W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Blog

  • 74. Woda z sufitu – sen o odwadze spojrzenia w głąb

    15/16.04.2026 

    Początku nie pamiętam. 

    Byłam w moim mieszkaniu. Zauważyłam otwartą część okna. Była bardzo wąska. Moje okna są podzielone na pół, a to było podzielone niesymetrycznie. Podeszłam, żeby je zamknąć. 

    Na placu przed moją kamienicą trwał koncert muzyki poważnej. Czasem nasi filharmonicy koncertują w mieście. Zdarzył się już koncert przy mojej fontannie. To piękny plac z okazałymi lipami i kasztanami, które widzę z góry i najpiękniejszą fontanną w mieście. 

    Wyjrzałam przez okno, ale widok był przesunięty, jakbym znajdowała się dwie kamienice dalej. Trochę mnie to zdziwiło. Z tego miejsca nie widziałam orkiestry, tylko tłumy siedzących, zasłuchanych ludzi. 

    Zamknęłam okno (nigdy nie otwieram okien, zawsze tylko je uchylam ze względu na koty). Zaczęłam sprawdzać, czy wszystkie są w domu. Na szczęście były. Nagle spod koca, a może spod fotela, wyskoczył olbrzymi czarny kot. Był wielkości niewielkiej pantery i miał piękną, lśniącą sierść. Pobiegł za pozostałymi kotami. 

    W tym samym czasie przyszedł mój syn. Zapytałam, czy nie wie, co to za kot. Odpowiedział, że należy do jego znajomego i zostanie tylko na chwilę. 

    Weszłam do mojej domowej pracowni, choć był tam chyba również salon. Zauważyłam, że z sufitu po kablu jednego z żyrandoli (nie mam takiego, mam tylko jedną lampę na środku) kapie woda. Kabel był czarny i plastikowy. 

    Podeszłam do okna. Ono również nie było moje. Było ogromne, przesuwne, zajmowało całą ścianę i miało firanki (ja ich nie mam). Firanki zostały przytrzaśnięte oknem. Próbowałam je poprawić, ale trochę przeszkadzał mi wiatr. 

    Za oknem była plaża. Przechadzali się po niej ludzie. Mogłam wyjść z domu bezpośrednio na piasek. 

    Kiedy zamykałam okno, za moimi plecami stanął chłopiec. Blondyn z uroczymi lokami. Miał może osiem–dziesięć lat. Nic nie mówił. Zapytałam syna, kto to jest. Odpowiedział, że to kolega mojego młodszego brata (mój brat nie żyje od dwóch miesięcy). 

    Z żyrandola już nie kapała, lecz lała się woda. Była krystalicznie czysta. 

    Postanowiłam, że rozbierzemy sufit i sprawdzimy, gdzie znajduje się źródło problemu. 

    Zrobiliśmy (nie wiem jak, tego nie pamiętam) otwór wielkości około metra i zobaczyłam podłogę sąsiadki, która mieszka nade mną. Była tam ogromna dziura. Wyglądała jak wyrwa, spod której było widać pokruszone cegły. 

    Padał deszcz, ale jednocześnie zza chmur przebijało słońce. 

    Odwróciłam się do syna i zapytałam, czy padało, kiedy wracał do domu, bo z okien nie widziałam deszczu. 

    Niebo właśnie się rozjaśniało, a woda nie płynęła już tak silnym strumieniem. Wciąż była krystalicznie czysta. 

    Pomyślałam, że powinnam zrobić zdjęcia dla zarządcy i ubezpieczyciela, ale nie zrobiłam ani jednego. 

    Przez chwilę miałam poczucie, że to z mojej strony zaniedbanie, jednak nadal nie sięgnęłam po telefon. 

    Dziwne było to, że nie chciałam robić nic. Pomyślałam, że to natura, a nie pęknięta rura. Deszczu nie zatrzymam, zakręcając kurek. 

    Byłam dziwnie spokojna, choć wszędzie była woda. 

    Usłyszałam kroki sąsiadki z góry i chciałam ją powiadomić o tym, co się stało. 

    Biegłam przez mój przedpokój i biegłam, i biegłam. 

    Krzyknęłam do syna: 

    — To mieszkanie jest strasznie długie! 

    Potwierdził. 

    Nie zdążyłam. 

    Sąsiadka musiała już wejść do swojego mieszkania, bo usłyszałam tylko: 

    — O. Kurwa! 

    Spotkanie z Darkiem powtórnie uchyliło we mnie „okno” do emocji. 

    Na początku wystraszyłam się, że odbierze mi to siłę, którą w sobie wypracowałam. Paradoksalnie jednak im piękniej grała we mnie muzyka, którą Darek uruchomił, tym większy spokój w sobie odnajdywałam. 

    Ten spokój nie wynikał z zaprzeczania, że nic do Darka nie czuję. Wręcz przeciwnie. Czułam, że kocham tego człowieka całym sercem, tęsknię i płaczę, i że wcale nie musi to prowadzić do żadnych decyzji. 

    Czułam, że mam pracę do wykonania i teraz jest ona dla mnie ważniejsza niż relacja. Wiedziałam, że muszę skupić się na sobie. 

    Zamknęłam więc okno i liczyłam koty, a moja moc nieoczekiwanie wyskoczyła spod koca. Aby tak się mogło stać potrzeba było niewiele. Wystarczył jeden przydługi uśmiech widziany przez szybę. 

    Dzięki tej mocy miałam siłę, żeby zobaczyć w przyszłości to, co głęboko ukryte. 

    Jeszcze nie wiedziałam, co to jest, ale sen bardzo wyraźnie powiedział mi, że to, co zobaczę, bardzo nieprzyjemnie mnie zaskoczy. I że nie uda mi się wcześniej przygotować na to co odkryję. 

    A na razie trzeba powiększyć otwór. Odnaleźć źródło.  

    I nie dziwić się łzom, które naturalnie płyną. 

  • 73. Nie zapłacę mandatu – sen o powrocie do przerwanego procesu. 

    11/12.04.2026 

    Niewiele pamiętam z tego snu… Byłam z koleżanką. Namówiłam ją do czegoś głupiego. Wsiadłyśmy do jakiegoś środka lokomocji, ukrywając się pod podłogą. Było to coś pomiędzy żartem a przygodą i miało być zabawne. Okazało się, że kierowca lub kapitan (nie wiem, czym miałyśmy się przemieszczać) miał chyba podgląd miejsca, w którym się ukryłyśmy i znalazł nas. Ja jakimś cudem się wykręciłam, ale koleżanka miała zapłacić karę w wysokości 500 zł. To było bardzo dużo, nie miałyśmy takich pieniędzy. Zostałyśmy wyrzucone z tego środka lokomocji. Po drodze ukradłam jakieś papiery. Miałam nadzieję, że to coś ważnego. Zmięłam je w kulkę i wrzuciłam do wody. To była rzeka lub jezioro. Siedziałam na pomoście z rękami zanurzonymi w wodzie, czekałam, aż kartki rozmiękną i myślałam, że to całkiem fajny kawał. Zachowywałam się jak dzieciak, taki mały łobuziak, ale byłam dorosła. 

    Scena druga 

    Za moim domem, przy sąsiedniej kamienicy, są działki. Robotnicy przekopywali wszystko jak leci. 

    Zależało im, żeby szybko skończyć pracę. To była firma wynajęta przez kogoś z miasta. Chciałam, żeby przerwali pracę. Chyba bałam się, że to miejsce nie będzie już takie jak dawniej. 

    Kiedy wycinali roślinność w kępie, która pozostała, zauważyłam duże ptaki (jakiś rodzaj grzebiących). To była para i młode. Robotnicy nie chcieli się zatrzymać. Chociaż tłumaczyłam im, że to okres lęgowy i muszą wrócić, kiedy młode opuszczą gniazdo, że teraz nie można ich niepokoić, uparli się. Zadzwonili do kogoś, kto powiedział im, że ptaki można złapać i gdzieś przenieść. 

    Nie chciałam ich oddać. Wiedziałam, że to jest ich miejsce. 

    Jeden z robotników wręczył mi duże plastikowe pudło z ptakami, a ja szukałam im tymczasowego miejsca, jakiejś woliery, w której byłoby im wygodnie do czasu zakończenia remontu. 

    Mój wewnętrzny remont przerwało pewne wydarzenie, które na chwilę rozchwiało mnie do tego stopnia, że zatrzymało we mnie wszystko. 

    To wydarzenie zadziałało na dwóch poziomach. Najpierw spowodowało we mnie chaos emocjonalny, który dzielnie wystałam, a później obudziło we mnie małego filutka, który, gdy nadarzy się okazja, nie ręczę, że nie zapłaci mandatu od życia… Chociaż… możliwe, że w porę się wycofa. 😉 

    Spotkałam Darka. 

    Jadłam z przyjaciółką śniadanie na mieście. Zwykle nasze śniadania przedłużają się do obiadu. Tak też było tym razem. Przyjaciółka zna szczegóły mojej skomplikowanej, duchowej, transformacyjnej relacji z Darkiem. Wie, jak wiele kosztowało mnie pożegnanie z nim i ni w ząb nie rozumiała, dlaczego musiałam to zrobić. Wiedziała też, jak wiele czasu zajęło mi dojście do siebie i uporanie się ze zwykłą ludzką tęsknotą. 

    Ja uważałam tę relację za definitywnie zakończoną, choć nie było dnia, w którym Darek zniknąłby z moich myśli. Uznałam, że tak po prostu jest, i przestałam z tym walczyć. Myśli przychodziły i odchodziły w swoim rytmie. 

    Kiedy rozmawiałyśmy, spojrzałam w okno. W tej samej chwili spojrzał w okno Darek, przechodzący ulicą. To było tak elektryzujące spotkanie. Najpierw zaskoczenie na naszych twarzach, a później promienny uśmiech po obu stronach. 

    Patrzyliśmy na siebie z taką… mogę mówić tylko za siebie… radością. Świat na chwilę się zatrzymał. Patrzyłam w te wypełnione radością oczy i… zapomniałam o oddechu. 😍 

    Trwało to może piętnaście sekund. 

    Odchodząc, machał i przez chwilę szedł bokiem, patrząc na mnie, jakby chciał jak najdłużej utrzymać kontakt wzrokowy. 

    Kiedy zniknął mi z oczu, odwróciłam się w stronę przyjaciółki. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i równie szerokim uśmiechem. 

    Po chwili odezwała się: 

    — Ale to w Tobie jeszcze siedzi. 

    Siedzi. 😋 

    Ale to nic. 

    Poczułam w sobie lekkość po tym pięknym spotkaniu. Poczułam się trochę jak dzieciak. 

    Do chwili, w której przyjaciółka powiedziała: 

    — Zadzwoń do niego. Ja bym zadzwoniła. 

    A ja nie zadzwonię. 

    Nie dlatego, że nie chcę. 

    Dlatego, że chcę w relacji czuć się na tyle bezpiecznie, żeby móc być jak dzieciak. Radosna i niepohamowana. Ale do tego potrzebuję SMOKA (wyjaśnię innym razem), a do SMOKA nie muszę dzwonić. 

    On sam to zrobi. 

    Zabezpieczyłam swoje pisklęta i, kiedy opanowałam emocje, wróciłam do mojego wewnętrznego remontu. 

    Zostało mi jeszcze sporo do zrobienia. 

  • 72. Mniej naklejek –sen o tym, jak wybrałam kolor 

    4.04.2026 

    Szłam ulicą i zauważyłam duży sklep w stylu pasmanterii. Wiedziałam, że byłam kiedyś w środku i o coś pytałam albo może mój były mąż pytał o coś w moim imieniu. Pamiętam, że nie było tam wtedy interesującego mnie przedmiotu. Ze sklepu wyszła para. Nieśli w reklamówce sprzęty do profesjonalnego warsztatu krawieckiego. Były to specjalne druty do trzymania nici, montowane do stołu i inne tego typu ustrojstwa. Zaczęliśmy rozmawiać o tym, co kupili. Opowiadałam im, że w mojej maszynie złamał się taki bolec, na który nakłada się szpulkę nici. Mówiłam im, jak sobie radzę w tej sytuacji. Zaprosili mnie do domu. Podeszliśmy do ich maszyny do szycia i mężczyzna zaczął montować to, co kupili, my rozmawiałyśmy dalej. Zauważyłam, że mam identyczną maszynę do szycia. Na jej maszynie również przyklejone były naklejki z soku Kubuś, ale było ich mniej (mój syn, kiedy był mały, ozdabiał mój warsztat pracy). Okazało się też, że nosimy to samo imię. Byłam zafascynowana tym odkryciem. Pytałam o znak zodiaku, ale wymieniła wtedy inny z chińskiej astrologii, a ja nie mogłam sobie przypomnieć własnego. 

    Para była sąsiadami mojej teściowej, gościłam wtedy u niej. Zapytali, czy mogę ich zaprosić, bo mają pewien kłopot z moją teściową. Nie pamiętam, na czym polegał, ale uznałam za stosowne im pomóc. Sprawa, z którą przyszli, była istotna dla życia wspólnoty sąsiedzkiej. Chodziło o dostęp do czegoś ważnego. „Kluczem” do jej rozwiązania był klucz. Znalazłam pęk kluczy należący do teściowej. Był między nimi jeden różniący się od reszty — niewielki, zrobiony z korka (!?!). Mężczyzna powiedział, że nie trzeba go zabierać, wystarczy uszkodzić końcówkę. 

    Wróciła teściowa, trochę zdziwiona, że przyjęłam gości, ale nie robiła mi z tego powodu wyrzutów. Zauważyłam jednak, że miejsce, w którym siedziała dziewczyna, było zanieczyszczone. Była tam psia kupa. Zaczęłam sprzątać. Kiedy się rozejrzałam, zauważyłam, że kup było więcej. Sprzątałam więc. Na środku pokoju leżała moja walizka. Przyjechałam do teściowej z synem. Pomagał mi sprzątać, ale później wyszedł spotkać się z kolegami (bałam się, że to nieodpowiednie towarzystwo, czułam, że tam, gdzie idzie mogą pojawić się narkotyki). Powiedziałam mu, że wyjeżdżam i jeśli chce, może wracać ze mną, ale jeśli chce zostać, ja i tak wyjadę. Chyba tak zrobiłam… 

    Byłam u siebie. Córka mojej koleżanki, 16-letnia dziewczyna, pomagała mi się rozpakować. Wybierałam dla niej ubrania. Oddałam jej mój czarny płaszcz, trochę żałowałam, ale chętnie go przyjęła, więc postanowiłam, że kupię płaszcz w innym kolorze. Może teraz czas na kolorowe ubrania. Zwykle wybieram czarne. 

    A jeśli w śnie spotkałam siebie? 

    Inną siebie, bez tak wielkiej ilości naklejek. Bez tych nakładek, które nie pozwalają cieszyć się zdrową bliskością. Taką mnie, której udało się kupić wszystko, czego stara ja nie znalazłam w pasmanterii zwanej „życiem”. 

    Ta inna ja ma partnera, który jest obecny, pomaga, szuka rozwiązań. On jest pomocny, ale nie dominuje, nie zawłaszcza… wspiera. 

    To on podpowiada, co zrobić z kluczem, ale nie robi tego za mnie. Nie szuka kluczy, nie niszczy ich. Pozostawia wolność. 

    Sama muszę posprzątać, spakować się i wyjść z domu mojej teściowej. Mojemu synowi pozostawić muszę podobną wolność wyboru i tę samą sprawczość. 

    Do mnie rodzina męża nie ma już dostępu. 

    Wyszłam z tego domu bez hałasu, bez niepotrzebnych kłótni i rozliczeń z przeszłością. Pamiętam wszystko: jak spędzałam wakacje, remontując mieszkanie teściowej, jak szyłam jej zasłony (na tej właśnie maszynie), jak zmieniałam uszczelki pod zlewem, jak odnawiałam jej meble, ozdabiając je decoupagem. Jak przyjeżdżając do niej pierwszego dnia, dostawałam listę rzeczy do zrobienia. Tak bardzo się starałam zasłużyć, udowodnić, że jestem ważna, potrzebna. To sprawiło jedynie, że byłam przydatna i bardzo zmęczona. 

    Pamiętam to, ale już się z tym nie identyfikuję. 

    Teraz wybieram kolor. 

    Wybieram siebie. 

  • 71. Czerwone drzwi – wizja nowego progu.

    27.03.2026 

    Doświadczenia hipnagogiczne zdarzają mi się zazwyczaj w wannie. Nie wiem, czy to dlatego, że woda jest dla mnie środowiskiem tak odprężającym, że aż nasennym, czy ciepło i relaks wpływają na mój układ nerwowy w taki zaskakujący sposób. Tak czy inaczej, ja i moja podświadomość kochamy wannę w równym stopniu. 

    Prawie zasnęłam w wannie. Dwukrotnie. 

    Najpierw zobaczyłam drzwi — pancerne, ciężkie, czerwone. 

    Drugi przedsen: wibrujący zimny ogień, taki w formie wiatraka, który porusza się tak szybko, że tworzy pomarańczowe koło i sypiące się z niego iskry. 

    Ten dzień był dla mnie bardzo emocjonalnie wymagający i kończący jednocześnie pewien etap, w którym rozdrapywałam jak kura ziemię moje rodowe wzorce i doświadczenia z domu rodzinnego, przechodząc kolejno od snu do snu. Przepuszczając przez siebie, powtórnie przeżywając i godząc się na odejście tego, co już nie karmi. 

    Kilka godzin wcześniej przeżyłam intensywnie tworzenie wpisu: 
    https://wcieniukruka.com/2026/03/27/prababcia-i-lod-w-torebce/ 

    Zamknęłam drzwi kolejnego pokoju w mojej wewnętrznej szkole i kolejne stanęły dziś przede mną. 

    Dziś już wiem, co znalazłam w pokoju za czerwonymi drzwiami, ale leżąc tamtego wieczora w wannie, wiedziałam, że… nic nie wiem 😉. 

    A znalazłam za nimi to, co zaprowadziło mnie ku życiu. 

    Znalazłam w sobie ogień. 

    Ale to będzie się odsłaniać z kolejnymi snami. 

    Powolutku… 

  • 70. Pożegnanie z iluzją – sen o wolności 

    9/10.03.2026 

    Byłam w mieszkaniu wynajętym przez mojego ojca dla całej rodziny na wakacje, chyba nad morzem (bardziej wiedziałam, niż widziałam tego oznaki). Mieliśmy gości – znajomych, rodziców z przedszkola mojego syna (nie z realu – wyimaginowanych). Mój syn był mały, ale chyba już nie przedszkolak. Chyba były tam inne dzieci. 

    Mój ojciec poprzestawiał meble w okolice okien, były odwrócone „plecami”. Trochę mnie to zdziwiło, bo mieliśmy je najpierw opróżnić z naszych rzeczy. 

    Ojciec odprowadzał gości do samochodów. Ja też chciałam, ale nie miałam butów i w tym wyprowadzkowym bałaganie nie mogłam ich znaleźć. Postanowiłam, że pójdę w skarpetkach. 

    Szłam po schodach w dół, ale nie czułam się stabilnie, stopy ślizgały mi się na stopniach. Przechodził obok mężczyzna. Chwyciłam się jego rękawa. Nie zdziwiło go to. Sprawiał wrażenie, jakby go to ucieszyło. Podał mi ramię i trzymając dłoń na mojej dłoni, sprowadził mnie na dół. 

    Były dwa wyjścia z budynku. On kierował się ku prawemu. Chciał, żebym poszła z nim, ale ja słyszałam moich gości za drzwiami po lewej stronie. Podziękowałam i pożegnałam się z nim. 

    Wyszłam na parking. Mój ojciec wręczał wszystkim pożegnalne prezenty, jakieś drobiazgi. Zapomniał o pewnej kobiecie i udawał, że szuka między kawałkami tektury falistej, przekładał je z miejsca na miejsce, zwijał w rulony. Wiedziałam, że niczego dla niej nie ma. 

    Przypomniało mi się, że w bałaganie w mieszkaniu był srebrny łańcuszek z zawieszką – srebrnym serduszkiem, który należał do mnie. Powiedziałam, że jej prezent został na górze, i powiedziałam ojcu, co może zabrać (nie zależało mi na tej biżuterii). Chyba poszedł na górę, a ja przytulałam się z gośćmi na pożegnanie, z jednym z ojców szczególnie czule. 

    Jeszcze jedna rzecz. W dzisiejszym śnie mieliśmy wyprowadzić się dokładnie w tym dniu. Mam zwyczaj sprzątania po sobie w takich sytuacjach, a tu posprzątanie i opróżnienie mebli ze wszystkich rzeczy było niemożliwe. Byłam trochę zła, że zostawimy po sobie taki bałagan. Chciałam zostać dłużej i uporządkować tę przestrzeń, ale ojciec postanowił inaczej. 

    Długo zastanawiałam się nad tym snem. Bardzo długo. Pojawiły się dwa wspomnienia, które ten sen przywołał. 

    Kiedy moja mama zachorowała na autoimmunologiczne zapalenie mózgu, postawiono złą diagnozę, w związku z czym choroba postępowała bardzo szybko. Nie było zrozumienia dla jej stanu ze strony ojca. 

    Codziennie po pracy przyjeżdżałam, żeby ją umyć, przebrać, zmienić pampersa, porozmawiać chwilę i wystawić ją w wózku na słońce. Bardzo chciała, żebym szczególnie zaopiekowała się jej paznokciami. Trochę oszukiwałam, używając pilniczka, bo codzienne piłowanie paznokci było bez sensu, ale bardzo jej na tym zależało, więc udawałam, że piłuję. 

    Ojciec chciał, żebym nie poświęcała jej tyle czasu, bo, jak twierdził, rozpieszczam ją i kiedy pójdę do domu, „matka nie da im spokoju”. 

    Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, jaki jest naprawdę. 

    Kiedy udało mi się umieścić mamę w szpitalu na ostatnie dni, cieszyłam się, że ma spokój – możliwe, że pierwszy raz w życiu. Była już wtedy nieprzytomna. 

    Żegnałam się z nią. Opowiedziałam jej wtedy o wszystkim. O moim małżeństwie, o świeżym rozstaniu z mężem. Obiecałam, że nie pozwolę się już nigdy skrzywdzić żadnemu mężczyźnie. Że na mnie historia przemocy w mojej rodzinie się zakończy. 

    Przeprosiłam ją za wszystko i podziękowałam. Pożegnałam się najpiękniej, jak potrafiłam. 

    Kiedy wyszłam ze szpitala, zadzwoniłam do ojca. Powiedziałam, że mama może nie przeżyć nocy i ma szansę jeszcze ją odwiedzić, pożegnać się i przeprosić. 

    Powiedział mi wtedy, że to ona powinna przeprosić jego i że nigdzie się nie wybiera. 

    Kiedy zmarła, chciał pochować ją w starych ubraniach. Nie zgodziłam się. Kupiłam jej nową sukienkę i żakiet. Pomyślałam też o bieliźnie i butach. I oddałam jej mój srebrny łańcuszek z maleńkim krzyżykiem. Nie jestem katoliczką, więc nie byłam przywiązana do symbolu, ale dla mojej mamy miało to wielkie znaczenie. Bardzo chciałam, aby właśnie z nim wyruszyła w swoją ostatnią drogę. 

    Pożegnałam się wtedy najlepiej, jak umiałam. 

    W czasie pogrzebu i stypy mój ojciec zachowywał się jak biedna ofiara trudnej sytuacji. Wszyscy byli pełni litości. Trudno mi było udawać, że nie widzę tej szopki. 

    Kiedy zmarł mój brat, nie spodziewałam się po nim szczególnej empatii. Nie zdziwiło mnie to, że na stypie rozmawiał z gośćmi tylko o sobie, w bardzo niestosowny sposób. Ale tym razem stypa była u mnie i tutaj to ja wyznaczałam granice. 

    Od kiedy iluzja opadła, nie zależy mi na aprobacie mojego ojca, na docenieniu mnie, uznaniu, zauważeniu. Nie zależy mi na jego miłości, bo wiem, że nie potrafi kochać. Nie zależy mi na pozorach, a prawdziwym uczuciem nie jest w stanie nikogo obdarzyć. Ten sen pokazał mi wyraźnie, że jestem już wolna od tej potrzeby. 

    Ale kim był mężczyzna, który pomógł mi zejść? 

    Kiedy umierała moja mama, byłam sama. Kiedy zmarł mój brat, również nikogo ze mną nie było. 

    W międzyczasie pojawił się Darek, który poprowadził mnie w bardzo podobny sposób w jaki zrobił to mężczyzna na schodach. Delikatnie, bezinteresownie, czule i pozwolił mi odejść zgodnie z moją decyzją. Pokazał mi, że pożegnanie może być spokojne, a miłość może trwać bez zawłaszczenia. To bardzo piękne doświadczenie. 

    Może dzięki niemu w ogóle potrafiłam się wyprowadzić. 

  • 69. Dom większy niż dom – sen o fundamentach 

     

    2/3.03.2026 
    (Dziś w południe pełnia i zaćmienie jednocześnie). 

    Byłam w jakimś hipermarkecie. Próbowałam kupić sobie bieliznę, szukałam podkoszulki, później stanika. Nic mi się nie podobało albo było nieodpowiedniej jakości. Jedyne, co kupiłam, to duża torba szpinaku. 

    Przyszłam na urodziny mojej 17-letniej wówczas uczennicy razem z inną, o rok starszą dziewczyną. I znów motyw półotwartej przestrzeni domu. Jej pokój od domu rodziców oddzielało podwórko pokryte trawą. Będąc tam, czułam, że nie jestem potrzebna. Jubilatka zajmowała się swoimi sprawami. 

    W pewnej chwili postanowiła przebudować swój pokój. Wzięła w rękę duży pług i wbiła go w parkiet na podłodze, następnie przejechała nim przez pokój i połowę podwórka. Pod podłogą i trawą były cegły. Wyglądało to tak, jakby odkryła fundament. Zostawiła pracę na takim „rozgrzebanym” etapie i wróciła do swoich spraw. 

    Przyszły psy, a może tylko jeden. Wyglądał jak mieszaniec golden retrievera. Był stary i miał coś z sierścią. Miejscami była… może sfilcowana, skołtuniona lub jakaś dziwnie kędzierzawa. Głaskałam tego psa. Był bardzo przyjazny. 

    Uczennica, z którą przyszłam, czuła się równie niepotrzebna jak ja. Spojrzała na mnie wymownie i powiedziała, że już 16.30. Zrozumiałam i powiedziałam, że musimy już iść. 

    Przyszli rodzice jubilatki, zszokowani stanem podłogi i podwórka, ale bardziej zdziwieni niż zdenerwowani. Chcieli, żebyśmy zostały z innymi gośćmi (były tam jeszcze chyba dwie nastolatki), ale byłyśmy zdecydowane wyjść. 

    Opuściłam już pokój, ale wróciłam jeszcze do środka, bo zapomniałam zabrać mój szpinak. Wzięłam torbę w ręce i wtedy dopiero wyszłam. 

    Bardzo lubię ten sen. Niesie ze sobą spokój. 

    Aby móc kontynuować moją podróż w głąb siebie i móc zajrzeć do ciemnej nory z poprzedniego snu, musiałam zobaczyć, jak solidne są moje wewnętrzne fundamenty. 

    A moje fundamenty wychodzą poza dom. Jeśli zatrzymałyby się w obrębie pierwotnych rodzinnych murów, byłoby to stanowczo za mało. 

    To, na czym dziś opieram to, kim jestem, to nie tylko rodzina pochodzenia. 

    To szeroko pojęta rodzina, na którą składają się nie tylko bliscy mi ludzie. Również te dziewczynki i ich rodzice są częścią tego świata. Dzięki ich obecności mogę budować moje poczucie przynależności, bezpieczeństwa, troski, czułości, akceptacji i wsparcia. 

    Moje fundamenty wyrastają ze współistnienia wszystkiego, czym się otaczam. Nie są to tylko bliscy mi ludzie: mój syn, rodzina, Darek, dzieci i ich rodzice, przyjaciele i znajomi. To również moje zwierzęta, przyroda, sztuka, literatura i nauka. 

    To cały mój świat. 

    I jednym z głównych składników moich fundamentów jest wolność. Zawsze mogę zabrać mój szpinak i wyjść, a to, że nie czuję się czasem potrzebna, nie umniejsza żadnej z tych więzi. 

    Co ciekawe, tydzień temu (4 miesiące po śnie) otrzymałam zaproszenie na rodzinną część imprezy urodzinowej z okazji osiemnastki tej właśnie uczennicy. 

    Jeszcze nie wiem, czy się wybiorę. 

    Będzie tam cała rodzina. 

    Nie wiem, czy jestem tam potrzebna. 😉 

  • 68. Jeszcze nie dziś – sen o spotkaniu z najgłębsza raną

    26/27.02.2026 

    Byłam w domu moich rodziców lub w moim mieszkaniu, ale całkowicie zmienionym przez bałagan, składowisko jakichś niepotrzebnych i zniszczonych przedmiotów. Było tam brudno, ale to miejsce było naturalnie połączone z tym, co na zewnątrz, a jednak było budynkiem. 

    Nie byłam sama. Widziałam moją nieżyjącą matkę i starszego brata. Chyba pojawił się też mój syn. 

    W tym „mieszkaniu” były również zwierzęta, z którymi na co dzień mieszkam: moje trzy koty, pies oraz kotka mojego syna. Pojawiły się też dzikie. 

    Zielony wąż byłby bardzo okazały, grubości mojego przedramienia, niestety był krótki. Tak krótki jak moje przedramię. Był przecięty wpół. Zastanawiałam się, co mogło być przyczyną i doszłam do wniosku, że mogło to być koło samochodu mojego ojca, który parkował w miejscu, z którego przypełzł wąż. Teraz samochodu tam nie było, ale na ziemi pozostały ślady opon. 

    Bałam się tego węża. Kiedy pełzł w moją stronę, podniosłam z ziemi spory kawałek przezroczystej, mlecznej folii budowlanej i odganiałam go, machając nią i odsuwając go, kiedy był blisko. Był w bardzo złym stanie. Bałam się go, ale w tym samym stopniu litowałam się nad nim i jednocześnie czułam obrzydzenie. Wąż zniknął, ale wiedziałam, że gdzieś się ukrył. 

    Zobaczyłam nowego „gościa” w tym domu. Był to duży ptak z jakiegoś gatunku grzebiących, dziki, niehodowlany, szary, z ciemniejszymi, chyba nawet czarnymi skrzydłami, wielkości głuszca. Chciałam wziąć go na ręce i zanieść mojej mamie, chciałam, żeby go zobaczyła. Ptak nie był zadowolony, ale pozwolił się przenieść. Nie wywołał w tym domu żadnej sensacji. 

    Wypuściłam go do tej „półotwartej” części domu i znalazłam dla niego gotowany pęczak. Czasem w rzeczywistości karmię takim pęczakiem mojego zaprzyjaźnionego gołębia. Tego ptaka również karmiłam z ręki. 

    Kiedy rozchylił skrzydła, zobaczyłam, że na plecach nie ma piór. Zastanawiałam się, czy coś mu dolega, czy może jest to naturalne dla tego gatunku. 

    Spojrzałam przez okno. W oddali widziałam budynek i okna biura Darka, ale jego samego nie było widać. 

    Zauważyłam, że kotka mojego syna zniknęła. Ani on, ani nikt inny się tym nie przejął. Szukałam jej i nie mogłam znaleźć w tym bałaganie. 

    Kiedy byłam w półotwartej części domu, znalazłam w ziemi otwór, norę o średnicy około siedmiu–ośmiu centymetrów. Pomyślałam, że właśnie tam ukrył się wąż. 

    Postanowiłam posprzątać ten bałagan, oczyścić wszystko i powyrzucać niepotrzebne rzeczy. Myłam naczynia, przesuwałam różne przedmioty, układałam je, ale wciąż niepokoiła mnie myśl o zniknięciu kotki . 

    Postanowiłam zadzwonić do schroniska i zapytać, czy ktoś jej nie przyniósł. Próbowałam wybrać numer, ale wciąż zgłaszał się dyspozytor numeru alarmowego. Rozłączałam się, ale kiedy tylko nacisnęłam jakikolwiek przycisk, znów łączyłam się z numerem 112. 

    Zostawiłam telefon i wyszłam z domu. 

    Doszłam do biblioteki. Chyba była w remoncie. Nie było książek ani mebli. Była tylko pusta sala i jedna bibliotekarka. 

    Zapytałam, czy mogę przynieść i powiesić w bibliotece ogłoszenie o zniknięciu kotki. 

    Przez okna biblioteki widziałam okna biura Darka z bliższej odległości. Widziałam dwóch, może trzech krzątających się mężczyzn, ale jego nie było widać. 

    Przypomniałam sobie, że na opakowaniu jakichś słodyczy, które znalazłam podczas sprzątania, było logo i reklama wydarzenia, w którym firma, której szefem jest Darek, ma wziąć udział. 

    Pomyślałam, że właśnie przygotowują się do tej imprezy. 

    I faktycznie, w rzeczywistości chyba właśnie w ten weekend takie wydarzenie ma się odbyć. Dziś lub jutro ma się rozpocząć. 

    Komentarz zacznę trochę od końca. 

    Bezpośrednio po przebudzeniu zastanawiało mnie, dlaczego obserwuję z tęsknotą okna firmy Darka i nic z tym nie robię. Przecież we śnie bardzo chciałam go zobaczyć. Zaglądałam do okien, szukałam go wzrokiem. Byłam tak blisko. Wystarczyło wejść do budynku i sprawdzić. 

    A jednak nie mogłam sobie na to pozwolić. 

    Myślałam, że to z szacunku do jego granic, ale to nie była prawda. 

    W rzeczywistości tęskniłam jak nigdy wcześniej. W okresie żałoby wspomnienie czułości, jaką mi kiedyś Darek okazywał, było bardzo bolesne. Bo potrzebowałam jej wtedy najbardziej na świecie, a jego przy mnie nie było. 

    I miało go nie być. 

    Bo gdyby był, byłby małym plastrem przyklejonym do olbrzymiej, głębokiej rany. Odwróciłby uwagę od mojego okaleczenia. 

    Sen pokazał mi: 

    Jest w Tobie bardzo okaleczona część. Jeszcze boisz się jej. Jeszcze odganiasz ją od siebie. Jeszcze przez chwilę musi schować się w norze w ziemi. Ale nie możesz już ignorować jej obecności. Przyjdzie dzień, kiedy będziesz musiała się tym zająć. Ale jeszcze nie dziś. Jeszcze nie jesteś gotowa zobaczyć tej rany w pełni. Bo nie jest to zwykłe zranienie. Nie da się go zalepić plastrem. To alarm wymagający telefonu pod numer 112. 

    Ale na razie musisz nakarmić inne części siebie, zanim zobaczysz to, co głęboko ukryte. 

    A Twoja biblioteka musi zapełnić się wiedzą. 

    Dziś minęło pięć miesięcy od nocy, w której śniłam ten sen. 

    Jestem nakarmiona i uratowana, ale wymagało to zmierzenia się z najczarniejszym. Wymagało zejścia do ciasnej nory. 

    Zeszłam. 

    I wyszłam do światła. 

    Silniejsza niż kiedykolwiek wcześniej.  

  • 67. Tam, gdzie niebo płynie- sen o patrzeniu w tę samą stronę

    21/22.02.2026 

    Byłam w moim (ale nie do końca moim) mieszkaniu. Było duże i przestronne, również w kamienicy, ale bardziej starokamieniczne niż w loftowym stylu, jak u mnie. To była stara kamienica z klimatem. Po mieszkaniu krzątał się mój były mąż. Nie powinno go tam już być, wiedziałam o tym. Nie wchodziłam z nim w żadne interakcje, po prostu go zauważałam. 

    Dostałam SMS od ojca mojej byłej uczennicy. Chciałam odpisać i chyba to zrobiłam, ale przy okazji wysłałam mu mnóstwo zdjęć. To nie były zdjęcia ze mną, to były zdjęcia absolutnie bez znaczenia i sensu. 

    Ten człowiek przyszedł do mojego domu. Rozmawialiśmy. W tle, od czasu do czasu, pojawiał się mój były mąż, ale w oddali i odwrócony plecami. Powiedziałam mojemu rozmówcy, że „nie mogę się go pozbyć”. 

    Odprowadziłam go do drzwi. Chciał, żebyśmy wyszli razem. Przytulił mnie bardzo mocno i delikatnie pocałował. Oddałam pocałunek. Jadłam wcześniej jakieś pieczywo z makiem. Byłam nieco zakłopotana, że przeniosłam do jego ust resztki pożywienia. Wyjął drobinki z ust i nie robił z tego problemu. 

    Spojrzałam w okno. Dookoła drzewa krążyło olbrzymie stado gawronów. Tworzyły niezwykle szybko poruszający się czarny wir. Było ich naprawdę dużo. Przysłoniły olbrzymie drzewo i cały widok z okna. Uznałam to za niezwykłe, piękne i ważne. 

    Wyszliśmy na zewnątrz. Szliśmy ulicą, trzymając się za ręce i przytulając się. Usiedliśmy na ławce, a może leżeliśmy. Powiedział, że jesteśmy w sobie zakochani i powinniśmy zamieszkać razem. 

    Powiedziałam, że zakochanie to nie miłość, że z czasem przemija i jeśli nie przerodzi się w miłość po obu stronach – odejdę – nawet jeśli będę kochać. 

    Przybiegł skądś pies. Był bardzo przyjazny. Położył się obok nas, przytulał się i chyba chciał się z nami trochę pobawić. 

    Patrzyłam na niebo, po którym przemieszczały się chmury, ale nie były zwyczajne. To było jak woda, na której unoszą się kształty powstałe z piany. Patrzyliśmy, jak łączą się i rozłączają, rozpływając się. 

    Poszliśmy do jego mieszkania, również w kamienicy (we śnie rozstał się z żoną). Była tam ich córka, ale to było inne dziecko. W rzeczywistości jest szesnastoletnią, zbuntowaną i arogancką brunetką, tutaj była uroczą około dziesięcioletnią blondynką. Przywitała mnie serdecznie, ale bez zwykłej wylewności, której oczekiwałam. 

    Wyszliśmy na ulicę. Zamknęłam tylne drzwi. Wyglądały jak drzwi do komórki piwnicznej w bloku, z surowych desek. Miałam klucz. 

    Zapytał, skąd go mam. 

    Odpowiedziałam, że sam mi go dał kilka lat temu. Nie miał większego problemu z tym, że przez lata miałam jego klucz, ale chciałam mu go pokazać i wyszukiwałam właściwy w pęku moich kluczy. 

    Powiedział, żebym dała spokój i poszliśmy w miejsce, w którym mieliśmy razem zamieszkać. 

    Spotkaliśmy po drodze znajomą. Opowiadała mi o kulisach rozstania mojego „chłopaka” z jego żoną. Przekonywała, że wina leżała po jej stronie. W rzeczywistości bardzo ją lubię i nie chciałam uwierzyć, że jest złą osobą. 

    Doszliśmy do starego, porzuconego i zniszczonego budynku, w którym (we śnie) mieścił się pierwszy bar z pierogami w moim mieście. Bar istnieje do dzisiaj, ale już w innym miejscu. Budynek był nasz. Mieliśmy go odbudować. 

    Z tyłu brakowało części ściany. Zobaczyłam, że do środka wleciał bocian. Był biało-czarny, ale miał też coś czerwonego, trochę jak dzięcioł. Zdziwiło mnie, że ma gniazdo wewnątrz budynku. 

    Nasza znajoma wbiegła do środka za ptakiem i wzięła na ręce duże pisklę. Było czarno-czerwone i bardziej przypominało dzięcioła niż bociana. 

    Kazałam jej natychmiast je zostawić i wyjść. 

    Powiedziała, że bociany dopuszczają dotykanie piskląt przez cztery znajome osoby. 

    Kategorycznie zakazałam jej trzymania pisklęcia na rękach. Powiedziałam, że nie jest „znajomą osobą”, więc nie wlicza się do tego grona. 

    Do budynku wbiegł duży pies w piaskowym kolorze. Wyglądał jak owczarek anatolijski. Pilnował budynku i przylegającego do niego terenu. 

    Powiedziałam jej wtedy, że ten pies jest jedną z czterech istot, które mają prawo tam być. 

    My musimy opuścić to miejsce i nie przeszkadzać ptakom. 

    Wyszła. 

    To było poddasze naszego budynku. Postanowiłam, że oddamy je tym pięknym ptakom. 

    Przez cały sen, od kiedy opuściłam swoje mieszkanie, było piękne, letnie, ciepłe popołudnie. 

    Przez chwilę zastanawiałam się, czy ten związek w ogóle może się udać, bo on jest ode mnie o około dziesięć lat młodszy. 

     

    Sen przyśnił mi się dwa dni po pogrzebie brata. Był to bardzo trudny czas. Pamiętam, jak mocno odczuwałam samotność i jak bardzo pragnęłam mieć u boku mężczyznę. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś trzymał mnie mocno w ramionach. Bardzo potrzebowałam ukojenia. 

    Mężczyzna ze snu jest mi znany z realnego życia. Kiedy realizowaliśmy wspólny projekt zawodowy, miałam okazję przyjrzeć się temu człowiekowi i bardzo mi zaimponował. Nie tylko jako mężczyzna tak różny od tych z mojego życia (odważny, decyzyjny, pewny siebie, rzutki, przedsiębiorczy, asertywny), ale też jako kochający, ciepły, dający poczucie bezpieczeństwa mąż i ojciec. 

    Jestem pewna, że nie chodziło we śnie o jego osobę, ale raczej o wzorzec mężczyzny, jaki reprezentuje. 

    Sen pokazał mi, czego naprawdę potrzebuję. Zobaczyłam, że najważniejsza jest jakość relacji i zdrowa męska energia, którą chcę wpuścić do mojego życia. 

    Ale nawet zdrowa męskość obecna w relacji nie zwalnia mnie z obowiązku chronienia własnych granic. Bo nowe życie we mnie wciąż rośnie jak pisklę, które wykluło się z jajka i potrzebuje ochrony. 

    Sen przypomina mi o tym, że w moim życiu są cztery istoty, które na różnych poziomach wspierają mnie w drodze do siebie. Jedna z nich szczególnie silnie mnie chroni. Ale o tym… innym razem. 

    W tamtym czasie poradziłam sobie sama. Nie spotkałam wtedy nikogo, kto usiadłby ze mną i, patrząc w niebo, podziwiał leniwie płynące i nieustannie zmieniające się życie. 

    Zaczekam więc cierpliwie na tego, kto w tym, co zwyczajne, dostrzeże wraz ze mną to, co niezwykłe. 

  • 66. NAMASTE – sen o pożegnaniu. 

    16/17.02.2026 

    Byłam w mojej kamienicy na parterze. Słyszałam sąsiadów, którzy się kłócą, czy może raczej jednego sąsiada, który na kogoś krzyczy. Myślę nawet, że to była piwnica, nie parter, ale nie mam pewności. Ten krzyczący sąsiad to stary ubek, który ciągle się awanturuje i wszystkich dookoła zastrasza, więc w ogóle mnie to nie zdziwiło. 

    Weszłam na górę. Przy moich drzwiach spotkałam sprzątaczkę. Zamiatał jednak jakiś młody chłopiec, wyglądał, jakby się przyuczał. Zaprosiłam ich do siebie, chciałam zrobić im kawę. Ale nie mogłam znaleźć odpowiednich filiżanek, bo nie chciałam podawać im kawy w byle jakich. Chciałam podać ją w takich wyjątkowo ładnych. Szukałam, czy nie ma takich, które nie są ani w zmywarce, ani w szafce, tylko gdzieś sobie stoją zapomniane, bo te w szafce i zmywarce były beznadziejne. 

    Te poszukiwania strasznie długo trwały i trochę byłam zdenerwowana, że każę im czekać. A oni w międzyczasie sprzątali. To ciekawe, bo ta pani nie sprząta u mnie (nie zatrudniam sprzątaczki), tylko na klatce schodowej. 

    Szukając, weszłam do jakiegoś pokoju. To było bardzo dziwne miejsce, trochę jak zrobione z kamienia (grota?) czy z jakiejś starej cegły. Bez okien, pełno tam było kurzu i pajęczyn. Przyczepiła się do mnie pajęczyna. Zwinęłam ją w kulkę, rzuciłam z obrzydzeniem na ziemię, a pajęczynowa kulka sobie poszła, zahaczając o podłogę cienką nogą i czołgając się, czyli w środku był pająk. To było straszne. Ja bardzo nie lubię pająków. 

    Wyszłam stamtąd. Nie jestem pewna, czy właśnie w tym pomieszczeniu, ale udało mi się znaleźć filiżanki i w końcu podałam im kawę. Chłopiec sam znalazł sobie kubek. Nie byłam zadowolona, że wybrał właśnie ten. Był brzydki, krzykliwy i trochę infantylny, ale nie sprzeczałam się. 

    Sprzątałam… Była tam szyba w otwieranej komodzie. Szyba była całkowicie zamglona. Ściągnęłam z niej coś, co pokrywało ją w całości, też rodzaj pajęczyny czy czegoś takiego… To była dosłownie tafla przylegająca do szkła. Ściągnęłam ją w całości. Trochę mi było wstyd, że mam taki bałagan. 

    Przyszedł chłopak. Nie wiem do końca, kto to był, nie będę wymyślać, ale chciał, żebym zapisała go do fryzjera, którego podobno znam osobiście. Tak naprawdę nie znałam go osobiście, znałam jedynie kobietę fryzjerkę, która u niego pracuje. Obiecałam jednak pomóc i powiedziałam, że go zapiszę. 

    Bardzo się śpieszyłam, bo było tuż przed zamknięciem. Blisko mojego domu jest budynek przychodni. Zamiast iść dookoła, chciałam przejść tak, jakbym poruszała się palcem po mapie w linii prostej. Żeby dotrzeć do salonu fryzjerskiego, musiałam przejść przez ten budynek. Wspięłam się i szłam po dachu. Nagle zrobiło się stromo. Pomyślałam, że to nie jest bezpieczne, i zdecydowałam, że jednak nie będę szła górą. Postanowiłam wejść do budynku drzwiami, które zauważyłam pod dachem. Wystarczyło zeskoczyć, nie było wysoko. 

    Zeskoczyłam, weszłam do przychodni i nagle przybiegło do mnie kilka osób. Same kobiety: dwie panie doktor, które znam z tej przychodni, jakieś pielęgniarki. Chyba wszyscy pracownicy do mnie przybiegli, bo okazało się, że włączył się jakiś alarm. To ja go uruchomiłam i wszyscy przyszli zobaczyć, co wydarzyło się na dachu. Próbowali się dowiedzieć, bo mnie znają, co mi strzeliło do głowy, żeby chodzić po dachu. 

    Powiedziałam im, że mój brat zmarł wczorajszej nocy (to niestety prawda) i jego przyjaciel chciał koniecznie do fryzjera, więc chciałam go zapisać i zdążyć przed zamknięciem, ale… chyba już nie zdążyłam. 

    Zabrały mnie do pokoju socjalnego. Rozmawiałyśmy ze sobą tak normalnie, zwyczajnie. Czułam się zaopiekowana. Okazało się, że jest to dosyć duży gmach i znajdują się tam różne olbrzymie sale. 

    Weszłam do jednej z nich i zobaczyłam kwiat w donicy, ale nie było jeszcze widać w pełni rozkwitniętego kwiatostanu, jakby skrzydłokwiatu. Widać było tylko nitki podobne do tych, które okalają na przykład kolbę kukurydzy. Było to niesamowite, bo jak na filmie poklatkowym mogłam obserwować, jak niezwykła roślina rośnie. Kwiat zdawał się tańczyć w charakterystyczny sposób. 

    Nitki zaczęły falować. Były dosyć długie, a cały kwiat był znacznie większy niż mógłby być w rzeczywistości. Nitki miały może ze trzydzieści centymetrów długości. Zaczęły się składać i rozkładać jak poruszający się płomyk. Następnie podzieliły się na trzy części. W środku była większa, tańcząca łezka z nitek, a po bokach dwie mniejsze. Te boczne wyglądały jak rączki. 

    Kwiat nagle zaczął składać te rączki w geście NAMASTE. Poruszał się tak, jakby się kłaniał. 

    Pamiętam, że zwróciłam czyjąś uwagę na ten moment i powiedziałam, że to jest wyjątkowy czas, bo możemy właśnie teraz obserwować, jak ta niezwykła roślina rośnie. Byłam wzruszona i zachwycona, że mogę uczestniczyć w tym pięknym procesie. 

    Wróciłam do kobiet, które się mną zaopiekowały, i rozmawiałam z nimi jeszcze przez chwilę. To był czas, kiedy miały już iść do domów. Ich zmiana właśnie się zakończyła. Zaczęli pojawiać się mężczyźni. Przebierali się w ubrania do pracy. 

    Jeden z mężczyzn wyszedł z przebieralni w cienkim dresie. Jego męskość odciskała się pod materiałem. Była ogromna, wręcz monstrualna, grubsza niż przedramię dobrze zbudowanego mężczyzny, z wyraźnie zaznaczonym żołędziem. Pomyślałam, że taki rozmiar musi być kłopotliwy pod każdym względem. 

    Chciałam już iść do domu, ale pragnęłam jeszcze raz zobaczyć ten nieprawdopodobny kwiat. Niestety nie mogłam już znaleźć tej sali. 

    Kiedy wracam myślami do czasu bezpośrednio po śmierci brata, zaskakuje mnie to, że czułam spokój. Pierwszego dnia życie płynęło normalnie, jakby wiadomość o tragedii w ogóle do mnie nie dotarła. Byłam cichsza, bardziej skupiona niż zwykle, ale wykonywałam wszystkie swoje obowiązki bez trudności. 

    Zaskakujące było jedno… Nie mogłam wypowiedzieć słów kluczy: śmierć, brat, pogrzeb. Pamiętam, że kiedy wyjaśniałam, dlaczego muszę zamknąć firmę na jeden dzień, nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Jakby te słowa nie mogły przejść mi przez gardło. Było to niemal fizyczne odczucie blokady. 

    Wyjaśnić musiałam, więc zrobiłam to za pomocą rebusu: „podróż bez możliwości powrotu” i „nie siostra”. To wystarczyło. Przyjaciółka zrozumiała i pomogła mi w wielu kwestiach. 

    Kiedy jednak musiałam powiększyć zdjęcie brata w zaprzyjaźnionym zakładzie poligraficznym, całkowicie się rozsypałam. Tu rebusy już nie wystarczyły, bo musiałam doprecyzować, czego potrzebuję, a zdjęcie miało pasować do ramy o konkretnych wymiarach. Kobiety pracujące w tym miejscu otoczyły mnie opieką. Nie znałyśmy się na tyle, a jednak tuliły mnie do siebie na zmianę, a zdjęcia dostałam za darmo. Nie chciały przyjąć zapłaty. 

    Wiele osób, nienależących do rodziny, okazało mi troskę i wsparcie. Wieńce od znajomej kwiaciarki – niemal po kosztach. Obiad na stypę z olbrzymią zniżką. Miejsca parkingowe dla moich gości zabezpieczył portier z budynku, w którym wynajmuję lokal. Jedna z mam moich zawodowych dzieci, nieproszona, zapłaciła za wszystkie zajęcia do końca roku szkolnego. To nie były puste wyrazy współczucia. To było realne, praktyczne wsparcie. Dzięki niemu udało mi się zorganizować wszystko, co było potrzebne, aby godnie pożegnać brata. 

    W samotności płakałam oczywiście niemal bez przerwy, ale nie było w tym niezgody. Choć brat był młodszy ode mnie o pięć lat, miał trójkę dzieci i nie zdążył na przeszczep serca. Nowe serce spóźniło się zaledwie o kilka dni. Była we mnie niezrozumiała akceptacja i silne przekonanie, że tak miało być. Pozwalałam sobie na płacz, na żałobę, na rozpacz i wiedziałam, że tak właśnie powinno być. Że jest to naturalne. Przy ludziach jednak wystarczyło nie używać słów kluczy i… robiłam swoje. Moja rozpacz nie ciążyła na cudzym życiu. 

    A sen… Wiedziałam wówczas, że mój brat jest już w lepszym miejscu, ale jeszcze nie docelowym. Myślałam o tym jak o momencie przejścia i zastanawiałam się, czy sen był jedynie pięknym, symbolicznym pożegnaniem. Czy może czymś więcej? Bo NAMASTE jest uznaniem boskiego pierwiastka w drugim człowieku a ja widziałam przecież to, co po drugiej stronie. Co prawda była to jedynie wizja z hipnozy regresyjnej, ale zapisała się we mnie tak silnie, że wiem, że niesiemy w sobie światło.  

    Od tamtej pory, ilekroć z miłością składam pokłon drugiemu człowiekowi, mam poczucie, że cały wszechświat rozpala się świetlistymi nićmi.  

    I taki pokłon składam dziś mojemu bratu. 

  • 65. Grota – sen o odpowiedzialności 

    15/16.02.2026 

    Byłam w szkole. Prawdopodobnie była to szkoła, w której kiedyś pracowałam, ale budynek był zupełnie inny. Koleżanki z pracy były te same. Wicedyrektorka natomiast była dyrektorką, ale panował tam jakiś dziwny układ, bo współdzieliłam świetlicę z moją firmą z realnego życia. 

    Był to czas wyznaczony dla moich dzieci. Przyjechały z okolicznych miejscowości, muszą dojechać około dwudziestu kilometrów, żeby uczestniczyć w tych zajęciach. Pojawiła się również jakaś nowa dziewczynka, która wydawała mi się znajoma. Potem okazało się, że uczyła się w tej szkole, z której ja – nazwijmy to – wynajmowałam miejsce na potrzeby mojej firmy. 

    Wtedy przyszła koleżanka, która uczy w klasach I–III i powiedziała, że z jakichś powodów przyprowadzi całą klasę na moje zajęcia. Miało to być zastępstwo. 

    Oburzyło mnie to bardzo, bo był to czas dla moich dzieci, nie dla jej klasy. 

    Wyszłam z sali i zaczęłam szukać dyrektorki. Chodziłam po korytarzach. Weszłam na najwyższe piętro. Były tam chyba kraty w drzwiach. Żeby dostać się na korytarz, musiałam użyć domofonu albo próbowałam przeskoczyć przez jakieś zabezpieczenie. Uświadomiłam sobie jednak, że jeśli skoczę, spadnę z samej góry aż na parter. 

    Pchnęłam drzwi i po prostu się otworzyły. 

    Weszłam do środka i okazało się, że muszę przejść przez cały korytarz. Na jego końcu były schody. 

    Na klatce schodowej zobaczyłam dziwną scenę. 

    Były tam chyba dwie kobiety, które stały nad mężczyzną. Właściwie był chłopcem, choć jednocześnie wydawał się dorosłym mężczyzną. Miał ubrudzone kałem pośladki, a one próbowały go jakoś wyczyścić. Leżał na brzuchu i nie poruszał się, było widać jego zabrudzone ubranie. 

    Powiedziałam, że trzeba to po prostu wyczyścić mokrymi chusteczkami. Wzięłam je i już chciałam zacząć czyścić. Nawet trochę ubrudziłam się kupą, ale pomyślałam sobie, że przecież to nie jest moje zadanie. 

    Położyłam chusteczki na jego pupie, tak jakbym pokazywała kobietom, co mają zrobić i poszłam dalej. 

    Znalazłam dyrektorkę. Okazało się, że musiałam wejść schodami jeszcze piętro wyżej. Na końcu korytarza był jej gabinet. 

    Zajrzałam do środka i zapytałam, czy zasady są takie jak kiedyś. Czy jako dyrektorka musi wiedzieć o każdym zastępstwie, które odbywa się w szkole. 

    Powiedziała, że tak. 

    Zapytałam, czy dotyczy to również świetlicy. 

    Odpowiedziała, że tak. 

    Zapytałam, czy wie o zastępstwie, które właśnie odbywa się w świetlicy. 

    Powiedziała, że nie. 

    Odpowiedziałam: 

    – Aha. Więc już wiem, co mam teraz zrobić. 

    Zeszłam na dół. 

    Zgubiłam się. 

    Zeszłam aż do piwnicy. Była tam grota. Taka smocza jama. 

    Widziałam, że została wystylizowana ludzką ręką. Wytłoczone były nawet ślady smoka albo jakiegoś innego gada. 

    Pomyślałam sobie, że tę szkołę można by przerobić na coś fantastycznego. Że ten budynek jest wspaniały i można stworzyć z niego dla dzieci niezwykłe, czarodziejskie miejsce. 

    Z tej groty wyszłam na podwórko. 

    Była tam trawa, chyba jakiś podjazd dla samochodów. 

    I tu sen się zakończył. 

    Rano dowiedziałam się, że tej nocy zmarł mój młodszy brat.  

    Tego snu nie będę interpretować.