W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Blog

  • 36. Nieczysta gra – Sen o lęku przed powtórzeniem wzorca. 

    10.11.2025 

    Zasnęłam popołudniu. Początku snu nie pamiętam… Byłam na klatce w bloku, w którym mieszkałam jako nastolatka z rodzicami a później przez kilka lat z byłym mężem. Schodziłam z moim synem (we śnie miał kilka lat, teraz jest dorosły) piętro niżej do kolegi. Umówił się z nim na granie na komputerze. Kiedy otwieraliśmy drzwi prowadzące na schody pojawił się obok nas pies. (Chyba moja suczka). Nie chciała wracać do domu, musiałam ją zanieść. Kiedy bezpiecznie zamknęłam psa w domu zeszliśmy po schodach. Zapukaliśmy do drzwi. Otworzył nam ojciec chłopca. Przywitałam się i poczułam, że muszę wytłumaczyć moją obecność. Bo to trochę dziwne, że matka przychodzi z dzieckiem na takie spotkania, tym bardziej że nie znałam rodziców. Syn i jego kolega zaprosili mnie, bo chcieli koniecznie pokazać mi grę, w którą grają (w życiu realnym syn dzieli się ze mną swoim życiem, doświadczeniami, uczuciami, kłopotami, ale rzadko opowiada w co gra). Chłopcy zaczęli grać. Usiadłam obok nich na podłodze. Opowiadali mi o grze. Ta gra była dziwna, tak jakby przenosiła ich w czasie, ale nie fizycznie tylko mentalnie, byli wtedy oderwani od ciała jakby faktycznie byli w miejscu akcji jednocześnie nie opuszczając pokoju. Chłopcy opowiadali mi, że jak grali poprzedniego dnia gra zaniosła ich w odległą przeszłość chyba do starożytności i tam pili alkohol. Chcieli mi to koniecznie pokazać. Ojciec chłopca (zwracał się do mnie per Ty, zdziwiło mnie to, bo nie znaliśmy się w ogóle, tak jakby to skrócenie dystansu nie było dla mnie komfortowe) przyniósł mi puf i poprosił żebym usiadła na nim. Zauważyłam wtedy, że mam na sobie buty (takie w których chodzę zimą wysokie przypominające glany, ale bardziej eleganckie). Zauważyłam, że są brudne z boku podeszwy, prawdopodobnie na spacerze wdepnęłam w psią kupę. Przeprosiłam, że weszłam w butach i poprosiłam o coś czym dałoby się posprzątać. Dostałam papierowy ręcznik. Zbierałam okruchy kupy z dywanu, a kiedy skończyłam mężczyzna poprosił żebym oddała mu ręcznik. Chwycił go niezdarnie i wszystko co pozbierałam upadło na podłogę. Przyszła matka chłopca z dzieckiem na rękach. Było to małe dziecko takie jeszcze raczkujące. Pomyślałam, że nie może tak być, że dziecko będzie raczkować po dywanie, na którym były przed chwilą psie odchody. Przyniosłam z mojego domu (domu w ogóle nie pamiętam) Dettol i dokładnie spryskiwałam nim dywan i tarłam ręcznikiem papierowym szczególnie te miejsca w których zauważyłam ślady po odchodach. Dywan był bardzo mokry, płyn był czysty, przejrzysty i natychmiast pokazywał wszystkie nieczystości. 

    Sen pokazał mi czego będę bała się najbardziej. 

    Dokładnie miesiąc później bałam się naprawdę. 

    Nadal się boję. 

    Alkohol jest grą, której stawka bywa ogromna, a skutki przegranej ponosi często cała rodzina. 

    Wiem o tym aż za dobrze. 

    Ale wiem też coś jeszcze. 

    Mój syn nie jest swoim ojcem. 

  • 35. Piękny koci gest – a może coś więcej.

    Sen, o którym pisałam w poprzednim wpisie był bardzo trudny, czułam się kompletnie rozbita po przebudzeniu a w takich chwilach moje myśli automatycznie wracały do Darka. Teraz kiedy to piszę, też tak miewam. Kiedy wydarzy się coś ważnego lub trudnego Darek jest pierwszą moją myślą, ale teraz mnie to nie niepokoi. Po prostu tak jest. Myśli przychodzą i odchodzą tak jak ludzie, którzy nie zawsze przecież będą w naszym życiu. 

    Wtedy, po przebudzeniu, przytłoczona ciężarem snu i wydarzeniami poprzedniego dnia przyjęłam opiekę starej kotki. I przyszedł “przedsen”. Bezpośrednio po tym doświadczeniu, ogromnie wdzięczna i wzruszona zapisałam te słowa, przytaczam niezmienione z wyjątkiem imienia, które nie jest prawdziwe: 

    9.11.2025 

    Wiem, że miłość mam w sobie, że ja jestem miłością, ale Darek był tak ważny na tyłu poziomach, że nie jestem w stanie nad tęsknotą zapanować. Czy to wciąż będzie wracać? Leżę i płaczę. To wszystko już miałam poukładane, spokój, miłość, wdzięczność. Czy 5 rymów na które się wybrałam pokazało, że się myliłam i tak naprawdę to nie było poukładane, ale tylko w pewnym stopniu „przykryte”? Kiedy tak leżałam i oddychałam ciężko przyszła do mnie moja stara kotka położyła się na mojej klatce piersiowej i mruczy. To niesamowite, bo rzadko przychodzi. To mój najmniej potrzebujący kontaktu kot🤗. Co prawda robiła to już kiedyś, przychodziła w chwilach kryzysu kładła się na mnie i leżała mrucząc do momentu, w którym się w pełni rozluźniałam, wtedy wstawała i odchodziła. Kiedy tak leżałyśmy prawie zasnęłam i na granicy jawy i snu przyszedł do mnie obraz: miasto w półmroku, wycinek pustej ulicy, wysoki szary budynek i lekko uchylone drzwi przez które sączy się na bruk smuga ciepłego światła. Na ulicę wychodzi moja kotka, wolnym, spokojnym krokiem. Kiedy była w połowie drogi do budynku zatrzymała się i obejrzała za siebie jakby czekała na mnie. Jakby mówiła miękko  no chodź”.  

    Teraz z perspektywy czasu myślę o tej sytuacji jako o chwili, w której otworzyły się drzwi a moja mała psychopompos przeprowadziła mnie gdzie trzeba. Ze spokojem, czułością i miłością.

  • 34. “Zostaw. Tak ma być” – Sen, który zamieszkał w życiu na długo. 

    Poprzednie sny przygotowywały mnie na ten jak dotąd najtrudniejszy sen a on z kolei przygotowywał mnie na to co miało się dopiero wydarzyć.  

    8/9. 11.2025 

    Duży budynek. W jednym z pomieszczeń stało bardzo duże akwarium około 2m długości i prawie 1m wysokości albo nawet nieco większe. Były tam nieduże rybki (nie były kolorowe, takie rzeczne, zwyczajne) pływały przy dnie. Żyły tam też stworzenia przypominające jaszczurki (żółto czarne). Wpuściłam do wody niewielką ropuchę. Coś robiłam z tym akwarium. Nie pamiętam, czy sprzątałam, czy dolewałam wody. Akwarium stało na czymś (podest, szafka?) Ale w taki sposób, że większa część wystawała poza krawędź. Bałam się, że wszystko runie, tym bardziej, że kamienie na dnie ułożone były właśnie z tej strony, która nie była niczym podparta. Zauważyłam, że ropucha wyskakuje, złapałam ją i włożyłam do wody (woda nie była brudna, ale nie była też krystalicznie czysta). Wyskoczyła znów, więc powtórnie włożyłam ją do akwarium. Przyglądałam się jej, stała się o wiele większa. Teraz była wielkości około 30-40 cm. I miała króciutką gładką sierść, w kolorze szarym i nakrapianym, w kolorze, który zwykle mają ropuchy szare. Zdziwiłam się trochę, ale uznałam, że ta jest owłosiona i że to jest ok, ta po prostu jest inna. Zaakceptowałam jej wielkość i sierść. Nagle ropucha chwyciła jedną z jaszczurek, przysiadła na dnie akwarium i zaczęła ją jeść. Byłam zszokowana, ropucha miała być w tym akwarium po to, żeby tworzyć w pewnym sensie „społeczność” a stała się agresorem. Myślałam, że w tym pomieszczeniu jestem sama, ale ktoś powiedział, że mam to zostawić, że tak ma być. Byłam wstrząśnięta.  

    Chyba ten sam budynek, ale był jakiś dziwny. Pomieszczenia w nich podobnie jak w tym z akwarium były bardzo wysokie i przestronne, nie było tam raczej mebli. Były bardzo jasne (sala z akwarium jako jedyna była bardzo słabo oświetlona). Częścią budynku były też przestrzenie na zewnątrz takie w stylu atrium, ale dość rozległe i trawiaste. To były koszary. Mieszkało tam dużo ludzi. Chyba byli to żołnierze. Była tam sala, w której do ścian przytwierdzone były sedesy bez kabin (chyba 4, rozstawione w dużych odległościach od siebie). Ktoś wstawił dodatkowe drzwi przy sedesie, z którego lubiłam korzystać. Zdenerwowało mnie to, bo byłam przekonana, że nie będę miała spokoju i kiedy zechcę skorzystać z toalety na pewno ktoś będzie przechodził. To miało być uczęszczane przejście.  

    Byłam w małym mieszkaniu w bloku na którymś z wyższych pięter. Był tam również mój syn i jego przyjaciel (w realu pojechał przedwczoraj do Wrocławia z tym przyjacielem i swoją dziewczyną. Ona na koncert a oni odwiedzić innego przyjaciela, który tam mieszka) Chłopcy opowiadali mi jak było we Wrocławiu, że nie znaleźli dziewczyny mojego syna, że po koncercie wróciła do naszego miasta z innym mężczyzną. Pili tam alkohol i wdali się w bajkę z jakimiś ludźmi. (w realnym życiu Mój syn, 21 lat, jest osobą unikającą konfliktów jego przyjaciel jest dość porywczy, ale nie agresywny). Na zewnątrz ktoś coś wykrzykiwał, jakaś grupka młodych ludzi. Przyjaciel mojego syna wybiegł na balkon i wykrzykiwał coś do nich w bardzo zaczepny sposób. Bałam się, że ich sprowokuje do jakiegoś agresywnego zachowania. Nie wiem czy ja, czy mój syn, ale ktoś z nas zawołał go do środka. Przyjaciel mojego syna wszedł do mieszkania. Przyglądałam się im i nie podobało mi się to co widziałam. Jeden agresywny drugi „przymulony” wiedziałam, że to skutek wypitego wcześniej alkoholu. Boję się alkoholu, nie chcę, żeby mój syn stał się taki jak ojciec. 

    Ten sen jest bardzo trudny na wielu poziomach. Po pierwsze bardzo precyzyjnie przewidział przyszłość. Pierwszy raz zderzyłam się tak boleśnie z tym co niesie ze sobą sen prekognitywny. Wtedy byłam zdziwiona i nie uwierzyłam. Ot, dziwny zbieg okoliczności. Niestety niecały miesiąc później ci dwaj chłopcy, nocą około północy siedzieli w kuchni mojego mieszkania i opowiadali mi o osobnym powrocie z koncertu i trudnym, nieoczekiwanym rozstaniu.  

    Cierpienie własnego dziecka jest dla matki prawdziwym ciosem. Bardzo trudno stać obok i zgodzić się na to, że “tak ma być”.  Tylko, że dokładnie tak ma być! To jest droga mojego syna. Bardzo podobna do mojej, w której myślałam, że uratuję, że jeśli się poświęcę zmienię los ukochanego człowieka. Ta miłość, którą dajemy osobie, która nie potrafi jej naprawdę przyjąć i docenić to jest bardzo bolesna lekcja. Lekcja, którą mój syn musi przeżyć sam. A moja rola… jesteśmy ze sobą bardzo związani, jeśli on cierpi – ja cierpię. Ale w tym cierpieniu muszę chronić siebie, swoje zasoby, bo wtedy będę miała siłę na realne mądre wsparcie nie odbierające odpowiedzialności drugiemu człowiekowi. Jako matka mogę tylko, przyjąć syna po rozstaniu, dać mu miejsce w moim domu, nakarmić, wysłuchać i mocno przytulić. 

    „Zostaw. Tak ma być.” to najtrudniejsze z czym przyszło mi się zmierzyć. 

    Może straciłam sedes, który był tylko mój przez dwa lata, ale moje dziecko ma oparcie i swoje bezpieczne miejsce, w którym może dochodzić do siebie i układać powoli swoje własne puzzle.

  • 33. Sen o tym, że… NIE ODDAM MOJEJ BUŁKI!!! 

    6 / 7.11.2025 

    Byłam w dużym budynku przypominającym blok lub kamienicę w pomieszczeniach na parterze. Było tam dużo ludzi jakieś spotkanie chyba o charakterze zawodowym, ale „po pracy”. Przyszła tam również moja koleżanka, która odeszła do innego wydziału. Byłyśmy policjantkami. Ona wcześniej była moją partnerką razem prowadziłyśmy śledztwa. Siedziałyśmy w niewielkim pokoju były tam też inne osoby. Młodzi mężczyźni tacy w typie starszych harcerzy roznosili jedzenie. Weszli do naszego pokoju w czasie, kiedy żartowałam z koleżanką, mówiłam, że teraz już nie muszę opowiadać jej o sprawach, nad którymi pracuję.  Podeszli z pieczywem, nie byłam głodna, ale zabrałam długą bułkę i wkładając ją do kaptura powiedziałam -żartobliwie, że muszę ją zabrać, bo to moja ulubiona bułka, a jeśli tego nie zrobię koleżanka na pewno ją „podprowadzi”. Wyszliśmy na korytarz tam było dużo ludzi. Przyglądali się eksmisji, to było chyba piętro wyżej. Starsza kobieta, alkoholiczka na oko około 70, ale silna chociaż zniszczona. Bardzo nieprzyjemna, z takim zaciętym wyrazem twarzy. To nie był dobry człowiek. Okazało się, że była matką mojego partnera. Stanęłam przed nią i powiedziałam, że mogę ją nakarmić, że zapraszam ją na obiad, ale nie mogę dać jej miejsca w moim domu. Musi radzić sobie inaczej i że gdyby nie była taka złośliwa i podła dla ludzi łatwiej byłoby jej uzyskać pomoc i wsparcie. Przez cały czas miałam w kapturze bułkę. Nie podzieliłam się z nią. Ktoś wyniósł z jej mieszkania stare, brudne, zasikane, śmierdzące łóżko. Warunkiem jej powrotu do mieszkania było kupno nowego. Powiedziałam partnerowi, że można kupić tanie, wąskie łóżko, znalazłam w Internecie korzystne oferty i pokazałam mu. Później tańczyłam, ale tak jakby nie było grawitacji. Czułam lekkość, byłam pod samym sufitem. Partner poprosił mnie wtedy żebym pomogła mu wybrać nowe łóżko dla jego matki, mój Taniec oglądało kilku starszych mężczyzn chyba z rodziny. Powiedziałam: „No i koniec przedstawienia chłopaki. Już się na tańczyłam” i zeszłam na ziemię. Poszłam z partnerem na zakupy. Gdzieś w międzyczasie pojawiła się moja koleżanka (z terapii dla współuzależnionych realnego życia). Chyba idąc na wyższe piętro zajrzałam do jej mieszkania (w realu odeszła z dziećmi niedawno od swojego partnera agresywnego alkoholika) byłam w jej mieszkaniu było ładne jasne i czyste tylko dwa elementy nie pasowały do całości. Były to nieudolnie zbite z jakiejś starej dykty dwa niewielkie podesty, około 30 cm długości. Nierówne, niepasujące do siebie. Zapytałam co to? Powiedziała, że jej mąż to zrobił, że pomaga jej meblować mieszkanie. Zdenerwowałam się, bo wspieram ją od 3 lat, zdobyła się już na taki trudny krok, odeszła od człowieka, który bił ją przy dzieciach a teraz wpuszcza go do swojego życia i pozwala mu „meblować swoje mieszkanie. 

    Po śnie głodzie i atrapach, które nigdy mnie nie nakarmią pojawił się sen o tym jak mam karmić siebie i troszczyć się o swoje zasoby. Teraz wiem co jest moją kompetencją a co cudzą. Kiedyś oddałabym nie tylko bułkę. Oddawałam ludziom, pieniądze, rzeczy, jedzenie, wysiłek, zaangażowanie, czas i siebie całą do tego stopnia, że nie wystarczało mi energii na nic co moje. Teraz pomagam, bo tak trzeba, bo to ludzkie, bo jest to częścią miłości z jaką idę przez świat. Ale potrafię już nie brać na siebie cudzej odpowiedzialności i przede wszystkim chronię już moje zasoby. 

    Jednym słowem: najpierw zjem ja!!! 

  • 32. Wojna, ucieczka i włosy w skarpecie. Sen o tym czego nie da się już ukryć. 

    3 / 4.11.2025 

    Byłam w mieście, w którym wybuchła wojna. Nie było wybuchów czy wystrzałów. Padła taka informacja i w mieście zapanowała panika. Byłam spokojna i obserwowałam. Ktoś mi powiedział, że tacy jak ja są poszukiwani. Byłam kimś ważnym, ale nie jako ktoś bogaty czy pełniący ważną funkcję, ale ktoś kto zagraża „systemowi” i może się stać w jakiś sposób niebezpieczny dla okupantów. Uciekłam z miasta z dwójką dzieci. Jedno było jeszcze niemowlakiem. Miało dziwne włosy, ciemne długie (około 30 cm) sterczące pionowo w górę, ale miękkie i puszyste. Zatrzymywaliśmy samochody, które podwoził nas kawałek lub szliśmy na pieszo. Zajechaliśmy na dłuższą chwilę do jakiejś wioski. Tam nas znano i czuliśmy się na tyle bezpiecznie, żeby się pokazać. Kobieta wpuściła nas na swoje podwórze, chcieliśmy skorzystać z toalety takiej starej drewnianej, stojącej za budynkiem, ale nie dostaliśmy na to zgody. Zaproponowała żebyśmy w tym celu poszli na pole za dom. To było pole kapusty. Oddałam jej niemowlę i poszliśmy, przykucnęliśmy i wtedy zobaczyłam drona, który nas szukał. To dziwne, bo czasy przypomniały raczej drugą wojnę światową. Zobaczyłam, że mam przy sobie telefon i pomyślałam, że właśnie tak nas namierzyli. Zaczęłam go rozmontowywać i niszczyć elementy, które mogłyby być nadajnikiem. Dron odleciał. Siedliśmy wszyscy na ławce. Planowaliśmy dalszą ucieczkę. Próbowałam ujarzmić włosy niemowlęcia, bo były bardzo charakterystyczne, ale bez skutku. Kobieta, która nas gościła zaproponowała, żeby ukryć je w skarpecie. Bardzo mnie to rozbawiło. Był ciąg dalszy, ucieczka, jakiś duży monumentalny budynek, coś ważnego tam robiłam, ale nie mogę sobie tego przypomnieć. 

    To jeden z tych snów, który nie daje człowiekowi spokoju. Długo układałam go w sobie. A on mówił jedno, wyszłaś z opresyjnego systemu, chronisz nową wersję siebie. Jesteś nową wersją siebie i żadna skarpeta tego nie ukryje. 

  • 31. Atrapy. Sen o tym czym nie można się nakarmić. 

    29/30.10.2025 

    Nie pamiętam początku snu… byłam z koleżankami ze szkoły (wszystkie byłyśmy dorosłe, ale jeszcze młode), siedziałyśmy przy stole rozmawiając. W pewnej chwili jedna z nich podniosła ze stołu połowę olbrzymiego, kolorowego, wręcz przerysowanego w kolorystyce tortu (wyglądał jak atrapa) trzymała go w rękach nie jak ciasto, ale po prostu duży przedmiot. Nie zauważyłam tortu wcześniej. Zdziwiło mnie to i zastanawiałam się czy dziewczyny zjadły tą połowę i nie chcą się za mną podzielić, czy również nie jadły? Zabierając tort koleżanka powiedziała, że to tort urodzinowy i zabiera go do szkoły. Pomyślałam, że jednak nikt nie jadł i uspokoiło mnie to. Przeniosłyśmy się do innego pokoju. Tam na stole leżały ciasta bardzo kolorowe, różowe, fioletowe, pomarańczowe. Bardzo geometryczne, nienaturalnie wręcz jak wycięte z pianki modelarskiej. Teatralne, jak scenografia. Był tam telewizor lub monitor, na którym leciał jakiś film. W pomieszczeniu pojawił się aktor, który w sąsiednim pokoju brał udział w spotkaniu z innymi aktorami (może była to próba do jakiegoś spektaklu), usiadł przed ekranem i podziwiał jak bardzo upodobnił się do aktora z filmu. Był sobą zachwycony.  

    Wyszłam na podwórze. To było podwórko za moją kamienicą. Nagle, dosłownie znikąd pojawiły się psy, małe kundelki. Mój to była suczka. Mała wesoła, biegała z radością. W pewnej chwili zniknęła mi z oczu. Szukałam jej i znalazłam nie jednego, ale dwa pieski, drugi to samiec też mały i bardzo przyjazny. Bałam się, że w czasie, gdy ich nie było doszło między nimi do kopulacji. Martwiłam się, że będzie w ciąży, urodzi i nie uda mi się znaleźć domów dla szczeniaków. Poszłam z nią na spacer na plac przed kamienicą, tam bawiła się z innym psem, większym, ale również przyjaznym. Zobaczyłam chłopca około 10-cio letniego wychodzącego z kontenera, w którym była smoła taka do zabezpieczania dachów. Miał brudne ręce i ubranie. Powiedziałam: wiesz, że tego nie da się wyczyścić z ubrania i że ręce też trudno będzie umyć? 

    Ten sen to jak kolejny rozdział rozmowy który prowadzi ze mną moja podświadomość. Poprzedni sen opowiadał o głodzie. Ten o tym, czym nie można go zaspokoić. Czasem coś wygląda jak pokarm, miłość, zachwyt czy spełnienie. A jednak pozostawia człowieka głodnym. A prawdziwe życie jest tam, w tym brudnym dziecku. Bo każde ważne doświadczenie zostawia ślad. Miejsce w nas którego nie da się wyczyścić.  

    I dobrze. 

  • 30. Sam Sen. 

    Jak już pisałam wcześniej, w ciszy, której miałam wielką potrzebę doświadczyć, kiedy byłam bliżej siebie niż kiedykolwiek mogłam usłyszeć wreszcie to czego nie słyszałam wcześniej a może nie byłam gotowa usłyszeć. I nie ma znaczenia jak to nazwę. Mogę powiedzieć, że ja i moja dusza, podświadomość a może i wyższa jaźń znalazłyśmy drogę do siebie. Mogę też tego w ogóle nie nazywać a i tak będzie działać. 

    Któregoś poranka po przebudzeniu i zapisaniu kolejnego bardzo ważnego snu, piłam kawę i długo patrzyłam na zdjęcie, które przysłał mi Darek. I już wiedziałam. Sny poprowadzą mnie dalej. To był ten etap, w którym mogłam: powiedzieć teraz SAM SEN wystarczy.  

    Ale tutaj muszę powiedzieć coś ważnego. Moja droga do tego etapu była naprawdę długa. Jeśli kiedyś, kiedy będziecie potrzebować pomocy lub wsparcia, jeśli znajdziecie się w kryzysie, jeśli wasze zdrowie psychiczne, emocjonalne wymagać będzie zaopiekowania a ktoś powie wam, że uleczy was ceremonia, warsztat duchowy, nie daj Boże egzorcyzmy lub inne doświadczenia, które w cudowny sposób zdejmą z was cierpienie i uwolnią od traum.  Uciekajcie!!! Droga zawsze prowadzi od ciała, przez umysł do duszy. Nigdy w przeciwnym kierunku. I nie jest to łatwa droga. Jest bolesna i wymagająca ciężkiej pracy. Tu nie pomogą zaklęcia i cudze obietnice. Moim lekiem na początku była determinacja i odwaga patrzenia na siebie bez filtrów, oczami lustra (lekarza, terapeuty, dziewczyn z terapii grupowej). Z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach szłam dalej i dalej i nie chciałam się cofać. Pomogła mi też miłość do świata i ludzi, którą zawsze w sobie miałam i ta, którą Darek pomógł mi uruchomić – własna. Żegnając się ze mną po skończonej terapii, moja terapeutka powiedziała “Ma pani niesamowitą zdolność. Nawet kiedy stoi pani po kolana w gównie odnajduje pani w nim diamenty, zbiera je pani po kawałeczku a potem ściska je pani w dłoni i oświeca sobie nimi drogę”. Uwielbiałam tą kobietę. Co ciekawe nie pomogła mi sama wiedza, owszem stanowi punkt wyjścia, ale tak naprawdę nie ma znaczenia, ile książek przeczytasz, ilu wykładów wysłuchasz, ile zdasz teoretycznych egzaminów, jeśli nie rozbroisz mechanizmów obronnych i nie wpuścisz tej wiedzy do doświadczenia a to trudno zrobić samemu. Potrzebny jest doświadczony psychoterapeuta, psycholog a czasem lekarz, ktoś kto będzie czuwał a z czasem stanie się lustrem, w którym dostrzeżecie to co dla uzdrowienia trzeba koniecznie w sobie zobaczyć. Później jest miejsce dla duchowości, dla szamana, przewodnika duchowego czy kogokolwiek potrzebujecie.

    Po dziesięciu latach pracy nad sobą, układania siebie kawałek po kawałku dotarłam do miejsca, w którym mogłam i umiałam już SAMA.  Teraz nie potrzebuję już terapeuty, nie potrzebuję katalizatora ani nawet szamana. Teraz bardzo brakuje mi świadka. Kogoś kto usiądzie przy mnie i powie: Tak. Też tam byłem.

    SAM SEN na tym etapie na razie mi wystarczy. 

  • 29. Sen o głodzie 

    21/22.10.2025 

    Przebudziłam się w środku nocy nie pamiętam co mi się śniło, ale zostało zdanie: “Jesteś odłączona od wyższej jaźni”. Zasnęłam ponownie i przyszedł sen:  

    Ośrodek kolonijny, byłam uczestnikiem, mimo że we śnie miałam 28 lat. Budynek przypominał niewielką wiejską szkołę. Piętrowa w stylu starej kamienicy. Drewniane poręcze schodów i drzwi pomalowane farbą olejną na jasnozielony kolor. Pomagałam komuś w czymś (nie pamiętam o co chodziło) w związku z tym spóźniłam się na obiad. Zostały resztki i wszystko co leżało na stołach było z mięsem (jestem wegetarianką). Podeszłam do p. Oli była tam dyrektorem. Poskarżyłam się, że nie zostawiono dla mnie posiłku, mimo faktu, że byłam „oddelegowana” do pomocy komuś i było to ważne.  

    Poszłam do kuchni nic tam już z obiadu nie zostało, ale jako kolejne danie przygotowane czekały duuuuże pierogi z owocami. Kucharka odmówiła, kiedy poprosiłam o choć jednego. Była opryskliwa i bardzo nieprzyjemna. Poszłam do kierownika. Nie przejął się moim głodem ani zachowaniem kucharki. Kazał mi czekać do jutra. Oburzona wyszłam z budynku. Szłam ulicą wypełnioną niskimi domami. Pośród których znajdowały się niewielkie sklepy i lokale usługowe. Mijałam kolejne restauracje, w którejś z nich postanowiłam zjeść a rachunek przedstawić kierownikowi. Niestety, żadna z restauracji nie spełniała moich oczekiwań. Same „mordownie” w których już przez okno było widać i słychać, że nie jest to miejsce dla mnie. Spotkałam Panią Olę. Zmartwiła się widząc mnie poza budynkiem, zapytała co zamierzam zrobić? Opowiedziałam, że chcę zjeść i jestem zdeterminowana. Nie zostałam zrozumiana. Musiałam wypowiedzieć zdanie „chcę zadbać o moje potrzeby i nie obchodzi mnie zdanie innych” żeby wyraziła z wyraźną rezygnacją zgodę. Szukałam nadal miejsca dla siebie. Opuściłam już Miasto, kiedy natrafiłam na zlot samochodowy. Stare samochody wyścigowe czekały na start, miały ścigać się na dużej łące. Widziałam ludzi jedzących hot dogi i hamburgery. Zapytałam jednego z mężczyzn, gdzie można tu zjeść, wskazał mi obskurną budkę. Nie zjadłam niczego. Nie znalazłam dla siebie miejsca. 

    Ten sen to moje życie w pigułce. Od wczesnego dzieciństwa oddelegowana do pracy dla innych. Moje potrzeby były niezauważane. Sama przestałam je w końcu czuć. A teraz, czuję GŁÓD i nie chodzi tu o jedzenie. Jestem głodna uwagi, czułości, odpoczynku, bezpieczeństwa. Głodna miejsca, w którym mogę być sobą. Głodna ludzi, przy których nie muszę zasługiwać na prawo do istnienia. Głodna życia, które będzie naprawdę moje. 

    Dziś wiem już jedno. Wolę być przez jakiś czas głodna niż karmić się byle czym. 

    Dlatego nadal szukam. 

  • 28. Cisza

    To była dla mnie absolutna nowość. Nie wiem czy dlatego, że w moim życiu nie było nigdy miejsca na własne potrzeby, czy dlatego, że wychowałam się w domu z braćmi, gdzie jedynie słuszna była cisza nocna a w pracy z dziećmi czasem hałas tak potężny jak w czasie startu na lotniskowcu. A może dlatego, że trzeba było “do przodu” a stopień pobudzenia świetnie reguluje muzyka prosto w ucho. Kiedy byłam sama zawsze słuchałam muzyki, podcastów, audiobooków. Bo szkoda czasu. Myjąc naczynia można się przecież wiele nauczyć. Zawsze miałam słuchawki w uszach, chyba że byłam z ludźmi. A im większe napięcie, zmęczenie, poczucie samotności czy pustki tym więcej dźwięku, głośniej, intensywniej. 

    Aż tu nagle zapragnęłam ciszy. Przeżywając trudne emocje po rozstaniu, w smutku, rozpaczy, przeplatających się emocjach, chciałam NIC. Na początek ofiarą ciszy padła muzyka, nie mogłam jej znieść, później książki, te czytane i słuchane. Kocham kino bywam w nim kilka razy w miesiącu. Przestałam. Zrezygnowałam z siłowni i basenu. Robiłam NIC. A może prawie nic. Dużo spacerowałam, chciałam być blisko natury. Na słońcu i pod księżycem. Nad rzeką i między drzewami.  Oczywiście chodziłam do pracy, ale pozwalałam tam mówić innym. I nie miało to nic wspólnego ze stanami depresyjnymi. Wiem, czym jest depresja, przeżyłam ją. Może nie był to ciężki epizod,  bo pozwoliłam sobie pomóc stosunkowo wcześnie. Byłam wtedy odpowiedzialna za małe dziecko i nie mogłam pozwolić sobie na zapadnięcie się w ciemność. Wiem co to depresja a to był stan jakiego nigdy nie przeżyłam. Cisza i spokój połączona z czułością i zgodą na smutek. Łzy płynęły mi po twarzy w momentach zupełnie niestosownych i co? Nie interesowało mnie czy komuś to przeszkadza. Ja przeżywałam i chroniłam swoje prawo do przeżywania. Nie odbierałam telefonów, nie byłam dostępna, byłam smutna, bo opłakiwałam stratę. Dla mnie OGROMNĄ. I nie obchodziło mnie zdanie innych a na pewno zdanie kogoś, kto nie przeżył tego co ja. Ja czułam prawdziwe połączenie z drugą osobą. Kochałam naprawdę. Za sprawą tej relacji odzyskałam dostęp do emocji i ciała, choć nigdy nie przekroczyliśmy granicy seksualności moje ciało obudziło się z naprawdę długiej zimy. Dlatego miałam prawo i dałam sobie wszystko czego potrzebowałam w tym czasie. Dałam sobie 40 dni na pustyni.  

    Głównie wtedy spacerowałam, medytowałam i kontemplowałam. Moje ulubione miejsce do kontemplacji jest szczególne, bo wcale nie ma tam ciszy, a po ciszę tam przecież przychodziłam. To odludna ławka, rzadko ktoś się tam pojawia. To punkt, w którym rzeka łączy się z kanałem płynącym przez miasto. Mieszka tam liczna kolonia żab, które rechocząc rytmicznie kołysały mnie niejako do wyciszenia. Mój mózg w tym hałasie  zwyczajnie odpoczywał i często odpoczywa nadal bo odwiedzam to miejsce niemal codziennie. 

    Po około miesiącu odosobnienia, w którym byłam tak bardzo blisko siebie, zaczęły przychodzić ważne sny i zaskakujące wglądy. 

    Siedziałam wtedy w połowie października w tym miejscu nad brzegiem żabiej rzeki, nie wiem jak długo. To taka chwila jakby czas się zatrzymał. Promienie słońca cudownie ogrzewały mi twarz. Wsłuchiwałam się w śpiew żab i czułam się absolutnie rozluźniona. Usłyszałam wtedy lub poczułam: Potrafię dostrzec to co ukryte, nazwać i zaopiekować się tym. Łzy same płynęły mi po policzkach, ale nie ze smutku, to było takie uczucie pomiędzy ulgą a wdzięcznością a może po prostu wzruszenie. 

  • 27. SAMA 

    Koniec września, październik i pierwsze dni listopada, to w normalnych warunkach napisałabym – ciemność, ale to nie byłaby prawda. Po zderzeniu z chorobą alkoholową męża – ciemność, po rozstaniu z mężem – ciemność. W wielu innych kryzysowych sytuacjach – ciemność. Tutaj było zupełnie inaczej. Czułam rozpacz, smutek, tęsknotę, okresowe wątpliwości co do słuszności podjętej decyzji. Fizycznie czułam jakbym miała pustą przestrzeń po prawej stronie pleców w okolicy dolnej części łopatki, nazywałam to “wyrwą”. Bardzo nieprzyjemne i bardzo cielesne wrażenie braku. A jednak wciąż wracała myśl, że teraz muszę SAMA. MUSZĘ. Miałam pewność, że to wszystko jest po coś, że gdyby był przy mnie “uwiesiłabym się na nim”. Że to na nim budowałabym to co muszę SAMA. Tylko, że nigdy wcześniej nie myślałam o tym, że to proces a katalizator, który wykonuje świętą pracę nie idzie ze mną dalej. Ale zanim do tego doszłam… 

    To wszystko było dziwne i dlatego wkroczyła racjonalizacja i psychologizowanie. Bo to przecież potrafię. I szukałam przyczyn w stylach przywiązania, niedojrzałości emocjonalnej, doszukiwałam się na siłę oznak zaburzeń osobowości, uzależnienia od duchowości, duchowego eskapizmu i wiele, naprawdę wiele znalazłam. Jak student trzeciego roku psychologii, który widzi w sobie lub innych wszystkie objawy zaburzeń o których czyta.  Jeśli szukasz to znajdziesz. Nie wiedziałam wtedy, że to nie ma znaczenia. Czułam wielką potrzebę udowodnienia sobie, że nie warto, że się pomyliłam, że to nie ON.  

    Tylko że, tak naprawdę nie to było celem tej relacji. Bo celem, od samego początku była moja transformacja. I nie wiem, dlaczego, (bo szkiełko i oko drżą w tej chwili z oburzenia) ale czuję, że to ma głębszy sens i nadal pomimo upływu czasu czuję jakiś rodzaj silnego połączenia. W każdym razie, na poziomie psychologii udowodniłam sobie, że rozstanie było błogosławieństwem. Wszystko po to, żeby nie przeżywać. Bo nie warto. Ot, kolejny toksyk. I wtedy przeczytałam sen, który Darek zamieścił w sieci. Sen, który był kontynuacją dwóch moich poprzednich snów, tylko widzianych z jego perspektywy. Nigdy nikomu nie mówiłam co śniłam. Nie mógł o tym wiedzieć, nie mieliśmy ze sobą kontaktu. A jednak śnił to co ja, tylko swoją wersję mojej historii.  I runął mur, który zbudowałam z mechanizmów obronnych, mur chroniący mnie przed rozpaczą. Bo teraz miałam pewność, że jesteśmy połączeni. Nie lubię tej duchowej nowomowy o bliźniaczych płomieniach, wyskakują z instagrama opakowane w piękne obrazki jak lizaki w kolorową folię. Nie nazwę więc tej relacji, ale wiem jedno, ona nie była przypadkiem. Dla mnie była wszystkim co dobre i piękne, nie wiem czym była dla niego. Darek jest szamanem, od kilkunastu lat na ścieżce duchowej wiedział więc o czym mówi, a mówił mi o procesie, o tym, że muszę iść dalej, że nie mogę zostać. Mówił to z czułością przytulając mnie mocno. Mówił mi o tym, ale nie chciałam słyszeć. Bo jak to? Miał pomóc otworzyć mi drzwi i zostać w progu patrząc jak przechodzę? Nie było we mnie na to zgody. A jednak odeszłam, pomimo cierpienia. Musiałam chociaż nie rozumiałam czemu. 

    Teraz już wiedziałam i pozwoliłam sobie na wszystko. Pozwoliłam sobie na żałobę, na rozpacz, tęsknotę. Nie udawałam już, że nie kocham. Objęłam siebie z czułością i dałam sobie prawo do cierpienia. Idąc na spacer z psem drogą przy mojej ulubionej rzece zaczęłam płakać, łzy płynęły mi po twarzy, założyłam wtedy okulary przeciwsłoneczne i pomyślałam, że łzy są ok, niech płyną. I osuwałam się powoli w ciszę jak płaski kamyk położony na powierzchni wody, spadałam wolno kołysząc się lekko na samo dno. Czułam spokój, bo byłam pewna, że idę dobrą drogą, że muszę SAMA i nie podważałam już nigdy więcej wagi tej pięknej relacji.  

    A cisza była błogosławieństwem, bo w niej nareszcie  spotkałam siebie.