W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Autor: wcieniukruka

  • 82.3. Żeby nie przestraszyć bardziej – o czułości wobec siebie 

    Dziś, kiedy to piszę odnoszę wrażenie, że jeśli ktoś kiedyś przeczyta mój blog może sobie pomyśleć, że nie przybijam do brzegu, tylko kluczę i meandruję, dla taniej sensacji. 

    Nic bardziej mylnego. Od pierwszego wpisu próbuję opisać proces jaki we mnie zachodził. A po śnie z salamandrą proces ten przyspieszył i zwolnił jednocześnie. Byłam skupiona na dojściu do źródła i jednocześnie miałam świadomość jak delikatny jest to moment. 

    Intuicyjnie czułam, że istota uwięziona przez tak długi okres nie może zostać brutalnie wyrwana na światło dzienne. Nie można jej uzdrawiać „na siłę”, byłaby to kolejna forma przemocy jakiej doznała. Nie chodzi przecież o to, żeby naprawić. Teraz chodzi o to, żeby nie przestraszyć bardziej. 

    Trzeba delikatnie. Trzeba powoli. Najpierw potrzebna jest iskra, mikroskopijne poruszenie, odrobina zaufania, odrobina bezpieczeństwa. 

    To trochę tak, jak z dzikim, straumatyzowanym zwierzęciem. Nie można wyciągnąć go na siłę z kryjówki. Najpierw należy stworzyć warunki, aby samo zaczęło oddychać swobodniej, podnosić powieki i rozglądać się wokoło. Może wtedy samo zdecyduje, że można już podnieść głowę. A wtedy możliwe będzie więcej… 

    Czułam, że życie tli się jeszcze w mojej salamandrze.  

    Trwałam przy niej kolejne dni, trzymając wyśniony słój na kolanach i szepcząc do mojej salamandry. Z czułością otwierałam powoli to, co zamknięte bardzo dbając w tym czasie… 

    O siebie. 

  • 82.2. „Wszystko (…) jest piękne” 

    Chodziłam z tą salamandrą cały dzień i myślałam o tym, jak wygląda.  

    O tym, że może dla kogoś mogłaby wydawać się odrażająca. Dla mnie była smutna, samotna, zapomniana i niekochana. A zasługuje na przytulenie, zauważenie i uznanie cierpienia. W ogóle nie przeszkadza mi to, że wygląda jak wygląda. 

    Kiedyś Darek odpowiedział mi, na moją krytykę spłaszczenia symbolu smoka na podstawie tego co zrobiono ze smokiem w Krakowie. Jakie komercyjne badziewie ludzie stworzyli z tego pięknego symbolu. Darek powiedział „… wszystko we wszechświecie jest piękne”. Potraktowałam to jak duchowe pierdolety. A myśląc o mojej salamandrze… wtedy, właśnie w tej jednej chwili naprawdę to poczułam.  

    Ta salamandra jest piękna. Po prostu piękna, taka, jaka jest. To jak została potraktowana nie jest w porządku, ale ona jest doskonała.  

    Chciałam ją wtedy jak najszybciej odpakować i mocno przytulić. 

    Bardzo żałowałam, że nie mogę wymusić kontynuacji tego snu. Chciałam zobaczyć, jak siedzę z olbrzymią salamandrą na kolanach i tulę ją do siebie z miłością. 

    Wiedziałam, że to jest chyba najważniejszy sen w moim życiu.  

    Bo pokazał mi, że muszę zmienić perspektywę… 

    Łatwo jest kochać siebie, kiedy wyglądasz całkiem nieźle, jesteś niegłupia, błyskotliwa, z poczuciem humoru, wzbudzająca zaufanie, opiekuńcza, silna, sprawcza, zdolna, potrafiąca poświęcić się dla innych, kochająca i długo by jeszcze wymieniać… A w środku, na tym bardzo, bardzo głębokim poziomie… tam trudniej się pokochać. 

    Poczułam, że teraz kocham, kocham siebie naprawdę. Również tę smutną, skrzywdzoną, zrezygnowaną, nieefektowną i skrajnie bezradną.  

    I wtedy pojawiła się we mnie złość, bo uzmysłowiłam sobie, że jakaś miękka, bezbronna część mnie musiała zostać zamknięta, żebym ja ta sprawcza i silna mogła przetrwać. 

    Złość kocham już w sobie od dawna, za moc jaką z sobą niesie.  

    Dzięki złości i miłości, którą odkryłam w sobie potrafiłam zejść głębiej. 

    Do samego źródła.  

  • 82.1. Mgła -zanim zrozumiałam wszystko

    Na zamku byłam z moimi „zawodowymi dziećmi”. Rano jeszcze spały, zrobiłam sobie kawę i wyszłam z kubkiem do okalającego zamek parku. Zapisywałam sen, siedząc w altanie pośród rozłożystych dębów i platanów. Było chłodno, nad ziemią snuła się wilgotna mgła. Pomyślałam wtedy, że istocie z mojego snu, również było tak zimno jak mnie. Siedziałam w tej altanie i nie mogłam powstrzymać płaczu. Ten obraz wydał mi się tak przejmujący… 

    Kiedy tylko wróciłam do domu, po raz pierwszy od długiego czasu cieszyłam się, że jestem sama. Nie chciałam, żeby ktokolwiek mi przeszkadzał. Wyłączyłam telefon i zaczęłam szukać.  

    Pierwsze, o czym pomyślałam, to to, że to jest „mój słój”, że jest we mnie coś, co wymaga uwolnienia, dania większej przestrzeni do wzrostu, i że to, że jest ściśnięte w tym słoju, jest moim zaniedbaniem, zapomnieniem i brakiem troski.   

    Tylko dlaczego pokazało mi się to w taki sposób, dlaczego w środku tkwiła właśnie salamandra? 

    Zapytałam „wujka gugla” o symbolikę tego zwierzęcia i przeczytałam coś co poczułam całą sobą… 

    „…W chińskich i japońskich podaniach dźwięki wydawane przez salamandry przypominają płacz dziecka. W dawnych wierzeniach przyczyniło się to do tworzenia mitów o duszach dzieci uwięzionych w ciele płaza…” 

    Obraz uwięzionego dziecka w ciele salamandry wstrząsnął mną tak mocno jak obraz zwierzęcia ze snu i wtedy przyszło olśnienie. 

    Mieszkanie ze snu było moim mieszkaniem z czasu, kiedy miałam 13-14 lat. Układ pomieszczeń był specyficzny. 

    Mieszkaliśmy wtedy w wieżowcu na 6 piętrze. Trzy pokoje, kuchnia, łazienka. Typowy blok z wielkiej płyty, w jednej z największych dzielnic miasta. Pokój stołowy był kompletnie nieustawny, na jednej ścianie drzwi do przedpokoju, na drugiej okno zajmujące całą ścianę, na trzeciej dwoje drzwi prowadzące do mniejszych pokoi. Kiedy miałam trzynaście lat ojciec w pokoju moich braci wybił drzwi prowadzące do mojego pokoju i zamurował pierwotne wejście do niego.  

    W moim śnie byłam w tym właśnie mieszkaniu. Pierwszy ptak pokazał mi się w pokoju stołowym, drugi na firance okna w pokoju braci i stamtąd weszłam dopiero do pomieszczenia z salamandrą. Weszłam do MOJEGO POKOJU.  

    Wiedziałam już, że to tam właśnie wydarzyło się coś, co uwięziło mnie w słoju, ale co to było? 

    Wiedziałam, że to nie może być przemoc, bo to mam w sobie zaopiekowane i rozliczone. 

    To nie dawało mi spokoju… 

    Co to mogło być? 

  • 82. Salamandra – sen, dzięki któremu zeszłam do źródła

    16/17.05.2026 
    Nów Księżyca. Noc spędziłam w hotelu na zamku położonym na południu Polski. 

    Sen. 

    Większości nie pamiętam. Sen miał logiczny ciąg, ale dużo się zatarło. 

    Pamiętam tylko obrazy. 

    W mieszkaniu był jakiś ptak. Nie wiem, jakiego gatunku, wtedy było to nieważne. Wiedziałam, że nie powinien tam być. Chciałam go złapać i wypuścić na zewnątrz. Udało mi się. 

    Weszłam do drugiego pokoju. Tam była jaskółka uwięziona w firance, też ją uwolniłam. Jaskółka miała zaplątany zielony sznurek wokół skrzydła, odplątałam go przed wypuszczeniem. 

    Po wszystkim zaczęłam się dopiero zastanawiać, jakiego gatunku był pierwszy ptak. Powiedziałam, że to samica kopciuszka, ale nie wiedziałam sama, czy czasem nie upraszczam, bo mógł być to inny ptak. 

    Weszłam do kolejnego pokoju, a tam, na niewysokiej szafce lub może biurku, stał wielki słój. Był plastikowy. 

    Były w nim „jaszczurki”. Nie wiem, czy jest taki gatunek, czy tylko mi się przyśniło, ale widziałam już takiego kształtu otyłe, ciastowate, wielkie salamandry, tylko w kolorze błotnisto-zielonym. 

    Jedna z nich była wielka, zajmowała niemal całą przestrzeń. Siedziała smutno w słoju ze zwieszoną nisko głową. Musiała bardzo się zgarbić, żeby się tam w ogóle zmieścić. Czułam, że przebywa w tym słoju wiele lat, że rosła tam porzucona, a teraz jest zbyt wielka, żeby mogła sama się wydostać. Wiedziałam, że jest uwięziona i samotna pomimo obecności uwijających się na dnie słoja i biegających po niej drobniejszych istot.

    Poruszały się tam zwinnie jakieś malutkie, kolorowe jaszczureczki. Ona nie zwracała na nie uwagi. Miała półprzymknięte niewidzące oczy. 

    To był szokujący obraz. 

    Myślałam, że trzeba natychmiast uwolnić to zwierzę. Widziałam, że odkręcenie zakrętki nic nie da, że to zwierzę jest już za wielkie, nie zmieści się w otwór. Wymyśliłam, że wystarczy wziąć nożyk do tapet i ostrożnie przeciąć słój. 

    Było mi jej żal. Nie ja byłam właścicielem słoja. Mówiłam tej osobie, że musi te zwierzęta natychmiast uwolnić, że to znęcanie się, brak troski, że nie można tak porzucać żywej istoty, ale nic nie zrobiłam. 

    Ten sen zostawił mnie z trudnym do wyjaśnienia bólem. Z olbrzymim ciężarem. 

    Zaczęły wracać obrazy ze snów z przeszłości: zapomniane żaby, porzucone akwaria, odkrycia, że w akwarium przetrwały jakieś stworzenia, że musiały zjadać siebie nawzajem, żeby przetrwać. 

    Ogromne poczucie winy, że zostawiłam je na pastwę losu i nikt się nimi nie zajmował. Że były zupełnie same, porzucone i głodne. Że o nich zapomniałam, że myślałam, że ich nie ma. A one czekały latami, bez opieki. 

    To podłość. To okrucieństwo. 

    Wiedziałam już, że ten sen jest inny, że nie mogę go zostawić, żeby dojrzewał tygodniami. 

    Bardzo chciałam uwolnić salamandrę. Musiałam to zrobić natychmiast. Nie chciałam jej zostawiać zamkniętej ani chwili dłużej. 

    I zrobiłam to. 

    Otwarcie tego słoja było najtrudniejszą rzeczą, jakiej podjęłam się w drodze do siebie. 

    To, co dzięki temu odkryłam, układa się we mnie do dziś. 

    Nadal boli, ale wiem już DLACZEGO. Poznałam wszystkie DLACZEGO, o które pytałam przez lata. 

    I wtedy właśnie otworzyłam drzwi do ostatniego pokoju w mojej wewnętrznej szkole.  

    A w jego środku byłam – JA 

  • 81. Krzesło – sen o zaufaniu do siebie 

    5/6.05.2026 

    Początku nie pamiętam. 

    Znalazłam się na plaży w obcym kraju. Zobaczyłam ptaka i powiedziałem do kogoś, że to albatros. Ptak szedł po piasku. 

    Miałam dotrzeć w jakieś miejsce, ale w tym celu miałam popłynąć dokądś promem. Prom już odpłynął. 

    Miałam w tym śnie jakieś większe moce niż zwykle, jak agent specjalny lub jakiś mini superbohater, i miałam dotrzeć na miejsce z jakąś misją. 

    Pomiędzy miejscem, w którym byłam, a tym, gdzie miałam dotrzeć, była przewieszona metalowa lina i krzesło, ale zupełnie zwykłe, podobne do tego, jakie mam w domu, z przezroczystego plastiku. 

    Usiadłam na tym krześle i sunęłam nad wodą w kierunku celu. Krzesło było niestabilne, ale uwiesiłam się na nim tak sprytnie, że nie spadłam. Wiedziałam, co robię i byłam pewna, że pomimo komplikacji dotrę tam, gdzie trzeba. 

    Celem okazała się świątynia. Nie wiem jaka. W środku był mnich, rozmawiałam z nim o czymś. 

    Wyszłam na zewnątrz. Stał tam autokar z dziećmi. Byli wśród nich chłopcy z mojej firmy. Zapytali, czy mam karty i czy zagram z nimi w kanastę (nigdy w realu nie grałam z dziećmi w karty). Byli rozczarowani, że nie mam kart, bo chcieli zagrać jak zwykle. 

    Powiedziałam im, że to zupełnie inna sytuacja, że są tutaj na wycieczce i nie powinni robić tego, co zwykle, tylko zwiedzać nowe miejsca, że muszę już iść, ale jest mi bardzo miło, że mogłam ich spotkać. 

    Tego snu nie będę interpretować jak zwykle, bo wydarzenia, które bezpośrednio go poprzedzały, dotyczyły innej osoby i były dla mnie bardzo trudne, więc nie chcę wchodzić w szczegóły. 

    Ważniejsze było to, że sen pomógł mi przygotować się do spokojnej, konstruktywnej konfrontacji i opanowania sytuacji następnego dnia. 

    To było cudowne doświadczenie. Jakby sen nie próbował rozwiązać problemu za mnie, ale przypomniał mi, że potrafię sobie z nim poradzić. 

    I rzeczywiście – poradziłam sobie doskonale. 

  • 79. Dopiero wtedy zakwitną kwiaty – sen o granicach

    1/2.05.2026 

    Dzisiejszej nocy była pełnia. 

    Byłam w jakimś domu. Nie był moją własnością. Nie mam pewności, ale chyba nie byłam tam z własnej woli. Były tam również inne osoby. Sprzątałam na podwórzu. Niedawno położono grubą warstwę betonu przy schodach i na jakiejś platformie obok nich. Mój starszy brat wszedł niechcący w ten beton i ugrzązł po kolana. Kiedy próbował się wydostać, zsunął połowę betonu z podestu. Beton zwisał z jednej strony jak kawał grubej gąbki. Nie spadł i nie rozlał się, tylko częściowo spłynął i wygiął się w dół pod wpływem grawitacji. 

    Brat przejął się, że będzie musiał ponieść konsekwencje, bo zniszczył tę dziwną strukturę. Powiedziałam, żeby się tym w ogóle nie przejmował. 

    Była tam moja koleżanka (jest również znajomą Darka). Wsiadła do samochodu z dwoma mężczyznami. Wiedziałam, że sobie poradzi, choć to głównie oni byli zagrożeniem w tym domu. Nie była dla mnie miła. To znaczy zachowywała takie pozory, ale żegnając się ze mną, po zwykłych słowach pożegnania, powiedziała pod nosem do siebie zdanie, w którym stanowczo źle mi życzyła. Dotyczyło ono moich narządów rodnych, bo padło słowo „pochwa”. Nie pamiętam niestety pełnego zdania, które wypowiedziała. 

    Nie przejęłam się tym. Wróciłam do swojej pracy. Chciałam w tym domu kogoś ochronić (dzieci?). Ciekawe jest to, że nie wchodziłam do środka. Byłam stale na podwórzu. 

    Uczelnia. Wychodziłam z zajęć. Wiedziałam, że ON skończył swoje zajęcia jakieś dwa, trzy piętra wyżej. We śnie byliśmy chyba wcześniej parą, ale rozstaliśmy się, nie wiem czemu. Chciałam go tylko zobaczyć, bo spotykał się już z kimś innym, z moją koleżanką ze studiów. Ona poszła już dokądś, bo skończyłyśmy zajęcia wcześniej. 

    Wchodziłam na górę po schodach i usłyszałam kroki piętro wyżej oraz dźwięk otwieranej windy. Winda ruszyła w dół. Wiedziałam, że to ON. Zbiegłam na dół. Weszłam w korytarz na „moim” piętrze i zobaczyłam go. Szedł korytarzem. Miał ogoloną głowę. Bardzo mnie to zdziwiło. Uśmiechnął się na mój widok, ale tak trochę smutno. Odwzajemniłam uśmiech i wyszłam z budynku. Idąc, myślałam o jego uśmiechu i zastanawiałam się, skąd smutek w jego oczach. Myślałam, że jest szczęśliwy. 

    Szłam w stronę barów i jadłodajni. Dogonił mnie. Zapytał, czy możemy zacząć od nowa. Nie byłam pewna, ale powiedziałam, że musiałoby tym razem być zupełnie inaczej, że nie może być tak jak było. Patrzył mi długo w oczy, a potem przytulił mnie z wyraźną ulgą, jakby zeszło z niego napięcie, i pocałował mnie raczej czule niż namiętnie. 

    Poszliśmy w stronę jadłodajni. Restauracja/bar, do którego podeszliśmy, była usytuowana na powietrzu. Lada była lekko półokrągła. My byliśmy po wewnętrznej stronie tego „okręgu”. Stojąc w kolejce, rozmawialiśmy o tym, że super byłoby, gdyby wszystkie jadłodajnie na tym terenie ustawione były na planie dużego koła. Zastanawialiśmy się, czy to możliwe w tej przestrzeni. 

    Przed nami była rodzina Chińczyków. W ogóle knajpka była chyba chińska. Dwie kobiety przygotowywały posiłki, nakładając jedzenie na tace. Na blacie leżały już tace z jedzeniem. ON zamówił dla nas posiłek, ale kobiety nie zwróciły na to w ogóle uwagi. Dotknęłam wtedy jego ręki (trzymał ją cały czas na moim ramieniu) i powiedziałam, że musimy zaczekać, że kobiety nie przyjmą nowego zamówienia, dopóki tace są na blacie. Musimy czekać. 

    Powiedział zdziwiony, że o tym nie wiedział. Z uśmiechem stwierdziłam: 

    „Widzisz, ja też mogę cię czegoś nauczyć”. 

    Nad naszymi głowami zwisały jakieś kwiaty. Były białe, trochę takie pierzaste, zebrane w kiść. Chyba były to kwiaty kasztanowca. 

    Zauważyłam, że moje sny z czasu pełni i nowiu niosą dla mnie szczególne przesłania i nauczyłam się nie interpretować ich od razu, bo często ich znaczenie przychodzi z czasem i nigdy nie są w moim procesie mało istotnym zestawem obrazów. 

    Dziś wiem więcej niż w pierwszych dniach po tej pełni, ale opiszę to przy okazji kolejnych snów. Ten sen miał mnie przygotować na to, co dopiero zobaczę. 

    Po pierwsze pokazał mi, że to, w czym tkwi mój brat, nie jest monolitem. Jest czymś, co udaje fundament, ale pod naciskiem z lekkością się przesuwa. Pokazał też, że mój stosunek do tego, co mnie spotyka, nacechowany jest już spokojem i pewnością, ale chronię jeszcze coś, co jest w domu, do którego na razie nie jestem gotowa wejść. 

    To dobry sen. Lubię siebie taką wyważoną, nie pozwalam wciągać się w cudzy chaos, nie odpowiadam na agresję bez znaczenia i stawiam jasne granice, nie zamykając się na ludzi. Od jakiegoś czasu obserwuję siebie taką w rzeczywistości, a ostatnio przychodzi mi to zaskakująco naturalnie. 

    Co ciekawe, w śnie pojawił się Darek (byłam przekonana, że to on), ale ciało miał inne. Wyglądał jak ten mężczyzna, który w śnie, w którym uwolniłam Darka z piwnicy, w której sama go wcześniej zamknęłam, ściąga z twarzy maskę i staje się kimś innym. (https://wcieniukruka.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/) 

    A granica, którą postawiłam mu w śnie, brzmi jak niepostawione nigdy pytanie. 

    „Bo musiałoby tym razem być zupełnie inaczej”. 

    To znaczy… inaczej niż…? 

    Na to pytanie odpowiada sen, który przyśnił mi się tydzień później. 

    Na taką pseudo relację, jaką sen 80 pokazał już nigdy się nie zgodzę.

  • 78. Fotografie – sen dokumentujący przejście

    25/26.04.2026 

    Byłam w niewielkim nowo otwartym sklepie, w którym sprzedawano między innymi filcowe torebkami, biżuterią, dodatki i koraliki z minerałów, w realu ten sklep nie istnieje, ale w tym miejscu był kiedyś podobny, w którym na prawdę kupowałam minerały do wyrobu biżuterii.  

    Byłam tam chyba z partnerem (w realu jestem sama), kupiłam czarny spękany agat, płaski owal.  

    Później wróciłam do tego sklepu sama, oglądałam rzeczy leżące na półkach, były tam filcowe broszki, dokładnie takie jakie ja kiedyś robiłam i pomyślałam, że nie ma sprawy, nie będę dochodzić praw autorskich, bo nie zajmuję się już rękodziełem, niech je sobie ta pani spokojnie tworzy.  

    W kurtce miałam plastikowe pudełko, w którym trzymałam kamienie, ten który kupiłam wcześniej i podobny agat, stary który zabrałam z domu. Chciałam koniecznie kupić turmalin, wiedziałam, że go potrzebuję, ale nie wiedziałam, jak wygląda. Kobieta zapytała czego szukam? Okazało się, że nie ma tego minerału, ale zamówi go dla mnie. Zapytała o kolor, powiedziałam, że chcę różowofioletowy, ale oczami wyobraźni widziałam też zieleń o tym jednak nie wspomniałam.  

    Odeszła na zaplecze i zamawiała kamienie przez telefon mówiąc płynnie po chińsku. Zdawało mi się, że znam tą kobietę i że kilka lat wcześniej prowadziła tu już sklep. Okazało się, że to nieprawda, to pierwszy sklep jaki prowadzi.  

    Minerały do odbioru miały być jutro.  

    Wyszłam ze sklepu, szłam ulicą. Spotkałam jakieś kobiety, poszłam z nimi.  

    Miałam ze sobą pudełko z minerałami w kieszeni kurtki i jakiś suplement w półlitrowym plastikowym słoiku w plecaku.  

    Trafiłyśmy do poradni leczenia uzależnień. Chodziłam tam kiedyś na terapię dla współuzależnionych. Teraz było zupełnie inaczej, pacjenci byli dziwni, chorzy psychicznie, zaburzeni lub wrogo do mnie nastawieni. Czułam, że to już nie jest to samo miejsce.  

    Weszłam z tymi kobietami na ich terapię. Terapeuta zaczął się nad sobą użalać, że jego największą traumą z dzieciństwa było to, że jego ukochana drużyna piłkarska w jakiś sposób go zawiodła, mówił o tym długo i z wielkimi emocjami, ale nie pamiętam co było źródłem zawodu.  

    Chciałam podzielić się suplementami z jedną z kobiet, ale terapeuta napadł na mnie, mówił, że tam są dodatki, których ona nie potrzebuje, mówił o kredzie lub talku i że ja też nie mogę tego brać. Zachowywał się okropnie. Wstałam i w emocjach powiedziałam, że szczeniak płaczący nad przegranym meczem nie będzie mi mówił co mam robić z życiem.  

    Wybiegłam stamtąd tak jak stałam. Wróciłam w okolicę mojego domu i sklepu, było już jutro, ale pomyślałam, że jest rano, więc nie będę jeszcze pytać o zamówienie, zaczekam do popołudnia.  

    Zauważyłam nieodebrane połączenie w telefonie. Oddzwoniłam, okazało się, że dzwonili z poradni, w której byłam. Oddzwaniając, połączyłam się z filią poradni i kobieta nie wiedziała czego dotyczyła sprawa, w której do mnie dzwoniono. Pomyślałam, że chodzi o pozostawione przeze mnie rzeczy. Zostawiłam tam wczoraj kurtkę i plecak. Postanowiłam, że wrócę tam i odbiorę swoje rzeczy, ale odciągałam się z tym.  

    Spotkałam kobietę ze sklepu i przypomniało mi się kim jest. Chodziłyśmy razem na zajęcia wokalne. Nie pamiętała mnie, przyłożyłam rękę do czoła, żeby pokazać jej jaką krótką grzywkę wtedy miałam, rozpoznała mnie natychmiast.  

    Szłyśmy razem ulicą. Zauważyłam, że w studzienkach kanalizacyjnych zamiast kratki wetknięte były dziecięce samochody (takie duże wywrotki do piaskownicy). Powiedziałam mojej towarzyszce, że tu musi mieszkać moja koleżanka z terapii, bo tylko ona mogła tak ozdobić ulicę przed domem.  

    Podeszłyśmy do niewielkiego muru, był mojego wzrostu. Wdrapałam się na górę, koleżanka nie dała rady, podałam jej rękę i przeciągnęłam ją na drugą stronę jednocześnie robiąc zdjęcia, bo uznałam, że to będą super ujęcia na których widać, jak ona przeskakuje. Taka dokumentacja fotograficzna przejścia. Zamiast koleżanki na drugiej stronie wylądował mój syn. Powiedziałam mu o zdjęciach i chciałam pokazać, jak wyszły.  

    Zdjęcia były na papierze, nie cyfrowe. Pokazywałam jedno po drugim i nie było tam mojego syna. Ze zdziwieniem zauważyłam, że jestem na nich ja przechodząca przez mur. Zastanawiałam się jak to możliwe, że przecież nie robiłam zdjęć sobie miałam przecież zajęte ręce. Mój syn był rozczarowany, że nie było tam jego wizerunku. 

    Dziś ten sen odczytuję wyjątkowo jasno. 

    Mam poczucie, że przeszłam już swoją drogę. Czuję, że jestem wolna od współuzależnienia. Czy rzeczywiście tak jest? Czas pokaże. 

    Mój syn wciąż jeszcze czasem wikła się w ratowanie swojej byłej dziewczyny, ale widzi coraz więcej i nie wiąże już z tą relacją swojej przyszłości. 

    Mam też koleżankę, której podaję rękę. Nie wiem jednak, czy uda jej się przejść na drugą stronę. Na razie przegrywa walkę o siebie. 

    I nie wynika to wyłącznie z jej słabości. To także jej decyzja. 

    Najbardziej poruszył mnie jednak ostatni obraz. W wielu moich snach pojawiał się już wcześniej motyw, aparatu lub telefonu, którym próbowałam zrobić zdjęcie. Nigdy wcześniej się to nie udało.  Aż do teraz. Zrobiłam zdjęcia i to jakie… Byłam przekonana, że dokumentuję czyjąś drogę. Tymczasem na wszystkich zdjęciach zobaczyłam siebie. 

    Chyba naprawdę kupię ten turmalin. 

    Podobno chroni. 

  • 77. Koty – sen o tym, co wyrywa się na wolność 

    24/25.04.2026 

    Szłam z grupą przyjaciół (nie z realu) do mieszkania jakiegoś cudzoziemca, który miał zostać deportowany z naszego kraju bez żadnego powodu. Tylko dlatego, że nie był Polakiem. Mieliśmy podpisać petycję. 

    Zapukaliśmy do drzwi. Mężczyzna uchylił je tylko na chwilę i nie wpuścił nas od razu. Nie spodziewał się gości i był zaskoczony liczbą osób stojących za drzwiami, bo po drodze dołączyli do nas kolejni ludzie. 

    W końcu zaprosił nas do środka. Kiedy mnie zobaczył, poprosił, żebym przeszła z nim do innego pokoju. Nie rozumiałam, dlaczego, ale bez wahania weszłam. 

    Poprosił, żebym pokazała mu swoje rysunki. Miałam ze sobą gruby szkicownik. Nie czułam się przygotowana. 

    Rysunki przedstawiały koty. Wszystkie sprawiały wrażenie, jakby uciekały z zamknięcia. Miałam też wyciętego z papieru kota połączonego z prostym mechanizmem z rurki i nitki nawiniętej na małą szpulkę. Kiedy pociągało się za nitkę, kotek wystrzeliwał w powietrze. 

    Ku mojemu zaskoczeniu moje prace bardzo się spodobały. Miały promować trasę koncertową tego cudzoziemca, który podobno był znanym muzykiem. 

    Wyszłam z jego mieszkania. 

    Była noc. Szłam ulicą, kiedy z jednego z okien wychylił się mężczyzna i zawołał mnie po imieniu. Zastanawiałam się, skąd mnie zna. Pomyślałam, że to ktoś z przeszłości, ale nie zatrzymałam się. 

    Doszłam do domu, a właściwie do willi mojego chłopaka. I to naprawdę był chłopak. Spotykałam się z nastolatkiem! 

    To było dziwne, bo czułam, że to zupełnie bez sensu. Przecież to jeszcze dzieciak. 

    Był u niego mały, rozkoszny niedźwiadek. 

    Wracałam tego dnia do siebie z kimś jeszcze – z matką i siostrą? (ale nie z realu). Miałyśmy dwie godziny do odlotu samolotu. 

    Mój „chłopak” żegnał mnie w bardzo dziecięcy sposób. Pocałował mnie w usta, ale nie czułam w tym nic męskiego. 

    Wyruszyłyśmy w drogę. Byłyśmy już blisko lotniska, kiedy okazało się, że niedźwiadek zabrał się z nami. 

    Postanowiłam szybko z nim wrócić i oddać go chłopcu. Czułam, że mam dużo czasu, że zdążę. 

    Główne drzwi były zamknięte, więc przeszłam na tył budynku. Był tam mój „chłopak” i jego koledzy. 

    Pomyślałam, że w sumie fajnie, iż miś uciekł, bo będziemy mogli jeszcze raz się pożegnać. 

    Ale i to pożegnanie mnie rozczarowało. 

    Nie było w nim absolutnie niczego, co chciałam poczuć. 

    To jeden z tych snów, których na razie nie chcę zamykać jednoznaczną interpretacją. Mam wrażenie, że jeszcze dojrzewa. 

    Na dziś wydaje mi się, że jest rodzajem „sprawdzam” ze strony wszechświata. Czy wejdę w coś niedojrzałego? Czy zatrzymam się tylko dlatego, że zawoła mnie ktoś z przeszłości? Czy zawalczę o prawo do inności – może własnej, a może tej wyrażanej przez sztukę? 

    I jest jeszcze ten słodziak – mały miś. Nie zabieram go ze sobą. Odprowadzam go do właściciela, choć jest niedojrzały i pewnie lepiej bym się nim zaopiekowała. A jednak go oddaję. Po prostu dlatego, że nie jest mój. 

    Może właśnie o tym jest ten sen. O rozpoznawaniu tego, co piękne, co porusza, co budzi czułość, ale nie należy do mojej drogi. 

    A może jest zupełnie o czymś innym. 

    Jednego jestem pewna. Koty muszą być wolne. 

  • 76. Algorytm. Sen o tym, co wyskakuje z nory.

    22/23.04.2026 

    Miałam dzisiaj dziwny sen. 

    Szłam polami z moim synem i może z kimś jeszcze. Zobaczyłam przepiękny widok: złociste zboże rosnące w dużej kępie, ozdobione makami i chabrami. Przepiękne na tle równie złocistego nieba, w cudownym świetle. 

    Chciałam zrobić zdjęcie, ale jak to zwykle bywa w moich snach – nie dało się. W moim aparacie nie było już pamięci. 

    Szliśmy dalej. Na polanie leżała olbrzymia, płaska donica, wysoka na około 30 cm i o średnicy około 3–4 metrów. Rosła w niej jakaś roślina, ale nie pamiętam jaka. Ziemia w donicy była przelana. 

    Wyjęłam całą zawartość i wyciskałam ją jak gąbkę. (To było niesamowite wrażenie, bo albo ja musiałam się do tej operacji powiększyć, albo donica zmalała). 

    Potem starannie ułożyłam z powrotem roślinę i ziemię wokół niej. 

    Szliśmy dalej. 

    Jakiś człowiek – nie wiem, czy właściciel terenu, czy po prostu mieszkaniec – powiedział, żebym uważała na pająki wyskakujące z norek znajdujących się na niewielkiej skarpie. 

    Zobaczyłam, jak z dziury w piasku wyskakuje pająk. Skoczył najpierw w prawo, potem w lewo, a dopiero wtedy na mnie, jakby musiał poruszać się według określonego wzoru. 

    Wystraszyłam się i strzepnęłam go z siebie. 

    Widziałam, jak inne pająki wyskakiwały z norek dokładnie w ten sam sposób. 

    Postanowiłam, że musimy stamtąd odejść. 

    W rzeczywistości ze wszystkich istot, boję się tylko pająków. 

    No cóż… poza pająkami boję się jeszcze czegoś. 

    Panicznie boję się, że mój syn powtórzy rodzinny wzorzec. W tamtym czasie przeżywał trudne chwile. Nie radził sobie po rozstaniu z dziewczyną i próbował regulować napięcie za pomocą alkoholu. 

    Widziałam, jak narasta we mnie lęk i nie czekałam. Byłam zdecydowana nie tylko chronić własne dziecko, ale także bronić własnych granic. 

    Najbardziej na świecie boję się tego algorytmu: 

    prawo, lewo, atak. 

    Musiałam strzepnąć z siebie tego pająka i odejść. 

    Na szczęście mój syn nadal idzie ze mną. 

  • 75. Smok – sen o tym, kto jest dla mnie. 

    21/22.04.2026 

    Byłam w budynku, którego przeznaczenie najbardziej przypominało akademik. Na najwyższym piętrze miałam swoje, a może wynajęte, mieszkanie albo lokal. 

    Za chwilę miałam prowadzić jakieś zajęcia, ale leżałam na leżaku przed budynkiem i udawałam, że śpię. Przyszła kobieta (która w rzeczywistości prowadzi zajęcia wokalne w tym samym budynku, w którym mieści się moja firma). „Pufałam” w taki bardzo specyficzny sposób. Kiedy kobieta już odeszła, uznając, że śpię, ze zdziwieniem zauważyłam, że nie mogę przestać „pufać”. (Pewnie naprawdę wydawałam takie dźwięki przez sen). 

    Wstałam, bo zbliżał się czas zajęć i poszłam na górę. Po drodze trafiłam do kawiarenki, w której spotkałam kobietę sporo starszą ode mnie. Rozmawiałyśmy o filmie wyświetlanym w kinie. Zastanawiałyśmy się, czy trafi do szerszego kinowego obiegu, czy będzie można go zobaczyć tylko w Kinie Konesera, do którego obie chodziłyśmy. (W rzeczywistości chodzę do Kina Konesera). 

    Przy stoliku obok siedział całkiem przystojny mężczyzna, jakiś wykładowca. Powiedział coś. Pomyślałam, że wtrącił się do naszej rozmowy, ale okazało się, że nie mówił do mnie. Trochę mnie to rozczarowało. 

    Poszłam na górę, ale zamiast prowadzić zajęcia, miałm opiekować się małym, około rocznym dzieckiem. 

    A w mieszkaniu zostawiłam malutkiego czarnego smoka wielkości kota. 

    Kiedy mnie nie było, smoczek trochę zniszczył przedpokój. Oderwał ze ściany kawałek okładziny wykonanej z jakiejś sztywnej tektury (?) i uciekł. 

    Wzięłam dziecko na ręce i wyszłam na poszukiwania zbiega. 

    Znalazłam go bardzo szybko. Brykał sobie po trawie nieopodal budynku. 

    Zawołałam go i natychmiast przybiegł. Gdy tylko stanął obok mnie, zaczął rosnąć. Był już wielkości labradora. Był przeuroczy. Taki radosny i ufnie kochający. 

    Weszliśmy do mieszkania. 

    Okazało się, że trwa jakieś studenckie święto i wszyscy ostro imprezują. Pod naszą nieobecność do mieszkania weszła grupa studentów. Uznali, że to świetne miejsce na imprezę. Palili marihuanę, a dym unosił się w powietrzu. 

    Kategorycznie kazałam im wyjść. 

    Nie chcieli, ale byłam zdecydowana i powołałam się na dobro dziecka, które nadal trzymałam na rękach. 

    Wyszli. 

    Spojrzałam na mojego smoka. 

    Był jeszcze większy. Teraz był wielkości tygrysa. Łasił się do mnie i skakał po mieszkaniu, po czym przybiegał po kolejną porcję czułości. 

    Pomyślałam, że nie możemy tam dłużej mieszkać, bo smok potrzebuje przestrzeni. 

    Musimy mieć dom pod miastem i dużo terenu, żeby mógł swobodnie się poruszać. 

    Wiedziałam, że będzie rósł. 

    Przecież to jeszcze mały smoczek. 

    Kocham ten sen całym sercem. 

    Nie jestem pewna co chce mi powiedzieć, może za jakiś czas wrócę tu i dopiszę kolejny komentarz. Bardzo bym tego chciała, a na razie… 

    Na własny użytek stworzyłam kiedyś prostą teorię. Według niej istnieją trzy typy mężczyzn: smoki, jaszczurki i podłe gadziny. 

    Podłym gadzinom nie poświęcę już w moim życiu ani minuty uwagi, opiszę pozostałe typy. 

    Mężczyzna Jaszczurka- piękny, inteligentny, wyjątkowo atrakcyjny. Oferujący w pakiecie pełen wachlarz emocji, olbrzymią intensywność, motyle i fajerwerki. Kiedy jednak spotyka się z codziennością, odpowiedzialnością, czymś trudnym lub wymagającym bez wahania, natychmiast i bez ostrzeżenia spieprza pod kamień. 

    Mężczyzna Smok- Smoki są inne. Nie są takie kolorowe, wydają się może trochę zimne na pierwszy rzut oka. Ale zimne są dla świata, bo wewnętrzny ogień zachowują dla swojej królowej. Nie błyszczą na pokaz. Nie potrzebują, bo są świadomi swojej mocy. Nie muszą jej nikomu udowadniać. Smok jest potężny, ale wobec swojej kobiety pozostaje czuły i delikatny. Wie co to odpowiedzialność, troska i szacunek. Kiedy wyobrażę sobie siebie mierzącą się z życiem, chcę mieć za sobą smoka. Takiego, który pozwala mi działać, ale stoi za mną i obserwuje. A kiedy cokolwiek mi zagrozi, nie zawaha się. 

    Nigdy. 

    A z takim smokiem… świat robi się za mały 😎