W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Blog

  • 47. Nie bój się wilka – sen o oswajaniu własnej dzikości. 

    4/5.12.2025 

    Byłam w sporym budynku i dość wysokim. Nie panował tam chaos, nie było brudno, ale stylu stanowczo tam brakowało. Tak trochę boho, mało elegancko, trochę przytłaczająco. Ale kolory raczej przytłumione. 

    To była moja firma, w której pracować miałam z dziećmi. Dostałam ten budynek (od miasta?). Wcześniej była tam stołówka jakiejś instytucji. Wszystko zostało po starych najemcach. Przy drzwiach wisiała stara, zniszczona tabliczka. 

    Jacyś rodzice, którzy zostawili u mnie dwoje, może troje dzieci, próbowali pomóc mi uporządkować przestrzeń przed wejściem. Zdarli tę tabliczkę razem z przymocowanym do niej zniszczonym pluszakiem i ustawili przed wejściem jakieś pudełka, które miały jakoby zachęcić ludzi do przyjścia. Nie byłam przekonana, ale machnęłam na to ręką i wróciłam do dzieci. Miały na oko 6–8 lat. 

    Budynek w środku był podzielony na trzy części. 

    Malutkie mieszkanko, jakby wbudowane zaraz przy wejściu, może z 15 m². Tylko łóżko i niewiele więcej. Domek ze zbitych desek, jak dom jakiegoś trapera. 

    Pośrodku budynku była duża, przestronna przestrzeń, a drugi koniec można było oddzielić, przesuwając ściankę, która po zamknięciu tworzyła mały pokój. 

    W tym dużym pomieszczeniu na półce siedziała żaba. Rzekotka szmaragdowa. Przepiękna. Do niej cienkimi sznurkami lub nicią przywiązany był robal, naprawdę duża zielona gąsienica. Najpierw myślałam, że robal zżera żabę, chciałam go wyciągnąć, ale kiedy zobaczyłam te nici, pomyślałam, że nie jest to niebezpieczne i może spokojnie zaczekać, aż znajdę jakieś cieniutkie nożyczki. 

    Wyszłam z dziećmi na zewnątrz. Łąka, ścieżki, zieleń w oddali. Ale przestrzeń zamknięta roślinnością i możliwe, że budynkami. Niezbyt rozległa. 

    Widzieliśmy, jak ścieżką idzie grupka ludzi, chyba rodzina z kilkorgiem dzieci. Biegały koło nich niedźwiedzie. Czarne, niewielkie, wyglądały jak himalajskie. Pomyślałam, że to sympatyczne zwierzęta, takie radosne. Zauważyłam, że ta rodzina wcale nie kontroluje zwierzaków, a ja miałam pod opieką cudze dzieci, więc postanowiłam, że jednak schowamy się w budynku. 

    Ale nie było we mnie lęku, raczej odpowiedzialność i świadomość, że nie wiedziałam, czy rodzice byliby zadowoleni ze spotkania dzikiego zwierzęcia przez ich dzieci. 

    Weszliśmy do środka, ale za nami do budynku wszedł dorosły, ale jeszcze młody wilk. Schowaliśmy się w tym domku w środku budynku. Niestety deski były uszkodzone albo źle zbite, wilk dostał się do środka. Nie był agresywny. Zachowywał się, jakby chciał się bawić. 

    Wyszliśmy z „domku” i poszliśmy do ostatniej części, którą można było przegrodzić ścianką. Ścianka okazała się niewysoka, dokładnie 110 cm. I miękka, jak zrobiona z tapicerowanych sztuczną skórą elementów. 

    Wilk bardzo chciał się przedostać. Nie było we mnie lęku. Tylko ta powinność, że dzieci nie mogą mieć z dzikim zwierzęciem kontaktu. Ale robiłam wszystko bez przekonania. Dzieci też się go nie bały i udawały tylko, że pomagają mi przesuwać ścianę 😉 

    W tym śnie było tyle luzu i prawdziwej dziecięcej radości. Kiedy teraz, po wielu miesiącach, przypominam sobie tę niby ucieczkę przed dzikim zwierzęciem, radosne chichoty i ukradkowe głaskanie wilka z miną mówiącą „to nie moja ręka”, nie mogę powstrzymać uśmiechu. 

    W tamtym okresie przeżywałam trudny czas. Mój syn właśnie wrócił do domu po rozstaniu z dziewczyną, w pracy organizowałam olbrzymią imprezę, a jej przygotowanie zajęło mi kilka tygodni intensywnej, dodatkowej pracy pro bono. Na szczęście rodzice moich dzieci sami oferowali pomoc i po raz pierwszy w moim życiu czułam, że nie jestem sama. Martwiła mnie też kwestia mojej duchowości. Nie miałam na nią czasu. Bałam się, że codzienność ją pochłonie. Nic takiego na szczęście nie miało miejsca. Bo moja duchowość mieszka właśnie w codzienności, wśród dzieci, zwierząt, pracy i w naturze. 

    Często zastanawiam się, co by na to czy owo powiedział mój ulubiony Szaman. Choć zwykle sama znajduję odpowiedzi.

    W tym wypadku mój Szaman powiedziałby na pewno: Nie bój się, nie wszystko, co wydaje się groźne, okazuje się niebezpieczne. Wpuść własną dzikość do życia. Nie bój się wilka, ciesz się jego obecnością. Radość nie kłóci się z odpowiedzialnością. 

    I nie martw się, nie jesteś sama. 

    I choć wcale go już nie potrzebuję, tęsknię czasem za moim Szamanem 😉 

  • 46. Wystarczy, że jesteś – sen o tym, co się w ogóle nie liczy. 

    23/24.11.2025 

    Leżałam w łóżku. Przebudziło mnie coś. Leżałam, patrząc w ścianę przed sobą. Nagle do mojego łóżka, jakby nigdy nic, wszedł mój były mąż, położył się za mną i objął mnie. Udawałam, że śpię. Tak jakbym chciała dać sobie czas na przemyślenie tego, co się właśnie dzieje. Bo wszedł jak do siebie. Zastanawiałam się, czy jest tak bezczelny, czy może aż tak zaburzony, że nie widzi, że to niedopuszczalne. Byłam spokojna. 

    Kiedy domyśliłam się, że niczego nie wymyślę, „obudziłam się” i zapytałam, czy pokłócił się z kobietą, z którą mieszka. Powiedział, że tak i że wszedł, bo drzwi nie były zamknięte na klucz. 

    Poszłam do syna i powiedziałam mu, jakie były konsekwencje jego zaniedbania (niezamknięcia drzwi na noc). Przyszedł do ojca i nie podał mu ręki na powitanie. Był dumny z siebie, że tego nie zrobił. Zastanawiałam się, czy były mąż sam sobie pójdzie, czy będę musiała coś z tym zrobić. Zostawiłam to chyba, bo pobył jeszcze chwilę w tym śnie, ale był już raczej tłem. 

    Przyjechała jakaś rodzina (nie z realnego życia). Kilka osób przyjechało do moich rodziców, ale nie było dla nich obiadu, więc poszłam do kuchni (zwykle przejmowałam od dziesiątego roku życia obowiązki mojej matki). Był tam straszny bałagan. Nic nie leżało na swoim miejscu, nie mogłam nawet znaleźć garnka. Miałam ugotować ziemniaki i jakiś sos do pieczeni, która stała przygotowana już na blacie. Nie znalazłam ziemniaków, ale znalazłam dużo paczek z kaszą gryczaną. Wróciłam do gości i zapytałam, czy kasza jest opcją, którą wszyscy zaaprobują. Wszyscy byli chętni. 

    Był tam też młody mężczyzna, który był dla mnie szczególnie miły. Zaproponował mi pomoc. Zgodziłam się. Kiedy wracaliśmy do kuchni, zaczepiła mnie ciotka i powiedziała, że to najlepszy wybór, bo to bardzo dobry, ciepły człowiek z poczuciem humoru. Że wszyscy go lubią, że będzie dla mnie dobry i że ma 49 lat. Zdziwiłam się, bo wyglądał bardzo młodo. W dodatku ciotka wciskała mi kuzyna w pierwszej linii! 

    W kuchni zabrałam się za mycie garnka, który udało mi się znaleźć. Odkręciłam kran, ale słyszałam, że woda nie leje się do rur. Zajrzałam pod zlew. Okazało się, że to była pralka, nie zlew, i że rury nie są podłączone. Woda płynęła na podłogę. Była czysta. Zakręciłam kran. 

    Nad „zlewem” wisiało lustro. Zobaczyłam swoje odbicie. Miałam idiotycznie spięte włosy. W pierwszej chwili wystraszyłam się, że mam łysy pasek przebiegający przez środek głowy, od czoła do czubka, ale przyjrzałam się dokładnie. Włosy były spięte i przylegały w tym miejscu bardzo ściśle. 

    Odwróciłam się do kuzyna i zapytałam, czy nie przeszkadza mu to, że wyglądam śmiesznie. Powiedział, że nie i że to się w ogóle nie liczy. 

    Ten sen przypomniał mi o konkretnym doświadczeniu sprzed kilku miesięcy.  

    Darek przed dłuższym wyjazdem chciał mnie odwiedzić, żeby się pożegnać. Powiedziałam, że bardzo bym chciała, ale będę się czuła bardzo niezręcznie. Bo po dziesięciu godzinach pracy będę bardzo zmęczona i nie będę “ani wyglądać, ani ogarniać”. Odpisał mi, że kocha i akceptuje mnie taką jaka jestem.  Że nie ma znaczenia czy “wyglądam”, ani czy “ogarniam”, wystarczy, że jestem.  

    To było najpiękniejsze z naszych spotkań. 

    Dla mnie to niezwykłe doświadczenie. Po dziesięcioleciach zasługiwania na miłość, po raz pierwszy usłyszałam, że: “wystarczy, że JESTEM”.  

    Nie musiałam, być tą która ogarnia, gotuje, sprząta, ratuje ludzi i sytuacje i przy tym nieskazitelnie wygląda.  

    Mogłam nareszcie, choć na chwilę zdjąć zbroję.  

    Miałam prawo być zmęczona, nieuczesana – niedoskonała.  

    Bo to się w ogóle nie liczy. 

    Przecież, wystarczy, że jestem 🤗 

  • 45. Rób wszystko po swojemu – sen o tym, że nie trzeba idealnie. 

    22/23.11.2025  

    Dwa sny tej nocy.  

    Sen pierwszy. Niczego nie pamiętam, wiem, że dotyczył pracy. Przebudziłam się ze zdaniem: „rób wszystko po swojemu” (i zazwyczaj tak właśnie w pracy robię😉)  

    Sen drugi. Byłam w domu (nie z realnego życia). Był tam też mój brat, przekonywał mnie, że powinien ze mną zamieszkać, ale na szczęście nie nalegał (wczoraj wieczorem spotkałam na klatce sąsiada chorego na schizofrenię, wystraszył mnie trochę, bardzo źle funkcjonuje, często trafia do szpitala. Mój brat też jest chory na schizofrenię, ale choroba mojego brata jest pod kontrolą i ma łagodniejszy przebieg).  

    Pisałam jakiś wpis na bloga, o tematyce wychowawczo-dydaktycznej, dołączyłam tam listę dzieci, których to dotyczyło. Niechcący kliknęłam coś, co spowodowało, że opublikowałam ten wpis, a nazwiska dzieci pojawiły się w miejscu, które było przeznaczone dla autora. Wystraszyłam się, bo nie miałam zgody rodziców na użycie danych osobowych dzieci. (w realu również coś piszę i dotyczy to dzieci, nie mam jeszcze fizycznie wszystkich zgód rodziców, dzisiaj muszę o to zadbać). Próbowałam to odkręcić, ale nigdzie nie znalazłam napisu “edycja”.  

    Odeszłam od komputera, żeby skupić się na bracie. Nagle zaaferowany pokazał mi, że na ścianie porusza się malutki świetlisty punkt. Powiedział, że to starlinki. Mówił, że są prawdziwe, nie urojone. Przyglądałam się ze spokojem, ale zaciekawiona. Chciałam wiedzieć skąd się to wzięło. Po chwili zaczęły się pojawiać inne obrazy jak wyskakujące okna w komputerze. Domyśliłam się, że to mój komputer odbija obraz na ścianie.  

    Nagle usłyszałam głos Darka mówiący coś o komputerach, coś bardzo technicznego i obraz jakichś płytek z układów scalonych. Powiedziałam zdziwiona „O! To Darek”. (Zdarzało się w realu, że bywał zapraszany do radia lub telewizji regionalnej jako ekspert w swojej dziedzinie). Pojawiła się twarz. Nie była to jednak twarz Darka, choć fryzura i broda w tym samym stylu, z tym, że jaśniejsze. 

    Poszłam piętro wyżej. Tam czekała na mnie matka mojego zawodowego dziecka (zostałyśmy bardzo dobrymi koleżankami w realu). Przyszli na umówioną godzinę, ale nie ja, tylko ona pokazała synowi, co ma robić, mnie pytała tylko o instrukcje.  

    Powiedziałam, że jeśli jej tak dobrze poszło (malowali coś na koszulce 😉) to powinna to teraz wyprasować. Poszłam po żelazko. Wracając na górę spotkałam syna. Miał na oko 10 lat. Był z przyjacielem. Bardzo mnie zagadywali a ja chciałam koniecznie do toalety. Zobaczyłam, że mam spodnie opuszczone do połowy uda. Na szczęście długą koszulę, która mnie okrywała. Problem w tym, że zrobiłam kupę🫣. I stałam tak naprzeciw nich z brudnymi pośladkami rozmawiając jakby nigdy nic. Kiedy tylko udało mi się ich zbyć wyczyściłam się mokrymi chusteczkami, założyłam spodnie i zaniosłam żelazko czekającej na mnie mamie ucznia.  

    W domu było czysto, ale fotel, który rozłożyłyśmy, żeby powstała deska do prasowania był cały w trocinach. Czyściłam go. Kiedy wszystko było przygotowane do prasowania zostawiłam ją z tym i poszłam na dół. Tam ktoś poprosił mnie o kakao (zwykle robię je moim zawodowym dzieciom). Tym razem przyniosłam mleko, kakao i czajnik. Chciałam, żeby sami sobie je przygotowali, ale czegoś brakowało, może kubków a może czegoś innego.  

    Szłam z moimi zawodowymi dziećmi ulicą. Było bardzo dużo ludzi. Szliśmy i wesoło nuciliśmy jakąś kolędę. Nagle zatrzymała mnie jakaś kobieta. Chwyciła mnie za głowę z tyłu po lewej stronie, wyczuła jakiś guzek i trzymała mi dłoń w tym miejscu przez dłuższą chwilę. Jakby chciała mnie uleczyć. Podziękowałam jej najpiękniej jak umiałam, chciałam jej zapłacić, tyle że nie miałam pieniędzy. Pomyślałam, że jej chociaż zaśpiewamy. Usiedliśmy na czym się dało, ja na wysokim krawężniku i nuciliśmy. Jedna z dziewczynek na regale z książkami, który stał na ulicy obok kobiety postawiła telefon włączyła tę samą kolędę i zaczęła śpiewać po angielsku, my nuciłyśmy dalej. Kobieta podziękowała nam, ale powiedziała, że telefon był za głośno.  

    Odprowadziła nas kawałek. Rozmawiałyśmy o reakcjach ludzi na jej pomoc. Jakaś kobieta zareagowała podobno histerycznym śmiechem i krzykami, kiedy usłyszała, że leczy ludzi z miłości. Byłam zdziwiona taką reakcją, jak można nie wiedzieć, że wypełnia nas miłość i wszystko co robimy powinniśmy robić z miłości.  

    Ten sen pokazał mi, że zawsze chciałam perfekcyjnie. Tak, żeby nie narazić się na krytykę, żeby niczego nie zaniedbać, bo jeśli ktoś zauważy, że idealnie nie jest to…

    No właśnie co? Nic przecież nie wybuchnie.  

    A dobro którego doświadczamy? No cóż… jeśli nie masz się czym odwdzięczyć za bezinteresowne dobro, nie szkodzi. Przecież było bezinteresowne. Podziękuj najpiękniej jak potrafisz i ponieś to dobro dalej. Bądź bezinteresownie dobry dla kogoś innego. Może teraz inna osoba bardziej potrzebuje twojego serca. 

    A jak życie się zesra. Bo czasem się zesra. Nie przejmuj się, wytrzyj tyłek i rób swoje.  

    Rób po swojemu.  

    Z miłością. 

  • 44. Widziane z gór(y) – sen o perspektywie. 

    19/20.11.2025 

    Byłam z rodziną w górach, to chyba był nasz dom. Byli tam moi rodzice (ale nie z realnego życia), ja bardzo młoda i moja koleżanka jako studentka (w realnym życiu razem byłyśmy na terapii grupowej, teraz spotykamy się czasem, ale nie jest mi bardzo bliska). Zajmowałyśmy wspólnie w tym domu duży pokój z wielkimi oknami i widokiem wychodzącym na piękną panoramę gęsto zalesionych gór.  

    Koleżance przeszkadzała moja obecność, chciała być sama. Wpadłam na pomysł, że w takim razie oddam jej mój stary pokój z czasów nastoletnich. Nie ma tam wiele miejsca, ale będzie miała pełną autonomię. Sobie chciałam zostawić większą swobodę. Pomyślałam przez chwilę, że może ja tam wrócę, ale zrezygnowałam z tego pomysłu, bo mój stary pokój był zagracony i niewygodny. A koleżanka była mniejsza i nie mogła stawiać warunków, bo nie była u siebie.  

    Wybieraliśmy się na wesele znajomego chłopca. Szliśmy wąskimi uliczkami górskiego malutkiego miasteczka. Przechodziliśmy maleńkimi mostkami lub schodkami. Dom znajomego, w którym było wesele, również był maleńki. Czułam się trochę jak na wakacjach w innym kraju, kiedy ktoś zaprasza do swojego domu i można zobaczyć i „dotknąć” zwyczajów innej kultury. 

    Siedzieliśmy już za stołem. Pan młody pytał o moją koleżankę. Nie było jej z nami. Wiedziałam, że przychodził do niej, wiedziałam, jak bliska była ich relacja. Nie wydawało mi się stosowne, żeby uczestniczyła w tej uroczystości. Jednak za chwilę usłyszeliśmy głos na klatce schodowej. To ta właśnie koleżanka. Rozmawiała przez telefon zanim weszła do środka. Najpierw głosem lekko poirytowanym, później zaczęła krzyczeć. Jak jedna z tych kobiet, które nie panują nad emocjami, są roszczeniowe, wulgarne i pozbawione jakiejkolwiek klasy.  

    Zawstydziła mnie tym zachowaniem. Zastanawiałam się, czy on wiedział, jaka ona jest, czy teraz, kiedy już był poza jej zasięgiem, dopiero odkryła się naprawdę. Ten chłopak zdawał się ją naprawdę kochać pomimo tego, że właśnie (musiał?) ożenić się z inną. Chyba też go zawstydziło zachowanie koleżanki, a może tylko zdziwiło. 

    Czasem nie trzeba wiele, wystarczy zmiana perspektywy.  

    Tkwiąc w relacji z moim mężem, byłam ślepa. Widziałam jedynie co muszę, żeby przetrwać, żeby utrzymać rodzinę w całości. Terapia, szczególnie grupowa zmieniła perspektywę z jakiej na moje małżeństwo mogłam spojrzeć. I zobaczyłam, że jest to dom, w którym nie da się mieszkać.  Wciąż na nowo przybijałam w nim klepki w dziurawym dachu, kiedy pęknięte ściany wymagały nowego tynku. Kiedy zajmowałam się tynkiem, woda lała się przez dach. 

    Relacja z Darkiem, była przepiękna. Jak luksusowy dom pośrodku pięknego ogrodu. Jasny, przestronny cudownie umeblowany, ale kiedy wychodzisz do ogrodu i patrzysz z zewnątrz… widzisz, że brakuje tam dachu i fundamentów. W takim domu mieszkać jest zwyczajnie niebezpiecznie. Bo co się stanie jak przyjdzie deszcz? A przyjdzie. Zawsze przychodzi. 

    Czasem więc, trzeba na dwa dni w góry wyskoczyć i od razu wszystko klarowne. 

  • 43. Gdzie postawić pianino? – sen o przygotowaniu miejsca na miłość. 

    17/18.11.2025 

    Na placu przed moją kamienicą, na ławkach, trwała jakaś masowa impreza alkoholowa. Ludzie darli się i śpiewali pijackie piosenki. Kiedy wszystko się uspokoiło, zeszłam na dół. Byłam z kimś, komu tłumaczyłam, dlaczego alkohol jest zły. Pokazywałam sterty zużytych butelek, korków i zakrętek. Na jednej ławce leżały poukładane w równiutkie stosy pozostałości tego typu. 

    Usiadła wśród nich osoba, która była moją sąsiadką. Chyba była z dzieckiem – chłopcem, któremu tłumaczyłam, że te hałasy i krzyki, których tak się bał, były powodowane płynem z tych wszystkich naczyń. Stały tam nie tylko butelki, ale też misy, flakony, słoje i wazony. Niektóre były naprawdę ładne, wszystkie z przezroczystego szkła. Rozważałam nawet zabranie któregoś do domu, ale trochę mnie brzydziło, że ktoś już z niego korzystał, i nie miałam zaufania do tego kogoś. 

    Wróciłam do domu. Przez drzwi balkonowe do mieszkania zaglądał koń. Przytulał głowę do szyby, tak jakby chciał, żebym go wpuściła do środka. Ogromny, kary, przepiękny. Wstałam, bo siedziałam na podłodze, i chciałam mu się lepiej przyjrzeć, ale chyba odbiegł. Nie mam pewności. Za oknem była olbrzymia, soczyście zielona łąka. Możliwe, że były tam też inne konie, ale nie pamiętam, czy je widziałam, czy tylko przypuszczałam, że tak jest. 

    Przyszedł Darek. Zaprosiłam go do środka, posadziłam przy niedużym okrągłym stole. Była tam też moja przyjaciółka. Zaczęliśmy rozmawiać, ale nie tak jak zwykle. Obecność przyjaciółki tworzyła lekki dystans. 

    Przyszła nagle sąsiadka, młoda dziewczyna. Koniecznie chciała mi pokazać swój pokój. Nie znałam jej, zdziwiło mnie więc, że chce ode mnie rady. Odmówiłam, bo bałam się, że kiedy mnie nie będzie, Darek sobie pójdzie. Ale nalegała. Zgodziłam się w końcu, zaznaczając, że tylko na chwilę. 

    Zeszłyśmy schodami w dół. Powiedziała, że mieszka na drugim piętrze i że chodzi jej głównie o pianino. Powiedziałam, że nie znam się na pianinach, nigdy nie grałam, ale mój gość – miałam na myśli Darka – gra. Co prawda nie zawodowo, ale potrafi. (W realnym życiu mam pianino w domu. Mój były mąż jest niepraktykującym od dziesięcioleci pianistą, mój syn też potrafi grać, ale jest skrzypkiem. Darek nie jest muzykiem). 

    Ale nie chciała rady od niego. 

    Weszłyśmy do jej pokoju. Kanapa i fotel były z weluru w kolorze zielonym, ale w takim ciepłym odcieniu. Panował tam porządek, ale na oparciu kanapy zauważyłam trochę kurzu. Tak naprawdę dziewczyna chciała wiedzieć, gdzie postawić pianino, które lada dzień miała otrzymać. Pokazałam jej miejsce, w którym wyglądałoby najlepiej, pożegnałam się i pobiegłam na górę. 

    Kiedy weszłam do mieszkania, Darka nie było przy stole. Spojrzałam na przyjaciółkę pytająco. Powiedziała, że jest zmęczony i poszedł do sypialni. 

    Leżał przy krawędzi łóżka, z nogami na podłodze, tak jakby usiadł najpierw, a potem przechylił się do tyłu. Miał zamknięte oczy. Usiadłam albo może położyłam się obok. Otworzył oczy i zapytał, czy może się położyć. Zgodziłam się. 

    Kiedy przesuwał się w stronę poduszek, zaczęłam się wygłupiać. Mówiłam jakieś niewyszukane głupoty, na przykład, że łóżko lubi puszczać bąki, kiedy ktoś się w nim porusza. I było tak zwyczajnie. 

    (Nigdy w realu nie znaleźliśmy się w takiej sytuacji. Nigdy nie zaprosiłam Darka do domu. Spotykaliśmy się w mojej lub jego firmie lub spacerowaliśmy. Zawsze w pozycji wertykalnej, w bliskości, z czułością i szacunkiem, ale nigdy w takim „rozbebłaniu” i rozchichotaniu). 

    A jednak pomimo tego „luzu” bałam się, że zaraz wstanie i sobie pójdzie.

    Ten sen pokazał mi, że nawet jeśli doświadczę zwyczajnej, czułej, bezpiecznej, pełnej szacunku bliskości nie opuści mnie lęk, dopóki nie uporządkuję swojego “relacyjnego pokoju”.  

    Przez całe życie bałam się bardzo, choć był to lęk nie w pełni uświadomiony. 

    Nosiłam w sobie przekonanie, że jeśli ktoś mnie naprawdę pokocha będzie musiał odejść.  

    Dlatego wybierałam partnerów niedostępnych emocjonalnie, biernych i wymagających opieki. Takie relacje, w których mogłam wejść w znaną mi rolę ratownika, opiekuna, matki. Tak było bezpieczniej, ponieważ prawdziwa bliskość była obarczona ogromnym ryzykiem. 

    Dziś, kiedy przeszłam już przez wszystkie pokoje mojej starej szkoły, zeszłam do najgłębszych, najciemniejszych miejsc i poznałam źródło swoich lęków. Uzyskałam nareszcie odpowiedź, na pytanie które zadawałam sobie przez lata:  

    DLACZEGO?  

    Dziś mój pokój jest już umeblowany. 

    Pianino stoi we właściwym miejscu i jeśli pojawi się relacja będę mogła powiedzieć:  

    Wszystko GRA

  • 42. Klucze – sen o tym, co dała mi matka. 

    Byłam w szkole, w której kiedyś pracowałam. Na pierwszym piętrze mieściła się moja obecna firma, chociaż w rzeczywistości jest w biurowcu w centrum miasta. Zeszłam do piwnicy. Lokal właśnie opuszczała moja znajoma (ta, która prowadzi zajęcia wokalne dla dzieci), choć właściwie nie jestem pewna, czy to była ona. Może ta druga znajoma, fotografka. A może we śnie były jedną osobą. 

    Kiedyś naprawdę miałam w piwnicy tej szkoły małe pomieszczenie, w którym zaczęłam robić dokładnie to, czym zajmuję się dziś zawodowo. Opowiadałam jej o tym. Pomyślałam, że przejmę ten lokal i przeniosę tam firmę. W sumie taki pomysł chodzi za mną również na jawie, choć obecna lokalizacja jest świetna, więc na razie nic z tym nie robię. 

    Chodziłam po tych pomieszczeniach. Były duże, ciemne i prawie puste. Wszystkie rzeczy zostały już zabrane. W kątach zalegały tylko jakieś stare graty, takie, które wyglądały, jakby leżały tam od dziesięcioleci. 

    Przeszłam dalej, przez piwnice, do sali, w której kiedyś prowadziłam zajęcia dla dzieci. Teraz był tam składzik pełen niepotrzebnych sprzętów. Brudno, wszystko zakurzone, miejscami jeszcze jakieś ślady dawnych czasów i moich pierwszych zajęć. Pomyślałam, że życie zatoczyło koło. Że wróciłam do początku, do miejsca, od którego wszystko się zaczęło. I że właśnie tutaj zostanę. Posprzątam to wszystko i urządzę po swojemu. 

    Wróciłam do lokalu po znajomej. Już ustawiałam w głowie stoły i planowałam przestrzeń. Sprawdziłam światło. Było kiepskie — punktowe, ciemne, niewystarczające. Ale uznałam, że to da się zmienić. 

    Pod sufitem były małe piwniczne okna. W jednym siedział chłopiec i zaglądał do środka. Pomyślałam, że pewnie tak samo będzie później — dzieciaki będą przysiadać w oknach i podglądać zajęcia, rozpraszając moje dzieci. Ale od razu pomyślałam też, że dam sobie z tym radę. 

    Kręcił się tam jakiś mężczyzna. Może woźny, może konserwator. Powiedziałam mu, że biorę ten lokal. 

    Potem znalazłam się na parterze. Było tam małe mieszkanie, w którym mieszkałam z rodziną: matką, ojcem i siostrą. Możliwe, że także z bratem, bo później się pojawił. Wszyscy spaliśmy w jednym pokoju. Łóżko matki stykało się z naszym — spałam razem z siostrą — tworząc coś w rodzaju odwróconej litery L. Łóżko ojca stało niżej, równolegle do naszego. Blisko. 

    Siostra leżała trochę niżej ode mnie. Chyba jęknęła. Poczułam rękę ojca. Wiedziałam, że dotyka jej miejsc intymnych. Żeby do niej sięgnąć, musiał najpierw przejechać ręką po moich nogach, bo leżałam z brzegu. Zorientowałam się, co robi. Zaczęłam więc poruszać nogami, wierzgałam intensywnie jakbym miała zły sen, ale nie chciałam, żeby wiedział, że rozumiem co się dzieje. 

    Cofnął rękę. 

    Miałam pewność, że matka to widziała i nic nie zrobiła. Leżałyśmy chwilę w ciszy. Wiedziałam już, że muszę zabrać siostrę i wyciągnąć ją z tego domu. 

    Ojciec poszedł do łazienki. Wiedziałyśmy, że trzeba się spieszyć. Nie mogłam znaleźć swoich rzeczy, ale w końcu się ubrałam. Chciałyśmy zabrać psa, tylko nigdzie nie było smyczy. To był bardzo posłuszny pies, więc uznałam, że jakoś sobie poradzimy. Po drodze znajdziemy choćby kawałek sznurka. 

    Wtedy pojawił się brat. Nie mój prawdziwy brat — tak samo jak nie mam siostry w rzeczywistości. Czekał za drzwiami. Tłumaczyłam mu, co się dzieje. Powiedział, że teraz rozumie jej dziwne zachowanie w szkole. 

    Chcieliśmy uciekać od razu, ale był weekend i wszystkie wyjścia ze szkoły były pozamykane. Przeszliśmy więc przez piwnice do drugiego skrzydła budynku. Po drodze spotkaliśmy tego woźnego albo konserwatora. Ciągnął jakąś maszynę do załadunku węgla. Pomyślałam, że skoro tamtędy przejechał, to drzwi na boisko muszą być otwarte. 

    Prowadziłam ich szkolnymi korytarzami do wyjścia. Musieliśmy minąć otwarte drzwi naszego mieszkania. Ojciec nadal siedział w łazience. Matka zobaczyła nas z pokoju. Od razu zrozumiała, co robimy i rzuciła nam kluczyki do samochodu. To brat miał prowadzić. 

    Uciekliśmy. 

    Za budynkiem stał duży jeep. Obok kierowcy były dwa miejsca. Jedno zajmowała już dziewczyna brata. Drugie było wolne, ale postanowiłam, że usiądę z siostrą i psem z tyłu. 

    Ten sen zatrzymał mnie dłużej przy mojej matce.  

    W czasie terapii grupowej jedną z najcenniejszych dla mnie technik, której się poddałam było napisanie życiorysu i omówienie go z grupą. To co dla mnie było normą moje “lustra” uznały za koszmar. Pamiętam jak bardzo to mną wstrząsnęło. Nie zdawałam sobie sprawy, że byłam ofiarą przemocy na tylu płaszczyznach.  

    To zadziwiające jak wiele doświadczeń, które przeżyliśmy i uznaliśmy za normę, kiedy spotyka inną osobę, a szczególnie dziecko bez wahania nazywamy przemocą, przestępstwem, złem. Współczujemy, staramy się pomóc, reagować, ratować, naprawić. Jednocześnie… ja wyparłam, że jako dziecko byłam ofiarą. Byłam zaradna, sprawcza, decyzyjna, ratowałam innych, dawałam radę. W czym problem? Pamiętam moje szeroko otwarte ze zdziwienia oczy, kiedy zobaczyłam łzy płynące po policzkach tych kobiet, żon alkoholików, które widziały i przeżyły niejedno. Płakały, kiedy czytałam. 

    Te kobiety zauważyły coś bardzo ważnego w moim życiorysie. Brakowało w nim…  Matki! 

    Tak też było w moim życiu. Brakowało mi matki.  

    Poświęciłam jej więc wiele czasu w trakcie terapii. Chciałam zrozumieć i wybaczyć.

    Nie potrafiła zajmować się domem ani dziećmi. Nie umiała o nas zadbać ani nas obronić. Nie uczyła nas nawet prostych nawyków higienicznych. Nie interesowało jej, kiedy myliśmy zęby jedną szczoteczką, a nawet czy w ogóle myjemy zęby. To ona wymagała ochrony, wsparcia, rady od własnego dziecka, małego domowego terapeuty, kucharki, sprzątaczki, organizatorki życia rodzinnego. Uczyłam się od sąsiadek, mam i babć koleżanek i kolegów. Uczyłam się od wszystkich, których spotkałam po drodze. Byłam naprawdę pilną uczennicą, bo nie chciałam być jak matka. Nie chciałam być SŁABA. 

    Przez całe życie myślałam, że matka nie nauczyła mnie niczego co byłoby istotne. A jednak nauczyła mnie WSZYSTKIEGO.  Dała mi klucze i z nimi mogę iść przez życie. Bo wszystko już było, nic mnie chyba nie zaskoczy i już niemal niczego się nie boję. 

  • 41. Procesja dogów niemieckich- sen o mocy spokoju i spokoju dzięki mocy. 

    13/14.11.2025 

    Początku nie pamiętam… 

    Nad moją ukochaną rzeką, ciepły letni wieczór. Mój syn jako wczesny nastolatek i były sąsiad, starszy ode mnie, byli umówieni na jakiś posiłek. Chyba chciałam donieść im coś do jedzenia, ale nie mam pewności. Siedzieli na ławce i jedli coś, co ten człowiek wyciągnął z reklamówki. Nie pamiętam, co to było, ale nie było to nic niepokojącego. Wręcz przeciwnie – patrzyłam z aprobatą na to, co je moje dziecko. 

    Kiedy się zbliżyłam, zauważyłam, że siedzi z nimi ktoś jeszcze. Ze zdziwieniem rozpoznałam, że to mój były mąż. Siedział tyłem, nie widziałam jego twarzy. Pomyślałam, że pomimo tego, iż nie utrzymujemy kontaktu, siedział właśnie z moim dzieckiem, więc postanowiłam podejść. 

    Jednak syn zauważył mnie wcześniej. Odszedł od mężczyzn i podszedł do mnie. Chciał iść do domu, ale zatrzymaliśmy się jeszcze, patrząc na rzekę. 

    Po drugiej stronie, na brzegu, stał olbrzymi dog niemiecki o moim ulubionym srebrnym umaszczeniu. Był zachwycający. Silny, spokojny, łagodny. Majestatyczny. 

    Za chwilę podszedł do niego kolejny pies tej samej rasy i koloru. 

    Słyszałam, jak mój były mąż kłóci się z kimś. Zwróciłam na to uwagę, ale nie przejęłam się. To mnie nie dotyczyło. 

    Patrzyliśmy z synem na drugi brzeg rzeki. Tam, jeden za drugim, nadchodziły kolejne dogi, identyczne, tym razem prowadzone przez właścicieli. Wyglądało to jak procesja. Czuć było niezwykły spokój. Psy poruszały się dostojnym krokiem, z uniesionymi głowami, jakby wyczuwały powagę i niezwykłość tej chwili. 

    W sumie psów było dziewięć. Wszystkie były piękne, majestatyczne, spokojne i przyjazne. 

    Te dwa pierwsze bawiły się ze sobą, biegając i wchodząc czasem do rzeki przy samym brzegu. 

    Ostatnie sny prowadziły mnie przez lęk o syna. Zawsze bałam się, że może podążyć drogą, którą wybrał jego ojciec, dziadkowie i część dalszej rodziny mojego byłego męża.  Ten sen zostawił we mnie spokój. Zobaczyłam w nim siłę mojego syna. Zobaczyłam moc, która go poniesie. Spokojną, łagodną i wystarczającą, aby dokonać własnych wyborów.  

    Ten sen uświadomił mi ważną rzecz. Przez całe życie jesteśmy karmieni przez innych ludzi. Nie tylko rodzina jest źródłem tego na czym możemy opierać nasz rozwój i z czego możemy czerpać wzorce. Na mojej drodze spotkałam wiele wspaniałych osób i z każdego spotkania mogłam wziąć to co mi było potrzebne. Teraz mój syn idąc przez życie może czerpać w podobny sposób. I robi to – często mi o tym opowiada. Dlatego z aprobatą patrzę, jak sąsiad karmi moje dziecko. 

    Mój syn ma w sobie moc. Moc płynącą również z wielu pokoleń mężczyzn spotkanych po drodze. 

    Dlatego ten sen pozostawił we mnie spokój. 

  • 40. Pożegnanie barłogu – sen o odbudowie granic. 

    12 /13. 11.2025 

    Sen drugi tej nocy, nad ranem: Byłam w mojej pierwszej pracy w szkole. Były tam moje dawne koleżanki. Robiłyśmy jakieś porządki. Nie było dzieci. Jedna z koleżanek (w realu kiedyś moja ulubiona, ale bardzo zmieniła się na niekorzyść z biegiem lat) podważała wciąż moje decyzje, poprawiała lub zmieniała wszystko co zrobiłam. Zdenerwowało mnie to w końcu. Pomyślałam, że w sumie wcale nie muszę tu być, że mam swoją pracę i tej wcale nie potrzebuję. Ale pomyślałam też o pieniądzach, i że niewiele zarabiam więc może jednak zostanę. Mój syn był na coś chory, więc zadzwoniłam do przychodni, żeby umówić się na wizytę do lekarza w jego sprawie. Za chwilę przyszła pielęgniarka, aby potwierdzić umówienie wizyty. Najpierw rozmawiała z tą irytującą mnie koleżanką, umówiły się. Podeszłam, żeby potwierdzić wizytę mojego syna, ale kobieta stwierdziła, że zapisy na dziś są już zamknięte. Koleżanka była zdrowa, jej dzieci również. Zapisała się do lekarza bez żadnego powodu, moje dziecko było chore a ona odebrała mu możliwość skorzystania z pomocy. Wiedziała, że potrzebuję tej wizyty. To przelało czarę goryczy. Zabrałam torbę i trzasnęłam za sobą drzwiami. Pomyślałam, że żadne pieniądze nie są warte przebywania w takim środowisku. Szłam ulicą był wieczór. Ciepły letni, nie było jeszcze całkiem ciemno. Byłam ubrana w krótką spódnicę i koszulkę dość skąpą, nie wyzywającą, ale też nie zasłaniającą wiele. Jakiś mężczyzna całkiem przystojny, szedł obok mnie i rozmawiał głośno przez słuchawki. Nagle szturchnął mnie ramieniem. Jak by mnie zaczepiał. Powiedziałam z lekkim oburzeniem coś w stylu Eeeej!!! On odpowiedział „jakie ej?” I pokazał mi ruchem głowy samochód. Gdyby mnie nie szturchnął samochód by mnie potrącił. Powiedziałam wdzięczna „dziękuję ” uśmiechnęliśmy się do siebie i mężczyzna odszedł. Kiedy zostałam sama przyjrzałam się swojej torbie. Zwisała z niej w połowie ciągnąc się po chodniku cienka, brudna kołdra. Zaczęłam wyciągać ją z torby wypadły też z niej jakieś inne drobiazgi. Pozbierałam je, kołdra nadal leżała na chodniku. Przyglądałam się jej. Myślałam, że jej nie potrzebuję, ale nie wiedziałam, jak mam ją spakować do niedużej torby. Miałam pewność, że się nie zmieści. Kołdra wyglądała jak barłóg bezdomnego. Pomyślałam, że może ktoś to sobie weźmie, ale miałam dylemat czy zostawić to na chodniku, bo nie wyglądało to dobrze. Nie wiem co z tym zrobiłam chyba zostawiłam tak jak leżało. Byłam w mieszkaniu (nie z realnego życia) to było moje mieszkanie. Mieszkałam tam z synem i byłym mężem. Przyjechał kuzyn mojego byłego męża z żoną. Nie byłam zadowolona, bo wiedziałam, że pojawi się alkohol. Chyba zwiedzali miasto, ale beze mnie ja zostałam w domu. Kiedy wrócili siedzieli na podwórzu, kuzyn byłego męża popijał piwo. Zaproponowałam, że ugotuję im obiad. Nie wiedziałam co jest w lodówce, tak trochę na odczepnego zaproponowałam makaron z warzywami. Przyjęli to z entuzjazmem. Szłam do kuchni trochę skonsternowana, wiedziałam, że nie mam wszystkich składników. Znalazłam makaron, dwie napoczęte paczki makaronu w tym samym kształcie spomiędzy innych kształtów. Ucieszyłam się, bo było go wystarczająco dużo. Rozejrzałam się po kuchni. Na blacie leżały banknoty, duże, czyste, nowe. Wyglądały jak wyprasowane. Wiedziałam, że zostawili je moi goście, ale nie byłam pewna intencji. Pomyślałam też, że kiedy wchodziłam do kuchni mijałam w drzwiach sąsiada, takiego cwaniaczka alkoholika, nie byłam pewna czy nie zabrał jakiegoś banknotu. Zostawiłam pieniądze tak jak leżały i nie zajmowałam się nimi dłużej. Znalazłam też w kuchni bilety na jakiś spektakl, dwa normalne i ulgowy. Pomyślałam, że to bez wątpliwości musiał być prezent od moich gości. W domu nie było warzyw, postanowiłam wyskoczyć szybko do sklepu. Byłam ubrana w jakiś workowate dresowe spodnie w kolorze szarawo-niebieskim i koszulkę. Szukałam marynarki, która przeciwważyłaby ten niechlujny efekt. Znalazłam w końcu, ale nie tą którą chciałam. Kiedy wyszłam na ulicę zobaczyłam idących nią ludzi. Przeważnie mężczyźni, bardzo mnie zdziwiło, bo większość miała brody do pasa nie byli młodzi, ale też nie starcy. Byli ubrani w takim raczej luźnym casualowym, niektórzy w rokowym stylu. 

    Ten sen łączy się bezpośrednio z lipcowym:  https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/05/28/meblowanie-barlogu/ 

    Tam jeszcze się meblowałam w tym co mi nie służy. Dziś potrafię opuścić miejsce, które nie jest dla mnie. Nie czuję potrzeby tłumaczenia się z granic. Potrafię też przyjąć pomoc i przede wszystkim nie ciągnę już za sobą całego mojego życia. Potrafię je odłożyć z szacunkiem, bo mnie ukształtowało, ale zostawiam je bez przywiązania. Bo to co mnie spotkało nie definiuje mnie jako człowieka. To co robię i kim jestem jest istotne. I powtarzam sobie wciąż na nowo: “Nieważne, co nam zrobiono. Ważne, co my zrobimy z tym, co nam zrobiono”. 

  • 39. Sen o lataniu i braku podstaw do amputacji. 

    12 /13. 11.2025 

    Pierwszy sen tej nocy: Nie pamiętam początku, w jakimś celu latałam nad miastem. Często zdarzało mi się śnić o lataniu. Zwykle nad lasami lub otwartą przestrzenią. Tym razem było to miasto. Chyba gdzieś się śpieszyłam a może latałam tak sobie bez celu. Wróciłam do domu, gdzie zostawiłam małego pulchnego szczeniaka. Kiedy widziałam go przed wyjściem miał maleńką rankę na palcu przedniej łapki. Taką kropkę jak po ukłuciu. Kiedy wróciłam palec był czerwony i bardzo opuchnięty. Bałam się, że trzeba będzie go  amputować. Dzwoniłam do znajomej weterynarz, żeby umówić się na pilną wizytę. Kiedy opowiadałam jej o stanie szczeniaka przyglądałam się mu z uwagą. Chodził nie utykając, był radosny. Zachowywał się jak zdrowy piesek. Trochę mnie to uspokoiło.  

    To był pierwszy sen, ale jeszcze nie pokój na mapie-śnie mojej transformacji. Na razie była to wyśniona wcześniej jazda motorem przez las. Prawdziwa szkoła zaczęła się jakiś czas później, kiedy byłam już na to gotowa. 

    Ten sen pokazywał mi, że nie wszystko co wydaje się tragedią faktycznie się nią okazuje. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmieniła się moja postawa wobec wszystkiego co niepokojące. Wychowując się w zagrażającym środowisku w ułamku sekundy skanujesz otoczenie i zauważasz to co umyka innym. Widzisz mikro zmiany w mimice, tonie głosu, subtelne drgnienie mięśni. Wydaje ci się czasem tylko, że coś jest „nie tak”, bo masz zamontowaną fabrycznie hiperczujność. Kiedyś więc żeby przetrwać działałam z automatu. Bodziec – reakcja – natychmiast. Pamiętam, jak przyszłam z moim dwuletnim dzieckiem do pediatry, był chory. Tylko ja to wiedziałam. Nasza pani doktor, cudowna kobieta (bardzo się lubiłyśmy) poprosiła, żebym przyszła jutro, bo dziś nie ma jeszcze objawów, które pozwalałyby jej postawić diagnozę. Następnego dnia wróciliśmy z jelitówką.  

    Teraz spokojnie obserwuję i większość niepokojących sytuacji, po takim zatrzymaniu okazuje się zwyczajnie neutralna. A opuchnięty palec widziany z szerszej perspektywy nie okazuje się wcale katastrofą tylko czymś czemu warto spokojnie się przyjrzeć.  

    Dziś jest we mnie duży spokój i widzę, jak bardzo przytłaczające i wycieńczające było ciągłe napięcie, w jakim kiedyś żyłam. A moja hiperczujność to teraz tajna moc, którą wykorzystuję w pracy. Już nie z lęku a zwyczajnie z chęci niesienia pomocy.

    Ciekawe, że sen zaczął się lataniem. Zwykle sny o lataniu lub pływaniu/nurkowaniu/tańcu w głębinach miałam w sytuacjach największych życiowych kryzysów. To były sny ratunkowe, kojące układ nerwowy, pozwalające przetrwać. 

    Ten sen był zwyczajnie dobry. Mówił jasno i wyraźnie: Droga, którą zmierzasz zaczyna się od znalezienia w sobie niezbędnego spokoju, więc…  

    Wrzuć na luz!!! 

  • 38. Sen – Po drugiej stronie ściany.

    10/11.11.2025 

    Drugi sen tej nocy i kolejny etap mojej drogi, po drugiej stronie ściany.  

    Ten sen pozostawił mnie na jakiś czas w niemym zachwycie a jednocześnie w ogromnym przerażeniu, kiedy dotarło do mnie po kilku dniach co ze sobą (jako gratis) przyniósł, bo przyniósł, nie tylko imię duszy. 

    Ten sen spowodował, że obudziłam się wzruszona i dźwięczało mi w głowie… nie wiem, może imię. Był letni dzień, ale światło było takie lekko przytłumione, ciepłe, złotawe. Byłam na wakacjach, miałam ze sobą dziecko, mojego syna, ale nie był to mój syn z realnego życia. Chłopiec miał może 5 lat może mniej. Najpierw byłam gdzieś w okolicach domu mojej teściowej na kresach, bardzo piękny teren. Później przenieśliśmy się, nie wiem, może to był rodzaj wycieczki, do centrum niewielkiego miasteczka. Był tam mały ryneczek z uroczymi, malutkimi kamieniczkami. W jednej z kamieniczek moja najstarsza przyjaciółka wynajmowała pokój. Tam zostawiliśmy swoje rzeczy i oglądaliśmy świat dookoła. Za budynkiem jakby w podwórku kamienicy rosło drzewo, na którym przysiadły ptaki, przeróżne. Było ich mnóstwo, może setka a może więcej. Były piękne i kolorowe. Pod drzewem spacerował ptak przypominający trzewikodzoba. Wysoki i smukły. W Zdałam sobie sprawę, że w ogóle nie znam niektórych gatunków. Pomyślałam, że niektóre może sobie wymyśliłam. Nagle nad drzewem po lewej stronie zobaczyłam nadlatującego dudka. Był olbrzymi i przepiękny. Chciałam go koniecznie sfotografować, ale trzymałam w rękach plecak, do którego włożyłam mojego syna tyle że w plecaku był psem, niewielkim i bardzo sympatycznym kundelkiem. Tam miał być bezpieczny. Wyjęłam go z plecaka i postawiłam delikatnie na bardzo dużym łóżku z niskich poduszek takim w orientalnym stylu. Na tym łóżku mąż mojej przyjaciółki i chyba ich syn. Mąż przyjaciółki przyglądał się mojemu psu jak rozkosznie skacze na materacach i uskarżał się, że reszta moja przyjaciółka źle traktuje ich psa, że tak naprawdę go nie chce. Moja przyjaciółka zdawała się być bardzo zawstydzona. Jakaś dziewczynka porozrzucała szpilki i spoglądając w stronę psa, który znów był dzieckiem zapytałam, czy chce jej pomóc je pozbierać. Chłopiec zszedł z łóżka i zaczął jej pomagać. Dziewczynka wyjęła kilka szpilek z ust. Martwiłam się czy w jej ustach nie została jakaś, ale zdawało się, że wyjęła wszystkie. Dzieci wkładały szpilki do pudełka. Postanowiliśmy już wracać. Poszłam do pokoju przyjaciółki, żeby zabrać nasze rzeczy. Pozabierałam to co znalazłam, panował tam potworny bałagan. Zapytałam przyjaciółkę czy nie chciałaby posprzątać, ale odmówiła.  Na stole leżały kromki chleba lub bułki. Były w różnych kształtach, przykładałam je do siebie, żeby je dopasować i stworzyć kanapkę. Były posmarowane czymś co przypominało wegański smalczyk z cebulą. Stwierdziłam, że musimy wracać, bo mamy dużo prania, a nie wyobrażałam sobie, żebyśmy robili pranie u rodziny mojego byłego męża, bo nie byliby w stanie zrozumieć, że rzeczy kolorowe i białe trzeba prać osobno, żeby nie zniszczyć ubrań. Nie mamy już ciuchów na zmianę, więc postanowiłam, że już wrócimy z wakacji. Idąc do miejsca, w którym mieszkaliśmy, jeszcze wstąpiliśmy do szkoły, w której kiedyś pracowałam. Byliśmy na korytarzu. Ja weszłam do klasy, żeby porozmawiać z byłą koleżanką z pracy. Opowiadałam jej właśnie o tym, że musimy wracać. I pomyślałam, że zostawiłam za drzwiami małe dziecko, że może mu coś zagrażać, że w szkole roi się od małych łobuziaków. Otworzyłam drzwi i spojrzałam na korytarz. Był tam. Mój mały syn był ubrany w pewnego rodzaju kaftan taki jaki noszą mieszkańcy Tybetu a może mnisi. Był w białych skarpetkach, promieniowało z niego czyste dobro. Bawił się z chłopcami większymi od siebie. Poszturchiwali go trochę, najpierw się wystraszyłam, że go skrzywdzą, ale zobaczyłam, że świetnie sobie radzi. Ma takie spokojne ruchy, pełne dobra i miłości. Widziałam jakby jego oczami jak padają ciosy i do jego klatki piersiowej zbliża się pieść, wszystko działo się w zwolnionym tempie widziałam jak łagodnie blokuje cios i delikatnie odsuwa od siebie dłoń. Spojrzałam na niego z góry, wszystko co robił, robił z subtelnym pełnym miłości uśmiechem. Chłopcy wcale nie byli agresywni. A on sprawił, że podążali za nim, to była grupka szkolnych łobuziaków a szli za nim jak jego drużyna. Byłam wzruszona, bo zostawiłam go tylko na dwie minuty i już znalazł przyjaciół. Patrzyłam zafascynowana na jego postawę. Taką miękką, pełną miłości, czułości i spokoju w wielkim kontraście z tymi łobuziakami a jednak szli za nim. Było ich kilku, może pięciu, sześciu. Powiedziałam mu, że już musimy iść, bo może pójdziemy na frytki. A on wymienił imię jednego chłopca i powiedział, że on też bardzo lubi frytki. I inni chłopcy również je lubią, więc może im wszystkim kupimy frytki. Bardzo mnie to rozczuliło. Był w nim taki spokój i czułość. Szliśmy więc wszyscy szkolnym korytarzem na frytki. Później coś jeszcze zobaczyłam nie pamiętam dokładnie co, chyba kobietę jadącą rowerem wąską ścieżką i dużo zieleni, z ciepłym, pięknym światłem. Stałam samotnie na górze i patrzyłam na pola herbaty w dolinie. Piękny rozległy krajobraz. Wtedy usłyszałam głos. Dźwięczał mi w głowie głos „……..” imię wypowiedziane w sanskrycie. Ten chłopiec był jak mały  Bóg, cudowny wręcz rozświetlony. Niesamowity sen. Długo po przebudzeniu słyszałam to imię i bardzo długo czułam ogromne wzruszenie. 

    Podobno nie powinno się zdradzać imienia duszy. Nie wiem czy to właśnie to imię przyniósł mi sen, ale niesie ze sobą jakość, do której chcę dążyć, więc wierzę, że tak, dlatego w razie czego go nie podam. 

    Kilka dni później spotkałam się z przyjaciółką, o której śniłam. Opowiedziałam jej sen i bardzo ją poruszył. Okazało się, że w nerwach bardzo źle, okrutnie potraktowała swojego starego psa. Została bardzo zawstydzona przez męża.

    Wystraszyłam się wtedy. Bardzo bałam się, że teraz tak już będę miała, że sny będą pokazywały mi przyszłość, że zatopię się w przepowiedniach, że moje życie stanie się teraz koszmarem. Niepotrzebnie się bałam, rozpoznałam wkrótce wzorzec, dzięki któremu wiedziałam, czy sen wejdzie w rzeczywistość czy ma służyć jedynie moim potrzebom.

    A duchowość?

    Moja ma być prosta. Ma płynąć z serca do ludzi i…

    Komu frytkę?

    🤗