W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Blog

  • 57. Okno – sen z widokiem na nową relację. 

    2/3.01.2026 

    W moim domu trwał remont. Sama wykonywałam większość prac. 

    Byłam na klatce schodowej, wchodziłam z kimś na górę. Usłyszałyśmy kaszel wsteczny psa. Osoba, z którą szłam, powiedziała, że to na pewno moja suczka i że jest już stara. To jednak nie był mój pies. To był pies sąsiadów (w realu nie utrzymujemy kontaktów). Byli bardzo zmartwieni, myśleli, że psu coś dolega. Uspokoiłam ich i pokazałam im technikę, która pozwala zakończyć taki „kaszel”. 

    Sąsiad (w realu nie odpowiada nawet na dzień dobry) wyciągnął w moim kierunku paczkę chipsów. Chciałam wziąć ją do ręki, poczęstować się i oddać paczkę, ale mi ją wyszarpał. Nie chciał jej wypuścić z rąk. Podziękowałam. I tak nie chciałam chipsów. 

    Nagle zmieniłam kierunek i poszłam z nimi na zewnątrz. Szliśmy osiedlem, było tam dużo dziesięciopiętrowych bloków z płyty. Było już widać moje mieszkanie, usytuowane na siódmym lub ósmym piętrze jednego z bloków. Mój partner kładł zaprawę wokół świeżo zamontowanego okna. Trochę mnie zdziwiło, że chce i potrafi. 

    Żeby dojść do mojego mieszkania, musiałam przejść duży rów lub niewielką rzeczkę. Zwykle wybierałam drogę „pod spodem” nasypu, po którym szliśmy, przez tunel albo rurę. Miałam ze sobą torbę lub plecak, więc nie było szans, że się zmieszczę. Pożegnałam się z towarzyszami i poszłam dłuższą drogą. 

    Przeszłam przez nasyp i znalazłam się na asfaltowej drodze. Szłam po niej, chociaż chodnik był po drugiej stronie, wystarczyło przejść. Weszłam do jakiegoś budynku, nie wiem po co, ale to był rodzaj przystanku w drodze. 

    Tam podszedł do mnie mężczyzna. Był mną bardzo zainteresowany. Wyśmiałam go wręcz, bo różnica wieku była znacząca. On był bardzo młody. Powiedział, że mój wygląd wprowadza w błąd, i poszedł sobie. 

    Przyszła kobieta i przekazała mi klucz od mojego partnera. Mieszkanie było świeżo wynajęte i nie miałam do niego kluczy. Poza kluczem otrzymałam kilka plastikowych zawieszek. Zastanawiałam się, po co ich tyle do jednego klucza, ale przyjęłam je. 

    Idąc, zastanawiałam się, dlaczego tylko jeden klucz. Potrzebuję jeszcze klucza do drzwi klatki schodowej. Mój partner zobaczył mnie chyba z góry, bo drzwi się otworzyły. 

    Mieszkanie było bardzo stare. Takie trochę zabytkowe, w stylu starej kamienicy. Okno, które wstawiliśmy, też było w starym stylu, ale „nowe”, białe, drewniane, duże i solidne. Poza nami mieszkała tam starsza pani, właścicielka. 

    Zobaczyłam dużą donicę z geranium. Teraz nie ma już takich kwiatów, były „modne” dziesiątki lat temu. Chciałam poczuć zapach. Zerwałam kilka listków i roztarłam je w dłoniach. Nikły zapach. Jakby wypłowiały ze starości. Włożyłam liście do ust i żułam, też nie poczułam wiele. Byłam rozczarowana. 

    Weszłam do kuchni i zobaczyłam skrzydło niewielkiego ptaka, jasnobrązowe. Wisiało nad kuchnią, służyło za rodzaj miotełki. 

    Leżały tam dwie siekiery. Zawieszałam je na ścianie jak ozdoby. Były w pewien surowy sposób ładne. Powiesiłam je blisko kuchni, żeby nie trzeba ich było szukać kiedy zechcemy pociąć drewno do rozpalenia ognia pod kuchnią. 

    Kontynuowaliśmy remont. Kładliśmy zaprawę na ścianach i kominie, ale na zewnątrz. Nie był to już blok, ale duży dom. Ściany były solidne, ale zniszczone. Świeży tynk odwarstwiał poprzedni i powstawały „bąble”. Bałam się, że wszystko się odklei. Mówiłam, że ten stary tynk będzie trzeba najpierw usunąć, ale większość pracy była już wykonana, więc trzeba by pracować od nowa. Mój partner nie był zachwycony. 

    Byłam w domu. Karmiłam zwierzęta jakąś papką z kurczaka. Nie chciały jeść. W miskach było jeszcze poprzednie papkowate jedzenie. Nie były zainteresowane. 

    Na drzewach za oknem widziałam ptaki, takie jakie zwykle widzę w realu: gawrony i kawki. Normalny, codzienny widok. 

    Kiedy odzyskałam wewnętrzny spokój, coraz częściej myślałam o relacji. Nowej relacji z mężczyzną, z którym da się budować. 

    Ten sen pokazał mi, że jeszcze nie czas. Że mam jeszcze trochę do zrobienia. Kilka starych wzorców do przepracowania i zobaczenia tego w sobie co, głęboko ukryte.  

    Bo nie da się budować zdrowej relacji na niezdrowych fundamentach.  

    Dziś dotarłam już do źródeł moich przekonań i wiem, przed czym ten sen mnie ostrzegał. 

    Na szczęście go posłuchałam.

  • 56. Pozostać w kontakcie – sen o tym, że aby móc pomagać innym, trzeba najpierw odnaleźć siebie.

    31.12.2025/1.01.2026 

    Chyba zapisywałam mojego syna do szkoły. To była nowo powstała elitarna szkoła dla szczególnie uzdolnionych w jakiejś dziedzinie. Dzieci miały być później poddawane weryfikacji. Nie wiem, w jaki sposób. 

    To było jednocześnie uroczyste otwarcie szkoły. Poznałam tam dyrektora. Zainteresował się mną. Rozmawialiśmy chwilę, chyba lekko flirtował. Dał mojemu synowi prezent. Mały samolot, który latał jak dron. To był elegancki, ale nie „usztywniony”, przystojny mężczyzna w średnim wieku. 

    Przyszedł do naszego mieszkania. Mieszkanie było nieco inne niż w rzeczywistości. Trochę ciemniejsze ściany (w realu są białe), bez obrazów i ozdób, ale równie przestronne i wysokie. Zamiast balkonu miałam wyjście na całkiem spory „taras-ogród”, z pięknym drzewem, które nie tyle rosło w górę, ile płożyło się na wysokości około 1,5–2 metrów z grubymi, poskręcanymi, bardzo efektownymi konarami. Były tam też inne rośliny. Bardzo piękne miejsce. 

    Ogród oddzielony był niskim metalowym (raczej prowizorycznym) płotkiem i furtką, która nie była zamknięta. 

    Mężczyzna przyszedł ze swoją córką. Miała może 2–3 lata. Dałam im coś do picia. Mężczyzna pobrudził się tym, jego córka także. Zaproponowałam, że wypiorę brudne rzeczy. Zgodził się. Zabrałam jego koszulę i zaczęłam rozbierać dziewczynkę. 

    Zauważyłam, że jej body jest zabrudzone w kroku krwią zmieszaną z jakimś śluzem. Byłam pewna, że jest ofiarą przemocy seksualnej. Nie pokazałam po sobie, że się domyślam, że cokolwiek zauważyłam. 

    Poszłam podlewać kwiaty i spryskiwałam czymś konary tego pięknego drzewa w nadziei, że pojawi się ktoś z sąsiadów, kto mi pomoże. Był tam tylko ich syn (w realu to sąsiedzi z kamienicy obok. Ich syn odwiedza mnie w mojej firmie, a matka jest pedagogiem szkolnym). Zapytałam, czy mama jest w domu. Była, więc przez ogród weszłam do ich mieszkania. 

    Powiedziałam, o co podejrzewam mojego gościa, i poprosiłam, żeby wezwali policję, bo nie chcę tego robić ja, tak żeby nie sprawić, że ten człowiek domyśli się, że jest zagrożony, i ucieknie, zabierając dziecko. 

    Ten mężczyzna przyszedł jednak do sąsiadów, szukając mnie. Nikt nie dał po sobie poznać, że wiedzą. Oglądał mieszkanie i głośno porównywał je z moim. Tam na ścianach były tapety w piękne kwiaty, białe framugi drzwi, wszystko dopracowane i naprawdę ładne, na podłodze jasne panele. U mnie raczej loftowy, surowy styl i parkiet na podłodze, który wymaga remontu (faktycznie tak jest). 

    Mężczyzna chwalił mieszkanie i głośno uznał, że moje nie dorównuje temu sąsiadów. Trochę mnie to zawstydziło. 

    Wróciliśmy do mnie. Siedział w fotelu i już wiedział, że jest „więźniem”, że nie pozwolimy mu uciec. Wziął na ręce malutkiego kotka, głaskał go przez chwilę, po czym rzucił nim o ziemię. Podbiegłam, podniosłam kotka. Na szczęście nic mu się nie stało. 

    Przyszła sąsiadka i zabrała mnie niby na kawę. Wyszłyśmy z budynku. Wiedziałam, że ten człowiek nie opuści w tym czasie mieszkania. Nie mógł tego zrobić sam. Musiał zostać wypuszczony. 

    Zadzwonił telefon. Jakiś męski głos. To policjant. Powiedział, że już są w drodze i że podjadą w miejsce, w którym umówiła się z nimi sąsiadka. Zapytałam, gdzie. Wymienił nazwę małego parku lub zagajnika oddalonego od naszego domu o jakieś 10 minut drogi. 

    Byłam zła na sąsiadkę. Nie rozumiałam, dlaczego nie podała im po prostu adresu. Wiedziałam, że jak tylko oprawca opuści moje mieszkanie, po prostu ucieknie. 

    Chciałam zadzwonić na ten numer i to „odkręcić”. Sąsiadka zamieniła się w moją bliską przyjaciółkę (chrzestną mojego syna). Próbowałam wybrać numer do siebie (?), ale okazało się, że ma telefon starego typu i nie zapisuje ostatniej rozmowy, a każdy numer zawsze trzeba wybierać ręcznie. 

    Wracałyśmy do domu, a ja próbowałam skontaktować się po drodze z policją. 

    Dla mnie trudny sen, ale taki, który mogę już unieść.  

    Przyjaciółka opowiadała mi niedawno o swojej dziecięcej traumie związanej z przemocą. Jej doświadczeń nie opiszę, ale ta historia uruchomiła we mnie inne wspomnienie. 

    Kiedy zaczynałam moją pracę w szkole podstawowej, na mojej drodze stanęło dziecko – ofiara przemocy. To był ośmioletni chłopiec. Na przedramieniu zauważyłam brzydko gojący się strup, wyglądał jak po oparzeniu. Pytałam, jak się to stało. Chłopiec odpowiedział coś, ale wcale mnie to nie uspokoiło.  

    Zaprowadziłam go do pielęgniarki, powiedziałam, że idziemy po plaster, ale chciałam, żeby przyjrzała się tej ranie, bo intuicja podpowiadała mi, że to nie jest zwykłe oparzenie.  

    I nie było! 

    Na jego ciele było wiele śladów przemocy.  

    Na szczęście w szkole przypadki przemocy objęte są procedurą. Nie można działać w pojedynkę.  

    Na szczęście.  

    Bo wtedy bym poległa.  

    Pamiętam spokojny głos starszej i doświadczonej pielęgniarki, jej przerażoną twarz, która z tym głosem zupełnie nie współbrzmiała. Pamiętam, jak powiedziała:  

    “Przyda mi się maść z antybiotykiem, ale pożyczyłam pani pedagog”.  

    Biegłam korytarzem do pedagoga. Nie pamiętam tej drogi. Byłam jak robot, zupełnie odcięta od czucia, od siebie.  

    Kiedy zobaczyłam siniaki na plecach tego dziecka, wróciłam do własnego dzieciństwa. 

    Życie w przetrwaniu odbiera jasność myślenia, elastyczność, kreatywność i kontakt z własnymi emocjami.  

    Dlatego błogosławione niech będą procedury. 

    W zespole do spraw interwencji kryzysowej byłyśmy we cztery, a ja w tej bitwie pełniłam rolę “szeregowego”. Nie było mnie wtedy stać na więcej.  

    Teraz jest już inaczej.  

    Może przez lata doświadczeń, a może dzięki pracy nad sobą.  

    Teraz potrafię już zatrzymać się przy drugim człowieku, nie tracąc kontaktu ze sobą. 

    Bo tylko kiedy jesteś w kontakcie ze sobą, możesz być naprawdę w kontakcie z drugim człowiekiem.  

    A kiedy spotkasz człowieka w kryzysie, żeby mu pomóc, możesz zrobić tylko jedno – BYĆ PRZY NIM W PEŁNI.

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 54. Portal do innego świata – sen otwierający kolejny etap. 

    27/28.12.2025 

    Niewiele pamiętam, bo sen był długi. 

    Byłam w mieszkaniu mojej teściowej w innym mieście. Był tam mój były mąż, ale nie pamiętam go jako postaci. Wiem tylko, że był. Coś robił. Pamiętam jakieś kable, przyłącza, montowanie czegoś. 

    Był też inny mężczyzna. Ten był mi bliski. To nikt z realnego życia. 

    Mój były mąż wyjechał. To tak, jakby zostawił wolną przestrzeń. Zastanawiałam się, czy teraz powinniśmy spać w jednym łóżku z tym mężczyzną, czy może – z szacunku dla teściowej – spać w oddzielnych. Ale wtedy on spałby w pokoju razem z moją teściową. 

    Uznaliśmy, że jednak bardziej komfortowe dla niej będzie, jeśli będziemy spać razem. Byłam tym ucieszona, a jednocześnie lekko zaniepokojona, a może raczej zmieszana, bo jeszcze nigdy nie spędziliśmy ze sobą nocy. On zdawał się wszystko rozumieć i niczego ode mnie nie oczekiwał. Po prostu był i przyjmował każdą moją decyzję ze spokojem. Wiedział też, że nie jest u siebie i nie ma prawa wyboru. 

    Byłam z koleżankami w sklepie, w którym wcześniej coś zamówiłam. Było to coś niezwiązanego ze sprzedawanym tam asortymentem. Zupełnie o tym zapomniałam. 

    Podeszła do mnie właścicielka sklepu i powiedziała, że niestety nie ma tego, co zamawiałam. Chciałam jej odpowiedzieć, że przyszłam właśnie dowiedzieć się o stan zamówienia, ale to nie była prawda. Zapomniałam o nim. 

    Miałam silne przeczucie, że ją okłamuję i żeby znaleźć „dowód”, że jednak pamiętałam, odsłoniłam nadgarstek lewej ręki. Chciałam pokazać jej, że zapisałam sobie, żeby o zamówieniu nie zapomnieć. Wiedziałam, że mam tam narysowanego kota w stylu dziecięcego, naklejanego tatuażu, a zapis miał niby znajdować się poniżej. Nie udało mi się jednak podciągnąć rękawa. 

    Ze zdziwieniem zauważyłam, że to nie był narysowany kot, tylko wąż. Króciutki, z dużą głową, w zabawnym, dziecięcym stylu. Zielony, w pastelowym odcieniu. 

    Wyszłam ze sklepu i przyjrzałam się ręce. Na wewnętrznej stronie przedramienia nie było już zabawnego tatuażu, tylko ekran. Nie był zamontowany ani szklany – wyglądał, jakby był częścią skóry, ale obraz był bardzo wyraźny. 

    Zobaczyłam na nim grupę mężczyzn leżących na czymś rozłożonym na asfalcie. Klęczeli z twarzami przy ziemi. Byli aresztowani, ale wygłupiali się. W takt muzyki unosili do góry biodra i machali rytmicznie tyłkami, w skoordynowany sposób. Zachowywali się tak, jakby byli rebeliantami. 

    Nagle pojawiłam się obok nich, byłam w środku tego chaosu. To działo się w nocy, na ulicach jakiegoś dużego miasta. Na pewno nie w Polsce, a nawet nie na tej planecie. To był zupełnie inny świat. 

    Obok mnie bardzo wolno przejechał duży, opancerzony samochód, chyba policyjny albo wojskowy. Wokół niego byli przywiązani inni mężczyźni. 

    Porządku pilnował mały słonik. Był bardzo nieporadny, ale widziałam, jak bardzo się stara. Miał głowę i krótką trąbkę osłonięte żelazną zbroją zakończoną krótkimi, tępymi kolcami. Uwijał się szybciutko na swoich krótkich nóżkach, popychał tych mężczyzn i jakby zaganiał ich, żeby szli równo. 

    Pomyślałam z olbrzymią czułością, że ten dzielny, malutki słonik powinien być jeszcze ze swoją mamą. 

    Tu by się pewnie mój szaman rozgadał 😉 

    Ja widzę to tak: ten sen przygotowywał mnie na nowy etap. Możliwe, że na nową jakość relacji, a w każdym razie na zupełnie inny rodzaj męskiej energii.  

    Drugą część snu chcę jeszcze przemilczeć. Powiem tylko, że portal na mojej ręce otworzył mi możliwość otwarcia drzwi do korytarza, na końcu którego, w ostatnim pokoju mojej szkoły, zakręcony w słoju czekał smutny finał, a jednocześnie początek tej historii.  

    Sen pokazał mi, że będę uzbrojona, będę miała siłę.  

    Może będę zagubiona, może trochę nieporadna, ale wszystko, co najważniejsze, ustawię w równym szeregu.  

    Uporządkuję moje życie i relacje.  

    Ale o tym… innym razem.

  • 53. Czekając na zielone – sen o tym, czego nie muszę już nosić. 

    25.12.2025 

    (popołudniowa drzemka) 

    Sen był dłuższy, ale pamiętam końcówkę. 

    Miałam jechać pociągiem do innego miasta wojewódzkiego, niecałą godzinę. Zabrałam ze sobą dużego psa na smyczy i ogromne akwarium. Miałam też torbę i niewielką torebkę. 

    Jechałam z dziewczynkami z mojej firmy (najstarsze 17–18-letnie, moje dzieci, wolontariuszki, towarzyszki, przyjaciółki), nie wiem, czy zwiedzać, czy może na koncert. 

    Byłyśmy w przedziale, który wyglądał jak niewielkie mieszkanie. Składał się z co najmniej dwóch pokoi. Zajmowałam z dziewczynkami duży pokój. Był oświetlony, ale bez okien. Pies leżał na podłodze. 

    Wielkie akwarium postawiłam na podłodze, na środku pokoju. Dziewczynki uzupełniły je wodą. Woda była czysta, przejrzysta. Na dole pływały nieduże srebrne rybki. 

    Powiedziałam dziewczynkom, że bez sensu targałam to wielkie akwarium. Wyjechałyśmy przecież na jeden dzień i rybki mogły spokojnie zostać w domu. 

    Pies chciał się napić wody. Podnosiłam go (a był naprawdę duży), żeby mógł napić się z akwarium. To było bardzo niewygodne, ale udało się w końcu. Pies się napił. 

    Zwróciłam uwagę na to, co działo się w drugim pokoju. Przez otwarte drzwi zauważyłam (chyba) mojego byłego męża. Stał tyłem. Był tam też jakiś inny mężczyzna (nie było go widać), który pomagał mu się ubrać. 

    Było coś nie tak z jego ubraniem. Możliwe, że je prali, bo założył na siebie mokry podkoszulek bez rękawów, a na to koszulę, również mokrą. Podkoszulek był ciemny i prześwitywał przez jasną, mokrą koszulę. 

    Mężczyzna tłumaczył mu, że kiedy zrobi się coś niedobrego, trzeba przeprosić. Pytał czy przeprosił (chodziło o mnie). Mój były mąż próbował sobie przypomnieć, czy była taka sytuacja, kiedy naprawdę przepraszał. 

    Nie doczekałam do końca ich konwersacji. Znudziła mnie, bo wiedziałam, że nie miał w zwyczaju przepraszać i nie chciało mi się tego słuchać. 

    Pomyślałam, że czas zbierać się do wyjścia. Miałam to przeklęte akwarium do zabrania. Trzeba było wylać z niego wodę przed wyjściem. 

    Z zaskoczeniem zauważyłam, że dziewczynki już to zrobiły i wyszły dawno na zewnątrz. Czekały przy wyjściu. 

    W przedziale zostały jakieś mokre drobiazgi dziewczynek (gumka frotka do włosów i coś zrobionego na szydełku). Zebrałam je i schowałam do torebki. 

    Pomyślałam, że akwarium muszę oddać do jakiejś przechowalni. Nie będę z tym przecież chodzić po mieście. 

    Przez chwilę pomyślałam, że powinnam zajrzeć do pokoju obok i powiedzieć mojemu byłemu mężowi, że dojeżdżamy. Po namyśle uznałam, że nie będę go o niczym informować. 

    Zabrałam psa, akwarium i torby, i dołączyłam do dziewczynek. 

    Bałam się trochę, że nie zdążymy wysiąść, ale dziewczynki mnie uspokajały, że wszystko jest w porządku. 

    Na zewnątrz przedziału, w korytarzu prowadzącym do wyjścia z pociągu, były okna. Widziałam jakieś budynki. Pociąg stał i na coś czekał. Jakby na zielone światło. Zaraz miał ruszać. 

    Zauważyłam, że akwarium w moich snach mówi o emocjach. Wcześniej pojawiały się w nich ogromne lub zaniedbane akwaria. Śniłam też kiedyś o stworzeniach, najczęściej żabkach, które były zapomniane i pojawiały się nagle, a mi było bardzo przykro, że zostały na bardzo długo bez opieki i musiały radzić sobie same, żeby przetrwać. 

    Ten sen był inny. Akwarium zaledwie przenośne, zadbane i czyste. 

    Dziewczynki ze snu w realu są moją rodziną. Nie rodziną pochodzenia, ale taką, którą stworzyłam w mojej firmie. Zdarza się, że naprawdę wyjeżdżamy na krótkie wycieczki i zawsze jest to piękny czas. Ta rodzina daje mi poczucie bezpieczeństwa, przynależności, emanuje spokojem i radością. Jesteśmy dla siebie ważne. Część z nich wyruszyła już w świat, studiują w odległych miastach, ale kiedy wracają choć na chwilę, zawsze znajdą czas na wspólną kawę. 

    Dlatego jestem silniejsza. 

    A były mąż… naprawdę nie zależy mi na przeprosinach. Wszystko, co z nim związane, mogę oddać do przechowalni, nie zamierzam tego ciągnąć za sobą. 

    Nie zapomnę oczywiście, bo wszystko, co mnie spotkało, ukształtowało mnie i sprawiło, że jestem, jaka jestem, ale nosić tego nie będę. 

  • 52. Zeszłam z piedestału – sen o uzdrawianiu kobiecości. 

    17/18.12.2025 

    Byłam w domu. We śnie była 5.18 lub 5.16. 

    Przed moim domem rosną dwa piękne, rozłożyste dęby. Siedziałam przy stole, z tego miejsca mam najlepszy widok na nie. Zauważyłam, że ktoś wychyla się z liści na czubku drzewa. Mężczyzna. Zdziwiło mnie to, bo to bardzo wysoko. Chciałam mu zrobić zdjęcie telefonem, bo to byłby idealny kadr, ale telefon nie poradził sobie i zdjęcie wyszło albo prześwietlone, albo niedoświetlone. 

    Byłam w koszuli nocnej. Takiej „starodawnej”, długiej do ziemi, z długimi rękawami, białej. 

    Coś robiłam w domu. Nagle spojrzałam na drzewo. Było pocięte, ale nie tak „pielęgnacyjnie”, tylko brzydko poharatane. Wyszłam na balkon i zaczęłam krzyczeć, żeby natychmiast przestali. 

    Pomyślałam, że wybrałam to mieszkanie właśnie dla tych dębów, a teraz uschną za kilka lat po takiej „pielęgnacji” i będę musiała się wyprowadzić. 

    Kiedy jeden z mężczyzn mnie usłyszał, podniósł ogromną gałąź, wspiął się po balkonach i pokazał mi maleńkie dziurki w gałęzi. Tłumaczył mi, że nie było wyjścia, że drzewo było zainfekowane jakimiś owadami. 

    Weszłam do mieszkania, nadal zła na to, co się stało, ale przestali już ciąć, a to, co narobili, było nie do odwrócenia, więc byłam bezsilna i zostawiłam ich już w spokoju. 

    Drzewo wyglądało strasznie, poczułam ogromny smutek. Zwróciłam uwagę na moją koszulę nocną. Zasłaniała mnie całą, ale kiedy przylegała do mojego ciała, stawała się niemal przejrzysta. Zastanawiałam się, czy ten mężczyzna mógł mnie zobaczyć taką półnagą? 

    Pokazałam drzewo mojemu synowi, też go to zasmuciło. 

    Na balkonie leżał pies, ogromny, kremowy, niemal biały, taki w typie molosów. To był obcy pies. Syn się go wystraszył. Zastanawialiśmy się, skąd wziął się na trzecim piętrze. 

    Postanowiłam, że trzeba go wpuścić. Miałam lekkie obawy, ale otworzyłam drzwi. Pies wszedł do środka, położył się na podłodze. Zaczęłam go głaskać, przytuliłam się do niego, a on otworzył paszczę, objął nią moją głowę i leciutko, delikatnie mnie podgryzał, niemal z czułością. 

    Nie bałam się, że mnie skrzywdzi, ale troszkę mnie to zdziwiło. Psy lekko żujące ręce spotkałam w swoim życiu, ale głowę? Wydało mi się to trochę dziwne, ale nie niepokojące. 

    Do mieszkania weszła jakaś kobieta. Powiedziała, że źle się czuje i musi zrobić sobie przystanek w podróży. Dlatego wynajmuje sobie łóżko w naszym mieszkaniu. Sama przygotowała sobie pościel. 

    Łóżko było takie surowe, metalowe, trochę jak kiedyś w szpitalach i stało jakby oddzielnie. Przyjrzałam się pościeli. Nie była idealnie czysta, trochę się zawstydziłam. Była biała, ale miała parę plamek. 

    Wzięła też sobie małą poduszkę, jaśka. Ta była nowa, ale zobaczyłam, że ma dwa skośne przecięcia. Pomyślałam, że to moje koty zniszczyły ją pazurami. 

    Kobieta mówiła, że jest chora, ale nie wyglądała na taką. Mimo wszystko postanowiłam iść po leki dla niej. 

    Poszłam do domu moich rodziców, żeby zabrać coś stamtąd (nie wiem, czy chodziło o leki). Było tam dużo ludzi. Chciałam umyć ręce albo je ogrzać w ciepłej wodzie. Pamiętam, że zanurzałam je prawie po łokcie w dużej, metalowej, pomalowanej na biało umywalce. 

    Woda płynęła z kranu nawet wtedy, kiedy odeszłam od umywalki. Chciałam ją zakręcić, ale moja bratowa powiedziała, że można to tak zostawić. 

    Spojrzałam na swoje stopy. Były całe w błocie. Miałam na sobie sandały, więc nie tylko buty były brudne, ale stopy również. 

    Wszystko to działo się jakby na zewnątrz, ale wewnątrz (kiedy teraz o tym myślę, to można to porównać do hangaru, w którym jest plan filmowy). Było tam sporo ludzi. 

    Nagle wjechał samochód, kabriolet, duży, w takim amerykańskim, rozdmuchanym stylu. Siedzieli w środku trzej mężczyźni i nastolatka. 

    Pomyślałam, że ta dziewczyna jest już zgubiona, że niczego nie uda się jej w życiu osiągnąć. Dopóki jest młoda, będą ją tak wozić jak zabawkę, a później zostawią. 

    Dziewczyna wysiadła z samochodu i podeszła do mnie. Siedziałam na jakimś wysokim podeście albo kamiennej „poręczy” schodów. Patrzyłam na nią z góry. 

    Powiedziała, że bardzo jej się zawsze podobałam w sensie seksualnym, ale też bardzo ceni mnie za osobowość. 

    Bardzo mnie to zaskoczyło. W pierwszej chwili poczułam coś między odrazą a zmieszaniem. Spojrzałam na siebie. Byłam ubrana w bardzo krótką spódniczkę. Pomyślałam, że tak naprawdę niczym się nie różnimy. 

    Zeszłam na ziemię. Przytuliłam ją z wdzięcznością za jej miłe słowa. 

    Pojawiła się nagle jej matka i powiedziała, że ten gest wiele znaczy dla jej córki. 

    Bardzo długo zastanawiałam się, co ten sen próbuje mi pokazać. Którą salę w mojej szkole na drodze transformacji, przyszło mi otworzyć. 

    Wiem już… Seksualność. 

    Moja była okaleczona jak moje dęby. 

    Kiedy byłam nastolatką, mój ojciec opowiadał mi z dumą o swoich podbojach i erotycznych spotkaniach w altance na działce, w której sypiał latem. Mówił o tych kobietach jak o przedmiotach, które się używa. Deprecjonował je i instrumentalizował sam seks. Seksualność wydawała mi się uprzedmiotawiająca, a mężczyzna w moich wyobrażeniach pełnił rolę dominującą. Moje pierwsze doświadczenia w tej dziedzinie obarczone były napięciem, wstydem i poczuciem winy.  

    Nawet w małżeństwie czułam, że seks nie jest czymś, w czym można się zapomnieć. Wszystko przeżywałam bardziej w głowie niż w ciele. 

    Teraz wiem, że mężczyzna może być jednocześnie czuły, silny i wcale nie musi to oznaczać dominacji. Wręcz przeciwnie, może być i powinna w tym olbrzymia dawka bezpieczeństwa, szacunku i opieki, jaką niesie prawdziwa męska energia w związku. 

    Umyłam więc symbolicznie dłonie po same łokcie i zeszłam z piedestału do tego dziecka, któremu tak bardzo zakrzywiono obraz tego, co może być w życiu źródłem tego, co najpiękniejsze. 

    Przytulam więc dziś moją nastolatkę, bo wiem, że niczym się nie różnimy. 

    Ja też – coraz bardziej w to wierzę – dojrzeję do tego, by czerpać prawdziwą radość z seksu. 

  • 51. Trzymając właściwy koniec liny – sen o wyjściu w podskokach z roli ratownika. 

    14/15.12.2025 

    Sen trochę z tych: „coś tam pamiętam, a coś tam umknęło”. 

    Byłam chyba uwięziona w jakimś pokoju. Nie mogłam wyjść, ale do mnie można było wchodzić. Weszły jakieś dziewczyny, nie pamiętam po co. Pojawiał się też mężczyzna. Chyba znajomy nauczyciel ze szkoły muzycznej. Przychodził do mnie często. Tym razem chciał, żebym wyszła na zewnątrz. 

    Byłam niekompletnie ubrana. Miałam na sobie krótki fartuszek i nic więcej. Założyłam sweter, chyba brązowy a fartuch wyglądał jak spódniczka. 

    Byłam na zewnątrz. Uliczka miasteczka, wąska kamienista. Z tego samego kamienia zbudowane były budynki. Trzymałam linę, ktoś mi pomagał. Miałam uwolnić kobietę (albo dwie kobiety) z jakichś lochów. Były tam uwięzione. ON je uwięził. Nie wiem, kim był ON, ale to jakby głowa rodziny. Dużej rodziny. Prawie wszyscy we śnie byliśmy jej członkami. 

    Trzymałam linę i ciągnęłam. I wyciągnęłam (hi, hi) starego, pulchnego jogina. Kiedy wyskakiwał, zrobił fikołka lub dwa i zaświecił gołym tyłkiem. 

    Trochę rozbawiona, a trochę zażenowana zajrzałam do środka. Czekała tam już na linę moja koleżanka z realnego życia (jest po bardzo poważnym wypadku, uczy się chodzić na nowo, chociaż lekarze nie dawali jej wielkich szans, porusza się już o kulach, na razie z wielkim trudem). Stała na dwóch nogach. Zapytałam, czy sobie poradzi. Poradziła sobie świetnie. Była w pełni sprawna. 

    Kiedy się wspinała, była ubrana w jeansy i T-shirt. Ale kiedy była już na górze, miała na sobie sari. Wszystkie miałyśmy na sobie sari. 

    We trzy musiałyśmy uciekać. Nie wiem, czy ta trzecia to była również wyciągnięta, czy to ta, która mi pomagała. 

    Weszłyśmy razem do piwnicy. Dużej, rozległej, wysokiej i dość jasnej. Ja musiałam się ukrywać bardziej niż one, bo wystąpiłam przeciw NIEMU, ratując je. 

    Czekałyśmy do zmroku, żeby uciec. One zabierały jakieś potrzebne w drodze rzeczy. Ja ukrywałam się pod schodami. 

    Przechodzili moi bracia. Nie byłam pewna ich lojalności. Byli wojownikami, mieli za chwilę wyruszyć w drogę. ON miał dla nich jakieś zadanie. 

    Nie bałam się. Wiedziałam, że sobie poradzę w razie czego. Nie chciałam po prostu robić zamieszania i ewentualnych kłopotów z ucieczką. Wiedziałam, że jestem bezpieczna, że nie zrobią mi krzywdy. Bałam się raczej, że ucieczka się nie uda. 

    Kiedy jesteś ratownikiem czujesz, że jeśli czegoś  nie zrobisz świat się rozsypie. Rodzina się rozpadnie. Ludzie w potrzebie bez ciebie się nie podniosą. I tak niesiesz na swoich plecach cudzy ciężar, w dodatku myślisz sobie, że to szlachetne. 

    To trochę tak, jakby przywiązać linę, zejść do lochu, w którym ktoś tkwi, wziąć go na plecy i próbować się wspinać. To trudne a często wprost niewykonalne. Bo wspiąć się samemu to wielka sztuka. A wspinać się za dwoje… bez sensu. 

    Jeśli zrobisz coś za kogoś, podejmiesz decyzję, zmusisz do właściwego kierunku, odbierasz komuś nie tylko poczucie sprawczości, ale też godność. Mój były mąż nigdy nie chciał się leczyć. A ja przecież nie wyleczę się za niego. Bardzo dużo czasu i energii zainwestowałam w to jego “leczenie”, zamiast skupić się na własnym. Było w tym tyle lęku i napięcia. 

    A mogłam zrzucić linę i pozwolić mu się wspinać, zamiast robić to za niego. 

    Zawodowo byłam skuteczna, ale płaciłam za to bardzo wysoką cenę. Chłonęłam jak gąbka ludzkie emocje, ciężary, traumy, trudności. 

    Dokonała się we mnie niedawno wielka zmiana. Nadal jestem empatyczna, wciąż zależy mi na pomocy innym, ale nie noszę już ich ciężaru. Skuteczność przez to nie zmalała. Wręcz przeciwnie – pojawiła się lekkość, która poprawia komfort pracy i budzi większe zaufanie. Trudno mi to wytłumaczyć. Sprawy ludzi przepływają przeze mnie osiadają na chwilę, która jest nam potrzebna a później płyną dalej. Nie kumulują się już we mnie. Nie odbierają siły. 

    Nie żyję już cudzym życiem. 

    Ja tylko trzymam linę i pozwalam ludziom wspinać się powoli.  

    A moja koleżanka? Ona naprawdę potrafi się wspinać.  

    Dziś po dwóch latach od wypadku, kilku poważnych operacjach i wielu trudnych miesiącach rehabilitacji, moja koleżanka porusza się już bez kul. Jest nieprawdopodobnie zdeterminowana i już niemal w pełni sprawna. Poradziła sobie świetnie. 

  • 50.  Gołąb i buława – sen o mocy, która nie odbiera wolności. 

    10/11.12.2025 

    Początku nie pamiętam. Byłam w swoim mieszkaniu, stałam na balkonie. Był ktoś ze mną, nie pamiętam kto. Zobaczyliśmy nadlatującego gołębia. Trzymał w łapkach kij. Wyglądał jak okorowana gałąź długa na jakieś półtora, może dwa metry. Byłam zdziwiona, że taki mały ptak potrafi unieść taki ciężar. 

    Podleciał bliżej, na wyciągnięcie ręki. Okazało się, że jego nóżki są przywiązane do kija. Chciałam go chwycić, żeby go uwolnić, ale odleciał, bardzo nieporadnie. Uderzył o koronę drzewa na podwórku i spadł na ziemię. 

    Zbiegłam na dół. Spotykałam kogoś po drodze, chyba sąsiadów. Kiedy byłam na podwórku, zobaczyłam, jak dwie młode osoby (studentki, które wynajmują mieszkanie w mojej kamienicy) trzymają gołębia, jedna miała go na kolanach. Nie wiedziały, jak mu pomóc. 

    Powiedziałam, że mam nożyk do tapet, więc przetniemy sznurki. Ale zamiast tego zaczęłam wyciągać pióra gołębia, a później włosy z obrączki, dużej, złotej (miała wygrawerowane jakieś symbole), która ptaka więziła. 

    Tylko że to już nie był ptak, tylko około 10-letnia dziewczynka. Kiedy usunęłam włosy, zrobiła się przestrzeń i dziecko mogło się uwolnić. 

    Opowiadała, jak to się stało, że została uwięziona. Mówiła o człowieku, który coś jej obiecał (lody?), ale oszukał ją i zaczarował. 

    Chciałam odnaleźć tego człowieka i sprawić, żeby już nie doszło do podobnej sytuacji, ale nie pamiętam, czy cokolwiek jeszcze w tym śnie się wydarzyło. 

    Bardzo mnie ten sen poruszył. Wrócił bowiem do źródła mojej nadodpowiedzialności. 

    Kiedy miałam dziesięć lat, moi rodzice byli na balu sylwestrowym. Wrócili nad ranem. W południe jeszcze spali. Bracia byli głodni, więc postanowiłam ugotować obiad. 

    Wiedziałam, jak to się robi. Ugotowałam rosół i ziemniaki, starłam na tarce marchewkę, a mięso wyciągnęłam z zupy i podzieliłam na porcje. Pomagałam prababci robić makaron, więc nawet z tym nie było problemu. Pokroiłam ciasto na paski szerokości około centymetra, bo takie lubiłam najbardziej. 

    Bracia pomogli mi nakryć do stołu i obudziliśmy rodziców. 

    Byli bardzo zadowoleni. Ojciec trochę marudził, że to „kluchy grube jak palec”, a nie makaron, ale uratowałam sytuację. 

    I tak już zostało. 

    Od tej chwili miałam nowe obowiązki. 

    W myśl zasady: „Najgorzej to pokazać, że potrafisz”. 

    Ale po raz pierwszy poczułam się ważna, potrzebna, chwalona i — w moim dziecięcym odczuciu — w końcu kochana. 

    Tak zrodziło się we mnie zasługiwanie na miłość. 

    I wielka moc, którą przywiązano do nóg dziecka. 

    Moc ponad siły, której żadna dziesięcioletnia dziewczynka nie byłaby w stanie sama unieść. 

    Te pióra i włosy, którymi związane było dziecko, wyciągałam po jednym przez wszystkie lata terapii i pracy nad sobą. 

    Teraz gołąb jest już wolny. 

    I sam może wybrać, czy nieść swoją moc, czy odlecieć. 

    Ale na pewno nie pozwoli się już do niej przywiązać. 

    Motyw buławy — bo właśnie tak wyglądał kij ze snu — przewija się w moich snach już od dawna, pojawił się też poza nimi. 

    W tym śnie dziecko zostało przywiązane do mocy. 

    W śnie z lipca 2025 roku ( https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/ ) buławę trzymałam już w dłoniach i to ona mnie chroniła. 

    Ostatnio, podczas przesilenia letniego, wyciągnęłam karty tarota i zadałam jedno proste pytanie: 

    Kim jestem? 

    Wyciągnęłam jedną kartę. 

    Była to Królowa Buław

    A Królowa do swojej buławy nie jest przywiązana. 

    Trzyma swoją moc z lekkością. 

    W każdej chwili może ją odłożyć i cieszyć się mruczącym u stóp kotem oraz światłem, które niesie w dłoni. 

    Patrząc z ciekawością i radością w przyszłość. 

  • 49. Kraina Fantazji – sen o tym, że nie zawsze trzeba znać odpowiedź. 

    6/7.12.2025 

    Byłam w szkole podstawowej mojego syna, pracowałam tam. (W realu współpracuję ze szkołą, ale jest to raczej przyjacielska wymiana usług. Nic formalnego). Przygotowywaliśmy jubileusz szkoły (w realu ja przygotowuję dużą imprezę). Były jakieś zebrania, ale w luźnym gronie, jakieś ustalenia. 

    Wychodząc, zerwałam drzwi prowadzące do sekretariatu i gabinetów dyrektorek. Były zamontowane na plastikowe zatrzaski, a całe drzwi były cienkie jak z usztywnionej, laminowanej tkaniny. Próbowałam je przytwierdzić i klikałam tymi zatrzaskami od góry do dołu. Nie zatrzasnęłam wszystkich, dwa dolne zostawiłam, bo coś mi przerwało. 

    Wyszłam na chwilę do przedsionka szkoły. Stała tam kobieta, raczej starsza niż młodsza. Powiedziała mi, że na podłodze przy drzwiach leży torba z mrożonką i mam ją natychmiast posprzątać. Nie spodobał mi się jej ton, ale podniosłam torebkę. Były tam pocięte jak frytki kawałki łososia. Potrząsnęłam torebką, chciałam sprawdzić, czy jest tam coś jeszcze. Kilka łososiowych frytek upadło na podłogę. 

    Kobieta zaczęła na mnie krzyczeć, oskarżała mnie o brudzenie szkoły. To nie spodobało mi się jeszcze bardziej. Bo przecież nie zostawiłabym bałaganu, ale pomyślałam, że „frytki” zaczekają na podłodze i odwróciłam się do tej rozwrzeszczanej baby, idąc wolnym krokiem w jej kierunku. Chciałam zamienić z nią asertywne dwa słowa. 

    Kiedy się zbliżałam, kobieta mówiła coraz ciszej. Kiedy byłam przy niej, szeptała już tylko coś pod nosem. Wtedy powiedziałam bez złości, ale stanowczo: „Nie słyszę, proszę mówić głośniej”, ale w reakcji na moje słowa upadła. Leżała przede mną i dalej tylko szeptała. 

    Powtórzyłam, że nie słyszę, ale skutek był tylko taki, że zaczęła się cofać, unosząc się lekko na łokciach. Pomyślałam, że nie będę się już nad nią znęcać, i podałam jej rękę. Wstała i poszła do gabinetu dyrektora (dyrektorem jest w tej szkole była wychowawczyni mojego syna, z którą się w realu zawodowo bardzo przyjaźnię). Zastanawiałam się, czy pobiegła „na skargę”, ale nie przejmowałam się tym szczególnie. 

    Biegłam do tej samej szkoły, bo uzmysłowiłam sobie, że powinnam być w pracy, ale nie znam swojego grafiku. Nie jestem przyzwyczajona do pracy, w której ktoś inny ustala mi, kiedy mam w niej być, i zapomniałam przyjść. 

    Postanowiłam pójść od razu do dyrektora, omijając niezadowolone koleżanki z pracy. W gabinecie powiedziałam z uśmiechem, że „ja na dywanik”. Zostałam przyjęta z życzliwością i od razu przeszłyśmy do planowania wydarzenia. 

    Okazało się, że wszyscy absolwenci muszą mieć przy sobie jakiś czerwony rekwizyt wskazujący, że wracają (?) / są w podróży. Mój syn miał mieć czerwoną walizkę, ale jej nie dostarczył. Miałam się tym zająć, przypomnieć mu o przedstawieniu, w którym brali udział absolwenci na jubileuszu szkoły. 

    Pomieszczenie chyba w tej szkole. Przygotowywałam jedzenie dla chłopców, z którymi pracuję w realu. Była tam ze mną jeszcze jedna kobieta (może koleżanka z pracy?). Podałam dzieciom warzywa z grilla, ale było tam coś jeszcze, chyba ten łosoś z mrożonki albo inne owoce morza. W każdym razie było to sycące, tylko że było w foliowej torbie, którą ta koleżanka zrzuciła na podłogę. Dzieciom to nie przeszkadzało, podniosły torebkę i same nakładały sobie jedzenie na talerze. 

    Byłam chyba na plaży, rozległej, było tam dużo ludzi. Nagle nadjechały dwa motory. Na każdym kobieta i mężczyzna. Jeden jechał po piasku, drugi „jechał” kilka metrów nad ziemią. Były ze sobą w pewnym sensie połączone, ale nie fizycznie. 

    Zastanawiałam się, który jest prawdziwy, a który to hologram. Czekałam, aż jeden z nich zacznie się rozmywać i nie pamiętam dokładnie który, ale mogę się domyślać, bo efekt końcowy bardzo mnie zaskoczył. Zamiast rozwikłać motorową zagadkę… 

    Przeniosłam się do innego świata. Myślałam o nim jak o krainie fantazji. Były tam istoty całkowicie wymyślone, takie między postacią z dziecięcej animacji a grą komputerową. Wszystko w tej krainie było w bardzo żywych niemal fluorescencyjnych kolorach. A jedna z istot była pokryta długą sierścią w kolorze intensywnego różu. Zatarł się obraz całej tej krainy niestety, może mi się jeszcze przypomni. 

    Stanowczo ćwiczę w tym śnie asertywność 😉 

    Faktycznie ze wzrostem pewności siebie, zachowania asertywne przychodzą mi z zaskakującą łatwością.  

    Zastanawiające są dla mnie nawet po kilku miesiącach motory. Były olbrzymie. Bliźniacze pary jadące na nich, również spektakularnego wzrostu. I pytanie, “który motor jest prawdziwy”, było postawione bezzasadnie. Bo nie o motory tu chodziło. One były tylko zaproszeniem. Miały jedynie zwrócić moją uwagę na to co przede mną.  One tylko otworzyły przede mną portal do KRAINY FANTAZJI. 

    I tu właśnie przydałby się mój ulubiony Szaman 😁 

  • 48. Nadwaga – sen o uwolnieniu od nadodpowiedzialności.

    5/6.12.2025 

    Pamiętam niewielki fragment snu. Sypialnia, łóżko pościelone, mój partner (nie mam pewności, czy to ktoś mi znany – może były mąż, ale nie jestem pewna). 

    Coś robiłam w tym pomieszczeniu, ale to chyba nie jest ważne, relacja była istotna. Czułam, że ten mężczyzna odsuwa się ode mnie, chodzi po mieszkaniu, czymś się zajmuje, nie zwraca na mnie uwagi. 

    Jednak przychodzi. Podchodzimy do łóżka, kładziemy się. Nie ma w tym jednak czułości ani miłości. Splatamy się ze sobą tak, jakbyśmy chcieli sprawdzić „dopasowanie”. Pada zdanie: „Kiedy ty jesteś za gruba, ja jestem za chudy”. Jestem zawstydzona, że tak bardzo przytyłam. We śnie jestem grubsza niż w rzeczywistości. 

    Jesteśmy ubrani i nie ma w tym, co robimy, nic erotycznego. Mimo wszystko mężczyzna ściąga spodnie, ponieważ penis nie mieści się w nich, jest duży i sztywny. Mężczyzna próbuje go ułożyć tak, aby mógł ubrać się i wyjść. 

    Wchodzi mój syn, coś zabiera i niespecjalnie dziwi go ten widok. Mnie natomiast dziwi, że mężczyzna nie czuje się skrępowany. Jestem zażenowana, że syn jest świadkiem tego gmerania w rozporku. 

    Mężczyzna ma do mnie pretensje, że spóźni się do pracy, bo tak przecież nie może wyjść. Patrzę na to wszystko trochę z boku i z niesmakiem. Wcale nie czuję się winna. Ale po głowie chodzi mi myśl, że muszę trochę schudnąć. 

    Bardzo trudno było mi podejść do przemyśleń na temat tego, co niesie w sobie ten przebogaty sen, z należytą powagą. Bo sytuacja jest absurdalna: facet się miota, ja — w absolutnym braku kontaktu — zajęta własną tuszą, jestem lekko zażenowana i delikatnie zawstydzona. Ot, chleb powszedni 😉. 

    Tyle że naprawdę był to chleb powszedni. Mój syn przez całe swoje życie obserwował, jak byłam obwiniana za wszystkie pomyłki, niedociągnięcia, chybione pomysły i inwestycje jego ojca. To ja brałam na siebie odpowiedzialność, wszystkie pretensje i co najważniejsze, konsekwencje nie swoich błędów. 

    W tym śnie zachowałam się inaczej niż kiedyś w rzeczywistości. 

    Teraz zasady mam inne:

    Twój penis — twój problem. 

    Ja skupię się na moich kilogramach.