w sobie odnajdywałam.
Ten spokój nie wynikał z zaprzeczania, że nic do Darka nie czuję. Wręcz przeciwnie. Czułam, że kocham tego człowieka całym sercem, tęsknię i płaczę, i że wcale nie musi to prowadzić do żadnych decyzji.
Czułam, że mam pracę do wykonania i teraz jest ona dla mnie ważniejsza niż relacja. Wiedziałam, że muszę skupić się na sobie.
Zamknęłam więc okno i liczyłam koty, a moja moc nieoczekiwanie wyskoczyła spod koca. Aby tak się mogło stać potrzeba było niewiele. Wystarczył jeden przydługi uśmiech widziany przez szybę.
Dzięki tej mocy miałam siłę, żeby zobaczyć w przyszłości to, co głęboko ukryte.
Jeszcze nie wiedziałam, co to jest, ale sen bardzo wyraźnie powiedział mi, że to, co zobaczę, bardzo nieprzyjemnie mnie zaskoczy. I że nie uda mi się wcześniej przygotować na to co odkryję.
A na razie trzeba powiększyć otwór. Odnaleźć źródło.
Niewiele pamiętam z tego snu… Byłam z koleżanką. Namówiłam ją do czegoś głupiego. Wsiadłyśmy do jakiegoś środka lokomocji, ukrywając się pod podłogą. Było to coś pomiędzy żartem a przygodą i miało być zabawne. Okazało się, że kierowca lub kapitan (nie wiem, czym miałyśmy się przemieszczać) miał chyba podgląd miejsca, w którym się ukryłyśmy i znalazł nas. Ja jakimś cudem się wykręciłam, ale koleżanka miała zapłacić karę w wysokości 500 zł. To było bardzo dużo, nie miałyśmy takich pieniędzy. Zostałyśmy wyrzucone z tego środka lokomocji. Po drodze ukradłam jakieś papiery. Miałam nadzieję, że to coś ważnego. Zmięłam je w kulkę i wrzuciłam do wody. To była rzeka lub jezioro. Siedziałam na pomoście z rękami zanurzonymi w wodzie, czekałam, aż kartki rozmiękną i myślałam, że to całkiem fajny kawał. Zachowywałam się jak dzieciak, taki mały łobuziak, ale byłam dorosła.
Scena druga
Za moim domem, przy sąsiedniej kamienicy, są działki. Robotnicy przekopywali wszystko jak leci.
Zależało im, żeby szybko skończyć pracę. To była firma wynajęta przez kogoś z miasta. Chciałam, żeby przerwali pracę. Chyba bałam się, że to miejsce nie będzie już takie jak dawniej.
Kiedy wycinali roślinność w kępie, która pozostała, zauważyłam duże ptaki (jakiś rodzaj grzebiących). To była para i młode. Robotnicy nie chcieli się zatrzymać. Chociaż tłumaczyłam im, że to okres lęgowy i muszą wrócić, kiedy młode opuszczą gniazdo, że teraz nie można ich niepokoić, uparli się. Zadzwonili do kogoś, kto powiedział im, że ptaki można złapać i gdzieś przenieść.
Nie chciałam ich oddać. Wiedziałam, że to jest ich miejsce.
Jeden z robotników wręczył mi duże plastikowe pudło z ptakami, a ja szukałam im tymczasowego miejsca, jakiejś woliery, w której byłoby im wygodnie do czasu zakończenia remontu.
Mój wewnętrzny remont przerwało pewne wydarzenie, które na chwilę rozchwiało mnie do tego stopnia, że zatrzymało we mnie wszystko.
To wydarzenie zadziałało na dwóch poziomach. Najpierw spowodowało we mnie chaos emocjonalny, który dzielnie wystałam, a później obudziło we mnie małego filutka, który, gdy nadarzy się okazja, nie ręczę, że nie zapłaci mandatu od życia… Chociaż… możliwe, że w porę się wycofa. 😉
Spotkałam Darka.
Jadłam z przyjaciółką śniadanie na mieście. Zwykle nasze śniadania przedłużają się do obiadu. Tak też było tym razem. Przyjaciółka zna szczegóły mojej skomplikowanej, duchowej, transformacyjnej relacji z Darkiem. Wie, jak wiele kosztowało mnie pożegnanie z nim i ni w ząb nie rozumiała, dlaczego musiałam to zrobić. Wiedziała też, jak wiele czasu zajęło mi dojście do siebie i uporanie się ze zwykłą ludzką tęsknotą.
Ja uważałam tę relację za definitywnie zakończoną, choć nie było dnia, w którym Darek zniknąłby z moich myśli. Uznałam, że tak po prostu jest, i przestałam z tym walczyć. Myśli przychodziły i odchodziły w swoim rytmie.
Kiedy rozmawiałyśmy, spojrzałam w okno. W tej samej chwili spojrzał w okno Darek, przechodzący ulicą. To było tak elektryzujące spotkanie. Najpierw zaskoczenie na naszych twarzach, a później promienny uśmiech po obu stronach.
Patrzyliśmy na siebie z taką… mogę mówić tylko za siebie… radością. Świat na chwilę się zatrzymał. Patrzyłam w te wypełnione radością oczy i… zapomniałam o oddechu. 😍
Trwało to może piętnaście sekund.
Odchodząc, machał i przez chwilę szedł bokiem, patrząc na mnie, jakby chciał jak najdłużej utrzymać kontakt wzrokowy.
Kiedy zniknął mi z oczu, odwróciłam się w stronę przyjaciółki. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i równie szerokim uśmiechem.
Po chwili odezwała się:
— Ale to w Tobie jeszcze siedzi.
Siedzi. 😋
Ale to nic.
Poczułam w sobie lekkość po tym pięknym spotkaniu. Poczułam się trochę jak dzieciak.
Do chwili, w której przyjaciółka powiedziała:
— Zadzwoń do niego. Ja bym zadzwoniła.
A ja nie zadzwonię.
Nie dlatego, że nie chcę.
Dlatego, że chcę w relacji czuć się na tyle bezpiecznie, żeby móc być jak dzieciak. Radosna i niepohamowana. Ale do tego potrzebuję SMOKA (wyjaśnię innym razem), a do SMOKA nie muszę dzwonić.
On sam to zrobi.
Zabezpieczyłam swoje pisklęta i, kiedy opanowałam emocje, wróciłam do mojego wewnętrznego remontu.
Szłam ulicą i zauważyłam duży sklep w stylu pasmanterii. Wiedziałam, że byłam kiedyś w środku i o coś pytałam albo może mój były mąż pytał o coś w moim imieniu. Pamiętam, że nie było tam wtedy interesującego mnie przedmiotu. Ze sklepu wyszła para. Nieśli w reklamówce sprzęty do profesjonalnego warsztatu krawieckiego. Były to specjalne druty do trzymania nici, montowane do stołu i inne tego typu ustrojstwa. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co kupili. Opowiadałam im, że w mojej maszynie złamał się taki bolec, na który nakłada się szpulkę nici. Mówiłam im, jak sobie radzę w tej sytuacji. Zaprosili mnie do domu. Podeszliśmy do ich maszyny do szycia i mężczyzna zaczął montować to, co kupili, my rozmawiałyśmy dalej. Zauważyłam, że mam identyczną maszynę do szycia. Na jej maszynie również przyklejone były naklejki z soku Kubuś, ale było ich mniej (mój syn, kiedy był mały, ozdabiał mój warsztat pracy). Okazało się też, że nosimy to samo imię. Byłam zafascynowana tym odkryciem. Pytałam o znak zodiaku, ale wymieniła wtedy inny z chińskiej astrologii, a ja nie mogłam sobie przypomnieć własnego.
Para była sąsiadami mojej teściowej, gościłam wtedy u niej. Zapytali, czy mogę ich zaprosić, bo mają pewien kłopot z moją teściową. Nie pamiętam, na czym polegał, ale uznałam za stosowne im pomóc. Sprawa, z którą przyszli, była istotna dla życia wspólnoty sąsiedzkiej. Chodziło o dostęp do czegoś ważnego. „Kluczem” do jej rozwiązania był klucz. Znalazłam pęk kluczy należący do teściowej. Był między nimi jeden różniący się od reszty — niewielki, zrobiony z korka (!?!). Mężczyzna powiedział, że nie trzeba go zabierać, wystarczy uszkodzić końcówkę.
Wróciła teściowa, trochę zdziwiona, że przyjęłam gości, ale nie robiła mi z tego powodu wyrzutów. Zauważyłam jednak, że miejsce, w którym siedziała dziewczyna, było zanieczyszczone. Była tam psia kupa. Zaczęłam sprzątać. Kiedy się rozejrzałam, zauważyłam, że kup było więcej. Sprzątałam więc. Na środku pokoju leżała moja walizka. Przyjechałam do teściowej z synem. Pomagał mi sprzątać, ale później wyszedł spotkać się z kolegami (bałam się, że to nieodpowiednie towarzystwo, czułam, że tam, gdzie idzie mogą pojawić się narkotyki). Powiedziałam mu, że wyjeżdżam i jeśli chce, może wracać ze mną, ale jeśli chce zostać, ja i tak wyjadę. Chyba tak zrobiłam…
Byłam u siebie. Córka mojej koleżanki, 16-letnia dziewczyna, pomagała mi się rozpakować. Wybierałam dla niej ubrania. Oddałam jej mój czarny płaszcz, trochę żałowałam, ale chętnie go przyjęła, więc postanowiłam, że kupię płaszcz w innym kolorze. Może teraz czas na kolorowe ubrania. Zwykle wybieram czarne.
A jeśli w śnie spotkałam siebie?
Inną siebie, bez tak wielkiej ilości naklejek. Bez tych nakładek, które nie pozwalają cieszyć się zdrową bliskością. Taką mnie, której udało się kupić wszystko, czego stara ja nie znalazłam w pasmanterii zwanej „życiem”.
Ta inna ja ma partnera, który jest obecny, pomaga, szuka rozwiązań. On jest pomocny, ale nie dominuje, nie zawłaszcza… wspiera.
To on podpowiada, co zrobić z kluczem, ale nie robi tego za mnie. Nie szuka kluczy, nie niszczy ich. Pozostawia wolność.
Sama muszę posprzątać, spakować się i wyjść z domu mojej teściowej. Mojemu synowi pozostawić muszę podobną wolność wyboru i tę samą sprawczość.
Do mnie rodzina męża nie ma już dostępu.
Wyszłam z tego domu bez hałasu, bez niepotrzebnych kłótni i rozliczeń z przeszłością. Pamiętam wszystko: jak spędzałam wakacje, remontując mieszkanie teściowej, jak szyłam jej zasłony (na tej właśnie maszynie), jak zmieniałam uszczelki pod zlewem, jak odnawiałam jej meble, ozdabiając je decoupagem. Jak przyjeżdżając do niej pierwszego dnia, dostawałam listę rzeczy do zrobienia. Tak bardzo się starałam zasłużyć, udowodnić, że jestem ważna, potrzebna. To sprawiło jedynie, że byłam przydatna i bardzo zmęczona.
Doświadczenia hipnagogiczne zdarzają mi się zazwyczaj w wannie. Nie wiem, czy to dlatego, że woda jest dla mnie środowiskiem tak odprężającym, że aż nasennym, czy ciepło i relaks wpływają na mój układ nerwowy w taki zaskakujący sposób. Tak czy inaczej, ja i moja podświadomość kochamy wannę w równym stopniu.
Prawie zasnęłam w wannie. Dwukrotnie.
Najpierw zobaczyłam drzwi — pancerne, ciężkie, czerwone.
Drugi przedsen: wibrujący zimny ogień, taki w formie wiatraka, który porusza się tak szybko, że tworzy pomarańczowe koło i sypiące się z niego iskry.
Ten dzień był dla mnie bardzo emocjonalnie wymagający i kończący jednocześnie pewien etap, w którym rozdrapywałam jak kura ziemię moje rodowe wzorce i doświadczenia z domu rodzinnego, przechodząc kolejno od snu do snu. Przepuszczając przez siebie, powtórnie przeżywając i godząc się na odejście tego, co już nie karmi.