W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: Transformacja

  • 75. Smok – sen o tym, kto jest dla mnie. 

    21/22.04.2026 

    Byłam w budynku, którego przeznaczenie najbardziej przypominało akademik. Na najwyższym piętrze miałam swoje, a może wynajęte, mieszkanie albo lokal. 

    Za chwilę miałam prowadzić jakieś zajęcia, ale leżałam na leżaku przed budynkiem i udawałam, że śpię. Przyszła kobieta (która w rzeczywistości prowadzi zajęcia wokalne w tym samym budynku, w którym mieści się moja firma). „Pufałam” w taki bardzo specyficzny sposób. Kiedy kobieta już odeszła, uznając, że śpię, ze zdziwieniem zauważyłam, że nie mogę przestać „pufać”. (Pewnie naprawdę wydawałam takie dźwięki przez sen). 

    Wstałam, bo zbliżał się czas zajęć i poszłam na górę. Po drodze trafiłam do kawiarenki, w której spotkałam kobietę sporo starszą ode mnie. Rozmawiałyśmy o filmie wyświetlanym w kinie. Zastanawiałyśmy się, czy trafi do szerszego kinowego obiegu, czy będzie można go zobaczyć tylko w Kinie Konesera, do którego obie chodziłyśmy. (W rzeczywistości chodzę do Kina Konesera). 

    Przy stoliku obok siedział całkiem przystojny mężczyzna, jakiś wykładowca. Powiedział coś. Pomyślałam, że wtrącił się do naszej rozmowy, ale okazało się, że nie mówił do mnie. Trochę mnie to rozczarowało. 

    Poszłam na górę, ale zamiast prowadzić zajęcia, miałm opiekować się małym, około rocznym dzieckiem. 

    A w mieszkaniu zostawiłam malutkiego czarnego smoka wielkości kota. 

    Kiedy mnie nie było, smoczek trochę zniszczył przedpokój. Oderwał ze ściany kawałek okładziny wykonanej z jakiejś sztywnej tektury (?) i uciekł. 

    Wzięłam dziecko na ręce i wyszłam na poszukiwania zbiega. 

    Znalazłam go bardzo szybko. Brykał sobie po trawie nieopodal budynku. 

    Zawołałam go i natychmiast przybiegł. Gdy tylko stanął obok mnie, zaczął rosnąć. Był już wielkości labradora. Był przeuroczy. Taki radosny i ufnie kochający. 

    Weszliśmy do mieszkania. 

    Okazało się, że trwa jakieś studenckie święto i wszyscy ostro imprezują. Pod naszą nieobecność do mieszkania weszła grupa studentów. Uznali, że to świetne miejsce na imprezę. Palili marihuanę, a dym unosił się w powietrzu. 

    Kategorycznie kazałam im wyjść. 

    Nie chcieli, ale byłam zdecydowana i powołałam się na dobro dziecka, które nadal trzymałam na rękach. 

    Wyszli. 

    Spojrzałam na mojego smoka. 

    Był jeszcze większy. Teraz był wielkości tygrysa. Łasił się do mnie i skakał po mieszkaniu, po czym przybiegał po kolejną porcję czułości. 

    Pomyślałam, że nie możemy tam dłużej mieszkać, bo smok potrzebuje przestrzeni. 

    Musimy mieć dom pod miastem i dużo terenu, żeby mógł swobodnie się poruszać. 

    Wiedziałam, że będzie rósł. 

    Przecież to jeszcze mały smoczek. 

    Kocham ten sen całym sercem. 

    Nie jestem pewna co chce mi powiedzieć, może za jakiś czas wrócę tu i dopiszę kolejny komentarz. Bardzo bym tego chciała, a na razie… 

    Na własny użytek stworzyłam kiedyś prostą teorię. Według niej istnieją trzy typy mężczyzn: smoki, jaszczurki i podłe gadziny. 

    Podłym gadzinom nie poświęcę już w moim życiu ani minuty uwagi, opiszę pozostałe typy. 

    Mężczyzna Jaszczurka- piękny, inteligentny, wyjątkowo atrakcyjny. Oferujący w pakiecie pełen wachlarz emocji, olbrzymią intensywność, motyle i fajerwerki. Kiedy jednak spotyka się z codziennością, odpowiedzialnością, czymś trudnym lub wymagającym bez wahania, natychmiast i bez ostrzeżenia spieprza pod kamień. 

    Mężczyzna Smok- Smoki są inne. Nie są takie kolorowe, wydają się może trochę zimne na pierwszy rzut oka. Ale zimne są dla świata, bo wewnętrzny ogień zachowują dla swojej królowej. Nie błyszczą na pokaz. Nie potrzebują, bo są świadomi swojej mocy. Nie muszą jej nikomu udowadniać. Smok jest potężny, ale wobec swojej kobiety pozostaje czuły i delikatny. Wie co to odpowiedzialność, troska i szacunek. Kiedy wyobrażę sobie siebie mierzącą się z życiem, chcę mieć za sobą smoka. Takiego, który pozwala mi działać, ale stoi za mną i obserwuje. A kiedy cokolwiek mi zagrozi, nie zawaha się. 

    Nigdy. 

    A z takim smokiem… świat robi się za mały 😎 

  • 72. Mniej naklejek –sen o tym, jak wybrałam kolor 

    4.04.2026 

    Szłam ulicą i zauważyłam duży sklep w stylu pasmanterii. Wiedziałam, że byłam kiedyś w środku i o coś pytałam albo może mój były mąż pytał o coś w moim imieniu. Pamiętam, że nie było tam wtedy interesującego mnie przedmiotu. Ze sklepu wyszła para. Nieśli w reklamówce sprzęty do profesjonalnego warsztatu krawieckiego. Były to specjalne druty do trzymania nici, montowane do stołu i inne tego typu ustrojstwa. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co kupili. Opowiadałam im, że w mojej maszynie złamał się taki bolec, na który nakłada się szpulkę nici. Mówiłam im, jak sobie radzę w tej sytuacji. Zaprosili mnie do domu. Podeszliśmy do ich maszyny do szycia i mężczyzna zaczął montować to, co kupili, my rozmawiałyśmy dalej. Zauważyłam, że mam identyczną maszynę do szycia. Na jej maszynie również przyklejone były naklejki z soku Kubuś, ale było ich mniej (mój syn, kiedy był mały, ozdabiał mój warsztat pracy). Okazało się też, że nosimy to samo imię. Byłam zafascynowana tym odkryciem. Pytałam o znak zodiaku, ale wymieniła wtedy inny z chińskiej astrologii, a ja nie mogłam sobie przypomnieć własnego. 

    Para była sąsiadami mojej teściowej, gościłam wtedy u niej. Zapytali, czy mogę ich zaprosić, bo mają pewien kłopot z moją teściową. Nie pamiętam, na czym polegał, ale uznałam za stosowne im pomóc. Sprawa, z którą przyszli, była istotna dla życia wspólnoty sąsiedzkiej. Chodziło o dostęp do czegoś ważnego. „Kluczem” do jej rozwiązania był klucz. Znalazłam pęk kluczy należący do teściowej. Był między nimi jeden różniący się od reszty — niewielki, zrobiony z korka (!?!). Mężczyzna powiedział, że nie trzeba go zabierać, wystarczy uszkodzić końcówkę. 

    Wróciła teściowa, trochę zdziwiona, że przyjęłam gości, ale nie robiła mi z tego powodu wyrzutów. Zauważyłam jednak, że miejsce, w którym siedziała dziewczyna, było zanieczyszczone. Była tam psia kupa. Zaczęłam sprzątać. Kiedy się rozejrzałam, zauważyłam, że kup było więcej. Sprzątałam więc. Na środku pokoju leżała moja walizka. Przyjechałam do teściowej z synem. Pomagał mi sprzątać, ale później wyszedł spotkać się z kolegami (bałam się, że to nieodpowiednie towarzystwo, czułam, że tam, gdzie idzie mogą pojawić się narkotyki). Powiedziałam mu, że wyjeżdżam i jeśli chce, może wracać ze mną, ale jeśli chce zostać, ja i tak wyjadę. Chyba tak zrobiłam… 

    Byłam u siebie. Córka mojej koleżanki, 16-letnia dziewczyna, pomagała mi się rozpakować. Wybierałam dla niej ubrania. Oddałam jej mój czarny płaszcz, trochę żałowałam, ale chętnie go przyjęła, więc postanowiłam, że kupię płaszcz w innym kolorze. Może teraz czas na kolorowe ubrania. Zwykle wybieram czarne. 

    A jeśli w śnie spotkałam siebie? 

    Inną siebie, bez tak wielkiej ilości naklejek. Bez tych nakładek, które nie pozwalają cieszyć się zdrową bliskością. Taką mnie, której udało się kupić wszystko, czego stara ja nie znalazłam w pasmanterii zwanej „życiem”. 

    Ta inna ja ma partnera, który jest obecny, pomaga, szuka rozwiązań. On jest pomocny, ale nie dominuje, nie zawłaszcza… wspiera. 

    To on podpowiada, co zrobić z kluczem, ale nie robi tego za mnie. Nie szuka kluczy, nie niszczy ich. Pozostawia wolność. 

    Sama muszę posprzątać, spakować się i wyjść z domu mojej teściowej. Mojemu synowi pozostawić muszę podobną wolność wyboru i tę samą sprawczość. 

    Do mnie rodzina męża nie ma już dostępu. 

    Wyszłam z tego domu bez hałasu, bez niepotrzebnych kłótni i rozliczeń z przeszłością. Pamiętam wszystko: jak spędzałam wakacje, remontując mieszkanie teściowej, jak szyłam jej zasłony (na tej właśnie maszynie), jak zmieniałam uszczelki pod zlewem, jak odnawiałam jej meble, ozdabiając je decoupagem. Jak przyjeżdżając do niej pierwszego dnia, dostawałam listę rzeczy do zrobienia. Tak bardzo się starałam zasłużyć, udowodnić, że jestem ważna, potrzebna. To sprawiło jedynie, że byłam przydatna i bardzo zmęczona. 

    Pamiętam to, ale już się z tym nie identyfikuję. 

    Teraz wybieram kolor. 

    Wybieram siebie. 

  • 71. Czerwone drzwi – wizja nowego progu.

    27.03.2026 

    Doświadczenia hipnagogiczne zdarzają mi się zazwyczaj w wannie. Nie wiem, czy to dlatego, że woda jest dla mnie środowiskiem tak odprężającym, że aż nasennym, czy ciepło i relaks wpływają na mój układ nerwowy w taki zaskakujący sposób. Tak czy inaczej, ja i moja podświadomość kochamy wannę w równym stopniu. 

    Prawie zasnęłam w wannie. Dwukrotnie. 

    Najpierw zobaczyłam drzwi — pancerne, ciężkie, czerwone. 

    Drugi przedsen: wibrujący zimny ogień, taki w formie wiatraka, który porusza się tak szybko, że tworzy pomarańczowe koło i sypiące się z niego iskry. 

    Ten dzień był dla mnie bardzo emocjonalnie wymagający i kończący jednocześnie pewien etap, w którym rozdrapywałam jak kura ziemię moje rodowe wzorce i doświadczenia z domu rodzinnego, przechodząc kolejno od snu do snu. Przepuszczając przez siebie, powtórnie przeżywając i godząc się na odejście tego, co już nie karmi. 

    Kilka godzin wcześniej przeżyłam intensywnie tworzenie wpisu: 
    https://wcieniukruka.com/2026/03/27/prababcia-i-lod-w-torebce/ 

    Zamknęłam drzwi kolejnego pokoju w mojej wewnętrznej szkole i kolejne stanęły dziś przede mną. 

    Dziś już wiem, co znalazłam w pokoju za czerwonymi drzwiami, ale leżąc tamtego wieczora w wannie, wiedziałam, że… nic nie wiem 😉. 

    A znalazłam za nimi to, co zaprowadziło mnie ku życiu. 

    Znalazłam w sobie ogień. 

    Ale to będzie się odsłaniać z kolejnymi snami. 

    Powolutku… 

  • 63. Pastelowy tukan – sen prowadzący do wyjścia.

    28/29.01.2026 

    Na początku szpital albo raczej SOR. Nie wiem, dlaczego się tam wybrałam, raczej nie potrzebowałam pomocy. Czekałam na swoją kolej. Nie był to główny punkt przyjęć, bo tam były dzikie tłumy, tylko jakiś boczny pokój. 

    Był tam młody lekarz, bardzo sympatyczny, który powiedział, że mogę zostawić wierzchnie ubranie i buty. Kolejka była również tutaj, więc trzeba było czekać. Żeby mi było wygodniej i żebym się nie przegrzała, zostawiłam swoje rzeczy. 

    Nie wiem, czy nie byłam tam z synem. Nie mam pewności. Buty były chyba istotne, bo czekając w kolejnym pomieszczeniu, nie pamiętam, żebym była boso. Czekając, robiłam coś związanego z pracą, ale co dziwne miało to związek z pracą mojego byłego męża w liceum. 

    Pojawiały się jego koleżanki, ale nie mam pewności, czy nie rozmawiałam z nimi również na temat syna, uczył się w tym samym liceum. To chyba nie było ważne. 

    Kiedy chciałam wyjść, wróciłam do pokoju, w którym zostawiłam buty. Szukałam, ale nie mogłam ich znaleźć. Tam, gdzie je zostawiłam, było mnóstwo butów innych pacjentów. Założyłam jakieś podobne, ale miały odkryte palce, a moje były pełne, więc szukałam dalej. Pytałam lekarza, który tam przyjmował, ale polecił mi odnaleźć swojego kolegę, który przyjął ode mnie moje rzeczy. Niestety nigdzie go nie było. Nie wiem, czy odnalazłam buty. 

    Kolejna scena. 

    Na Facebooku, na grupie na temat ornitologii, do której należę, zobaczyłam zdjęcie skrzydła pustułki. Zapytałam, gdzie zdjęcie zostało zrobione, bo koniecznie chciałam znaleźć to skrzydło. 

    Kobieta odpisała mi. Podała dokładną lokalizację. Napisała, że leży przy klatce z uroczymi stworzeniami, może to były wydry, a może nieświszczuki. Wiedziałam, gdzie to jest, na obrzeżach zoo, przy wąskiej rzeczce. Byłam pewna, że znajdę. Wiedziałam, że to jest za konkretną klatką. 

    Przewinęłam coś niechcący palcami i zgubiłam ten post, a bardzo chciałam napisać, że jej dziękuję, ale już nie mogłam tego zrobić, bo post zniknął. 

    Natychmiast się tam wybrałam. Chyba nie byłam sama przez cały czas, ale nie mam pewności, z kim byłam. Nie będę wymyślać. 

    Poszłam za tą klatkę, widziałam gryzonie i nagle w miejscu klatki pojawiło się łóżko. Metalowe, białe (jak kiedyś w szpitalach), w którym leżała moja teściowa. Skrzydło miało być za klatką, więc włożyłam rękę za poduszkę mojej teściowej i wyjęłam stamtąd martwego wróbla. 

    Spodziewałam się skrzydła, suchego skrzydła pustułki, a tam był martwy wróbel. Nie wiem, czy z zaskoczenia, czy z przerażenia, czy może z obrzydzenia, rzuciłam tego wróbla gdzieś daleko w krzaki. Byłam z psem, który pobiegł w tamtą stronę, bo moja suczka lubi aportować. Pobiegłam razem z nią, żeby nie zjadła tego martwego ptaka. Udało mi się wyrzucić wróbla za ogrodzenie, tak żeby pies nie miał do niego dostępu. 

    Wróciłam do teściowej, stałam przy jej łóżku, rozmawiałyśmy i nagle zobaczyłam olbrzymiego, dziwnego tukana. Był jasny, pastelowy, z czerwoną plamą nad ogonem. Miał potężny żółty dziób. Był wielkości przerośniętego pelikana. Był piękny. Stanął na ścieżce i wyglądał na zagubionego. Spojrzałam na niego i przywołałam go, a on szedł w moim kierunku. Najpierw troszkę się przestraszyłam tego olbrzymiego dzioba, ale potem sobie pomyślałam, że on z pewnością pochodzi z jakiejś hodowli, bo w naszym kraju nie występują takie ptaki. Więc spróbowałam go pogłaskać. Pozwolił mi na to i szedł za mną jak pies. 

    Pokazałam go teściowej, ale trochę się go obawiała. Zapytałam, czy ma jakieś owoce, bo nie do końca wiedziałam, czym się żywią tukany, ale pomyślałam, że owocami. Teściowa wstała i poszłyśmy w stronę ogrodów. Powiedziała, że ma malinki. Wyciągnęła metalową menażkę wypełnioną jakąś dziwną szarą mazią. Nie wiem, co to było. To było jak przemielone maliny, ale z dodatkiem jakiegoś badziewia, było brudnoszare. 

    Powiedziałam, że ptak nie będzie jadł czegoś takiego i poszliśmy dalej. Doszłyśmy do ogródków, raczej warzywnych, ale wyglądały mizernie. Nie byłyśmy ich właścicielami ani ja, ani teściowa. Ten ptak wyrwał trzy długie na wysokość, może półtora metra, rośliny. Nazwałam to sałatą, chociaż wyglądało jak cienki, miękki patyk z mizernymi listkami porozmieszczanymi losowo na całej długości. Kiedy ptak wyrwał je i zjadał, teściowa powiedziała: 

    – To nie nasze. 

    Była trochę wystraszona ewentualnymi konsekwencjami. 

    Powiedziałam, że nie ma sprawy, że on to wybrał, to znaczy, że to jest dla niego i w razie czego ja biorę na siebie odpowiedzialność. 

    Później weszliśmy do domu w starym, wiejskim stylu. Możliwe, że to dom właścicieli ogródków. Było nas kilkoro. Na pewno był tam jakiś mężczyzna i możliwe, że mój syn, ale jako nastolatek z dziewczynką w podobnym wieku. 

    Dom był bardzo zaniedbany. Zwróciłam uwagę na stare drewniane drzwi, klamka też jakaś taka… Wszystko tam było bardzo stare. Czułam, że ktoś rzucił klątwę na ten dom. Byłam zdziwiona, że tam się nie sprząta. 

    Kilka razy otwierałam tam drzwi i przy każdej klamce, ale nie na klamce, tylko na elemencie, który mocuje klamkę do drzwi, były plamy jakby rozmielonej zieleniny, takie zaschnięte rozchlapane paćki z zielonej mazi. 

    I kiedy zobaczyłam pierwsze drzwi, nie pomyślałam niczego złego. Wyglądało to trochę jak sztuczny mech. Drugie drzwi mnie trochę zaniepokoiły. Pomyślałam wtedy, że możliwe, że ktoś właśnie w ten sposób rzucił klątwę na ten dom. 

    Wyszliśmy stamtąd, ale niepokój pozostał. 

    Szliśmy wzdłuż nasypu kolejowego chyba do domu. Ja z tym mężczyzną szłam w dole, a po drugiej stronie torów górą szedł mój syn z kimś z tego domu. Nadjechał długi pociąg towarowy i pomyślałam sobie, że powinniśmy iść drugą stroną, górą, dlatego że ten pociąg, gdyby coś się stało i spadły wagony, spadłyby przecież bezpośrednio na nas, spadłyby przecież w dół. Wagony bardzo niebezpiecznie się chwiały, wyglądało to dość niepokojąco. 

    Na szczęście wagony nie upadły, a pociąg przejechał. 

    Miałam silną potrzebę opowiedzenia o tym, że dom, w którym byliśmy, został obłożony klątwą i dlatego jego mieszkańcy są tacy biedni i że jest tam coś bardzo złego, coś złego się tam dzieje. 

    Zawołałam mojego byłego męża (nie wiem, czy był ze mną cały czas) i powiedziałam, że muszę z nim bardzo poważnie porozmawiać. A on chyba źle zrozumiał „poważnie porozmawiać”, bo od razu zaczął się tłumaczyć, że TA kobieta była nachalna, że to ona chciała. 

    Powiedziałam, że ja w ogóle nie o tym, że mnie to nie interesuje, że mam ważniejszą sprawę. 

    Nie wiem w końcu, czy udało mi się powiedzieć mężowi o klątwie. I czy zrobiliśmy coś, aby pomóc tej rodzinie. 

    Zastanawiałam się długo, dlaczego w tym śnie pojawiła się teściowa. Prawie trzydzieści lat temu, kiedy ją poznałam, zobaczyłam kobietę silną, apodyktyczną, inteligentną. Pełniła wtedy ważną funkcję, była w swoim środowisku zawodowym rozpoznawalna i ceniona w skali kraju. Poznałyśmy się w wakacje, mieszkaliśmy u niej z mężem przez dwa miesiące. Wyjechaliśmy na tydzień, po powrocie, pierwszy raz w życiu zobaczyłam, jak wygląda człowiek po tygodniowym ciągu alkoholowym. Było to wstrząsające. Tym bardziej, że nie byłam w stanie połączyć tych dwóch obrazów. Kobiety trzeźwej, wyniosłej i tej drugiej zniszczonej, wręcz upodlonej przez alkohol. 

    Tkwiłam w tym chaosie dwadzieścia sześć lat. 

    Wyruszyłam nareszcie w drogę. Moim skrzydłem pustułki, była chęć uzdrowienia tej rodziny. Niestety było za późno. Choroba alkoholowa jest tam przekazywana z pokolenia na pokolenie. Prawdziwym ratunkiem dla mnie i syna okazało się opuszczenie tego domu.  

    A TUKAN? On zostanie ze mną. Pokazał mi wyraźnie czym nie można się karmić i zaprowadził mnie ku wyjściu z domu obłożonego klątwą. 

  • 61. Herbata – sen o tym, że jeśli masz stół i herbatę, to czasem naprawdę wystarczy.

    20/21.01.2026 

    Byłam w wynajmowanym domu, panował tam nieład. W zlewie w garnku, były pierogi. Leżały zanurzone w wodzie. W innym również w wodzie kapusta kiszona. Ktoś z kim wynajmowałam to mieszkanie, chciał to jeszcze zjeść. Uznałam to za niedopuszczalne. Sprzątałam i wyrzucałam szybko jedzenie, żeby nikt nie zdążył mnie powstrzymać. 

    Były w tym mieszkaniu moje cztery koty i nagle przez chwilę było to moje mieszkanie. Najstarsza piętnastoletnia kotka wyskoczyła przez uchylone okno. Usłyszałam, jak uderza w balkon poniżej i spada dalej. Nie patrzyłam przez okno, natychmiast zbiegłam na dół. Myślałam tylko o tym, że muszę jak najszybciej do niej dotrzeć, że spadając z trzeciego piętra, na pewno połamała sobie kości. 

    Na dole spotkałam sąsiadkę. Powiedziała, że widziała, jak kot spada i nagle zniknęła, ale pytała p. Marysię (moją sąsiadkę, zmarłą kilka lat temu) i kota tam nie ma. 

    Moja kamienica na powrót nie wyglądała jak moja, raczej jak jakiś ośrodek wczasowy. Dwu-, trzypiętrowy budynek z dużymi, przesuwanymi oknami lub drzwiami na całą ścianę. 

    Mieszkanie p. Marysi było na parterze (w realu na pierwszym piętrze). Drzwi były otwarte. Zobaczyłam moją kotkę wychodzącą z tych właśnie drzwi. Podbiegłam do niej i wzięłam ją na ręce. P. Marysi nie widziałam. Pomyślałam, że nie okłamała sąsiadki, że jest staruszką i mogła kota zwyczajnie nie zauważyć. 

    Niosąc kotkę, sprawdzałam, czy niczego sobie nie uszkodziła. W końcu uderzyła o coś, spadając, ale wszystko było chyba w porządku. Mimo to bacznie ją obserwowałam. 

    Wróciłam do domu, nakarmiłam kotkę i resztę kotów również. 

    W mieszkaniu (tym wynajętym) nadal jeszcze był bałagan, ale to nie był mój bałagan. To tak, jakbym go zastała, wynajmując mieszkanie. Sprzątałam dalej. 

    Do mieszkania weszła jakaś rodzina z labradorem. Chyba trójka rodzeństwa, dwóch lub trzech mężczyzn, tacy młodzi dorośli. Nie mam pewności, czy byli z matką. Możliwe, że tak, bo była tam też kobieta. 

    Trochę bałam się reakcji kotów na psa, a szczególnie martwiłam się kotką. Dopiero przeżyła traumę, a teraz jeszcze pies. Poprosiłam, żeby trzymali go przy sobie i nie pozwolili mu chodzić luzem po mieszkaniu. 

    Miałam pół dzbanka herbaty. Postanowiłam dorobić jej więcej, żeby ich poczęstować. Mieszkanie wyglądało już lepiej, ale nadal byłam skrępowana, że nie jest posprzątane, i przeprosiłam gości za nieład. 

    Nie mam stuprocentowej pewności czy sen przygotowywał mnie na późniejsze wydarzenia, ale czuję, że tak. 

    Niecały miesiąc później zmarł mój młodszy brat. Nikt nie był na to gotowy. Zostawił po sobie bałagan na wielu poziomach i przez przedłużającą się chorobę również w finansach. 

    Pieniędzy wystarczyło tylko na pogrzeb. Rodziny, która licznie zjechała, aby pożegnać mojego brata, nie można było należycie ugościć. Bratowa została niemal bez grosza z trójką dzieci. Nikt nie śmiałby wymagać od niej organizowania stypy. 

    Ja nie mam wiele, ale nigdy nie brakuje mi na nic, czego naprawdę potrzebuję. Mam w sobie ufność, że w tej dziedzinie jestem bezpieczna. 

    Postanowiłam, że moją firmę zamienimy tego dnia w restaurację. Co prawda nie jest przygotowana na tego rodzaju spotkania, ale zrobiłam wszystko, żeby każdy miał miejsce. Kupiłam talerze i obrusy. Znajomy właściciel baru przygotował dla mnie gar ziemniaków, misy surówek i kotlety z kurczaka wielkości talerza z olbrzymią zniżką. Ojciec przyniósł ciasto. 

    A herbatę… herbatę w mojej firmie zawsze można dorobić. 

  • 58. Tort – sen o pełni. 

    3/4.01.2026 

    Zobaczyłam olbrzymie torty. Chyba dwa, ale teraz nie jestem pewna, może jeden. Były zawieszone w powietrzu. Lewitowały w chmurach. 

    Chciałam mieć taki tort. Trochę zrobiło mi się przykro, że jest daleko, a po chwili usłyszałam: 

    TO TY. 

    I przyszło olśnienie. Faktycznie. Przecież to ja. Ja jestem tortem i silne przeświadczenie, że tak jest w istocie. Że jestem tym tortem. 😉 

    Tego nie wypowiedziała żadna osoba ze snu. Byłam tam sama. 

    Później śniło mi się coś jeszcze, ale to już nie było istotne. 

    No cóż… ja się ze snami nie zamierzam spierać😍 

    Jestem TORTEM… i tyle.  

    P.s. Gorąco pozdrawiam mojego ulubionego Szamana😎 

  • 56. Pozostać w kontakcie – sen o tym, że aby móc pomagać innym, trzeba najpierw odnaleźć siebie.

    31.12.2025/1.01.2026 

    Chyba zapisywałam mojego syna do szkoły. To była nowo powstała elitarna szkoła dla szczególnie uzdolnionych w jakiejś dziedzinie. Dzieci miały być później poddawane weryfikacji. Nie wiem, w jaki sposób. 

    To było jednocześnie uroczyste otwarcie szkoły. Poznałam tam dyrektora. Zainteresował się mną. Rozmawialiśmy chwilę, chyba lekko flirtował. Dał mojemu synowi prezent. Mały samolot, który latał jak dron. To był elegancki, ale nie „usztywniony”, przystojny mężczyzna w średnim wieku. 

    Przyszedł do naszego mieszkania. Mieszkanie było nieco inne niż w rzeczywistości. Trochę ciemniejsze ściany (w realu są białe), bez obrazów i ozdób, ale równie przestronne i wysokie. Zamiast balkonu miałam wyjście na całkiem spory „taras-ogród”, z pięknym drzewem, które nie tyle rosło w górę, ile płożyło się na wysokości około 1,5–2 metrów z grubymi, poskręcanymi, bardzo efektownymi konarami. Były tam też inne rośliny. Bardzo piękne miejsce. 

    Ogród oddzielony był niskim metalowym (raczej prowizorycznym) płotkiem i furtką, która nie była zamknięta. 

    Mężczyzna przyszedł ze swoją córką. Miała może 2–3 lata. Dałam im coś do picia. Mężczyzna pobrudził się tym, jego córka także. Zaproponowałam, że wypiorę brudne rzeczy. Zgodził się. Zabrałam jego koszulę i zaczęłam rozbierać dziewczynkę. 

    Zauważyłam, że jej body jest zabrudzone w kroku krwią zmieszaną z jakimś śluzem. Byłam pewna, że jest ofiarą przemocy seksualnej. Nie pokazałam po sobie, że się domyślam, że cokolwiek zauważyłam. 

    Poszłam podlewać kwiaty i spryskiwałam czymś konary tego pięknego drzewa w nadziei, że pojawi się ktoś z sąsiadów, kto mi pomoże. Był tam tylko ich syn (w realu to sąsiedzi z kamienicy obok. Ich syn odwiedza mnie w mojej firmie, a matka jest pedagogiem szkolnym). Zapytałam, czy mama jest w domu. Była, więc przez ogród weszłam do ich mieszkania. 

    Powiedziałam, o co podejrzewam mojego gościa, i poprosiłam, żeby wezwali policję, bo nie chcę tego robić ja, tak żeby nie sprawić, że ten człowiek domyśli się, że jest zagrożony, i ucieknie, zabierając dziecko. 

    Ten mężczyzna przyszedł jednak do sąsiadów, szukając mnie. Nikt nie dał po sobie poznać, że wiedzą. Oglądał mieszkanie i głośno porównywał je z moim. Tam na ścianach były tapety w piękne kwiaty, białe framugi drzwi, wszystko dopracowane i naprawdę ładne, na podłodze jasne panele. U mnie raczej loftowy, surowy styl i parkiet na podłodze, który wymaga remontu (faktycznie tak jest). 

    Mężczyzna chwalił mieszkanie i głośno uznał, że moje nie dorównuje temu sąsiadów. Trochę mnie to zawstydziło. 

    Wróciliśmy do mnie. Siedział w fotelu i już wiedział, że jest „więźniem”, że nie pozwolimy mu uciec. Wziął na ręce malutkiego kotka, głaskał go przez chwilę, po czym rzucił nim o ziemię. Podbiegłam, podniosłam kotka. Na szczęście nic mu się nie stało. 

    Przyszła sąsiadka i zabrała mnie niby na kawę. Wyszłyśmy z budynku. Wiedziałam, że ten człowiek nie opuści w tym czasie mieszkania. Nie mógł tego zrobić sam. Musiał zostać wypuszczony. 

    Zadzwonił telefon. Jakiś męski głos. To policjant. Powiedział, że już są w drodze i że podjadą w miejsce, w którym umówiła się z nimi sąsiadka. Zapytałam, gdzie. Wymienił nazwę małego parku lub zagajnika oddalonego od naszego domu o jakieś 10 minut drogi. 

    Byłam zła na sąsiadkę. Nie rozumiałam, dlaczego nie podała im po prostu adresu. Wiedziałam, że jak tylko oprawca opuści moje mieszkanie, po prostu ucieknie. 

    Chciałam zadzwonić na ten numer i to „odkręcić”. Sąsiadka zamieniła się w moją bliską przyjaciółkę (chrzestną mojego syna). Próbowałam wybrać numer do siebie (?), ale okazało się, że ma telefon starego typu i nie zapisuje ostatniej rozmowy, a każdy numer zawsze trzeba wybierać ręcznie. 

    Wracałyśmy do domu, a ja próbowałam skontaktować się po drodze z policją. 

    Dla mnie trudny sen, ale taki, który mogę już unieść.  

    Przyjaciółka opowiadała mi niedawno o swojej dziecięcej traumie związanej z przemocą. Jej doświadczeń nie opiszę, ale ta historia uruchomiła we mnie inne wspomnienie. 

    Kiedy zaczynałam moją pracę w szkole podstawowej, na mojej drodze stanęło dziecko – ofiara przemocy. To był ośmioletni chłopiec. Na przedramieniu zauważyłam brzydko gojący się strup, wyglądał jak po oparzeniu. Pytałam, jak się to stało. Chłopiec odpowiedział coś, ale wcale mnie to nie uspokoiło.  

    Zaprowadziłam go do pielęgniarki, powiedziałam, że idziemy po plaster, ale chciałam, żeby przyjrzała się tej ranie, bo intuicja podpowiadała mi, że to nie jest zwykłe oparzenie.  

    I nie było! 

    Na jego ciele było wiele śladów przemocy.  

    Na szczęście w szkole przypadki przemocy objęte są procedurą. Nie można działać w pojedynkę.  

    Na szczęście.  

    Bo wtedy bym poległa.  

    Pamiętam spokojny głos starszej i doświadczonej pielęgniarki, jej przerażoną twarz, która z tym głosem zupełnie nie współbrzmiała. Pamiętam, jak powiedziała:  

    “Przyda mi się maść z antybiotykiem, ale pożyczyłam pani pedagog”.  

    Biegłam korytarzem do pedagoga. Nie pamiętam tej drogi. Byłam jak robot, zupełnie odcięta od czucia, od siebie.  

    Kiedy zobaczyłam siniaki na plecach tego dziecka, wróciłam do własnego dzieciństwa. 

    Życie w przetrwaniu odbiera jasność myślenia, elastyczność, kreatywność i kontakt z własnymi emocjami.  

    Dlatego błogosławione niech będą procedury. 

    W zespole do spraw interwencji kryzysowej byłyśmy we cztery, a ja w tej bitwie pełniłam rolę “szeregowego”. Nie było mnie wtedy stać na więcej.  

    Teraz jest już inaczej.  

    Może przez lata doświadczeń, a może dzięki pracy nad sobą.  

    Teraz potrafię już zatrzymać się przy drugim człowieku, nie tracąc kontaktu ze sobą. 

    Bo tylko kiedy jesteś w kontakcie ze sobą, możesz być naprawdę w kontakcie z drugim człowiekiem.  

    A kiedy spotkasz człowieka w kryzysie, żeby mu pomóc, możesz zrobić tylko jedno – BYĆ PRZY NIM W PEŁNI.

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 54. Portal do innego świata – sen otwierający kolejny etap. 

    27/28.12.2025 

    Niewiele pamiętam, bo sen był długi. 

    Byłam w mieszkaniu mojej teściowej w innym mieście. Był tam mój były mąż, ale nie pamiętam go jako postaci. Wiem tylko, że był. Coś robił. Pamiętam jakieś kable, przyłącza, montowanie czegoś. 

    Był też inny mężczyzna. Ten był mi bliski. To nikt z realnego życia. 

    Mój były mąż wyjechał. To tak, jakby zostawił wolną przestrzeń. Zastanawiałam się, czy teraz powinniśmy spać w jednym łóżku z tym mężczyzną, czy może – z szacunku dla teściowej – spać w oddzielnych. Ale wtedy on spałby w pokoju razem z moją teściową. 

    Uznaliśmy, że jednak bardziej komfortowe dla niej będzie, jeśli będziemy spać razem. Byłam tym ucieszona, a jednocześnie lekko zaniepokojona, a może raczej zmieszana, bo jeszcze nigdy nie spędziliśmy ze sobą nocy. On zdawał się wszystko rozumieć i niczego ode mnie nie oczekiwał. Po prostu był i przyjmował każdą moją decyzję ze spokojem. Wiedział też, że nie jest u siebie i nie ma prawa wyboru. 

    Byłam z koleżankami w sklepie, w którym wcześniej coś zamówiłam. Było to coś niezwiązanego ze sprzedawanym tam asortymentem. Zupełnie o tym zapomniałam. 

    Podeszła do mnie właścicielka sklepu i powiedziała, że niestety nie ma tego, co zamawiałam. Chciałam jej odpowiedzieć, że przyszłam właśnie dowiedzieć się o stan zamówienia, ale to nie była prawda. Zapomniałam o nim. 

    Miałam silne przeczucie, że ją okłamuję i żeby znaleźć „dowód”, że jednak pamiętałam, odsłoniłam nadgarstek lewej ręki. Chciałam pokazać jej, że zapisałam sobie, żeby o zamówieniu nie zapomnieć. Wiedziałam, że mam tam narysowanego kota w stylu dziecięcego, naklejanego tatuażu, a zapis miał niby znajdować się poniżej. Nie udało mi się jednak podciągnąć rękawa. 

    Ze zdziwieniem zauważyłam, że to nie był narysowany kot, tylko wąż. Króciutki, z dużą głową, w zabawnym, dziecięcym stylu. Zielony, w pastelowym odcieniu. 

    Wyszłam ze sklepu i przyjrzałam się ręce. Na wewnętrznej stronie przedramienia nie było już zabawnego tatuażu, tylko ekran. Nie był zamontowany ani szklany – wyglądał, jakby był częścią skóry, ale obraz był bardzo wyraźny. 

    Zobaczyłam na nim grupę mężczyzn leżących na czymś rozłożonym na asfalcie. Klęczeli z twarzami przy ziemi. Byli aresztowani, ale wygłupiali się. W takt muzyki unosili do góry biodra i machali rytmicznie tyłkami, w skoordynowany sposób. Zachowywali się tak, jakby byli rebeliantami. 

    Nagle pojawiłam się obok nich, byłam w środku tego chaosu. To działo się w nocy, na ulicach jakiegoś dużego miasta. Na pewno nie w Polsce, a nawet nie na tej planecie. To był zupełnie inny świat. 

    Obok mnie bardzo wolno przejechał duży, opancerzony samochód, chyba policyjny albo wojskowy. Wokół niego byli przywiązani inni mężczyźni. 

    Porządku pilnował mały słonik. Był bardzo nieporadny, ale widziałam, jak bardzo się stara. Miał głowę i krótką trąbkę osłonięte żelazną zbroją zakończoną krótkimi, tępymi kolcami. Uwijał się szybciutko na swoich krótkich nóżkach, popychał tych mężczyzn i jakby zaganiał ich, żeby szli równo. 

    Pomyślałam z olbrzymią czułością, że ten dzielny, malutki słonik powinien być jeszcze ze swoją mamą. 

    Tu by się pewnie mój szaman rozgadał 😉 

    Ja widzę to tak: ten sen przygotowywał mnie na nowy etap. Możliwe, że na nową jakość relacji, a w każdym razie na zupełnie inny rodzaj męskiej energii.  

    Drugą część snu chcę jeszcze przemilczeć. Powiem tylko, że portal na mojej ręce otworzył mi możliwość otwarcia drzwi do korytarza, na końcu którego, w ostatnim pokoju mojej szkoły, zakręcony w słoju czekał smutny finał, a jednocześnie początek tej historii.  

    Sen pokazał mi, że będę uzbrojona, będę miała siłę.  

    Może będę zagubiona, może trochę nieporadna, ale wszystko, co najważniejsze, ustawię w równym szeregu.  

    Uporządkuję moje życie i relacje.  

    Ale o tym… innym razem.

  • 53. Czekając na zielone – sen o tym, czego nie muszę już nosić. 

    25.12.2025 

    (popołudniowa drzemka) 

    Sen był dłuższy, ale pamiętam końcówkę. 

    Miałam jechać pociągiem do innego miasta wojewódzkiego, niecałą godzinę. Zabrałam ze sobą dużego psa na smyczy i ogromne akwarium. Miałam też torbę i niewielką torebkę. 

    Jechałam z dziewczynkami z mojej firmy (najstarsze 17–18-letnie, moje dzieci, wolontariuszki, towarzyszki, przyjaciółki), nie wiem, czy zwiedzać, czy może na koncert. 

    Byłyśmy w przedziale, który wyglądał jak niewielkie mieszkanie. Składał się z co najmniej dwóch pokoi. Zajmowałam z dziewczynkami duży pokój. Był oświetlony, ale bez okien. Pies leżał na podłodze. 

    Wielkie akwarium postawiłam na podłodze, na środku pokoju. Dziewczynki uzupełniły je wodą. Woda była czysta, przejrzysta. Na dole pływały nieduże srebrne rybki. 

    Powiedziałam dziewczynkom, że bez sensu targałam to wielkie akwarium. Wyjechałyśmy przecież na jeden dzień i rybki mogły spokojnie zostać w domu. 

    Pies chciał się napić wody. Podnosiłam go (a był naprawdę duży), żeby mógł napić się z akwarium. To było bardzo niewygodne, ale udało się w końcu. Pies się napił. 

    Zwróciłam uwagę na to, co działo się w drugim pokoju. Przez otwarte drzwi zauważyłam (chyba) mojego byłego męża. Stał tyłem. Był tam też jakiś inny mężczyzna (nie było go widać), który pomagał mu się ubrać. 

    Było coś nie tak z jego ubraniem. Możliwe, że je prali, bo założył na siebie mokry podkoszulek bez rękawów, a na to koszulę, również mokrą. Podkoszulek był ciemny i prześwitywał przez jasną, mokrą koszulę. 

    Mężczyzna tłumaczył mu, że kiedy zrobi się coś niedobrego, trzeba przeprosić. Pytał czy przeprosił (chodziło o mnie). Mój były mąż próbował sobie przypomnieć, czy była taka sytuacja, kiedy naprawdę przepraszał. 

    Nie doczekałam do końca ich konwersacji. Znudziła mnie, bo wiedziałam, że nie miał w zwyczaju przepraszać i nie chciało mi się tego słuchać. 

    Pomyślałam, że czas zbierać się do wyjścia. Miałam to przeklęte akwarium do zabrania. Trzeba było wylać z niego wodę przed wyjściem. 

    Z zaskoczeniem zauważyłam, że dziewczynki już to zrobiły i wyszły dawno na zewnątrz. Czekały przy wyjściu. 

    W przedziale zostały jakieś mokre drobiazgi dziewczynek (gumka frotka do włosów i coś zrobionego na szydełku). Zebrałam je i schowałam do torebki. 

    Pomyślałam, że akwarium muszę oddać do jakiejś przechowalni. Nie będę z tym przecież chodzić po mieście. 

    Przez chwilę pomyślałam, że powinnam zajrzeć do pokoju obok i powiedzieć mojemu byłemu mężowi, że dojeżdżamy. Po namyśle uznałam, że nie będę go o niczym informować. 

    Zabrałam psa, akwarium i torby, i dołączyłam do dziewczynek. 

    Bałam się trochę, że nie zdążymy wysiąść, ale dziewczynki mnie uspokajały, że wszystko jest w porządku. 

    Na zewnątrz przedziału, w korytarzu prowadzącym do wyjścia z pociągu, były okna. Widziałam jakieś budynki. Pociąg stał i na coś czekał. Jakby na zielone światło. Zaraz miał ruszać. 

    Zauważyłam, że akwarium w moich snach mówi o emocjach. Wcześniej pojawiały się w nich ogromne lub zaniedbane akwaria. Śniłam też kiedyś o stworzeniach, najczęściej żabkach, które były zapomniane i pojawiały się nagle, a mi było bardzo przykro, że zostały na bardzo długo bez opieki i musiały radzić sobie same, żeby przetrwać. 

    Ten sen był inny. Akwarium zaledwie przenośne, zadbane i czyste. 

    Dziewczynki ze snu w realu są moją rodziną. Nie rodziną pochodzenia, ale taką, którą stworzyłam w mojej firmie. Zdarza się, że naprawdę wyjeżdżamy na krótkie wycieczki i zawsze jest to piękny czas. Ta rodzina daje mi poczucie bezpieczeństwa, przynależności, emanuje spokojem i radością. Jesteśmy dla siebie ważne. Część z nich wyruszyła już w świat, studiują w odległych miastach, ale kiedy wracają choć na chwilę, zawsze znajdą czas na wspólną kawę. 

    Dlatego jestem silniejsza. 

    A były mąż… naprawdę nie zależy mi na przeprosinach. Wszystko, co z nim związane, mogę oddać do przechowalni, nie zamierzam tego ciągnąć za sobą. 

    Nie zapomnę oczywiście, bo wszystko, co mnie spotkało, ukształtowało mnie i sprawiło, że jestem, jaka jestem, ale nosić tego nie będę.