W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: Transformacja

  • 3. SEN PIERWSZY. 

    Od kiedy świadomie zmieniam siebie i swoje życie sen wnosi wielką wartość w samopoznanie, dostrzeżenie miejsca w procesie, regulację emocjonalną i długo by jeszcze wymieniać jakie dobrodziejstwa ze sobą niesie. Jung nie bez powodu uznał sen za symboliczną reprezentację treści nieświadomych. Sen pokazuje to czego nie wiesz i prowadzi, jeśli go posłuchać. Teraz to wiem i świadomie korzystam z tego cudownego narzędzia, ale zastanawiałam się ostatnio jaki pierwszy sen pamiętam i co chciał mi powiedzieć? Jaką funkcję pełnił? Nie musiałam się długo zastanawiać… 

    Miałam w dzieciństwie powtarzający się koszmar, miałam kilka lat, na pewno mniej niż dziesięć, bo mieszkaliśmy jeszcze w domu pradziadków, niektóre elementy się zatarły, ale główny motyw pamiętam bardzo dokładnie. Kiedy przywołuję go z pamięci wciąż widzę szczegóły i mogę przywołać dźwięki, mam wciąż podobne odczucia w ciele: ściśnięcie w okolicy przepony i ciężar w klatce piersiowej i niepokój, jakby moje ciało mówiło “Uważaj!!! Musisz być gotowa!”  

    Brodziłam po bagnie. Bardzo trudno było mi wyciągnąć stopy, za mną z tego bagna wyłonił się potwór. Potwór wyglądał, jakby właśnie z tego bagna był stworzony, czyli z błota, szlamu, wodorostów, które go oblepiały, jakichś traw. Oczywiście potwór mnie gonił. Było mi bardzo trudno uciec, bo jak to w bagnie, ciężko wyciągnąć nogę. Uciekałam z trudem, oglądałam się za siebie, widziałam, że się zbliża. Później nie patrzyłam już za siebie, tylko skupiona byłam na tym, jak idę i słyszałam za sobą takie charakterystyczne plaśnięcia, które mówiły o tym, że ten potwór jest coraz bliżej. Nie pamiętam, czy udawało mi się uciec, czy budziłam się, zanim mnie dopadł. 

    Budziłam się wtedy przerażona i biegłam do łóżka moich rodziców. Paradoksem było, że wchodzę po ochronę do łóżka, w którym de facto śpi “potwór z bagien”. 

    To nie był zwykły koszmar, to był sen, który próbował pomóc mi poradzić sobie z tym, Czego nie potrafiłam jeszcze unieść na jawie. Bo nie umiałam jeszcze się obronić, nazwać tego co się dzieje w moim domu, nie miałam wpływu na to, żeby przemoc zatrzymać. Mój sen pokazał bagno – coś co więzi, wciąga, nie daje oparcia, sprawia, że trudno się poruszać, nie można uciec. A potwór nie przyszedł z zewnątrz, on powstał z tego samego bagna, w którym tkwiłam. Zagrożenie było częścią środowiska, nie czymś obcym. To co mnie przerażało, było jednocześnie tym co mnie otaczało, od czego nie można było uciec. I te zbliżające się “plaśnięcia”.  To w tym śnie było najgorsze, wiedziałam, że zaraz coś się stanie, że muszę być gotowa, ale… i tak nie zdążę. 

    Ten sen robił wiele: mówił to czego mała ja nie mogłam powiedzieć, mogłam w nim “przećwiczyć” ucieczkę, wyciągał zamrożone emocje i pozwalał je rozładować. Tak naprawdę ten sen pomagał mi przeżyć. Bo jako dziecko tkwiłam w czymś bardzo trudnym, w czymś co jednocześnie otacza i goni. 

    Najważniejsze było to, że w tym śnie nie zamarłam, nie ukryłam się, ja szłam. Z trudem, ale SZŁAM. 

    Miałam w maleńkiej sobie siłę, którą mam do dzisiaj. Nie udaję, że potwora nie ma. Ale nie uciekam dziś przed emocjami, nie zamrażam ich w ciele. Dziś nie jest już potrzebne jedynie “przetrwać”. Teraz ważne jest ŻYĆ, bo mam już pewność, że wydostałam się z bagna i tylko ode mnie zależy jaką ścieżką będę podążać. A do tej małej dziewczynki mam wielki szacunek. Bo dała radę i nie zgubiła po drodze miłości, którą zawsze niosła w sobie. 

  • 2. W PEŁNI. POCZĄTEK

    Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, jestem w drodze, a każda droga musi mieć początek… 

    Noc przesilenia zimowego a jednocześnie przepiękna pełnia, moja pierwsza. Niewielkie, senne miasteczko otoczone lasami, po obu stronach drogi wysokie sosny obciążone grubą warstwą śniegu i widoczny w oddali szpital miejski. Moja matka dotarła niemal w ostatniej chwili. Od pierwszego skurczu poród trwał zaledwie trzy godziny, bo w tym dniu i przez całą resztę mojego życia byłam w pełni gotowa. A “w pełni” stało się mottem mojego życia. 

    Mój ojciec tak bardzo ucieszył się z mojego przyjścia na świat, że w środku zimowej nocy, przedzierając się przez głęboki śnieg wtargnął na posesję miejscowej kwiaciarki. Psy pozbawiły go nogawek spodni a kwiaciarka była zdecydowana dzwonić po milicję, ale podobno głośno krzyczał, “mam córkę pani Jadziu!!!”, co brzmiało nieco inaczej niż “to jest napad!!!” 😉 

    Bez nogawek, ale z bukietem i życzeniami dla mnie i mamy wrócił pod szpital, gdzie mógł nacieszyć oko moim widokiem. Przez okno na pierwszym piętrze położna przycisnęła zawiniątko do szyby, więc moją urodę mógł ocenić dopiero w domu. 

    Myślę, że moje narodziny były jednym z niewielu pięknych momentów w historii ich burzliwego małżeństwa. 

    Rodzice, ja i moi dwaj bracia mieszkaliśmy w domu moich pradziadków, nasze mieszkania miały oddzielne wejścia, ale zawsze mogłam ich odwiedzić, bo drzwi były stale otwarte.  Pradziadek strzelisty jak miejscowa sosna z mlecznobiałym wąsem, który podkręcał niespiesznie pykając z fajeczki, wprowadził mnie w świat natury. To z nim sadziłam fasolkę szparagową i wyrywałam marchew prosto z ziemi, wycierałam o spódniczkę i jadłam (o zgrozo) nie umytą. Razem z nim opiekowałam się małą chorą owieczką, którą zabrał od kogoś kto nie chciał jej leczyć. Od niego dostałam kurę, której czytałam codziennie na ławeczce, a ona zaglądała mi przez ramię przytulona i cicho gdacząca. Pochowaliśmy ją pod wiśnią, która rosła na podwórzu. Pokazywał mi gniazda ptaków, nazywał owady. W pobliskiej rzeczce łowiłam słoikiem rybki, raki i inne stworzenia, przynosiłam do pradziadka a on opowiadał o nich tyle ile wiedział. A wiedział wystarczająco dużo, aby obudzić we mnie bezgraniczną miłość i szacunek dla natury. To dzięki niemu zawsze czułam się częścią świata, nie lepsza i nie gorsza od pasikonika. Bo i ja i pasikonik zajmowaliśmy zdaniem dziadka należne sobie miejsce w świecie. 

    Kiedy miałam może pięć lat, po raz pierwszy postanowiłam uciec z domu. Przeszłam może kilkaset metrów, kiedy zobaczyłam przy tzw. Czarnej drodze słup, a na nim gniazdo bocianów i dwójkę młodych. Chciałam koniecznie zobaczyć, jak jedzą. Wspięłam się więc na drzewo po przeciwnej stronie drogi, bo były to czasy, kiedy naturalnym dla dzieci było chodzenie po drzewach i wiszenie głową w dół na trzepaku. Usiadłam na grubym konarze i mogłam obserwować do woli. Rodzice przynosili do gniazda głównie myszy, więc czekałam na żaby. Spędziłam na drzewie kilka godzin, byłam głodna, zmęczona i spragniona. Pomyślałam, że lepiej będzie, jak ucieknę jutro i lepiej się przygotuję do drogi.  

    Miałam nadzieję, że ojca nie będzie. Niestety był. Otworzył mi drzwi, zapytał, gdzie byłam, powiedział, że od dawna wszyscy mnie szukali. Opowiedziałam o bocianach, ale nie wspomniałam o ucieczce. Wysłuchał ze spokojem a potem kazał mi się położyć na krześle. Nie chciałam. Rzucił mnie na krzesło i przytrzymując jedną ręką próbował trafić w moją pupę plastikową skakanką. Wyrywałam się i wrzeszczałam a im bardziej wierzgałam tym większą furię w nim wzbudzałam. Krzyczał na mnie, że jego to bardziej boli, kiedy musi bić własną córkę, że gdybym była grzeczna nie musiałby tak cierpieć. Wierzyłam, że tak jest, bo przecież to musiała być prawda, ja nie potrafiłam nikogo uderzyć, bo sama myśl, że to zrobiłoby komuś krzywdę była dla mnie zwyczajnie straszna. Miałam piekące pręgi na plecach, rękach i udach, ale na pupie zadziwiająco mało. Kiedy stwierdził, że już zostałam zdyscyplinowana zawołał mojego o dwa lata starszego brata. Powiedział, że również jego musi ukarać, bo pozwolił mi wyjść za furtkę. Mój brat sam położył się na krześle. Przyjął razy nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku. Zapłakana i zasmarkana patrzyłam na brata, wydawało się jakby go tam nie było. Jakby był w zupełnie innym miejscu. Był moim bohaterem, niedoścignionym wzorem. Ja zawsze się darłam i wyrywałam i miałam poczucie winy, że jestem słaba, że nie mam charakteru, nie potrafię przyjąć kary z godnością i że to wszystko co się stało działo się przeze mnie. Wiele lat później zobaczyłam, że było odwrotnie. Ja walczyłam, walczyłam w pełni, całą sobą a mój brat został złamany już na samym początku. Ja potrafiłam znaleźć siłę, żeby w pełni wybaczyć a on uciekł, schował się w swoim świecie – zachorował na schizofrenię. To było pierwsze lanie, które pamiętam, było ich wiele. Wszystkie podobne, uznawałam wtedy, że to nic wielkiego. Przecież przeżyłam. Kiedy czytałam mój życiorys na terapii grupowej dla współuzależnionych, żony alkoholików, które widziały nie jedno płakały, a ja nie rozumiałam, dlaczego? Przecież to nic wielkiego. Przecież przeżyłam. 

    Później w trakcie terapii przypomniało mi się ostatnie lanie, ale to już jest zupełnie inna bajka, więc opowiem o nim innym razem. 

  • 1. Pomyliłam dziś pociągi 😉 

    1. Pomyliłam dziś pociągi 😉 

    Umówiłam się dwa tygodnie temu na spotkanie przy kawie i ciastku z przyjaciółką. Mieszka w mieście odległym od mojego o 20 minut pociągiem. Czekałam więc dziś cierpliwie na dworcu w moim mieście, zwykle jeżdżę Intercity, ponieważ mam dużą potrzebę rezerwacji miejsca siedzącego (powody wyjawię poniżej) i jak najmniejszej liczby przystanków. Pociąg był opóźniony 10 minut. Czekałam spokojnie, bo 10 minut w PKP to nie dramat, to prezent 😉. Skupiłam się na szparze w cegle, do której wleciała bardzo rzadka dzika pszczoła zadrzechnia, kiedy z głośników słychać było komunikat o nadjeżdżającym pociągu. Możliwe, że gdyby nie pszczoła do tego konkretnego pociągu bym nie wsiadła. Kiedy byłam już w środku doznałam lekkiego oszołomienia, bo nie było w nim wagonu z nr 16. Olśniło mnie wtedy, że to NIE TEN POCIĄG!!!! Na szczęście jechał w tym samym kierunku, na nieszczęście w ogóle nie zatrzymywał się w mieście, do którego zdążałam. Pierwsza stacja była w innym mieście wojewódzkim jakieś 50 kilometrów dalej niż chciałam jechać. Pomyślałam sobie, przygoda 😊 i znalazłam konduktora. Powiedziałam co się stało, zaczęłam od “Zrobiłam coś strasznego…”, chciałam się upewnić czy na pewno jestem uwięziona, bo może można mnie wysadzić w moim upragnionym miejscu na ziemi. Niestety byłam więźniem, więc chciałam dokupić bilet, konduktor był człowiekiem wysoce empatycznym, więc powiedział, że nie ma takiej potrzeby i mogę zająć pierwsze wolne miejsce, które mi się spodoba. Usiadłam, wyciągnęłam z plecaka “Potęgę mitu” Campbella i w tym momencie doznałam szoku. Przecież mi się to śniło niemal1:1. Zapisuję sny, więc zaczęłam szukać w notatniku w telefonie przechodząc przez dziesiątki snów. Znalazłam.  

    Sen sprzed dwóch miesięcy: 

    Jechałam pociągiem, miałam bilety, ale nie miałam rezerwacji na konkretne miejsca, więc mogłam jechać tym pociągiem, ale żeby usiąść w miejscu, w którym chciałam usiąść, musiałam zakombinować. Na zwykłej, wymiętej kartce sama chciałam napisać, że siedzę w tym miejscu, a nie w innym, ale było to jakieś dziwaczne. Najpierw rysowałam rubryki, potem próbowałam coś wpisać w te rubryki, ale długopis nie działał, drugi również. Miałam z tym oszustwem bardzo poważny problem, a wiedziałam, że zaraz przyjdzie konduktor i sprawdzi te nieszczęsne bilety. No i de facto przyszedł konduktor, ale kompletnie olał moje wysiłki. Uznał, że nikt nie zajmował tych miejsc, więc przecież mogłam tam swobodnie siedzieć. 

    Po odczytaniu snu miałam silne przeświadczenie, że to zwykłe zdarzenie, jakim jest podróż niewłaściwym pociągiem nabrało nagle symbolicznego znaczenia. Jakby sen przygotować mnie miał na realne wydarzenie z życia. Sen, który mówił: spokojnie masz prawo tu być, nie potrzebujesz kwitów, zgód czy innych zezwoleń. Masz prawo do wybranego przez siebie miejsca. Twoja podróż może przebiegać na twoich i tylko twoich zasadach. Jesteś w drodze i to jest twoja droga. Dziś zrozumiałam, że tak jest w istocie, jestem w drodze…w transformacyjnej drodze bez powrotu. Drodze, która rozpoczęła się 7.07.2025 w pociągu tej samej relacji a dziś najprawdopodobniej zatoczyła koło. 

    Dojechałam do miejsca docelowego. Przedzierając się przez tłum myślałam, że tak właśnie miało być, że nie wiedzieć czemu miałam się tu znaleźć. Poszłam na herbatkę z mango i serniczek baskijski do Costy. Czekałam aż coś się wydarzy. Nic, wydarzyło się- NIC. Otworzyłam aplikację i chciałam kupić bilet powrotny, wszystkie miejsca zajęte! Następny to Polregio, bez miejscówek, w normalnej sytuacji zaczekałabym pewnie półtorej godziny na kolejny pociąg, ale- jak przygoda to przygoda, kupiłam bilet, bez zaklepania miejsca. Trzeba podobno wychodzić ze strefy komfortu. 

    Jadąc w drodze powrotnej wspominałam tamtą lipcową podróż. Byłam wtedy inną osobą. Byłam dumna, że przetrwałam. Wychodziłam z długiego czasu leczenia licznych ran, o których w przyszłości napiszę. Zdawało mi się wtedy, że w końcu żyję pełnią życia, że odnoszę sukcesy zawodowe i artystyczne, że finansowo staję na nogi i nareszcie cieszę się życiem. Kiedy wsiadłam do tamtego pociągu moja perspektywa zupełnie się zmieniła, dosłownie w jednej chwili. W chwili, w której drzwi pociągu, przy których stałam nagle otworzyły się przy pełnej prędkości a moja głowa znalazła się na zewnątrz. Widziałam odlatujące w dal okulary przeciwsłoneczne, które podmuch zdarł z mojej głowy. To był punkt graniczny, tu pękła iluzja i otworzyło się przejście. Był też strażnik progu, który cierpliwie mnie przeprowadził. Człowiek, który był dla mnie darem i dlatego takie nadam mu na potrzeby tego bloga imię. Dariusz był katalizatorem mojej zmiany. Uwolnił moje emocje, zamrożone od dzieciństwa ciało i nauczył miłości, tej bezinteresownej prosto z duszy i tej najważniejszej, bez której nie zaistnieje pełnia- własnej. Otworzył dla mnie świat, o którym nie miałam pojęcia. Owszem, czytałam u Junga o transformacji, indywiduacji, wyższej jaźni, archetypowych snach, snach prekognitywnych, ale była to teoria i raczej wyjęta z rozważań fantastycznonaukowych. Ja przecież mocno stoję na ziemi, więc sny były czymś nie do końca chcianym, choć zwykle pięknym. Darek zaszczepił we mnie uważność na sny jako język duszy, dzięki którym można zobaczyć prawdę o sobie i pójść o krok dalej na drodze przemiany. 

    Zatopiona w myślach patrzyłam na kobietę siedzącą naprzeciw. Wyglądała co najmniej oryginalnie. Długie rozpuszczone lekko siwiejące włosy, kapelusz w kowbojskim stylu. Czerwony krótki płaszczyk i białe spodnie. Wyjęła ze skórzanej bardzo już zniszczonej torby w bordowym kolorze gruby zeszyt. Pisała coś pięknym pochyłym pismem. Sprawiała wrażenie takiej trochę nie z tego świata, lekko odrealnionej. Zapisała dwie strony i zamknęła zeszyt. W papierowej torebce miała coś do jedzenia, nie wiem co to było, bo patrzyłam przez okno, kiedy jadła. Wyrzuciła papier do kosza obok mojej nogi i przesiadła się na siedzenie obok mnie. Położyła mi na brzuchu mały cukierek opakowany w przeźroczystą folię. Przeprosiła mnie za to, że tak nieelegancko podała i życzyła mi słodkiego życia. Po czym wysiadła na stacji w mieście mojej przyjaciółki, dokładnie tam, gdzie ja miałam początkowo dotrzeć. 

    Spojrzałam na cukierek, był uroczy, miał w środku małe czerwone serduszko. Wtedy zrozumiałam. Moja transformacja zatoczyła koło. Zaczęła się w pociągu “tam”, a zakończyła w pociągu „z powrotem”. A ten mały cukierek jest jak pieczęć. Maleńki, ale ważny jak kropka nad i. 

    I wiedziałam już co napiszę na blogu. Opiszę całą moją drogę. Od początku, kiedy jako pięcioletnie dziecko siedziałam w szafie bojąc się o życie aż do teraz kiedy z uśmiechem ściskam małe słodkie serce w dłoni z ufnością patrząc w przyszłość.