To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.
Pamiętam niewielki fragment snu. Sypialnia, łóżko pościelone, mój partner (nie mam pewności, czy to ktoś mi znany – może były mąż, ale nie jestem pewna).
Coś robiłam w tym pomieszczeniu, ale to chyba nie jest ważne, relacja była istotna. Czułam, że ten mężczyzna odsuwa się ode mnie, chodzi po mieszkaniu, czymś się zajmuje, nie zwraca na mnie uwagi.
Jednak przychodzi. Podchodzimy do łóżka, kładziemy się. Nie ma w tym jednak czułości ani miłości. Splatamy się ze sobą tak, jakbyśmy chcieli sprawdzić „dopasowanie”. Pada zdanie: „Kiedy ty jesteś za gruba, ja jestem za chudy”. Jestem zawstydzona, że tak bardzo przytyłam. We śnie jestem grubsza niż w rzeczywistości.
Jesteśmy ubrani i nie ma w tym, co robimy, nic erotycznego. Mimo wszystko mężczyzna ściąga spodnie, ponieważ penis nie mieści się w nich, jest duży i sztywny. Mężczyzna próbuje go ułożyć tak, aby mógł ubrać się i wyjść.
Wchodzi mój syn, coś zabiera i niespecjalnie dziwi go ten widok. Mnie natomiast dziwi, że mężczyzna nie czuje się skrępowany. Jestem zażenowana, że syn jest świadkiem tego gmerania w rozporku.
Mężczyzna ma do mnie pretensje, że spóźni się do pracy, bo tak przecież nie może wyjść. Patrzę na to wszystko trochę z boku i z niesmakiem. Wcale nie czuję się winna. Ale po głowie chodzi mi myśl, że muszę trochę schudnąć.
Bardzo trudno było mi podejść do przemyśleń na temat tego, co niesie w sobie ten przebogaty sen, z należytą powagą. Bo sytuacja jest absurdalna: facet się miota, ja — w absolutnym braku kontaktu — zajęta własną tuszą, jestem lekko zażenowana i delikatnie zawstydzona. Ot, chleb powszedni 😉.
Tyle że naprawdę był to chleb powszedni. Mój syn przez całe swoje życie obserwował, jak byłam obwiniana za wszystkie pomyłki, niedociągnięcia, chybione pomysły i inwestycje jego ojca. To ja brałam na siebie odpowiedzialność, wszystkie pretensje i co najważniejsze, konsekwencje nie swoich błędów.
W tym śnie zachowałam się inaczej niż kiedyś w rzeczywistości.
Byłam w sporym budynku i dość wysokim. Nie panował tam chaos, nie było brudno, ale stylu stanowczo tam brakowało. Tak trochę boho, mało elegancko, trochę przytłaczająco. Ale kolory raczej przytłumione.
To była moja firma, w której pracować miałam z dziećmi. Dostałam ten budynek (od miasta?). Wcześniej była tam stołówka jakiejś instytucji. Wszystko zostało po starych najemcach. Przy drzwiach wisiała stara, zniszczona tabliczka.
Jacyś rodzice, którzy zostawili u mnie dwoje, może troje dzieci, próbowali pomóc mi uporządkować przestrzeń przed wejściem. Zdarli tę tabliczkę razem z przymocowanym do niej zniszczonym pluszakiem i ustawili przed wejściem jakieś pudełka, które miały jakoby zachęcić ludzi do przyjścia. Nie byłam przekonana, ale machnęłam na to ręką i wróciłam do dzieci. Miały na oko 6–8 lat.
Budynek w środku był podzielony na trzy części.
Malutkie mieszkanko, jakby wbudowane zaraz przy wejściu, może z 15 m². Tylko łóżko i niewiele więcej. Domek ze zbitych desek, jak dom jakiegoś trapera.
Pośrodku budynku była duża, przestronna przestrzeń, a drugi koniec można było oddzielić, przesuwając ściankę, która po zamknięciu tworzyła mały pokój.
W tym dużym pomieszczeniu na półce siedziała żaba. Rzekotka szmaragdowa. Przepiękna. Do niej cienkimi sznurkami lub nicią przywiązany był robal, naprawdę duża zielona gąsienica. Najpierw myślałam, że robal zżera żabę, chciałam go wyciągnąć, ale kiedy zobaczyłam te nici, pomyślałam, że nie jest to niebezpieczne i może spokojnie zaczekać, aż znajdę jakieś cieniutkie nożyczki.
Wyszłam z dziećmi na zewnątrz. Łąka, ścieżki, zieleń w oddali. Ale przestrzeń zamknięta roślinnością i możliwe, że budynkami. Niezbyt rozległa.
Widzieliśmy, jak ścieżką idzie grupka ludzi, chyba rodzina z kilkorgiem dzieci. Biegały koło nich niedźwiedzie. Czarne, niewielkie, wyglądały jak himalajskie. Pomyślałam, że to sympatyczne zwierzęta, takie radosne. Zauważyłam, że ta rodzina wcale nie kontroluje zwierzaków, a ja miałam pod opieką cudze dzieci, więc postanowiłam, że jednak schowamy się w budynku.
Ale nie było we mnie lęku, raczej odpowiedzialność i świadomość, że nie wiedziałam, czy rodzice byliby zadowoleni ze spotkania dzikiego zwierzęcia przez ich dzieci.
Weszliśmy do środka, ale za nami do budynku wszedł dorosły, ale jeszcze młody wilk. Schowaliśmy się w tym domku w środku budynku. Niestety deski były uszkodzone albo źle zbite, wilk dostał się do środka. Nie był agresywny. Zachowywał się, jakby chciał się bawić.
Wyszliśmy z „domku” i poszliśmy do ostatniej części, którą można było przegrodzić ścianką. Ścianka okazała się niewysoka, dokładnie 110 cm. I miękka, jak zrobiona z tapicerowanych sztuczną skórą elementów.
Wilk bardzo chciał się przedostać. Nie było we mnie lęku. Tylko ta powinność, że dzieci nie mogą mieć z dzikim zwierzęciem kontaktu. Ale robiłam wszystko bez przekonania. Dzieci też się go nie bały i udawały tylko, że pomagają mi przesuwać ścianę 😉
W tym śnie było tyle luzu i prawdziwej dziecięcej radości. Kiedy teraz, po wielu miesiącach, przypominam sobie tę niby ucieczkę przed dzikim zwierzęciem, radosne chichoty i ukradkowe głaskanie wilka z miną mówiącą „to nie moja ręka”, nie mogę powstrzymać uśmiechu.
W tamtym okresie przeżywałam trudny czas. Mój syn właśnie wrócił do domu po rozstaniu z dziewczyną, w pracy organizowałam olbrzymią imprezę, a jej przygotowanie zajęło mi kilka tygodni intensywnej, dodatkowej pracy pro bono. Na szczęście rodzice moich dzieci sami oferowali pomoc i po raz pierwszy w moim życiu czułam, że nie jestem sama. Martwiła mnie też kwestia mojej duchowości. Nie miałam na nią czasu. Bałam się, że codzienność ją pochłonie. Nic takiego na szczęście nie miało miejsca. Bo moja duchowość mieszka właśnie w codzienności, wśród dzieci, zwierząt, pracy i w naturze.
Często zastanawiam się, co by na to czy owo powiedział mój ulubiony Szaman. Choć zwykle sama znajduję odpowiedzi.
W tym wypadku mój Szaman powiedziałby na pewno: Nie bój się, nie wszystko, co wydaje się groźne, okazuje się niebezpieczne. Wpuść własną dzikość do życia. Nie bój się wilka, ciesz się jego obecnością. Radość nie kłóci się z odpowiedzialnością.
I nie martw się, nie jesteś sama.
I choć wcale go już nie potrzebuję, tęsknię czasem za moim Szamanem 😉
Leżałam w łóżku. Przebudziło mnie coś. Leżałam, patrząc w ścianę przed sobą. Nagle do mojego łóżka, jakby nigdy nic, wszedł mój były mąż, położył się za mną i objął mnie. Udawałam, że śpię. Tak jakbym chciała dać sobie czas na przemyślenie tego, co się właśnie dzieje. Bo wszedł jak do siebie. Zastanawiałam się, czy jest tak bezczelny, czy może aż tak zaburzony, że nie widzi, że to niedopuszczalne. Byłam spokojna.
Kiedy domyśliłam się, że niczego nie wymyślę, „obudziłam się” i zapytałam, czy pokłócił się z kobietą, z którą mieszka. Powiedział, że tak i że wszedł, bo drzwi nie były zamknięte na klucz.
Poszłam do syna i powiedziałam mu, jakie były konsekwencje jego zaniedbania (niezamknięcia drzwi na noc). Przyszedł do ojca i nie podał mu ręki na powitanie. Był dumny z siebie, że tego nie zrobił. Zastanawiałam się, czy były mąż sam sobie pójdzie, czy będę musiała coś z tym zrobić. Zostawiłam to chyba, bo pobył jeszcze chwilę w tym śnie, ale był już raczej tłem.
Przyjechała jakaś rodzina (nie z realnego życia). Kilka osób przyjechało do moich rodziców, ale nie było dla nich obiadu, więc poszłam do kuchni (zwykle przejmowałam od dziesiątego roku życia obowiązki mojej matki). Był tam straszny bałagan. Nic nie leżało na swoim miejscu, nie mogłam nawet znaleźć garnka. Miałam ugotować ziemniaki i jakiś sos do pieczeni, która stała przygotowana już na blacie. Nie znalazłam ziemniaków, ale znalazłam dużo paczek z kaszą gryczaną. Wróciłam do gości i zapytałam, czy kasza jest opcją, którą wszyscy zaaprobują. Wszyscy byli chętni.
Był tam też młody mężczyzna, który był dla mnie szczególnie miły. Zaproponował mi pomoc. Zgodziłam się. Kiedy wracaliśmy do kuchni, zaczepiła mnie ciotka i powiedziała, że to najlepszy wybór, bo to bardzo dobry, ciepły człowiek z poczuciem humoru. Że wszyscy go lubią, że będzie dla mnie dobry i że ma 49 lat. Zdziwiłam się, bo wyglądał bardzo młodo. W dodatku ciotka wciskała mi kuzyna w pierwszej linii!
W kuchni zabrałam się za mycie garnka, który udało mi się znaleźć. Odkręciłam kran, ale słyszałam, że woda nie leje się do rur. Zajrzałam pod zlew. Okazało się, że to była pralka, nie zlew, i że rury nie są podłączone. Woda płynęła na podłogę. Była czysta. Zakręciłam kran.
Nad „zlewem” wisiało lustro. Zobaczyłam swoje odbicie. Miałam idiotycznie spięte włosy. W pierwszej chwili wystraszyłam się, że mam łysy pasek przebiegający przez środek głowy, od czoła do czubka, ale przyjrzałam się dokładnie. Włosy były spięte i przylegały w tym miejscu bardzo ściśle.
Odwróciłam się do kuzyna i zapytałam, czy nie przeszkadza mu to, że wyglądam śmiesznie. Powiedział, że nie i że to się w ogóle nie liczy.
Ten sen przypomniał mi o konkretnym doświadczeniu sprzed kilku miesięcy.
Darek przed dłuższym wyjazdem chciał mnie odwiedzić, żeby się pożegnać. Powiedziałam, że bardzo bym chciała, ale będę się czuła bardzo niezręcznie. Bo po dziesięciu godzinach pracy będę bardzo zmęczona i nie będę “ani wyglądać, ani ogarniać”. Odpisał mi, że kocha i akceptuje mnie taką jaka jestem. Że nie ma znaczenia czy “wyglądam”, ani czy “ogarniam”, wystarczy, że jestem.
To było najpiękniejsze z naszych spotkań.
Dla mnie to niezwykłe doświadczenie. Po dziesięcioleciach zasługiwania na miłość, po raz pierwszy usłyszałam, że: “wystarczy, że JESTEM”.
Nie musiałam, być tą która ogarnia, gotuje, sprząta, ratuje ludzi i sytuacje i przy tym nieskazitelnie wygląda.
Mogłam nareszcie, choć na chwilę zdjąć zbroję.
Miałam prawo być zmęczona, nieuczesana – niedoskonała.
Sen pierwszy. Niczego nie pamiętam, wiem, że dotyczył pracy. Przebudziłam się ze zdaniem: „rób wszystko po swojemu” (i zazwyczaj tak właśnie w pracy robię😉)
Sen drugi. Byłam w domu (nie z realnego życia). Był tam też mój brat, przekonywał mnie, że powinien ze mną zamieszkać, ale na szczęście nie nalegał (wczoraj wieczorem spotkałam na klatce sąsiada chorego na schizofrenię, wystraszył mnie trochę, bardzo źle funkcjonuje, często trafia do szpitala. Mój brat też jest chory na schizofrenię, ale choroba mojego brata jest pod kontrolą i ma łagodniejszy przebieg).
Pisałam jakiś wpis na bloga, o tematyce wychowawczo-dydaktycznej, dołączyłam tam listę dzieci, których to dotyczyło. Niechcący kliknęłam coś, co spowodowało, że opublikowałam ten wpis, a nazwiska dzieci pojawiły się w miejscu, które było przeznaczone dla autora. Wystraszyłam się, bo nie miałam zgody rodziców na użycie danych osobowych dzieci. (w realu również coś piszę i dotyczy to dzieci, nie mam jeszcze fizycznie wszystkich zgód rodziców, dzisiaj muszę o to zadbać). Próbowałam to odkręcić, ale nigdzie nie znalazłam napisu “edycja”.
Odeszłam od komputera, żeby skupić się na bracie. Nagle zaaferowany pokazał mi, że na ścianie porusza się malutki świetlisty punkt. Powiedział, że to starlinki. Mówił, że są prawdziwe, nie urojone. Przyglądałam się ze spokojem, ale zaciekawiona. Chciałam wiedzieć skąd się to wzięło. Po chwili zaczęły się pojawiać inne obrazy jak wyskakujące okna w komputerze. Domyśliłam się, że to mój komputer odbija obraz na ścianie.
Nagle usłyszałam głos Darka mówiący coś o komputerach, coś bardzo technicznego i obraz jakichś płytek z układów scalonych. Powiedziałam zdziwiona „O! To Darek”. (Zdarzało się w realu, że bywał zapraszany do radia lub telewizji regionalnej jako ekspert w swojej dziedzinie). Pojawiła się twarz. Nie była to jednak twarz Darka, choć fryzura i broda w tym samym stylu, z tym, że jaśniejsze.
Poszłam piętro wyżej. Tam czekała na mnie matka mojego zawodowego dziecka (zostałyśmy bardzo dobrymi koleżankami w realu). Przyszli na umówioną godzinę, ale nie ja, tylko ona pokazała synowi, co ma robić, mnie pytała tylko o instrukcje.
Powiedziałam, że jeśli jej tak dobrze poszło (malowali coś na koszulce 😉) to powinna to teraz wyprasować. Poszłam po żelazko. Wracając na górę spotkałam syna. Miał na oko 10 lat. Był z przyjacielem. Bardzo mnie zagadywali a ja chciałam koniecznie do toalety. Zobaczyłam, że mam spodnie opuszczone do połowy uda. Na szczęście długą koszulę, która mnie okrywała. Problem w tym, że zrobiłam kupę🫣. I stałam tak naprzeciw nich z brudnymi pośladkami rozmawiając jakby nigdy nic. Kiedy tylko udało mi się ich zbyć wyczyściłam się mokrymi chusteczkami, założyłam spodnie i zaniosłam żelazko czekającej na mnie mamie ucznia.
W domu było czysto, ale fotel, który rozłożyłyśmy, żeby powstała deska do prasowania był cały w trocinach. Czyściłam go. Kiedy wszystko było przygotowane do prasowania zostawiłam ją z tym i poszłam na dół. Tam ktoś poprosił mnie o kakao (zwykle robię je moim zawodowym dzieciom). Tym razem przyniosłam mleko, kakao i czajnik. Chciałam, żeby sami sobie je przygotowali, ale czegoś brakowało, może kubków a może czegoś innego.
Szłam z moimi zawodowymi dziećmi ulicą. Było bardzo dużo ludzi. Szliśmy i wesoło nuciliśmy jakąś kolędę. Nagle zatrzymała mnie jakaś kobieta. Chwyciła mnie za głowę z tyłu po lewej stronie, wyczuła jakiś guzek i trzymała mi dłoń w tym miejscu przez dłuższą chwilę. Jakby chciała mnie uleczyć. Podziękowałam jej najpiękniej jak umiałam, chciałam jej zapłacić, tyle że nie miałam pieniędzy. Pomyślałam, że jej chociaż zaśpiewamy. Usiedliśmy na czym się dało, ja na wysokim krawężniku i nuciliśmy. Jedna z dziewczynek na regale z książkami, który stał na ulicy obok kobiety postawiła telefon włączyła tę samą kolędę i zaczęła śpiewać po angielsku, my nuciłyśmy dalej. Kobieta podziękowała nam, ale powiedziała, że telefon był za głośno.
Odprowadziła nas kawałek. Rozmawiałyśmy o reakcjach ludzi na jej pomoc. Jakaś kobieta zareagowała podobno histerycznym śmiechem i krzykami, kiedy usłyszała, że leczy ludzi z miłości. Byłam zdziwiona taką reakcją, jak można nie wiedzieć, że wypełnia nas miłość i wszystko co robimy powinniśmy robić z miłości.
Ten sen pokazał mi, żezawsze chciałam perfekcyjnie. Tak, żeby nie narazić się na krytykę, żeby niczego nie zaniedbać, bo jeśli ktoś zauważy, że idealnie nie jest to…
No właśnie co? Nic przecież nie wybuchnie.
A dobro którego doświadczamy? No cóż… jeśli nie masz się czym odwdzięczyć za bezinteresowne dobro, nie szkodzi. Przecież było bezinteresowne. Podziękuj najpiękniej jak potrafisz i ponieś to dobro dalej. Bądź bezinteresownie dobry dla kogoś innego. Może teraz inna osoba bardziej potrzebuje twojego serca.
A jak życie się zesra. Bo czasem się zesra. Nie przejmuj się, wytrzyj tyłek i rób swoje.
Nad moją ukochaną rzeką, ciepły letni wieczór. Mój syn jako wczesny nastolatek i były sąsiad, starszy ode mnie, byli umówieni na jakiś posiłek. Chyba chciałam donieść im coś do jedzenia, ale nie mam pewności. Siedzieli na ławce i jedli coś, co ten człowiek wyciągnął z reklamówki. Nie pamiętam, co to było, ale nie było to nic niepokojącego. Wręcz przeciwnie – patrzyłam z aprobatą na to, co je moje dziecko.
Kiedy się zbliżyłam, zauważyłam, że siedzi z nimi ktoś jeszcze. Ze zdziwieniem rozpoznałam, że to mój były mąż. Siedział tyłem, nie widziałam jego twarzy. Pomyślałam, że pomimo tego, iż nie utrzymujemy kontaktu, siedział właśnie z moim dzieckiem, więc postanowiłam podejść.
Jednak syn zauważył mnie wcześniej. Odszedł od mężczyzn i podszedł do mnie. Chciał iść do domu, ale zatrzymaliśmy się jeszcze, patrząc na rzekę.
Po drugiej stronie, na brzegu, stał olbrzymi dog niemiecki o moim ulubionym srebrnym umaszczeniu. Był zachwycający. Silny, spokojny, łagodny. Majestatyczny.
Za chwilę podszedł do niego kolejny pies tej samej rasy i koloru.
Słyszałam, jak mój były mąż kłóci się z kimś. Zwróciłam na to uwagę, ale nie przejęłam się. To mnie nie dotyczyło.
Patrzyliśmy z synem na drugi brzeg rzeki. Tam, jeden za drugim, nadchodziły kolejne dogi, identyczne, tym razem prowadzone przez właścicieli. Wyglądało to jak procesja. Czuć było niezwykły spokój. Psy poruszały się dostojnym krokiem, z uniesionymi głowami, jakby wyczuwały powagę i niezwykłość tej chwili.
W sumie psów było dziewięć. Wszystkie były piękne, majestatyczne, spokojne i przyjazne.
Te dwa pierwsze bawiły się ze sobą, biegając i wchodząc czasem do rzeki przy samym brzegu.
Ostatnie sny prowadziły mnie przez lęk o syna. Zawsze bałam się, że może podążyć drogą, którą wybrał jego ojciec, dziadkowie i część dalszej rodziny mojego byłego męża. Ten sen zostawił we mnie spokój. Zobaczyłam w nim siłę mojego syna. Zobaczyłam moc, która go poniesie. Spokojną, łagodną i wystarczającą, aby dokonać własnych wyborów.
Ten sen uświadomił mi ważną rzecz. Przez całe życie jesteśmy karmieni przez innych ludzi. Nie tylko rodzina jest źródłem tego na czym możemy opierać nasz rozwój i z czego możemy czerpać wzorce. Na mojej drodze spotkałam wiele wspaniałych osób i z każdego spotkania mogłam wziąć to co mi było potrzebne. Teraz mój syn idąc przez życie może czerpać w podobny sposób. I robi to – często mi o tym opowiada. Dlatego z aprobatą patrzę, jak sąsiad karmi moje dziecko.
Mój syn ma w sobie moc. Moc płynącą również z wielu pokoleń mężczyzn spotkanych po drodze.
Sen drugi tej nocy, nad ranem: Byłam w mojej pierwszej pracy w szkole. Były tam moje dawne koleżanki. Robiłyśmy jakieś porządki. Nie było dzieci. Jedna z koleżanek (w realu kiedyś moja ulubiona, ale bardzo zmieniła się na niekorzyść z biegiem lat) podważała wciąż moje decyzje, poprawiała lub zmieniała wszystko co zrobiłam. Zdenerwowało mnie to w końcu. Pomyślałam, że w sumie wcale nie muszę tu być, że mam swoją pracę i tej wcale nie potrzebuję. Ale pomyślałam też o pieniądzach, i że niewiele zarabiam więc może jednak zostanę. Mój syn był na coś chory, więc zadzwoniłam do przychodni, żeby umówić się na wizytę do lekarza w jego sprawie. Za chwilę przyszła pielęgniarka, aby potwierdzić umówienie wizyty. Najpierw rozmawiała z tą irytującą mnie koleżanką, umówiły się. Podeszłam, żeby potwierdzić wizytę mojego syna, ale kobieta stwierdziła, że zapisy na dziś są już zamknięte. Koleżanka była zdrowa, jej dzieci również. Zapisała się do lekarza bez żadnego powodu, moje dziecko było chore a ona odebrała mu możliwość skorzystania z pomocy. Wiedziała, że potrzebuję tej wizyty. To przelało czarę goryczy. Zabrałam torbę i trzasnęłam za sobą drzwiami. Pomyślałam, że żadne pieniądze nie są warte przebywania w takim środowisku. Szłam ulicą był wieczór. Ciepły letni, nie było jeszcze całkiem ciemno. Byłam ubrana w krótką spódnicę i koszulkę dość skąpą, nie wyzywającą, ale też nie zasłaniającą wiele. Jakiś mężczyzna całkiem przystojny, szedł obok mnie i rozmawiał głośno przez słuchawki. Nagle szturchnął mnie ramieniem. Jak by mnie zaczepiał. Powiedziałam z lekkim oburzeniem coś w stylu Eeeej!!! On odpowiedział „jakie ej?” I pokazał mi ruchem głowy samochód. Gdyby mnie nie szturchnął samochód by mnie potrącił. Powiedziałam wdzięczna „dziękuję ” uśmiechnęliśmy się do siebie i mężczyzna odszedł. Kiedy zostałam sama przyjrzałam się swojej torbie. Zwisała z niej w połowie ciągnąc się po chodniku cienka, brudna kołdra. Zaczęłam wyciągać ją z torby wypadły też z niej jakieś inne drobiazgi. Pozbierałam je, kołdra nadal leżała na chodniku. Przyglądałam się jej. Myślałam, że jej nie potrzebuję, ale nie wiedziałam, jak mam ją spakować do niedużej torby. Miałam pewność, że się nie zmieści. Kołdra wyglądała jak barłóg bezdomnego. Pomyślałam, że może ktoś to sobie weźmie, ale miałam dylemat czy zostawić to na chodniku, bo nie wyglądało to dobrze. Nie wiem co z tym zrobiłam chyba zostawiłam tak jak leżało. Byłam w mieszkaniu (nie z realnego życia) to było moje mieszkanie. Mieszkałam tam z synem i byłym mężem. Przyjechał kuzyn mojego byłego męża z żoną. Nie byłam zadowolona, bo wiedziałam, że pojawi się alkohol. Chyba zwiedzali miasto, ale beze mnie ja zostałam w domu. Kiedy wrócili siedzieli na podwórzu, kuzyn byłego męża popijał piwo. Zaproponowałam, że ugotuję im obiad. Nie wiedziałam co jest w lodówce, tak trochę na odczepnego zaproponowałam makaron z warzywami. Przyjęli to z entuzjazmem. Szłam do kuchni trochę skonsternowana, wiedziałam, że nie mam wszystkich składników. Znalazłam makaron, dwie napoczęte paczki makaronu w tym samym kształcie spomiędzy innych kształtów. Ucieszyłam się, bo było go wystarczająco dużo. Rozejrzałam się po kuchni. Na blacie leżały banknoty, duże, czyste, nowe. Wyglądały jak wyprasowane. Wiedziałam, że zostawili je moi goście, ale nie byłam pewna intencji. Pomyślałam też, że kiedy wchodziłam do kuchni mijałam w drzwiach sąsiada, takiego cwaniaczka alkoholika, nie byłam pewna czy nie zabrał jakiegoś banknotu. Zostawiłam pieniądze tak jak leżały i nie zajmowałam się nimi dłużej. Znalazłam też w kuchni bilety na jakiś spektakl, dwa normalne i ulgowy. Pomyślałam, że to bez wątpliwości musiał być prezent od moich gości. W domu nie było warzyw, postanowiłam wyskoczyć szybko do sklepu. Byłam ubrana w jakiś workowate dresowe spodnie w kolorze szarawo-niebieskim i koszulkę. Szukałam marynarki, która przeciwważyłaby ten niechlujny efekt. Znalazłam w końcu, ale nie tą którą chciałam. Kiedy wyszłam na ulicę zobaczyłam idących nią ludzi. Przeważnie mężczyźni, bardzo mnie zdziwiło, bo większość miała brody do pasa nie byli młodzi, ale też nie starcy. Byli ubrani w takim raczej luźnym casualowym, niektórzy w rokowym stylu.
Tam jeszcze się meblowałam w tym co mi nie służy. Dziś potrafię opuścić miejsce, które nie jest dla mnie. Nie czuję potrzeby tłumaczenia się z granic. Potrafię też przyjąć pomoc i przede wszystkim nie ciągnę już za sobą całego mojego życia. Potrafię je odłożyć z szacunkiem, bo mnie ukształtowało, ale zostawiam je bez przywiązania. Bo to co mnie spotkało nie definiuje mnie jako człowieka. To co robię i kim jestem jest istotne. I powtarzam sobie wciąż na nowo: “Nieważne, co nam zrobiono. Ważne, co my zrobimy z tym, co nam zrobiono”.
Sen, o którym pisałam w poprzednim wpisie był bardzo trudny, czułam się kompletnie rozbita po przebudzeniu a w takich chwilach moje myśli automatycznie wracały do Darka. Teraz kiedy to piszę, też tak miewam. Kiedy wydarzy się coś ważnego lub trudnego Darek jest pierwszą moją myślą, ale teraz mnie to nie niepokoi. Po prostu tak jest. Myśli przychodzą i odchodzą tak jak ludzie, którzy nie zawsze przecież będą w naszym życiu.
Wtedy, po przebudzeniu, przytłoczona ciężarem snu i wydarzeniami poprzedniego dnia przyjęłam opiekę starej kotki. I przyszedł “przedsen”. Bezpośrednio po tym doświadczeniu, ogromnie wdzięczna i wzruszona zapisałam te słowa, przytaczam niezmienione z wyjątkiem imienia, które nie jest prawdziwe:
9.11.2025
Wiem, że miłość mam w sobie, że ja jestem miłością, ale Darek był tak ważny na tyłu poziomach, że nie jestem w stanie nad tęsknotą zapanować. Czy to wciąż będzie wracać? Leżę i płaczę. To wszystko już miałam poukładane, spokój, miłość, wdzięczność. Czy 5 rymów na które się wybrałam pokazało, że się myliłam i tak naprawdę to nie było poukładane, ale tylko w pewnym stopniu „przykryte”? Kiedy tak leżałam i oddychałam ciężko przyszła do mnie moja stara kotka położyła się na mojej klatce piersiowej i mruczy. To niesamowite, bo rzadko przychodzi. To mój najmniej potrzebujący kontaktu kot🤗. Co prawda robiła to już kiedyś, przychodziła w chwilach kryzysu kładła się na mnie i leżała mrucząc do momentu, w którym się w pełni rozluźniałam, wtedy wstawała i odchodziła. Kiedy tak leżałyśmy prawie zasnęłam i na granicy jawy i snu przyszedł do mnie obraz: miasto w półmroku, wycinek pustej ulicy, wysoki szary budynek i lekko uchylone drzwi przez które sączy się na bruk smuga ciepłego światła. Na ulicę wychodzi moja kotka, wolnym, spokojnym krokiem. Kiedy była w połowie drogi do budynku zatrzymała się i obejrzała za siebie jakby czekała na mnie. Jakby mówiła miękko no chodź”.
Teraz z perspektywy czasu myślę o tej sytuacji jako o chwili, w której otworzyły się drzwi a moja mała psychopompos przeprowadziła mnie gdzie trzeba. Ze spokojem, czułością i miłością.
Poprzednie sny przygotowywały mnie na ten jak dotąd najtrudniejszy sen a on z kolei przygotowywał mnie na to co miało się dopiero wydarzyć.
8/9. 11.2025
Duży budynek. W jednym z pomieszczeń stało bardzo duże akwarium około 2m długości i prawie 1m wysokości albo nawet nieco większe. Były tam nieduże rybki (nie były kolorowe, takie rzeczne, zwyczajne) pływały przy dnie. Żyły tam też stworzenia przypominające jaszczurki (żółto czarne). Wpuściłam do wody niewielką ropuchę. Coś robiłam z tym akwarium. Nie pamiętam, czy sprzątałam, czy dolewałam wody. Akwarium stało na czymś (podest, szafka?) Ale w taki sposób, że większa część wystawała poza krawędź. Bałam się, że wszystko runie, tym bardziej, że kamienie na dnie ułożone były właśnie z tej strony, która nie była niczym podparta. Zauważyłam, że ropucha wyskakuje, złapałam ją i włożyłam do wody (woda nie była brudna, ale nie była też krystalicznie czysta). Wyskoczyła znów, więc powtórnie włożyłam ją do akwarium. Przyglądałam się jej, stała się o wiele większa. Teraz była wielkości około 30-40 cm. I miała króciutką gładką sierść, w kolorze szarym i nakrapianym, w kolorze, który zwykle mają ropuchy szare. Zdziwiłam się trochę, ale uznałam, że ta jest owłosiona i że to jest ok, ta po prostu jest inna. Zaakceptowałam jej wielkość i sierść. Nagle ropucha chwyciła jedną z jaszczurek, przysiadła na dnie akwarium i zaczęła ją jeść. Byłam zszokowana, ropucha miała być w tym akwarium po to, żeby tworzyć w pewnym sensie „społeczność” a stała się agresorem. Myślałam, że w tym pomieszczeniu jestem sama, ale ktoś powiedział, że mam to zostawić, że tak ma być. Byłam wstrząśnięta.
Chyba ten sam budynek, ale był jakiś dziwny. Pomieszczenia w nich podobnie jak w tym z akwarium były bardzo wysokie i przestronne, nie było tam raczej mebli. Były bardzo jasne (sala z akwarium jako jedyna była bardzo słabo oświetlona). Częścią budynku były też przestrzenie na zewnątrz takie w stylu atrium, ale dość rozległe i trawiaste. To były koszary. Mieszkało tam dużo ludzi. Chyba byli to żołnierze. Była tam sala, w której do ścian przytwierdzone były sedesy bez kabin (chyba 4, rozstawione w dużych odległościach od siebie). Ktoś wstawił dodatkowe drzwi przy sedesie, z którego lubiłam korzystać. Zdenerwowało mnie to, bo byłam przekonana, że nie będę miała spokoju i kiedy zechcę skorzystać z toalety na pewno ktoś będzie przechodził. To miało być uczęszczane przejście.
Byłam w małym mieszkaniu w bloku na którymś z wyższych pięter. Był tam również mój syn i jego przyjaciel (w realu pojechał przedwczoraj do Wrocławia z tym przyjacielem i swoją dziewczyną. Ona na koncert a oni odwiedzić innego przyjaciela, który tam mieszka) Chłopcy opowiadali mi jak było we Wrocławiu, że nie znaleźli dziewczyny mojego syna, że po koncercie wróciła do naszego miasta z innym mężczyzną. Pili tam alkohol i wdali się w bajkę z jakimiś ludźmi. (w realnym życiu Mój syn, 21 lat, jest osobą unikającą konfliktów jego przyjaciel jest dość porywczy, ale nie agresywny). Na zewnątrz ktoś coś wykrzykiwał, jakaś grupka młodych ludzi. Przyjaciel mojego syna wybiegł na balkon i wykrzykiwał coś do nich w bardzo zaczepny sposób. Bałam się, że ich sprowokuje do jakiegoś agresywnego zachowania. Nie wiem czy ja, czy mój syn, ale ktoś z nas zawołał go do środka. Przyjaciel mojego syna wszedł do mieszkania. Przyglądałam się im i nie podobało mi się to co widziałam. Jeden agresywny drugi „przymulony” wiedziałam, że to skutek wypitego wcześniej alkoholu. Boję się alkoholu, nie chcę, żeby mój syn stał się taki jak ojciec.
Ten sen jest bardzo trudny na wielu poziomach. Po pierwsze bardzo precyzyjnie przewidział przyszłość. Pierwszy raz zderzyłam się tak boleśnie z tym co niesie ze sobą sen prekognitywny. Wtedy byłam zdziwiona i nie uwierzyłam. Ot, dziwny zbieg okoliczności. Niestety niecały miesiąc później ci dwaj chłopcy, nocą około północy siedzieli w kuchni mojego mieszkania i opowiadali mi o osobnym powrocie z koncertu i trudnym, nieoczekiwanym rozstaniu.
Cierpienie własnego dziecka jest dla matki prawdziwym ciosem. Bardzo trudno stać obok i zgodzić się na to, że “tak ma być”. Tylko, że dokładnie tak ma być! To jest droga mojego syna. Bardzo podobna do mojej, w której myślałam, że uratuję, że jeśli się poświęcę zmienię los ukochanego człowieka. Ta miłość, którą dajemy osobie, która nie potrafi jej naprawdę przyjąć i docenić to jest bardzo bolesna lekcja. Lekcja, którą mój syn musi przeżyć sam. A moja rola… jesteśmy ze sobą bardzo związani, jeśli on cierpi – ja cierpię. Ale w tym cierpieniu muszę chronić siebie, swoje zasoby, bo wtedy będę miała siłę na realne mądre wsparcie nie odbierające odpowiedzialności drugiemu człowiekowi. Jako matka mogę tylko, przyjąć syna po rozstaniu, dać mu miejsce w moim domu, nakarmić, wysłuchać i mocno przytulić.
„Zostaw. Tak ma być.” to najtrudniejsze z czym przyszło mi się zmierzyć.
Może straciłam sedes, który był tylko mój przez dwa lata, ale moje dziecko ma oparcie i swoje bezpieczne miejsce, w którym może dochodzić do siebie i układać powoli swoje własne puzzle.
Byłam w mieście, w którym wybuchła wojna. Nie było wybuchów czy wystrzałów. Padła taka informacja i w mieście zapanowała panika. Byłam spokojna i obserwowałam. Ktoś mi powiedział, że tacy jak ja są poszukiwani. Byłam kimś ważnym, ale nie jako ktoś bogaty czy pełniący ważną funkcję, ale ktoś kto zagraża „systemowi” i może się stać w jakiś sposób niebezpieczny dla okupantów. Uciekłam z miasta z dwójką dzieci. Jedno było jeszcze niemowlakiem. Miało dziwne włosy, ciemne długie (około 30 cm) sterczące pionowo w górę, ale miękkie i puszyste. Zatrzymywaliśmy samochody, które podwoził nas kawałek lub szliśmy na pieszo. Zajechaliśmy na dłuższą chwilę do jakiejś wioski. Tam nas znano i czuliśmy się na tyle bezpiecznie, żeby się pokazać. Kobieta wpuściła nas na swoje podwórze, chcieliśmy skorzystać z toalety takiej starej drewnianej, stojącej za budynkiem, ale nie dostaliśmy na to zgody. Zaproponowała żebyśmy w tym celu poszli na pole za dom. To było pole kapusty. Oddałam jej niemowlę i poszliśmy, przykucnęliśmy i wtedy zobaczyłam drona, który nas szukał. To dziwne, bo czasy przypomniały raczej drugą wojnę światową. Zobaczyłam, że mam przy sobie telefon i pomyślałam, że właśnie tak nas namierzyli. Zaczęłam go rozmontowywać i niszczyć elementy, które mogłyby być nadajnikiem. Dron odleciał. Siedliśmy wszyscy na ławce. Planowaliśmy dalszą ucieczkę. Próbowałam ujarzmić włosy niemowlęcia, bo były bardzo charakterystyczne, ale bez skutku. Kobieta, która nas gościła zaproponowała, żeby ukryć je w skarpecie. Bardzo mnie to rozbawiło. Był ciąg dalszy, ucieczka, jakiś duży monumentalny budynek, coś ważnego tam robiłam, ale nie mogę sobie tego przypomnieć.
To jeden z tych snów, który nie daje człowiekowi spokoju. Długo układałam go w sobie. A on mówił jedno, wyszłaś z opresyjnego systemu, chronisz nową wersję siebie. Jesteś nową wersją siebie i żadna skarpeta tego nie ukryje.
Jak już pisałam wcześniej, w ciszy, której miałam wielką potrzebę doświadczyć, kiedy byłam bliżej siebie niż kiedykolwiek mogłam usłyszeć wreszcie to czego nie słyszałam wcześniej a może nie byłam gotowa usłyszeć. I nie ma znaczenia jak to nazwę. Mogę powiedzieć, że ja i moja dusza, podświadomość a może i wyższa jaźń znalazłyśmy drogę do siebie. Mogę też tego w ogóle nie nazywać a i tak będzie działać.
Któregoś poranka po przebudzeniu i zapisaniu kolejnego bardzo ważnego snu, piłam kawę i długo patrzyłam na zdjęcie, które przysłał mi Darek. I już wiedziałam. Sny poprowadzą mnie dalej. To był ten etap, w którym mogłam: powiedzieć teraz SAM SEN wystarczy.
Ale tutaj muszę powiedzieć coś ważnego. Moja droga do tego etapu była naprawdę długa. Jeśli kiedyś, kiedy będziecie potrzebować pomocy lub wsparcia, jeśli znajdziecie się w kryzysie, jeśli wasze zdrowie psychiczne, emocjonalne wymagać będzie zaopiekowania a ktoś powie wam, że uleczy was ceremonia, warsztat duchowy, nie daj Boże egzorcyzmy lub inne doświadczenia, które w cudowny sposób zdejmą z was cierpienie i uwolnią od traum. Uciekajcie!!! Droga zawsze prowadzi od ciała, przez umysł do duszy. Nigdy w przeciwnym kierunku. I nie jest to łatwa droga. Jest bolesna i wymagająca ciężkiej pracy. Tu nie pomogą zaklęcia i cudze obietnice. Moim lekiem na początku była determinacja i odwaga patrzenia na siebie bez filtrów, oczami lustra (lekarza, terapeuty, dziewczyn z terapii grupowej). Z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach szłam dalej i dalej i nie chciałam się cofać. Pomogła mi też miłość do świata i ludzi, którą zawsze w sobie miałam i ta, którą Darek pomógł mi uruchomić – własna. Żegnając się ze mną po skończonej terapii, moja terapeutka powiedziała “Ma pani niesamowitą zdolność. Nawet kiedy stoi pani po kolana w gównie odnajduje pani w nim diamenty, zbiera je pani po kawałeczku a potem ściska je pani w dłoni i oświeca sobie nimi drogę”. Uwielbiałam tą kobietę. Co ciekawe nie pomogła mi sama wiedza, owszem stanowi punkt wyjścia, ale tak naprawdę nie ma znaczenia, ile książek przeczytasz, ilu wykładów wysłuchasz, ile zdasz teoretycznych egzaminów, jeśli nie rozbroisz mechanizmów obronnych i nie wpuścisz tej wiedzy do doświadczenia a to trudno zrobić samemu. Potrzebny jest doświadczony psychoterapeuta, psycholog a czasem lekarz, ktoś kto będzie czuwał a z czasem stanie się lustrem, w którym dostrzeżecie to co dla uzdrowienia trzeba koniecznie w sobie zobaczyć. Później jest miejsce dla duchowości, dla szamana, przewodnika duchowego czy kogokolwiek potrzebujecie.
Po dziesięciu latach pracy nad sobą, układania siebie kawałek po kawałku dotarłam do miejsca, w którym mogłam i umiałam już SAMA. Teraz nie potrzebuję już terapeuty, nie potrzebuję katalizatora ani nawet szamana. Teraz bardzo brakuje mi świadka. Kogoś kto usiądzie przy mnie i powie: Tak. Też tam byłem.