W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: Transformacja

  • 42. Klucze – sen o tym, co dała mi matka. 

    Byłam w szkole, w której kiedyś pracowałam. Na pierwszym piętrze mieściła się moja obecna firma, chociaż w rzeczywistości jest w biurowcu w centrum miasta. Zeszłam do piwnicy. Lokal właśnie opuszczała moja znajoma (ta, która prowadzi zajęcia wokalne dla dzieci), choć właściwie nie jestem pewna, czy to była ona. Może ta druga znajoma, fotografka. A może we śnie były jedną osobą. 

    Kiedyś naprawdę miałam w piwnicy tej szkoły małe pomieszczenie, w którym zaczęłam robić dokładnie to, czym zajmuję się dziś zawodowo. Opowiadałam jej o tym. Pomyślałam, że przejmę ten lokal i przeniosę tam firmę. W sumie taki pomysł chodzi za mną również na jawie, choć obecna lokalizacja jest świetna, więc na razie nic z tym nie robię. 

    Chodziłam po tych pomieszczeniach. Były duże, ciemne i prawie puste. Wszystkie rzeczy zostały już zabrane. W kątach zalegały tylko jakieś stare graty, takie, które wyglądały, jakby leżały tam od dziesięcioleci. 

    Przeszłam dalej, przez piwnice, do sali, w której kiedyś prowadziłam zajęcia dla dzieci. Teraz był tam składzik pełen niepotrzebnych sprzętów. Brudno, wszystko zakurzone, miejscami jeszcze jakieś ślady dawnych czasów i moich pierwszych zajęć. Pomyślałam, że życie zatoczyło koło. Że wróciłam do początku, do miejsca, od którego wszystko się zaczęło. I że właśnie tutaj zostanę. Posprzątam to wszystko i urządzę po swojemu. 

    Wróciłam do lokalu po znajomej. Już ustawiałam w głowie stoły i planowałam przestrzeń. Sprawdziłam światło. Było kiepskie — punktowe, ciemne, niewystarczające. Ale uznałam, że to da się zmienić. 

    Pod sufitem były małe piwniczne okna. W jednym siedział chłopiec i zaglądał do środka. Pomyślałam, że pewnie tak samo będzie później — dzieciaki będą przysiadać w oknach i podglądać zajęcia, rozpraszając moje dzieci. Ale od razu pomyślałam też, że dam sobie z tym radę. 

    Kręcił się tam jakiś mężczyzna. Może woźny, może konserwator. Powiedziałam mu, że biorę ten lokal. 

    Potem znalazłam się na parterze. Było tam małe mieszkanie, w którym mieszkałam z rodziną: matką, ojcem i siostrą. Możliwe, że także z bratem, bo później się pojawił. Wszyscy spaliśmy w jednym pokoju. Łóżko matki stykało się z naszym — spałam razem z siostrą — tworząc coś w rodzaju odwróconej litery L. Łóżko ojca stało niżej, równolegle do naszego. Blisko. 

    Siostra leżała trochę niżej ode mnie. Chyba jęknęła. Poczułam rękę ojca. Wiedziałam, że dotyka jej miejsc intymnych. Żeby do niej sięgnąć, musiał najpierw przejechać ręką po moich nogach, bo leżałam z brzegu. Zorientowałam się, co robi. Zaczęłam więc poruszać nogami, wierzgałam intensywnie jakbym miała zły sen, ale nie chciałam, żeby wiedział, że rozumiem co się dzieje. 

    Cofnął rękę. 

    Miałam pewność, że matka to widziała i nic nie zrobiła. Leżałyśmy chwilę w ciszy. Wiedziałam już, że muszę zabrać siostrę i wyciągnąć ją z tego domu. 

    Ojciec poszedł do łazienki. Wiedziałyśmy, że trzeba się spieszyć. Nie mogłam znaleźć swoich rzeczy, ale w końcu się ubrałam. Chciałyśmy zabrać psa, tylko nigdzie nie było smyczy. To był bardzo posłuszny pies, więc uznałam, że jakoś sobie poradzimy. Po drodze znajdziemy choćby kawałek sznurka. 

    Wtedy pojawił się brat. Nie mój prawdziwy brat — tak samo jak nie mam siostry w rzeczywistości. Czekał za drzwiami. Tłumaczyłam mu, co się dzieje. Powiedział, że teraz rozumie jej dziwne zachowanie w szkole. 

    Chcieliśmy uciekać od razu, ale był weekend i wszystkie wyjścia ze szkoły były pozamykane. Przeszliśmy więc przez piwnice do drugiego skrzydła budynku. Po drodze spotkaliśmy tego woźnego albo konserwatora. Ciągnął jakąś maszynę do załadunku węgla. Pomyślałam, że skoro tamtędy przejechał, to drzwi na boisko muszą być otwarte. 

    Prowadziłam ich szkolnymi korytarzami do wyjścia. Musieliśmy minąć otwarte drzwi naszego mieszkania. Ojciec nadal siedział w łazience. Matka zobaczyła nas z pokoju. Od razu zrozumiała, co robimy i rzuciła nam kluczyki do samochodu. To brat miał prowadzić. 

    Uciekliśmy. 

    Za budynkiem stał duży jeep. Obok kierowcy były dwa miejsca. Jedno zajmowała już dziewczyna brata. Drugie było wolne, ale postanowiłam, że usiądę z siostrą i psem z tyłu. 

    Ten sen zatrzymał mnie dłużej przy mojej matce.  

    W czasie terapii grupowej jedną z najcenniejszych dla mnie technik, której się poddałam było napisanie życiorysu i omówienie go z grupą. To co dla mnie było normą moje “lustra” uznały za koszmar. Pamiętam jak bardzo to mną wstrząsnęło. Nie zdawałam sobie sprawy, że byłam ofiarą przemocy na tylu płaszczyznach.  

    To zadziwiające jak wiele doświadczeń, które przeżyliśmy i uznaliśmy za normę, kiedy spotyka inną osobę, a szczególnie dziecko bez wahania nazywamy przemocą, przestępstwem, złem. Współczujemy, staramy się pomóc, reagować, ratować, naprawić. Jednocześnie… ja wyparłam, że jako dziecko byłam ofiarą. Byłam zaradna, sprawcza, decyzyjna, ratowałam innych, dawałam radę. W czym problem? Pamiętam moje szeroko otwarte ze zdziwienia oczy, kiedy zobaczyłam łzy płynące po policzkach tych kobiet, żon alkoholików, które widziały i przeżyły niejedno. Płakały, kiedy czytałam. 

    Te kobiety zauważyły coś bardzo ważnego w moim życiorysie. Brakowało w nim…  Matki! 

    Tak też było w moim życiu. Brakowało mi matki.  

    Poświęciłam jej więc wiele czasu w trakcie terapii. Chciałam zrozumieć i wybaczyć.

    Nie potrafiła zajmować się domem ani dziećmi. Nie umiała o nas zadbać ani nas obronić. Nie uczyła nas nawet prostych nawyków higienicznych. Nie interesowało jej, kiedy myliśmy zęby jedną szczoteczką, a nawet czy w ogóle myjemy zęby. To ona wymagała ochrony, wsparcia, rady od własnego dziecka, małego domowego terapeuty, kucharki, sprzątaczki, organizatorki życia rodzinnego. Uczyłam się od sąsiadek, mam i babć koleżanek i kolegów. Uczyłam się od wszystkich, których spotkałam po drodze. Byłam naprawdę pilną uczennicą, bo nie chciałam być jak matka. Nie chciałam być SŁABA. 

    Przez całe życie myślałam, że matka nie nauczyła mnie niczego co byłoby istotne. A jednak nauczyła mnie WSZYSTKIEGO.  Dała mi klucze i z nimi mogę iść przez życie. Bo wszystko już było, nic mnie chyba nie zaskoczy i już niemal niczego się nie boję. 

  • 41. Procesja dogów niemieckich- sen o mocy spokoju i spokoju dzięki mocy. 

    13/14.11.2025 

    Początku nie pamiętam… 

    Nad moją ukochaną rzeką, ciepły letni wieczór. Mój syn jako wczesny nastolatek i były sąsiad, starszy ode mnie, byli umówieni na jakiś posiłek. Chyba chciałam donieść im coś do jedzenia, ale nie mam pewności. Siedzieli na ławce i jedli coś, co ten człowiek wyciągnął z reklamówki. Nie pamiętam, co to było, ale nie było to nic niepokojącego. Wręcz przeciwnie – patrzyłam z aprobatą na to, co je moje dziecko. 

    Kiedy się zbliżyłam, zauważyłam, że siedzi z nimi ktoś jeszcze. Ze zdziwieniem rozpoznałam, że to mój były mąż. Siedział tyłem, nie widziałam jego twarzy. Pomyślałam, że pomimo tego, iż nie utrzymujemy kontaktu, siedział właśnie z moim dzieckiem, więc postanowiłam podejść. 

    Jednak syn zauważył mnie wcześniej. Odszedł od mężczyzn i podszedł do mnie. Chciał iść do domu, ale zatrzymaliśmy się jeszcze, patrząc na rzekę. 

    Po drugiej stronie, na brzegu, stał olbrzymi dog niemiecki o moim ulubionym srebrnym umaszczeniu. Był zachwycający. Silny, spokojny, łagodny. Majestatyczny. 

    Za chwilę podszedł do niego kolejny pies tej samej rasy i koloru. 

    Słyszałam, jak mój były mąż kłóci się z kimś. Zwróciłam na to uwagę, ale nie przejęłam się. To mnie nie dotyczyło. 

    Patrzyliśmy z synem na drugi brzeg rzeki. Tam, jeden za drugim, nadchodziły kolejne dogi, identyczne, tym razem prowadzone przez właścicieli. Wyglądało to jak procesja. Czuć było niezwykły spokój. Psy poruszały się dostojnym krokiem, z uniesionymi głowami, jakby wyczuwały powagę i niezwykłość tej chwili. 

    W sumie psów było dziewięć. Wszystkie były piękne, majestatyczne, spokojne i przyjazne. 

    Te dwa pierwsze bawiły się ze sobą, biegając i wchodząc czasem do rzeki przy samym brzegu. 

    Ostatnie sny prowadziły mnie przez lęk o syna. Zawsze bałam się, że może podążyć drogą, którą wybrał jego ojciec, dziadkowie i część dalszej rodziny mojego byłego męża.  Ten sen zostawił we mnie spokój. Zobaczyłam w nim siłę mojego syna. Zobaczyłam moc, która go poniesie. Spokojną, łagodną i wystarczającą, aby dokonać własnych wyborów.  

    Ten sen uświadomił mi ważną rzecz. Przez całe życie jesteśmy karmieni przez innych ludzi. Nie tylko rodzina jest źródłem tego na czym możemy opierać nasz rozwój i z czego możemy czerpać wzorce. Na mojej drodze spotkałam wiele wspaniałych osób i z każdego spotkania mogłam wziąć to co mi było potrzebne. Teraz mój syn idąc przez życie może czerpać w podobny sposób. I robi to – często mi o tym opowiada. Dlatego z aprobatą patrzę, jak sąsiad karmi moje dziecko. 

    Mój syn ma w sobie moc. Moc płynącą również z wielu pokoleń mężczyzn spotkanych po drodze. 

    Dlatego ten sen pozostawił we mnie spokój. 

  • 40. Pożegnanie barłogu – sen o odbudowie granic. 

    12 /13. 11.2025 

    Sen drugi tej nocy, nad ranem: Byłam w mojej pierwszej pracy w szkole. Były tam moje dawne koleżanki. Robiłyśmy jakieś porządki. Nie było dzieci. Jedna z koleżanek (w realu kiedyś moja ulubiona, ale bardzo zmieniła się na niekorzyść z biegiem lat) podważała wciąż moje decyzje, poprawiała lub zmieniała wszystko co zrobiłam. Zdenerwowało mnie to w końcu. Pomyślałam, że w sumie wcale nie muszę tu być, że mam swoją pracę i tej wcale nie potrzebuję. Ale pomyślałam też o pieniądzach, i że niewiele zarabiam więc może jednak zostanę. Mój syn był na coś chory, więc zadzwoniłam do przychodni, żeby umówić się na wizytę do lekarza w jego sprawie. Za chwilę przyszła pielęgniarka, aby potwierdzić umówienie wizyty. Najpierw rozmawiała z tą irytującą mnie koleżanką, umówiły się. Podeszłam, żeby potwierdzić wizytę mojego syna, ale kobieta stwierdziła, że zapisy na dziś są już zamknięte. Koleżanka była zdrowa, jej dzieci również. Zapisała się do lekarza bez żadnego powodu, moje dziecko było chore a ona odebrała mu możliwość skorzystania z pomocy. Wiedziała, że potrzebuję tej wizyty. To przelało czarę goryczy. Zabrałam torbę i trzasnęłam za sobą drzwiami. Pomyślałam, że żadne pieniądze nie są warte przebywania w takim środowisku. Szłam ulicą był wieczór. Ciepły letni, nie było jeszcze całkiem ciemno. Byłam ubrana w krótką spódnicę i koszulkę dość skąpą, nie wyzywającą, ale też nie zasłaniającą wiele. Jakiś mężczyzna całkiem przystojny, szedł obok mnie i rozmawiał głośno przez słuchawki. Nagle szturchnął mnie ramieniem. Jak by mnie zaczepiał. Powiedziałam z lekkim oburzeniem coś w stylu Eeeej!!! On odpowiedział „jakie ej?” I pokazał mi ruchem głowy samochód. Gdyby mnie nie szturchnął samochód by mnie potrącił. Powiedziałam wdzięczna „dziękuję ” uśmiechnęliśmy się do siebie i mężczyzna odszedł. Kiedy zostałam sama przyjrzałam się swojej torbie. Zwisała z niej w połowie ciągnąc się po chodniku cienka, brudna kołdra. Zaczęłam wyciągać ją z torby wypadły też z niej jakieś inne drobiazgi. Pozbierałam je, kołdra nadal leżała na chodniku. Przyglądałam się jej. Myślałam, że jej nie potrzebuję, ale nie wiedziałam, jak mam ją spakować do niedużej torby. Miałam pewność, że się nie zmieści. Kołdra wyglądała jak barłóg bezdomnego. Pomyślałam, że może ktoś to sobie weźmie, ale miałam dylemat czy zostawić to na chodniku, bo nie wyglądało to dobrze. Nie wiem co z tym zrobiłam chyba zostawiłam tak jak leżało. Byłam w mieszkaniu (nie z realnego życia) to było moje mieszkanie. Mieszkałam tam z synem i byłym mężem. Przyjechał kuzyn mojego byłego męża z żoną. Nie byłam zadowolona, bo wiedziałam, że pojawi się alkohol. Chyba zwiedzali miasto, ale beze mnie ja zostałam w domu. Kiedy wrócili siedzieli na podwórzu, kuzyn byłego męża popijał piwo. Zaproponowałam, że ugotuję im obiad. Nie wiedziałam co jest w lodówce, tak trochę na odczepnego zaproponowałam makaron z warzywami. Przyjęli to z entuzjazmem. Szłam do kuchni trochę skonsternowana, wiedziałam, że nie mam wszystkich składników. Znalazłam makaron, dwie napoczęte paczki makaronu w tym samym kształcie spomiędzy innych kształtów. Ucieszyłam się, bo było go wystarczająco dużo. Rozejrzałam się po kuchni. Na blacie leżały banknoty, duże, czyste, nowe. Wyglądały jak wyprasowane. Wiedziałam, że zostawili je moi goście, ale nie byłam pewna intencji. Pomyślałam też, że kiedy wchodziłam do kuchni mijałam w drzwiach sąsiada, takiego cwaniaczka alkoholika, nie byłam pewna czy nie zabrał jakiegoś banknotu. Zostawiłam pieniądze tak jak leżały i nie zajmowałam się nimi dłużej. Znalazłam też w kuchni bilety na jakiś spektakl, dwa normalne i ulgowy. Pomyślałam, że to bez wątpliwości musiał być prezent od moich gości. W domu nie było warzyw, postanowiłam wyskoczyć szybko do sklepu. Byłam ubrana w jakiś workowate dresowe spodnie w kolorze szarawo-niebieskim i koszulkę. Szukałam marynarki, która przeciwważyłaby ten niechlujny efekt. Znalazłam w końcu, ale nie tą którą chciałam. Kiedy wyszłam na ulicę zobaczyłam idących nią ludzi. Przeważnie mężczyźni, bardzo mnie zdziwiło, bo większość miała brody do pasa nie byli młodzi, ale też nie starcy. Byli ubrani w takim raczej luźnym casualowym, niektórzy w rokowym stylu. 

    Ten sen łączy się bezpośrednio z lipcowym:  https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/05/28/meblowanie-barlogu/ 

    Tam jeszcze się meblowałam w tym co mi nie służy. Dziś potrafię opuścić miejsce, które nie jest dla mnie. Nie czuję potrzeby tłumaczenia się z granic. Potrafię też przyjąć pomoc i przede wszystkim nie ciągnę już za sobą całego mojego życia. Potrafię je odłożyć z szacunkiem, bo mnie ukształtowało, ale zostawiam je bez przywiązania. Bo to co mnie spotkało nie definiuje mnie jako człowieka. To co robię i kim jestem jest istotne. I powtarzam sobie wciąż na nowo: “Nieważne, co nam zrobiono. Ważne, co my zrobimy z tym, co nam zrobiono”. 

  • 39. Sen o lataniu i braku podstaw do amputacji. 

    12 /13. 11.2025 

    Pierwszy sen tej nocy: Nie pamiętam początku, w jakimś celu latałam nad miastem. Często zdarzało mi się śnić o lataniu. Zwykle nad lasami lub otwartą przestrzenią. Tym razem było to miasto. Chyba gdzieś się śpieszyłam a może latałam tak sobie bez celu. Wróciłam do domu, gdzie zostawiłam małego pulchnego szczeniaka. Kiedy widziałam go przed wyjściem miał maleńką rankę na palcu przedniej łapki. Taką kropkę jak po ukłuciu. Kiedy wróciłam palec był czerwony i bardzo opuchnięty. Bałam się, że trzeba będzie go  amputować. Dzwoniłam do znajomej weterynarz, żeby umówić się na pilną wizytę. Kiedy opowiadałam jej o stanie szczeniaka przyglądałam się mu z uwagą. Chodził nie utykając, był radosny. Zachowywał się jak zdrowy piesek. Trochę mnie to uspokoiło.  

    To był pierwszy sen, ale jeszcze nie pokój na mapie-śnie mojej transformacji. Na razie była to wyśniona wcześniej jazda motorem przez las. Prawdziwa szkoła zaczęła się jakiś czas później, kiedy byłam już na to gotowa. 

    Ten sen pokazywał mi, że nie wszystko co wydaje się tragedią faktycznie się nią okazuje. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmieniła się moja postawa wobec wszystkiego co niepokojące. Wychowując się w zagrażającym środowisku w ułamku sekundy skanujesz otoczenie i zauważasz to co umyka innym. Widzisz mikro zmiany w mimice, tonie głosu, subtelne drgnienie mięśni. Wydaje ci się czasem tylko, że coś jest „nie tak”, bo masz zamontowaną fabrycznie hiperczujność. Kiedyś więc żeby przetrwać działałam z automatu. Bodziec – reakcja – natychmiast. Pamiętam, jak przyszłam z moim dwuletnim dzieckiem do pediatry, był chory. Tylko ja to wiedziałam. Nasza pani doktor, cudowna kobieta (bardzo się lubiłyśmy) poprosiła, żebym przyszła jutro, bo dziś nie ma jeszcze objawów, które pozwalałyby jej postawić diagnozę. Następnego dnia wróciliśmy z jelitówką.  

    Teraz spokojnie obserwuję i większość niepokojących sytuacji, po takim zatrzymaniu okazuje się zwyczajnie neutralna. A opuchnięty palec widziany z szerszej perspektywy nie okazuje się wcale katastrofą tylko czymś czemu warto spokojnie się przyjrzeć.  

    Dziś jest we mnie duży spokój i widzę, jak bardzo przytłaczające i wycieńczające było ciągłe napięcie, w jakim kiedyś żyłam. A moja hiperczujność to teraz tajna moc, którą wykorzystuję w pracy. Już nie z lęku a zwyczajnie z chęci niesienia pomocy.

    Ciekawe, że sen zaczął się lataniem. Zwykle sny o lataniu lub pływaniu/nurkowaniu/tańcu w głębinach miałam w sytuacjach największych życiowych kryzysów. To były sny ratunkowe, kojące układ nerwowy, pozwalające przetrwać. 

    Ten sen był zwyczajnie dobry. Mówił jasno i wyraźnie: Droga, którą zmierzasz zaczyna się od znalezienia w sobie niezbędnego spokoju, więc…  

    Wrzuć na luz!!! 

  • 38. Sen – Po drugiej stronie ściany.

    10/11.11.2025 

    Drugi sen tej nocy i kolejny etap mojej drogi, tym razem po drugiej stronie ściany. 

    Ten sen pozostawił mnie na jakiś czas w niemym zachwycie, a jednocześnie w ogromnym przerażeniu, kiedy dotarło do mnie po kilku dniach, co ze sobą (jako gratis) przyniósł. Bo przyniósł nie tylko imię duszy. 

    To wyjątkowy sen. Spowodował, że obudziłam się wzruszona i dźwięczało mi w głowie… nie wiem, może imię. 

    Był letni dzień, ale światło było lekko przytłumione, ciepłe, złotawe. Byłam na wakacjach, miałam ze sobą dziecko, mojego syna, ale nie był to mój syn z realnego życia. Chłopiec miał 5 lat, może mniej. 

    Na początku byliśmy gdzieś w okolicach domu mojej teściowej na Kresach – bardzo piękny teren.  Szliśmy asfaltową  ścieżką wijącą się pośrodku przepięknej łąki. Suche wysokie trawy przeplatane drobnymi kwiatami skąpane w złotej poświacie.  

    Później przenieśliśmy się – może to był rodzaj wycieczki – do centrum niewielkiego miasteczka. Mały ryneczek otoczony był uroczymi, malutkimi kamieniczkami. W jednej z nich moja najstarsza przyjaciółka wynajmowała pokój. Tam zostawiliśmy swoje rzeczy i wyruszyliśmy oglądać świat dookoła. 

    Za budynkiem, w podwórku kamienicy, rosło drzewo. Wyglądało jak olbrzymi platan, a może inne spektakularne drzewo o podobnym kształcie pnia i korony. Pozbawione było liści, a zamiast nich na gałęziach przysiadły ptaki. Było ich mnóstwo, trudno mi ocenić liczbę. Były piękne i kolorowe. Pod drzewem spacerował ptak przypominający sylwetką trzewikodzioba, ale na pewno nim nie był. Wysoki i smukły, w jasnych pastelowych kolorach. Zdałam sobie sprawę, że w ogóle nie znam niektórych gatunków. Pomyślałam, ze zdziwieniem, że niektóre może sobie nawet wymyśliłam. 

    Nagle nad drzewem, po lewej stronie, zobaczyłam nadlatującego dudka. Był olbrzymi i przepiękny. Leciał w specyficzny sposób, charakterystyczny raczej dla motyli. Byłam nim zachwycona. Chciałam go koniecznie sfotografować, ale podtrzymywałam rękami plecak ,założony nie na plecy, lecz z przodu ciała, do którego włożyłam mojego syna. Tyle że w plecaku był psem, niewielkim i bardzo sympatycznym kundelkiem. Tam miał być bezpieczny. 

    Wyjęłam pieska z plecaka i postawiłam delikatnie na bardzo dużym łóżku z niskich poduszek, takim w orientalnym stylu. Na tym łóżku byli mąż mojej przyjaciółki i chyba ich syn. Mąż przyjaciółki przyglądał się mojemu psu ze smutnym uśmiechem. Piesek rozkosznie skakał na materacach. Powiedział nagle: „w naszym domu nie traktuje się tak dobrze zwierząt” . Uskarżał się, że moja przyjaciółka źle potraktowała ich psa, że tak naprawdę wcale go nie chce. Moja przyjaciółka, słysząc te słowa, zdawała się być bardzo zawstydzona. 

    Jakaś dziewczynka na oko 5-6 letnia porozrzucała szpilki. Spoglądając w stronę psa, który na powrót był dzieckiem, zapytałam, czy chce pomóc jej je pozbierać. Chłopiec zszedł z łóżka i zaczął jej pomagać wyszukując szpilki w załamaniach chodnika. Dziewczynka wyjęła kilka szpilek z ust. Martwiłam się, czy w jej ustach nie została jakaś, ale zdawało się, że wyjęła wszystkie. Dzieci wkładały szpilki do niewielkiego pudełka. 

    Postanowiliśmy już wracać. Poszłam do pokoju przyjaciółki, żeby zabrać nasze rzeczy. Pozabierałam to, co znalazłam. Panował tam potworny bałagan. Zapytałam przyjaciółkę, czy nie chciałaby posprzątać, ale odmówiła. 

    Na stole leżały kromki chleba lub bułki. Były w różnych kształtach, przykładałam je do siebie, żeby je dopasować i stworzyć kanapkę. Były posmarowane czymś, co przypominało wegański smalczyk z cebulą. 

    Stwierdziłam, że musimy się już pożegnać i wracać do domu, bo mamy dużo prania. Nie wyobrażałam sobie, żebyśmy robili pranie u rodziny mojego byłego męża, bo nie byliby w stanie zrozumieć, że rzeczy kolorowe i białe trzeba prać osobno, żeby nie zniszczyć ubrań. Nie mamy już ciuchów na zmianę, więc postanowiłam, że już wrócimy z wakacji. 

    Idąc do miejsca, w którym mieszkaliśmy, wstąpiliśmy do szkoły, w której kiedyś pracowałam. Byliśmy na korytarzu. Ja weszłam do klasy, żeby porozmawiać z byłą koleżanką z pracy. Opowiadałam jej właśnie o tym, że już musimy wracać i przyszłam się pożegnać. 

    Pomyślałam z nagłym niepokojem, że zostawiłam za drzwiami małe dziecko, że może mu coś zagrażać, że w szkole roi się od małych łobuziaków a wszyscy są starsi i więksi od niego. Otworzyłam drzwi i spojrzałam na korytarz. 

    Był tam. 

    Mój mały syn był ubrany w kaftan, taki, jaki noszą mieszkańcy Tybetu, a może mnisi. Był w białych skarpetkach, promieniowało z niego czyste dobro. Bawił się z chłopcami większymi od siebie. Poszturchiwali go trochę. Najpierw się wystraszyłam, że go skrzywdzą, ale zobaczyłam, że świetnie sobie radzi. 

    Miał takie spokojne ruchy, pełne dobra i miłości. Widziałam jakby jego oczami, jak padają ciosy i do jego klatki piersiowej zbliża się pięść. Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Widziałam, jak łagodnie blokuje cios i delikatnie odsuwa od siebie dłoń. 

    Spojrzałam na niego z góry. Wszystko, co robił, robił z subtelnym, pełnym miłości uśmiechem. Chłopcy wcale nie byli agresywni. A on sprawił, że podążali za nim. To była grupka szkolnych łobuziaków, a szli za nim jak jego drużyna. 

    Byłam wzruszona, bo zostawiłam go tylko na dwie minuty i już znalazł przyjaciół. Patrzyłam zafascynowana na jego postawę. Taką miękką, pełną miłości, czułości i spokoju, w wielkim kontraście z tymi łobuziakami, a jednak szli za nim. Było ich kilku, może pięciu, sześciu. 

    Powiedziałam mu, że już musimy iść, bo czas coś zjeść i może pójdziemy na frytki. A on wymienił imię jednego z chłopców i powiedział, że on też bardzo lubi frytki. I inni chłopcy również je lubią, więc może im wszystkim kupimy frytki. 

    Bardzo mnie to rozczuliło. Był w nim taki spokój i czułość. 

    Szliśmy więc wszyscy szkolnym korytarzem na frytki. 

    Później coś jeszcze zobaczyłam. Nie pamiętam dokładnie co, chyba kobietę jadącą rowerem wąską ścieżką i dużo zieleni, z ciepłym, pięknym światłem. 

    Stałam samotnie na górze i patrzyłam na pola herbaty w dolinie. Piękny, rozległy krajobraz. 

    Wtedy usłyszałam głos: „……..” — imię wypowiedziane w sanskrycie, które jeszcze długo dźwięczało mi w głowie.

    Ten chłopiec był jak mały Bóg, cudowny, wręcz rozświetlony. 

    Niesamowity sen. Długo po przebudzeniu słyszałam to imię i bardzo długo czułam ogromne wzruszenie. 

    Podobno nie powinno się zdradzać imienia duszy. Nie wiem, czy to właśnie to imię przyniósł mi sen, ale niesie ze sobą jakość, do której chcę dążyć, więc wierzę, że tak. Dlatego w razie czego go nie podam. 

    Kilka dni później spotkałam się z przyjaciółką, o której śniłam. Opowiedziałam jej sen i bardzo ją poruszył. Okazało się, że w nerwach bardzo źle, okrutnie potraktowała swojego starego psa. Została bardzo zawstydzona przez męża. 

    Wystraszyłam się wtedy. Bardzo bałam się, że teraz tak już będę miała, że sny będą pokazywały mi przyszłość, że zatopię się w przepowiedniach, że moje życie stanie się teraz koszmarem. 

    Niepotrzebnie się bałam. Rozpoznałam wkrótce wzorzec, dzięki któremu wiedziałam, czy sen wejdzie w rzeczywistość, czy ma służyć jedynie moim potrzebom. 

    A duchowość? 

    Moja ma być prosta. Ma płynąć z serca do ludzi i… 

    Komu frytkę? 

  • 34. “Zostaw. Tak ma być” – Sen, który zamieszkał w życiu na długo. 

    Poprzednie sny przygotowywały mnie na ten jak dotąd najtrudniejszy sen a on z kolei przygotowywał mnie na to co miało się dopiero wydarzyć.  

    8/9. 11.2025 

    Duży budynek. W jednym z pomieszczeń stało bardzo duże akwarium około 2m długości i prawie 1m wysokości albo nawet nieco większe. Były tam nieduże rybki (nie były kolorowe, takie rzeczne, zwyczajne) pływały przy dnie. Żyły tam też stworzenia przypominające jaszczurki (żółto czarne). Wpuściłam do wody niewielką ropuchę. Coś robiłam z tym akwarium. Nie pamiętam, czy sprzątałam, czy dolewałam wody. Akwarium stało na czymś (podest, szafka?) Ale w taki sposób, że większa część wystawała poza krawędź. Bałam się, że wszystko runie, tym bardziej, że kamienie na dnie ułożone były właśnie z tej strony, która nie była niczym podparta. Zauważyłam, że ropucha wyskakuje, złapałam ją i włożyłam do wody (woda nie była brudna, ale nie była też krystalicznie czysta). Wyskoczyła znów, więc powtórnie włożyłam ją do akwarium. Przyglądałam się jej, stała się o wiele większa. Teraz była wielkości około 30-40 cm. I miała króciutką gładką sierść, w kolorze szarym i nakrapianym, w kolorze, który zwykle mają ropuchy szare. Zdziwiłam się trochę, ale uznałam, że ta jest owłosiona i że to jest ok, ta po prostu jest inna. Zaakceptowałam jej wielkość i sierść. Nagle ropucha chwyciła jedną z jaszczurek, przysiadła na dnie akwarium i zaczęła ją jeść. Byłam zszokowana, ropucha miała być w tym akwarium po to, żeby tworzyć w pewnym sensie „społeczność” a stała się agresorem. Myślałam, że w tym pomieszczeniu jestem sama, ale ktoś powiedział, że mam to zostawić, że tak ma być. Byłam wstrząśnięta.  

    Chyba ten sam budynek, ale był jakiś dziwny. Pomieszczenia w nich podobnie jak w tym z akwarium były bardzo wysokie i przestronne, nie było tam raczej mebli. Były bardzo jasne (sala z akwarium jako jedyna była bardzo słabo oświetlona). Częścią budynku były też przestrzenie na zewnątrz takie w stylu atrium, ale dość rozległe i trawiaste. To były koszary. Mieszkało tam dużo ludzi. Chyba byli to żołnierze. Była tam sala, w której do ścian przytwierdzone były sedesy bez kabin (chyba 4, rozstawione w dużych odległościach od siebie). Ktoś wstawił dodatkowe drzwi przy sedesie, z którego lubiłam korzystać. Zdenerwowało mnie to, bo byłam przekonana, że nie będę miała spokoju i kiedy zechcę skorzystać z toalety na pewno ktoś będzie przechodził. To miało być uczęszczane przejście.  

    Byłam w małym mieszkaniu w bloku na którymś z wyższych pięter. Był tam również mój syn i jego przyjaciel (w realu pojechał przedwczoraj do Wrocławia z tym przyjacielem i swoją dziewczyną. Ona na koncert a oni odwiedzić innego przyjaciela, który tam mieszka) Chłopcy opowiadali mi jak było we Wrocławiu, że nie znaleźli dziewczyny mojego syna, że po koncercie wróciła do naszego miasta z innym mężczyzną. Pili tam alkohol i wdali się w bajkę z jakimiś ludźmi. (w realnym życiu Mój syn, 21 lat, jest osobą unikającą konfliktów jego przyjaciel jest dość porywczy, ale nie agresywny). Na zewnątrz ktoś coś wykrzykiwał, jakaś grupka młodych ludzi. Przyjaciel mojego syna wybiegł na balkon i wykrzykiwał coś do nich w bardzo zaczepny sposób. Bałam się, że ich sprowokuje do jakiegoś agresywnego zachowania. Nie wiem czy ja, czy mój syn, ale ktoś z nas zawołał go do środka. Przyjaciel mojego syna wszedł do mieszkania. Przyglądałam się im i nie podobało mi się to co widziałam. Jeden agresywny drugi „przymulony” wiedziałam, że to skutek wypitego wcześniej alkoholu. Boję się alkoholu, nie chcę, żeby mój syn stał się taki jak ojciec. 

    Ten sen jest bardzo trudny na wielu poziomach. Po pierwsze bardzo precyzyjnie przewidział przyszłość. Pierwszy raz zderzyłam się tak boleśnie z tym co niesie ze sobą sen prekognitywny. Wtedy byłam zdziwiona i nie uwierzyłam. Ot, dziwny zbieg okoliczności. Niestety niecały miesiąc później ci dwaj chłopcy, nocą około północy siedzieli w kuchni mojego mieszkania i opowiadali mi o osobnym powrocie z koncertu i trudnym, nieoczekiwanym rozstaniu.  

    Cierpienie własnego dziecka jest dla matki prawdziwym ciosem. Bardzo trudno stać obok i zgodzić się na to, że “tak ma być”.  Tylko, że dokładnie tak ma być! To jest droga mojego syna. Bardzo podobna do mojej, w której myślałam, że uratuję, że jeśli się poświęcę zmienię los ukochanego człowieka. Ta miłość, którą dajemy osobie, która nie potrafi jej naprawdę przyjąć i docenić to jest bardzo bolesna lekcja. Lekcja, którą mój syn musi przeżyć sam. A moja rola… jesteśmy ze sobą bardzo związani, jeśli on cierpi – ja cierpię. Ale w tym cierpieniu muszę chronić siebie, swoje zasoby, bo wtedy będę miała siłę na realne mądre wsparcie nie odbierające odpowiedzialności drugiemu człowiekowi. Jako matka mogę tylko, przyjąć syna po rozstaniu, dać mu miejsce w moim domu, nakarmić, wysłuchać i mocno przytulić. 

    „Zostaw. Tak ma być.” to najtrudniejsze z czym przyszło mi się zmierzyć. 

    Może straciłam sedes, który był tylko mój przez dwa lata, ale moje dziecko ma oparcie i swoje bezpieczne miejsce, w którym może dochodzić do siebie i układać powoli swoje własne puzzle.

  • 33. Sen o tym, że… NIE ODDAM MOJEJ BUŁKI!!! 

    6 / 7.11.2025 

    Byłam w dużym budynku przypominającym blok lub kamienicę w pomieszczeniach na parterze. Było tam dużo ludzi jakieś spotkanie chyba o charakterze zawodowym, ale „po pracy”. Przyszła tam również moja koleżanka, która odeszła do innego wydziału. Byłyśmy policjantkami. Ona wcześniej była moją partnerką razem prowadziłyśmy śledztwa. Siedziałyśmy w niewielkim pokoju były tam też inne osoby. Młodzi mężczyźni tacy w typie starszych harcerzy roznosili jedzenie. Weszli do naszego pokoju w czasie, kiedy żartowałam z koleżanką, mówiłam, że teraz już nie muszę opowiadać jej o sprawach, nad którymi pracuję.  Podeszli z pieczywem, nie byłam głodna, ale zabrałam długą bułkę i wkładając ją do kaptura powiedziałam -żartobliwie, że muszę ją zabrać, bo to moja ulubiona bułka, a jeśli tego nie zrobię koleżanka na pewno ją „podprowadzi”. Wyszliśmy na korytarz tam było dużo ludzi. Przyglądali się eksmisji, to było chyba piętro wyżej. Starsza kobieta, alkoholiczka na oko około 70, ale silna chociaż zniszczona. Bardzo nieprzyjemna, z takim zaciętym wyrazem twarzy. To nie był dobry człowiek. Okazało się, że była matką mojego partnera. Stanęłam przed nią i powiedziałam, że mogę ją nakarmić, że zapraszam ją na obiad, ale nie mogę dać jej miejsca w moim domu. Musi radzić sobie inaczej i że gdyby nie była taka złośliwa i podła dla ludzi łatwiej byłoby jej uzyskać pomoc i wsparcie. Przez cały czas miałam w kapturze bułkę. Nie podzieliłam się z nią. Ktoś wyniósł z jej mieszkania stare, brudne, zasikane, śmierdzące łóżko. Warunkiem jej powrotu do mieszkania było kupno nowego. Powiedziałam partnerowi, że można kupić tanie, wąskie łóżko, znalazłam w Internecie korzystne oferty i pokazałam mu. Później tańczyłam, ale tak jakby nie było grawitacji. Czułam lekkość, byłam pod samym sufitem. Partner poprosił mnie wtedy żebym pomogła mu wybrać nowe łóżko dla jego matki, mój Taniec oglądało kilku starszych mężczyzn chyba z rodziny. Powiedziałam: „No i koniec przedstawienia chłopaki. Już się na tańczyłam” i zeszłam na ziemię. Poszłam z partnerem na zakupy. Gdzieś w międzyczasie pojawiła się moja koleżanka (z terapii dla współuzależnionych realnego życia). Chyba idąc na wyższe piętro zajrzałam do jej mieszkania (w realu odeszła z dziećmi niedawno od swojego partnera agresywnego alkoholika) byłam w jej mieszkaniu było ładne jasne i czyste tylko dwa elementy nie pasowały do całości. Były to nieudolnie zbite z jakiejś starej dykty dwa niewielkie podesty, około 30 cm długości. Nierówne, niepasujące do siebie. Zapytałam co to? Powiedziała, że jej mąż to zrobił, że pomaga jej meblować mieszkanie. Zdenerwowałam się, bo wspieram ją od 3 lat, zdobyła się już na taki trudny krok, odeszła od człowieka, który bił ją przy dzieciach a teraz wpuszcza go do swojego życia i pozwala mu „meblować swoje mieszkanie. 

    Po śnie głodzie i atrapach, które nigdy mnie nie nakarmią pojawił się sen o tym jak mam karmić siebie i troszczyć się o swoje zasoby. Teraz wiem co jest moją kompetencją a co cudzą. Kiedyś oddałabym nie tylko bułkę. Oddawałam ludziom, pieniądze, rzeczy, jedzenie, wysiłek, zaangażowanie, czas i siebie całą do tego stopnia, że nie wystarczało mi energii na nic co moje. Teraz pomagam, bo tak trzeba, bo to ludzkie, bo jest to częścią miłości z jaką idę przez świat. Ale potrafię już nie brać na siebie cudzej odpowiedzialności i przede wszystkim chronię już moje zasoby. 

    Jednym słowem: najpierw zjem ja!!! 

  • 32. Wojna, ucieczka i włosy w skarpecie. Sen o tym czego nie da się już ukryć. 

    3 / 4.11.2025 

    Byłam w mieście, w którym wybuchła wojna. Nie było wybuchów czy wystrzałów. Padła taka informacja i w mieście zapanowała panika. Byłam spokojna i obserwowałam. Ktoś mi powiedział, że tacy jak ja są poszukiwani. Byłam kimś ważnym, ale nie jako ktoś bogaty czy pełniący ważną funkcję, ale ktoś kto zagraża „systemowi” i może się stać w jakiś sposób niebezpieczny dla okupantów. Uciekłam z miasta z dwójką dzieci. Jedno było jeszcze niemowlakiem. Miało dziwne włosy, ciemne długie (około 30 cm) sterczące pionowo w górę, ale miękkie i puszyste. Zatrzymywaliśmy samochody, które podwoził nas kawałek lub szliśmy na pieszo. Zajechaliśmy na dłuższą chwilę do jakiejś wioski. Tam nas znano i czuliśmy się na tyle bezpiecznie, żeby się pokazać. Kobieta wpuściła nas na swoje podwórze, chcieliśmy skorzystać z toalety takiej starej drewnianej, stojącej za budynkiem, ale nie dostaliśmy na to zgody. Zaproponowała żebyśmy w tym celu poszli na pole za dom. To było pole kapusty. Oddałam jej niemowlę i poszliśmy, przykucnęliśmy i wtedy zobaczyłam drona, który nas szukał. To dziwne, bo czasy przypomniały raczej drugą wojnę światową. Zobaczyłam, że mam przy sobie telefon i pomyślałam, że właśnie tak nas namierzyli. Zaczęłam go rozmontowywać i niszczyć elementy, które mogłyby być nadajnikiem. Dron odleciał. Siedliśmy wszyscy na ławce. Planowaliśmy dalszą ucieczkę. Próbowałam ujarzmić włosy niemowlęcia, bo były bardzo charakterystyczne, ale bez skutku. Kobieta, która nas gościła zaproponowała, żeby ukryć je w skarpecie. Bardzo mnie to rozbawiło. Był ciąg dalszy, ucieczka, jakiś duży monumentalny budynek, coś ważnego tam robiłam, ale nie mogę sobie tego przypomnieć. 

    To jeden z tych snów, który nie daje człowiekowi spokoju. Długo układałam go w sobie. A on mówił jedno, wyszłaś z opresyjnego systemu, chronisz nową wersję siebie. Jesteś nową wersją siebie i żadna skarpeta tego nie ukryje. 

  • 30. Sam Sen. 

    Jak już pisałam wcześniej, w ciszy, której miałam wielką potrzebę doświadczyć, kiedy byłam bliżej siebie niż kiedykolwiek mogłam usłyszeć wreszcie to czego nie słyszałam wcześniej a może nie byłam gotowa usłyszeć. I nie ma znaczenia jak to nazwę. Mogę powiedzieć, że ja i moja dusza, podświadomość a może i wyższa jaźń znalazłyśmy drogę do siebie. Mogę też tego w ogóle nie nazywać a i tak będzie działać. 

    Któregoś poranka po przebudzeniu i zapisaniu kolejnego bardzo ważnego snu, piłam kawę i długo patrzyłam na zdjęcie, które przysłał mi Darek. I już wiedziałam. Sny poprowadzą mnie dalej. To był ten etap, w którym mogłam: powiedzieć teraz SAM SEN wystarczy.  

    Ale tutaj muszę powiedzieć coś ważnego. Moja droga do tego etapu była naprawdę długa. Jeśli kiedyś, kiedy będziecie potrzebować pomocy lub wsparcia, jeśli znajdziecie się w kryzysie, jeśli wasze zdrowie psychiczne, emocjonalne wymagać będzie zaopiekowania a ktoś powie wam, że uleczy was ceremonia, warsztat duchowy, nie daj Boże egzorcyzmy lub inne doświadczenia, które w cudowny sposób zdejmą z was cierpienie i uwolnią od traum.  Uciekajcie!!! Droga zawsze prowadzi od ciała, przez umysł do duszy. Nigdy w przeciwnym kierunku. I nie jest to łatwa droga. Jest bolesna i wymagająca ciężkiej pracy. Tu nie pomogą zaklęcia i cudze obietnice. Moim lekiem na początku była determinacja i odwaga patrzenia na siebie bez filtrów, oczami lustra (lekarza, terapeuty, dziewczyn z terapii grupowej). Z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach szłam dalej i dalej i nie chciałam się cofać. Pomogła mi też miłość do świata i ludzi, którą zawsze w sobie miałam i ta, którą Darek pomógł mi uruchomić – własna. Żegnając się ze mną po skończonej terapii, moja terapeutka powiedziała “Ma pani niesamowitą zdolność. Nawet kiedy stoi pani po kolana w gównie odnajduje pani w nim diamenty, zbiera je pani po kawałeczku a potem ściska je pani w dłoni i oświeca sobie nimi drogę”. Uwielbiałam tą kobietę. Co ciekawe nie pomogła mi sama wiedza, owszem stanowi punkt wyjścia, ale tak naprawdę nie ma znaczenia, ile książek przeczytasz, ilu wykładów wysłuchasz, ile zdasz teoretycznych egzaminów, jeśli nie rozbroisz mechanizmów obronnych i nie wpuścisz tej wiedzy do doświadczenia a to trudno zrobić samemu. Potrzebny jest doświadczony psychoterapeuta, psycholog a czasem lekarz, ktoś kto będzie czuwał a z czasem stanie się lustrem, w którym dostrzeżecie to co dla uzdrowienia trzeba koniecznie w sobie zobaczyć. Później jest miejsce dla duchowości, dla szamana, przewodnika duchowego czy kogokolwiek potrzebujecie.

    Po dziesięciu latach pracy nad sobą, układania siebie kawałek po kawałku dotarłam do miejsca, w którym mogłam i umiałam już SAMA.  Teraz nie potrzebuję już terapeuty, nie potrzebuję katalizatora ani nawet szamana. Teraz bardzo brakuje mi świadka. Kogoś kto usiądzie przy mnie i powie: Tak. Też tam byłem.

    SAM SEN na tym etapie na razie mi wystarczy. 

  • 29. Sen o głodzie 

    21/22.10.2025 

    Przebudziłam się w środku nocy nie pamiętam co mi się śniło, ale zostało zdanie: “Jesteś odłączona od wyższej jaźni”. Zasnęłam ponownie i przyszedł sen:  

    Ośrodek kolonijny, byłam uczestnikiem, mimo że we śnie miałam 28 lat. Budynek przypominał niewielką wiejską szkołę. Piętrowa w stylu starej kamienicy. Drewniane poręcze schodów i drzwi pomalowane farbą olejną na jasnozielony kolor. Pomagałam komuś w czymś (nie pamiętam o co chodziło) w związku z tym spóźniłam się na obiad. Zostały resztki i wszystko co leżało na stołach było z mięsem (jestem wegetarianką). Podeszłam do p. Oli była tam dyrektorem. Poskarżyłam się, że nie zostawiono dla mnie posiłku, mimo faktu, że byłam „oddelegowana” do pomocy komuś i było to ważne.  

    Poszłam do kuchni nic tam już z obiadu nie zostało, ale jako kolejne danie przygotowane czekały duuuuże pierogi z owocami. Kucharka odmówiła, kiedy poprosiłam o choć jednego. Była opryskliwa i bardzo nieprzyjemna. Poszłam do kierownika. Nie przejął się moim głodem ani zachowaniem kucharki. Kazał mi czekać do jutra. Oburzona wyszłam z budynku. Szłam ulicą wypełnioną niskimi domami. Pośród których znajdowały się niewielkie sklepy i lokale usługowe. Mijałam kolejne restauracje, w którejś z nich postanowiłam zjeść a rachunek przedstawić kierownikowi. Niestety, żadna z restauracji nie spełniała moich oczekiwań. Same „mordownie” w których już przez okno było widać i słychać, że nie jest to miejsce dla mnie. Spotkałam Panią Olę. Zmartwiła się widząc mnie poza budynkiem, zapytała co zamierzam zrobić? Opowiedziałam, że chcę zjeść i jestem zdeterminowana. Nie zostałam zrozumiana. Musiałam wypowiedzieć zdanie „chcę zadbać o moje potrzeby i nie obchodzi mnie zdanie innych” żeby wyraziła z wyraźną rezygnacją zgodę. Szukałam nadal miejsca dla siebie. Opuściłam już Miasto, kiedy natrafiłam na zlot samochodowy. Stare samochody wyścigowe czekały na start, miały ścigać się na dużej łące. Widziałam ludzi jedzących hot dogi i hamburgery. Zapytałam jednego z mężczyzn, gdzie można tu zjeść, wskazał mi obskurną budkę. Nie zjadłam niczego. Nie znalazłam dla siebie miejsca. 

    Ten sen to moje życie w pigułce. Od wczesnego dzieciństwa oddelegowana do pracy dla innych. Moje potrzeby były niezauważane. Sama przestałam je w końcu czuć. A teraz, czuję GŁÓD i nie chodzi tu o jedzenie. Jestem głodna uwagi, czułości, odpoczynku, bezpieczeństwa. Głodna miejsca, w którym mogę być sobą. Głodna ludzi, przy których nie muszę zasługiwać na prawo do istnienia. Głodna życia, które będzie naprawdę moje. 

    Dziś wiem już jedno. Wolę być przez jakiś czas głodna niż karmić się byle czym. 

    Dlatego nadal szukam.