W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: relacje

  • 64.3. Trzy oblicza mocy. Taniec psa i wilka – sen o miłości. 

    31.01/1.02.2026 

    Szłam górską ścieżką ze starszym mężczyzną, który ze swojej działki przyniósł pomidory. Zatrzymaliśmy się na chwilę i polewaliśmy je wrzątkiem. Patrzyłam, jak pękała na nich skórka pod wpływem gorącej wody. Chyba przygotowywaliśmy w tej uroczej scenerii jakiś posiłek. 

    Ścieżka była w okolicy domu, nie był mój. Może był wynajęty. 

    Weszłam do środka. Było tam wielkie, otwarte okno. Zaczynało się prawie przy samej podłodze i zajmowało niemal całą ścianę. 

    Byłam tam z psem, dużym, w typie owczarka belgijskiego. Był zupełnie czarny, ale sierść miał krótszą. Była tam też moja teściowa. 

    Pies nie był moją własnością, ale był przy mnie i czułam się za niego odpowiedzialna. 

    Do środka, przez okno wskoczył dziki wilk, zupełnie czarny. Nie wiedziałam, czy mam go wygonić, czy nie. Nie byłam pewna, czy nie będzie agresywny w stosunku do psa albo czy pies nie będzie chciał go przegonić. Co ciekawe w ogóle nie bałam się o siebie. 

    Kiedy pies spostrzegł wilka stała się rzecz piękna. Pies i wilk zaczęły się witać. To przypominało taniec. Robiły to przepięknie, czule, łagodnie, przytulając do siebie pyski. Były takie same. I pies, i wilk wyglądały identycznie. Nie wiedziałam, który jest psem a który wilkiem. Patrzyłam z zachwytem, zauroczona tym powitaniem. Były piękne. Zdawały się być dla siebie stworzone. Idealnie, bezsprzecznie były DLA SIEBIE. 

    Pomyślałam, że mogę je bezpiecznie zostawić i wrócić na ścieżkę, tym bardziej, że umówiłam się z kimś. To była kobieta starsza ode mnie. 

    Szłyśmy tą samą ścieżką, którą szłam już wcześniej. Ścieżka pięła się w górę. Była zakończona niezbyt wysokimi głazami, prostymi jak ściana. Spacerowałam zwykle tylko do tego miejsca, nigdy nie przekraczałam tych głazów. 

    Miałyśmy przez nie przejść, ale nie byłam pewna, czy powinnam. Miałam na sobie sandały. Chciałam przejść, bo kobieta też miała sandały i uznałam, że buty nie mogą być dłużej wymówką. Przecież nie stchórzę, więc poszłam. Nie pamiętam, czy przeszłam. 

    Wróciłam do domu z myślą, że nie powinnam jednak zostawiać zwierząt. Nie ufałam teściowej, bo powiedziała, że przydałyby się szczeniaki, a te byłyby niezwykle piękne. Nie chciałam, żeby to piękno stało się jedynie źródłem zarobku. 

    Szłam szybko i żeby skrócić sobie drogę chciałam wejść przez okno, jak uprzednio zrobił to wilk. Zajrzałam przez okno. 

    To, co zobaczyłam, zmroziło mnie. 

    Nie było tam już psa i wilka. 

    Widziałam teściową przykucała na oparciu łóżka, na którym mój syn kochał się ze swoją byłą dziewczyną. Teściowa dyrygowała ich ruchami. Pospieszała ich i nadawała rytm. Nie widziałam pary, widziałam tylko krawędź łóżka. 

    Pomyślałam, że jest to dla nich bardzo traumatyczne, że to jak tortury. Że ta kobieta zabiła w nich właśnie to, co mogli mieć z seksu. Że już nigdy nie będzie on dla nich źródłem bliskości, czułości i radości. 

    Krzycząc, kazałam jej się wynosić. 

    Byłam wściekła. 

    Potwornie wściekła. 

    Czyżbym stawała się już gotowa na miłość.  

    W każdym razie jestem gotowa jej bronić. Wiem, że w razie potrzeby stanę jak wilczyca i całą swą mocą obronię miłość w sobie. Nie pozwolę już nikomu na ingerencję w to kogo i jak kocham. Kiedyś poddawałam się rodzinnym wzorcom, lękom, kompleksom, konwenansom.  

    Dziś wiem, kim jestem.  

    Wiem już, kto może być DLA MNIE. Jeśli się pojawi, rozpoznam go. 

    A wtedy nie pozwolę, aby ktokolwiek dyrygował moim życiem, a już na pewno moją miłością. 

    Bo miłość nie potrzebuje dyrygenta. 

  • 64. 1. Trzy oblicza mocy. Wspierające męskie dłonie – sen o nowej jakości relacji. 

    31.01/1.02.2026  

    Tej nocy sen był wyjątkowy. Nie wiem, czy to dlatego, że pełnia spotęgowała to, co sen chciał mi powiedzieć, czy może byłam gotowa zobaczyć więcej. Sen był długi, bardzo wyrazisty i podzielony na trzy sceny. A każda z nich niosła naprawdę mocny przekaz. Dlatego podzielę go na trzy wpisy.  

     
    Scena pierwsza.

    Weszłam z przyjaciółką do restauracji, była schludna, nowoczesny wystrój, bardzo wysoka i przestronna. Solidne nowocześnie wykonane drewniane meble, naprawdę dobry design. Bardzo eleganckie miejsce.  

    Weszłyśmy tam, bo bardzo mi się to miejsce spodobało. Ludzi nie było wiele, usiadłyśmy przy stoliku. Jacyś mężczyźni siedzieli nieopodal, spodobał mi się jeden z nich, ale rzuciłam tylko okiem, później nie zwracałam na niego uwagi.  

    Podeszła kelnerka, nalewała coś do kieliszków, nie miałam swojego, mimo wszystko pochyliła butelkę i zaczęła nalewać tak jakby kieliszek tam był. Zachowywała się jakby przydział był dla każdego, czy jest przygotowany, czy nie.  

    Nagle pojawił się właśnie ten mężczyzna i błyskawicznie podstawił swoje dłonie pod butelkę, po czym przeniósł to,  co nalała  kelnerka, do swojego kieliszka niskiego i szerokiego. Wyglądało to jak surowe jajko tylko że białko było bardziej wodniste. Mężczyzna podał mi kieliszek, byłam bardzo wdzięczna i pomyślałam, że on jest TYM właściwym. 

    Kiedyś mężczyzna w typie Jamesa Deana pociągał mnie bardziej niż jakikolwiek inny. Był w takim człowieku rodzaj tajemniczego magnetyzmu. To ktoś, kto nosi w sobie tajemnicę, którą chcesz rozwikłać. Ktoś, kto nie mówi wprost, musisz się domyślać, czytać między wierszami, być w ciągłej gotowości. Stale analizujesz zachowania, wciąż tłumaczysz go przeżytymi traumami, trudnym dzieciństwem, brakiem zdrowych wzorców. Za takiego mężczyznę ciągle coś trzeba robić. Bo tak naprawdę jest to zagubiony chłopiec, który nigdy nie dorósł. Dla kobiety wychowanej w domu dysfunkcyjnym jest to atrakcyjne, ponieważ jest znane. Nieprzewidywalność, ciągła walka o przetrwanie, utrzymanie rodziny czy związku w całości to chleb powszedni. Uratuję, naprawię, uleczę, ukoję, poniosę za dwoje… 

    Ten sen pokazał mi, że już nie chcę ratować. Chcę i potrzebuję innej jakości w relacji. Potrzebuję mężczyzny, który wspiera. Partnera, który widzi czego potrzebuję i w bardzo praktyczny sposób, który nie odbiera mi godności na moją potrzebę reaguje.  

    Po tym właśnie poznam, że TO TEN. Po tym, że zrobi to, co trzeba.  

    Tak zwyczajnie, po prostu. 

  • 62. Czuję, że się topię – sen o próbie zrozumienia cudzego świata 

    26/27.01.2026 

    Pamiętam urywki.  

    Leżałam chyba nawet na podłodze, obejmował mnie od tyłu mężczyzna. Nie wiem, czy byłam sobą czy moją koleżanką, ale ten mężczyzna był jej partnerem (który się nad nią znęcał fizycznie i psychicznie w realnym życiu). Wiedziałam, że nie powinno go tu być, że nagle wrócił, bałam się go i chciałam się od niego uwolnić.  

    Udawałam, że śpię i zaczęłam się wiercić. Przesuwałam się po podłodze tak, żeby się wyślizgnąć z jego ramion. To trwało i trwało, bo on też się przesuwał. Udało mi się w końcu.  

    Wszedł jego ojciec (w ich awanturach w realu był ratownikiem i rozjemcą) prowadziliśmy w trójkę spokojną rozmowę. Ustaliliśmy, że mężczyzna ma już inną partnerkę i powinien opuścić moją przestrzeń.  

    Leżałam w wannie (ale to też nie byłam ja, obserwowałam siebie z boku) byłam słaba, ześlizgiwałam się pod wodę, była ze mną w wannie kobieta, widziała, że mogę się utopić, ale nie chciała pomóc. Domyśliłam się, że to nowa kobieta mężczyzny z poprzedniej sceny. Obserwowała, jak zanurzam się pod wodę, czekała. Nie wiem czy jednak pomogła, czy sama wyszłam, ale do końca snu czułam się zagrożona.  

    Z kobietą z wanny postanowiłam odwiedzić rodziców tego mężczyzny. Kiedy zbliżyliśmy się do domu (w śródziemnomorskim stylu) podeszłam do drzwi i odmówiłam wejścia do środka. Powiedziałam, że najpierw chcę zobaczyć morze.  

    Podeszłam do dużych kamieni ułożonych kilka metrów przed krawędzią klifu i patrzyłam na morze. Kobieta, z którą byłam chciała żebyśmy podeszły bliżej brzegu. Odmówiłam, nie ufałam jej.  

    Z domu za nami wyszedł ojciec mężczyzny. Powiedział, że niezwykle dobrze trafiłyśmy, bo jest zima a jest dziś bardzo ciepło. Faktycznie było to bardziej wiosenne lub nawet letnie późne popołudnie.  

    Mam koleżankę, która przez wiele lat tkwiła w przemocowym związku. Dzieci nie były tam bezpośrednimi ofiarami, ale świadkami przemocy, jakiej dopuszczał się ojciec wobec matki – a to również jest przemoc wobec dziecka. Para rozstała się, ale opieka nad dziećmi nie została jeszcze uregulowana prawnie, wobec czego mężczyzna pojawiał się w ich życiu regularnie. 

    W dniu poprzedzającym sen koleżanka przyprowadziła płaczące dziecko na moje zajęcia grupowe. Zanim weszły, długo je uspokajała. Nie miałam możliwości porozmawiania z nią ani bezpośredniego wsparcia ich obu, bo sala była pełna dzieci. 

    Kiedy matka wyszła, a dziewczynka dostała kakao w kubku, który sama mogła wybrać (u mnie każdy jest inny), była już rozluźniona, wesoła i pracowała z innymi dziećmi. 

    Po zajęciach przyszedł po nią dziadek, ojciec tego mężczyzny. Nie wiedziałam więc, co się stało, ale zaniepokoiła mnie ta sytuacja, a sen postanowił zrobić swoje… 

    Poczułam w nim dokładnie to, co miałam poczuć. 

  • 60. Pigmejka – sen o tym, że poleżę sobie pod kołdrą. 

    18/19.01.2026 

    Byłam w pracy z dziećmi, ale nie byłam w mojej firmie. To było jakieś inne miejsce. Kąpałam się w wannie, a później przeszłam do łóżka. Leżałam pod kołdrą i chowałam się przed wszystkimi. 

    Przyszedł jakiś mężczyzna, włożył rękę pod kołdrę i objął mnie w pasie. Mówił, że jestem dla niego idealna, ale ja nie chciałam być „dla niego”. Przyszły dziewczynki, z którymi pracuję i mężczyzna musiał odpuścić. Kiedy mnie dotykał, nie czułam się w niebezpieczeństwie. To nie było nachalne, było to czułe. Ale nie było odpowiedzi z mojej strony. 

    Mężczyzna zniknął. 

    Za chwilę pojawił się kolejny. Sympatyczny pracownik sklepu. Rozmawialiśmy. Mówił, że potrzebuje właśnie takiej kobiety jak ja. To był dobry, ciepły człowiek, ale bardzo młody. Nie chciałam być z nim, chociaż poczułam do niego dużą sympatię. Ta młodość właśnie nie była dla mnie zaletą. 

    Byliśmy w tym samym pomieszczeniu, ale chyba w basenie. Zawołałam moją najmłodszą kotkę. Przybiegła, weszła do wody i przypłynęła do nas. (W realu kotka często wchodzi do wanny i lubi wodę.) Mężczyzna był bardzo zdziwiony, że kot pływa. 

    Znalazłam się w domu mojej teściowej. Na balkonie miała zamontowaną „siatkę” zrobioną z firanki. Była to bariera, jak dla kota, tworząca rodzaj klatki. Zobaczyłam tam maleńkie, kilkucentymetrowe małpeczki. Wyglądały jak pigmejki. Zdziwiło mnie to bardzo. 

    Zapytałam, skąd te zwierzątka. Teściowa powiedziała, że są własnością sąsiadki. Ona tylko opiekuje się nimi pod jej nieobecność. Zauważyłam, że maleństwa uciekają przez szpary. „Siatka” była niechlujnie, punktowo zamontowana na taśmę „nano”. Zapytałam, czy ma jeszcze taką taśmę, bo powinna być przyklejona na całej długości. Powiedziała, że znajdzie. 

    Kiedy zaganiałam małpki z powrotem, zaprzyjaźniłam się z jedną z nich. Pokazywałam jej zabawki, dawałam do spróbowania różnego rodzaju jedzenie, jakbym uczyła ją nowych smaków. Trzymałam ją w kieszeni koszuli na wysokości piersi. Włożyłam tam kawałek bułki, żeby mogła sobie podgryzać, jak zgłodnieje. 

    Miałam wyjść do miasta i zastanawiałam się, czy to na pewno bezpieczne wynieść ją tak bez zabezpieczenia. Bałam się, że jeśli wyjdzie z kieszeni, może ją spotkać coś złego. 

    Wracają jak bumerang w mojej podświadomości sprawy relacyjne. Tym razem sen wziął na tapet moją zdolność mówienia „NIE”. 

    Kiedy byłam młoda, mężczyzna, który mnie „chciał”, uchodził z automatu za księcia z bajki. Wiadomo, jak się to skończyło. Nie będę pisać o tym po raz kolejny. Skupię się na sobie z czasu, w którym śniłam ten sen. 

    Nie wiem, czy sen rozprawiał się z rzeczywistością, czy wdrażał ćwiczenia na przyszłość. 😉 

    Przez kilka miesięcy 2025 roku zdawało mi się, że przyjaźnię się z mężczyzną. Był ode mnie dwanaście lat młodszy. Spotykaliśmy się często. Łączyły nas wspólne zainteresowania. Jest przyrodnikiem i ekologiem. Przynosił zwykle ze sobą dary natury, którymi zapełniłam kuchenne szafki po brzegi. Ja odwdzięczałam się sztuką. 

    Bardzo lubiłam rozmowy z nim i wspólne wycieczki, ale nie byłam zainteresowana niczym więcej. Był dla mnie zwyczajnie… za młody. Kiedy wyobrażałam sobie siebie w przyszłości jako sześćdziesięcioletnią kobietę z czterdziestoośmioletnim mężczyzną u boku, coś kazało mi powiedzieć stanowcze NIE! 

    Niestety tej przyjaźni nie udało się ocalić. A szkoda, bo była dla mnie niezwykle cenna. 

    A ten drugi mężczyzna? Czyżby to Darek? Tego nie wiem. 

    Wiem jedno. Urodziło się we mnie coś nowego. Coś, co sprawiło, że wolę iść przez życie sama, niż z mężczyzną, który nie daje mi tyle, ile potrzebuję. 

    Poukładałam sobie życie i czuję się w nim naprawdę bezpiecznie. To moja kołdra. Otulam się moją pracą, cudownymi relacjami, moimi zwierzętami i kontaktem z naturą. Mam swoje codzienne, kojące rytuały i aktywności, które są dla mnie ważne. Odzyskałam siebie i chcę się sobą nacieszyć, ucząc się jednocześnie, jak może smakować życie. Życie w wolności, którego dotąd nie zaznałam. 

    Relacja zaczeka. 

    Na razie mówię: NIE! 

  • 57. Okno – sen z widokiem na nową relację. 

    2/3.01.2026 

    W moim domu trwał remont. Sama wykonywałam większość prac. 

    Byłam na klatce schodowej, wchodziłam z kimś na górę. Usłyszałyśmy kaszel wsteczny psa. Osoba, z którą szłam, powiedziała, że to na pewno moja suczka i że jest już stara. To jednak nie był mój pies. To był pies sąsiadów (w realu nie utrzymujemy kontaktów). Byli bardzo zmartwieni, myśleli, że psu coś dolega. Uspokoiłam ich i pokazałam im technikę, która pozwala zakończyć taki „kaszel”. 

    Sąsiad (w realu nie odpowiada nawet na dzień dobry) wyciągnął w moim kierunku paczkę chipsów. Chciałam wziąć ją do ręki, poczęstować się i oddać paczkę, ale mi ją wyszarpał. Nie chciał jej wypuścić z rąk. Podziękowałam. I tak nie chciałam chipsów. 

    Nagle zmieniłam kierunek i poszłam z nimi na zewnątrz. Szliśmy osiedlem, było tam dużo dziesięciopiętrowych bloków z płyty. Było już widać moje mieszkanie, usytuowane na siódmym lub ósmym piętrze jednego z bloków. Mój partner kładł zaprawę wokół świeżo zamontowanego okna. Trochę mnie zdziwiło, że chce i potrafi. 

    Żeby dojść do mojego mieszkania, musiałam przejść duży rów lub niewielką rzeczkę. Zwykle wybierałam drogę „pod spodem” nasypu, po którym szliśmy, przez tunel albo rurę. Miałam ze sobą torbę lub plecak, więc nie było szans, że się zmieszczę. Pożegnałam się z towarzyszami i poszłam dłuższą drogą. 

    Przeszłam przez nasyp i znalazłam się na asfaltowej drodze. Szłam po niej, chociaż chodnik był po drugiej stronie, wystarczyło przejść. Weszłam do jakiegoś budynku, nie wiem po co, ale to był rodzaj przystanku w drodze. 

    Tam podszedł do mnie mężczyzna. Był mną bardzo zainteresowany. Wyśmiałam go wręcz, bo różnica wieku była znacząca. On był bardzo młody. Powiedział, że mój wygląd wprowadza w błąd, i poszedł sobie. 

    Przyszła kobieta i przekazała mi klucz od mojego partnera. Mieszkanie było świeżo wynajęte i nie miałam do niego kluczy. Poza kluczem otrzymałam kilka plastikowych zawieszek. Zastanawiałam się, po co ich tyle do jednego klucza, ale przyjęłam je. 

    Idąc, zastanawiałam się, dlaczego tylko jeden klucz. Potrzebuję jeszcze klucza do drzwi klatki schodowej. Mój partner zobaczył mnie chyba z góry, bo drzwi się otworzyły. 

    Mieszkanie było bardzo stare. Takie trochę zabytkowe, w stylu starej kamienicy. Okno, które wstawiliśmy, też było w starym stylu, ale „nowe”, białe, drewniane, duże i solidne. Poza nami mieszkała tam starsza pani, właścicielka. 

    Zobaczyłam dużą donicę z geranium. Teraz nie ma już takich kwiatów, były „modne” dziesiątki lat temu. Chciałam poczuć zapach. Zerwałam kilka listków i roztarłam je w dłoniach. Nikły zapach. Jakby wypłowiały ze starości. Włożyłam liście do ust i żułam, też nie poczułam wiele. Byłam rozczarowana. 

    Weszłam do kuchni i zobaczyłam skrzydło niewielkiego ptaka, jasnobrązowe. Wisiało nad kuchnią, służyło za rodzaj miotełki. 

    Leżały tam dwie siekiery. Zawieszałam je na ścianie jak ozdoby. Były w pewien surowy sposób ładne. Powiesiłam je blisko kuchni, żeby nie trzeba ich było szukać kiedy zechcemy pociąć drewno do rozpalenia ognia pod kuchnią. 

    Kontynuowaliśmy remont. Kładliśmy zaprawę na ścianach i kominie, ale na zewnątrz. Nie był to już blok, ale duży dom. Ściany były solidne, ale zniszczone. Świeży tynk odwarstwiał poprzedni i powstawały „bąble”. Bałam się, że wszystko się odklei. Mówiłam, że ten stary tynk będzie trzeba najpierw usunąć, ale większość pracy była już wykonana, więc trzeba by pracować od nowa. Mój partner nie był zachwycony. 

    Byłam w domu. Karmiłam zwierzęta jakąś papką z kurczaka. Nie chciały jeść. W miskach było jeszcze poprzednie papkowate jedzenie. Nie były zainteresowane. 

    Na drzewach za oknem widziałam ptaki, takie jakie zwykle widzę w realu: gawrony i kawki. Normalny, codzienny widok. 

    Kiedy odzyskałam wewnętrzny spokój, coraz częściej myślałam o relacji. Nowej relacji z mężczyzną, z którym da się budować. 

    Ten sen pokazał mi, że jeszcze nie czas. Że mam jeszcze trochę do zrobienia. Kilka starych wzorców do przepracowania i zobaczenia tego w sobie co, głęboko ukryte.  

    Bo nie da się budować zdrowej relacji na niezdrowych fundamentach.  

    Dziś dotarłam już do źródeł moich przekonań i wiem, przed czym ten sen mnie ostrzegał. 

    Na szczęście go posłuchałam.

  • 56. Pozostać w kontakcie – sen o tym, że aby móc pomagać innym, trzeba najpierw odnaleźć siebie.

    31.12.2025/1.01.2026 

    Chyba zapisywałam mojego syna do szkoły. To była nowo powstała elitarna szkoła dla szczególnie uzdolnionych w jakiejś dziedzinie. Dzieci miały być później poddawane weryfikacji. Nie wiem, w jaki sposób. 

    To było jednocześnie uroczyste otwarcie szkoły. Poznałam tam dyrektora. Zainteresował się mną. Rozmawialiśmy chwilę, chyba lekko flirtował. Dał mojemu synowi prezent. Mały samolot, który latał jak dron. To był elegancki, ale nie „usztywniony”, przystojny mężczyzna w średnim wieku. 

    Przyszedł do naszego mieszkania. Mieszkanie było nieco inne niż w rzeczywistości. Trochę ciemniejsze ściany (w realu są białe), bez obrazów i ozdób, ale równie przestronne i wysokie. Zamiast balkonu miałam wyjście na całkiem spory „taras-ogród”, z pięknym drzewem, które nie tyle rosło w górę, ile płożyło się na wysokości około 1,5–2 metrów z grubymi, poskręcanymi, bardzo efektownymi konarami. Były tam też inne rośliny. Bardzo piękne miejsce. 

    Ogród oddzielony był niskim metalowym (raczej prowizorycznym) płotkiem i furtką, która nie była zamknięta. 

    Mężczyzna przyszedł ze swoją córką. Miała może 2–3 lata. Dałam im coś do picia. Mężczyzna pobrudził się tym, jego córka także. Zaproponowałam, że wypiorę brudne rzeczy. Zgodził się. Zabrałam jego koszulę i zaczęłam rozbierać dziewczynkę. 

    Zauważyłam, że jej body jest zabrudzone w kroku krwią zmieszaną z jakimś śluzem. Byłam pewna, że jest ofiarą przemocy seksualnej. Nie pokazałam po sobie, że się domyślam, że cokolwiek zauważyłam. 

    Poszłam podlewać kwiaty i spryskiwałam czymś konary tego pięknego drzewa w nadziei, że pojawi się ktoś z sąsiadów, kto mi pomoże. Był tam tylko ich syn (w realu to sąsiedzi z kamienicy obok. Ich syn odwiedza mnie w mojej firmie, a matka jest pedagogiem szkolnym). Zapytałam, czy mama jest w domu. Była, więc przez ogród weszłam do ich mieszkania. 

    Powiedziałam, o co podejrzewam mojego gościa, i poprosiłam, żeby wezwali policję, bo nie chcę tego robić ja, tak żeby nie sprawić, że ten człowiek domyśli się, że jest zagrożony, i ucieknie, zabierając dziecko. 

    Ten mężczyzna przyszedł jednak do sąsiadów, szukając mnie. Nikt nie dał po sobie poznać, że wiedzą. Oglądał mieszkanie i głośno porównywał je z moim. Tam na ścianach były tapety w piękne kwiaty, białe framugi drzwi, wszystko dopracowane i naprawdę ładne, na podłodze jasne panele. U mnie raczej loftowy, surowy styl i parkiet na podłodze, który wymaga remontu (faktycznie tak jest). 

    Mężczyzna chwalił mieszkanie i głośno uznał, że moje nie dorównuje temu sąsiadów. Trochę mnie to zawstydziło. 

    Wróciliśmy do mnie. Siedział w fotelu i już wiedział, że jest „więźniem”, że nie pozwolimy mu uciec. Wziął na ręce malutkiego kotka, głaskał go przez chwilę, po czym rzucił nim o ziemię. Podbiegłam, podniosłam kotka. Na szczęście nic mu się nie stało. 

    Przyszła sąsiadka i zabrała mnie niby na kawę. Wyszłyśmy z budynku. Wiedziałam, że ten człowiek nie opuści w tym czasie mieszkania. Nie mógł tego zrobić sam. Musiał zostać wypuszczony. 

    Zadzwonił telefon. Jakiś męski głos. To policjant. Powiedział, że już są w drodze i że podjadą w miejsce, w którym umówiła się z nimi sąsiadka. Zapytałam, gdzie. Wymienił nazwę małego parku lub zagajnika oddalonego od naszego domu o jakieś 10 minut drogi. 

    Byłam zła na sąsiadkę. Nie rozumiałam, dlaczego nie podała im po prostu adresu. Wiedziałam, że jak tylko oprawca opuści moje mieszkanie, po prostu ucieknie. 

    Chciałam zadzwonić na ten numer i to „odkręcić”. Sąsiadka zamieniła się w moją bliską przyjaciółkę (chrzestną mojego syna). Próbowałam wybrać numer do siebie (?), ale okazało się, że ma telefon starego typu i nie zapisuje ostatniej rozmowy, a każdy numer zawsze trzeba wybierać ręcznie. 

    Wracałyśmy do domu, a ja próbowałam skontaktować się po drodze z policją. 

    Dla mnie trudny sen, ale taki, który mogę już unieść.  

    Przyjaciółka opowiadała mi niedawno o swojej dziecięcej traumie związanej z przemocą. Jej doświadczeń nie opiszę, ale ta historia uruchomiła we mnie inne wspomnienie. 

    Kiedy zaczynałam moją pracę w szkole podstawowej, na mojej drodze stanęło dziecko – ofiara przemocy. To był ośmioletni chłopiec. Na przedramieniu zauważyłam brzydko gojący się strup, wyglądał jak po oparzeniu. Pytałam, jak się to stało. Chłopiec odpowiedział coś, ale wcale mnie to nie uspokoiło.  

    Zaprowadziłam go do pielęgniarki, powiedziałam, że idziemy po plaster, ale chciałam, żeby przyjrzała się tej ranie, bo intuicja podpowiadała mi, że to nie jest zwykłe oparzenie.  

    I nie było! 

    Na jego ciele było wiele śladów przemocy.  

    Na szczęście w szkole przypadki przemocy objęte są procedurą. Nie można działać w pojedynkę.  

    Na szczęście.  

    Bo wtedy bym poległa.  

    Pamiętam spokojny głos starszej i doświadczonej pielęgniarki, jej przerażoną twarz, która z tym głosem zupełnie nie współbrzmiała. Pamiętam, jak powiedziała:  

    “Przyda mi się maść z antybiotykiem, ale pożyczyłam pani pedagog”.  

    Biegłam korytarzem do pedagoga. Nie pamiętam tej drogi. Byłam jak robot, zupełnie odcięta od czucia, od siebie.  

    Kiedy zobaczyłam siniaki na plecach tego dziecka, wróciłam do własnego dzieciństwa. 

    Życie w przetrwaniu odbiera jasność myślenia, elastyczność, kreatywność i kontakt z własnymi emocjami.  

    Dlatego błogosławione niech będą procedury. 

    W zespole do spraw interwencji kryzysowej byłyśmy we cztery, a ja w tej bitwie pełniłam rolę “szeregowego”. Nie było mnie wtedy stać na więcej.  

    Teraz jest już inaczej.  

    Może przez lata doświadczeń, a może dzięki pracy nad sobą.  

    Teraz potrafię już zatrzymać się przy drugim człowieku, nie tracąc kontaktu ze sobą. 

    Bo tylko kiedy jesteś w kontakcie ze sobą, możesz być naprawdę w kontakcie z drugim człowiekiem.  

    A kiedy spotkasz człowieka w kryzysie, żeby mu pomóc, możesz zrobić tylko jedno – BYĆ PRZY NIM W PEŁNI.

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 54. Portal do innego świata – sen otwierający kolejny etap. 

    27/28.12.2025 

    Niewiele pamiętam, bo sen był długi. 

    Byłam w mieszkaniu mojej teściowej w innym mieście. Był tam mój były mąż, ale nie pamiętam go jako postaci. Wiem tylko, że był. Coś robił. Pamiętam jakieś kable, przyłącza, montowanie czegoś. 

    Był też inny mężczyzna. Ten był mi bliski. To nikt z realnego życia. 

    Mój były mąż wyjechał. To tak, jakby zostawił wolną przestrzeń. Zastanawiałam się, czy teraz powinniśmy spać w jednym łóżku z tym mężczyzną, czy może – z szacunku dla teściowej – spać w oddzielnych. Ale wtedy on spałby w pokoju razem z moją teściową. 

    Uznaliśmy, że jednak bardziej komfortowe dla niej będzie, jeśli będziemy spać razem. Byłam tym ucieszona, a jednocześnie lekko zaniepokojona, a może raczej zmieszana, bo jeszcze nigdy nie spędziliśmy ze sobą nocy. On zdawał się wszystko rozumieć i niczego ode mnie nie oczekiwał. Po prostu był i przyjmował każdą moją decyzję ze spokojem. Wiedział też, że nie jest u siebie i nie ma prawa wyboru. 

    Byłam z koleżankami w sklepie, w którym wcześniej coś zamówiłam. Było to coś niezwiązanego ze sprzedawanym tam asortymentem. Zupełnie o tym zapomniałam. 

    Podeszła do mnie właścicielka sklepu i powiedziała, że niestety nie ma tego, co zamawiałam. Chciałam jej odpowiedzieć, że przyszłam właśnie dowiedzieć się o stan zamówienia, ale to nie była prawda. Zapomniałam o nim. 

    Miałam silne przeczucie, że ją okłamuję i żeby znaleźć „dowód”, że jednak pamiętałam, odsłoniłam nadgarstek lewej ręki. Chciałam pokazać jej, że zapisałam sobie, żeby o zamówieniu nie zapomnieć. Wiedziałam, że mam tam narysowanego kota w stylu dziecięcego, naklejanego tatuażu, a zapis miał niby znajdować się poniżej. Nie udało mi się jednak podciągnąć rękawa. 

    Ze zdziwieniem zauważyłam, że to nie był narysowany kot, tylko wąż. Króciutki, z dużą głową, w zabawnym, dziecięcym stylu. Zielony, w pastelowym odcieniu. 

    Wyszłam ze sklepu i przyjrzałam się ręce. Na wewnętrznej stronie przedramienia nie było już zabawnego tatuażu, tylko ekran. Nie był zamontowany ani szklany – wyglądał, jakby był częścią skóry, ale obraz był bardzo wyraźny. 

    Zobaczyłam na nim grupę mężczyzn leżących na czymś rozłożonym na asfalcie. Klęczeli z twarzami przy ziemi. Byli aresztowani, ale wygłupiali się. W takt muzyki unosili do góry biodra i machali rytmicznie tyłkami, w skoordynowany sposób. Zachowywali się tak, jakby byli rebeliantami. 

    Nagle pojawiłam się obok nich, byłam w środku tego chaosu. To działo się w nocy, na ulicach jakiegoś dużego miasta. Na pewno nie w Polsce, a nawet nie na tej planecie. To był zupełnie inny świat. 

    Obok mnie bardzo wolno przejechał duży, opancerzony samochód, chyba policyjny albo wojskowy. Wokół niego byli przywiązani inni mężczyźni. 

    Porządku pilnował mały słonik. Był bardzo nieporadny, ale widziałam, jak bardzo się stara. Miał głowę i krótką trąbkę osłonięte żelazną zbroją zakończoną krótkimi, tępymi kolcami. Uwijał się szybciutko na swoich krótkich nóżkach, popychał tych mężczyzn i jakby zaganiał ich, żeby szli równo. 

    Pomyślałam z olbrzymią czułością, że ten dzielny, malutki słonik powinien być jeszcze ze swoją mamą. 

    Tu by się pewnie mój szaman rozgadał 😉 

    Ja widzę to tak: ten sen przygotowywał mnie na nowy etap. Możliwe, że na nową jakość relacji, a w każdym razie na zupełnie inny rodzaj męskiej energii.  

    Drugą część snu chcę jeszcze przemilczeć. Powiem tylko, że portal na mojej ręce otworzył mi możliwość otwarcia drzwi do korytarza, na końcu którego, w ostatnim pokoju mojej szkoły, zakręcony w słoju czekał smutny finał, a jednocześnie początek tej historii.  

    Sen pokazał mi, że będę uzbrojona, będę miała siłę.  

    Może będę zagubiona, może trochę nieporadna, ale wszystko, co najważniejsze, ustawię w równym szeregu.  

    Uporządkuję moje życie i relacje.  

    Ale o tym… innym razem.

  • 52. Zeszłam z piedestału – sen o uzdrawianiu kobiecości. 

    17/18.12.2025 

    Byłam w domu. We śnie była 5.18 lub 5.16. 

    Przed moim domem rosną dwa piękne, rozłożyste dęby. Siedziałam przy stole, z tego miejsca mam najlepszy widok na nie. Zauważyłam, że ktoś wychyla się z liści na czubku drzewa. Mężczyzna. Zdziwiło mnie to, bo to bardzo wysoko. Chciałam mu zrobić zdjęcie telefonem, bo to byłby idealny kadr, ale telefon nie poradził sobie i zdjęcie wyszło albo prześwietlone, albo niedoświetlone. 

    Byłam w koszuli nocnej. Takiej „starodawnej”, długiej do ziemi, z długimi rękawami, białej. 

    Coś robiłam w domu. Nagle spojrzałam na drzewo. Było pocięte, ale nie tak „pielęgnacyjnie”, tylko brzydko poharatane. Wyszłam na balkon i zaczęłam krzyczeć, żeby natychmiast przestali. 

    Pomyślałam, że wybrałam to mieszkanie właśnie dla tych dębów, a teraz uschną za kilka lat po takiej „pielęgnacji” i będę musiała się wyprowadzić. 

    Kiedy jeden z mężczyzn mnie usłyszał, podniósł ogromną gałąź, wspiął się po balkonach i pokazał mi maleńkie dziurki w gałęzi. Tłumaczył mi, że nie było wyjścia, że drzewo było zainfekowane jakimiś owadami. 

    Weszłam do mieszkania, nadal zła na to, co się stało, ale przestali już ciąć, a to, co narobili, było nie do odwrócenia, więc byłam bezsilna i zostawiłam ich już w spokoju. 

    Drzewo wyglądało strasznie, poczułam ogromny smutek. Zwróciłam uwagę na moją koszulę nocną. Zasłaniała mnie całą, ale kiedy przylegała do mojego ciała, stawała się niemal przejrzysta. Zastanawiałam się, czy ten mężczyzna mógł mnie zobaczyć taką półnagą? 

    Pokazałam drzewo mojemu synowi, też go to zasmuciło. 

    Na balkonie leżał pies, ogromny, kremowy, niemal biały, taki w typie molosów. To był obcy pies. Syn się go wystraszył. Zastanawialiśmy się, skąd wziął się na trzecim piętrze. 

    Postanowiłam, że trzeba go wpuścić. Miałam lekkie obawy, ale otworzyłam drzwi. Pies wszedł do środka, położył się na podłodze. Zaczęłam go głaskać, przytuliłam się do niego, a on otworzył paszczę, objął nią moją głowę i leciutko, delikatnie mnie podgryzał, niemal z czułością. 

    Nie bałam się, że mnie skrzywdzi, ale troszkę mnie to zdziwiło. Psy lekko żujące ręce spotkałam w swoim życiu, ale głowę? Wydało mi się to trochę dziwne, ale nie niepokojące. 

    Do mieszkania weszła jakaś kobieta. Powiedziała, że źle się czuje i musi zrobić sobie przystanek w podróży. Dlatego wynajmuje sobie łóżko w naszym mieszkaniu. Sama przygotowała sobie pościel. 

    Łóżko było takie surowe, metalowe, trochę jak kiedyś w szpitalach i stało jakby oddzielnie. Przyjrzałam się pościeli. Nie była idealnie czysta, trochę się zawstydziłam. Była biała, ale miała parę plamek. 

    Wzięła też sobie małą poduszkę, jaśka. Ta była nowa, ale zobaczyłam, że ma dwa skośne przecięcia. Pomyślałam, że to moje koty zniszczyły ją pazurami. 

    Kobieta mówiła, że jest chora, ale nie wyglądała na taką. Mimo wszystko postanowiłam iść po leki dla niej. 

    Poszłam do domu moich rodziców, żeby zabrać coś stamtąd (nie wiem, czy chodziło o leki). Było tam dużo ludzi. Chciałam umyć ręce albo je ogrzać w ciepłej wodzie. Pamiętam, że zanurzałam je prawie po łokcie w dużej, metalowej, pomalowanej na biało umywalce. 

    Woda płynęła z kranu nawet wtedy, kiedy odeszłam od umywalki. Chciałam ją zakręcić, ale moja bratowa powiedziała, że można to tak zostawić. 

    Spojrzałam na swoje stopy. Były całe w błocie. Miałam na sobie sandały, więc nie tylko buty były brudne, ale stopy również. 

    Wszystko to działo się jakby na zewnątrz, ale wewnątrz (kiedy teraz o tym myślę, to można to porównać do hangaru, w którym jest plan filmowy). Było tam sporo ludzi. 

    Nagle wjechał samochód, kabriolet, duży, w takim amerykańskim, rozdmuchanym stylu. Siedzieli w środku trzej mężczyźni i nastolatka. 

    Pomyślałam, że ta dziewczyna jest już zgubiona, że niczego nie uda się jej w życiu osiągnąć. Dopóki jest młoda, będą ją tak wozić jak zabawkę, a później zostawią. 

    Dziewczyna wysiadła z samochodu i podeszła do mnie. Siedziałam na jakimś wysokim podeście albo kamiennej „poręczy” schodów. Patrzyłam na nią z góry. 

    Powiedziała, że bardzo jej się zawsze podobałam w sensie seksualnym, ale też bardzo ceni mnie za osobowość. 

    Bardzo mnie to zaskoczyło. W pierwszej chwili poczułam coś między odrazą a zmieszaniem. Spojrzałam na siebie. Byłam ubrana w bardzo krótką spódniczkę. Pomyślałam, że tak naprawdę niczym się nie różnimy. 

    Zeszłam na ziemię. Przytuliłam ją z wdzięcznością za jej miłe słowa. 

    Pojawiła się nagle jej matka i powiedziała, że ten gest wiele znaczy dla jej córki. 

    Bardzo długo zastanawiałam się, co ten sen próbuje mi pokazać. Którą salę w mojej szkole na drodze transformacji, przyszło mi otworzyć. 

    Wiem już… Seksualność. 

    Moja była okaleczona jak moje dęby. 

    Kiedy byłam nastolatką, mój ojciec opowiadał mi z dumą o swoich podbojach i erotycznych spotkaniach w altance na działce, w której sypiał latem. Mówił o tych kobietach jak o przedmiotach, które się używa. Deprecjonował je i instrumentalizował sam seks. Seksualność wydawała mi się uprzedmiotawiająca, a mężczyzna w moich wyobrażeniach pełnił rolę dominującą. Moje pierwsze doświadczenia w tej dziedzinie obarczone były napięciem, wstydem i poczuciem winy.  

    Nawet w małżeństwie czułam, że seks nie jest czymś, w czym można się zapomnieć. Wszystko przeżywałam bardziej w głowie niż w ciele. 

    Teraz wiem, że mężczyzna może być jednocześnie czuły, silny i wcale nie musi to oznaczać dominacji. Wręcz przeciwnie, może być i powinna w tym olbrzymia dawka bezpieczeństwa, szacunku i opieki, jaką niesie prawdziwa męska energia w związku. 

    Umyłam więc symbolicznie dłonie po same łokcie i zeszłam z piedestału do tego dziecka, któremu tak bardzo zakrzywiono obraz tego, co może być w życiu źródłem tego, co najpiękniejsze. 

    Przytulam więc dziś moją nastolatkę, bo wiem, że niczym się nie różnimy. 

    Ja też – coraz bardziej w to wierzę – dojrzeję do tego, by czerpać prawdziwą radość z seksu. 

  • 48. Nadwaga – sen o uwolnieniu od nadodpowiedzialności.

    5/6.12.2025 

    Pamiętam niewielki fragment snu. Sypialnia, łóżko pościelone, mój partner (nie mam pewności, czy to ktoś mi znany – może były mąż, ale nie jestem pewna). 

    Coś robiłam w tym pomieszczeniu, ale to chyba nie jest ważne, relacja była istotna. Czułam, że ten mężczyzna odsuwa się ode mnie, chodzi po mieszkaniu, czymś się zajmuje, nie zwraca na mnie uwagi. 

    Jednak przychodzi. Podchodzimy do łóżka, kładziemy się. Nie ma w tym jednak czułości ani miłości. Splatamy się ze sobą tak, jakbyśmy chcieli sprawdzić „dopasowanie”. Pada zdanie: „Kiedy ty jesteś za gruba, ja jestem za chudy”. Jestem zawstydzona, że tak bardzo przytyłam. We śnie jestem grubsza niż w rzeczywistości. 

    Jesteśmy ubrani i nie ma w tym, co robimy, nic erotycznego. Mimo wszystko mężczyzna ściąga spodnie, ponieważ penis nie mieści się w nich, jest duży i sztywny. Mężczyzna próbuje go ułożyć tak, aby mógł ubrać się i wyjść. 

    Wchodzi mój syn, coś zabiera i niespecjalnie dziwi go ten widok. Mnie natomiast dziwi, że mężczyzna nie czuje się skrępowany. Jestem zażenowana, że syn jest świadkiem tego gmerania w rozporku. 

    Mężczyzna ma do mnie pretensje, że spóźni się do pracy, bo tak przecież nie może wyjść. Patrzę na to wszystko trochę z boku i z niesmakiem. Wcale nie czuję się winna. Ale po głowie chodzi mi myśl, że muszę trochę schudnąć. 

    Bardzo trudno było mi podejść do przemyśleń na temat tego, co niesie w sobie ten przebogaty sen, z należytą powagą. Bo sytuacja jest absurdalna: facet się miota, ja — w absolutnym braku kontaktu — zajęta własną tuszą, jestem lekko zażenowana i delikatnie zawstydzona. Ot, chleb powszedni 😉. 

    Tyle że naprawdę był to chleb powszedni. Mój syn przez całe swoje życie obserwował, jak byłam obwiniana za wszystkie pomyłki, niedociągnięcia, chybione pomysły i inwestycje jego ojca. To ja brałam na siebie odpowiedzialność, wszystkie pretensje i co najważniejsze, konsekwencje nie swoich błędów. 

    W tym śnie zachowałam się inaczej niż kiedyś w rzeczywistości. 

    Teraz zasady mam inne:

    Twój penis — twój problem. 

    Ja skupię się na moich kilogramach.