
Kiedyś, skrolując leniwie i bezmyślnie Instagram, zatrzymały mnie słowa pewnego mężczyzny. Przytoczę z pamięci jedynie fragment, ponieważ nie potrafię niestety odnaleźć tego postu, więc nie zacytuję całości:
„Chciałbym, żeby był przy mnie ktoś, kto, gdy będę najgorszą wersją siebie, powie mi: JESTEM. Nie zostawię cię.”
Pamiętam, że bardzo mnie te słowa poruszyły. Też chciałabym mieć przy sobie kogoś takiego. Kogoś, przy kim nie będę musiała być „jakaś”. Kto nie będzie mnie oceniał, a po prostu będzie przy mnie takiej, jaka w danej chwili będę. I nie będzie miało znaczenia, czy jestem słaba, czy silna, wesoła czy smutna, zdrowa czy chora. Ważne, że będę sobą.
A po chwili pomyślałam, że może ważniejsze od tego, aby KTOŚ był, jest BYĆ dla siebie samej kimś właśnie takim. I wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że po całej drodze, jaką przeszłam, uwolniłam właśnie tę moc zostawania przy sobie bez względu na okoliczności.
Teraz, kiedy zakończył się we mnie proces transformacji, w trudnych chwilach (które przecież nie zaczną mnie nagle magicznie omijać) mam siebie.
I nigdy już siebie nie zostawię.
A Wszechświat, jak to Wszechświat, testuje.
Jeśli nie znasz historii Arisa, znajdziesz ją tutaj:
Jeden z najtrudniejszych testów właśnie zdałam, choć wyobrażałam sobie, że ten egzamin będzie wyglądał zupełnie inaczej. Będzie wielki, spektakularny, jak krwawa bitwa, którą trzeba stoczyć. Myślałam, że jeśli kiedyś dojdzie do prawdziwej konfrontacji z moim ojcem, przejadę przez nią na białym koniu z mieczem w ręku, który ciąć będzie bezlitośnie i ważny będzie jedynie triumf. Ojciec będzie musiał uznać moją krzywdę i swoje sprawstwo, i błagać o wybaczenie.
Tylko że dziś już mnie nie interesuje ani to, co on myśli, ani nawet czy kiedykolwiek przeprosi. Możliwe, że zostawiłabym sprawę mojej największej traumy i szłabym dalej, nie oglądając się za siebie…
Tylko że Wszechświat wystawił mi na tacy możliwość konfrontacji i dał mi wybór, czy z niej skorzystam, czy nie.
Skorzystałam.
Mój starszy brat jest najlepszym człowiekiem, jakiego znam. Choruje na schizofrenię, ale dobrze sobie radzi. Mieszka z ojcem. Czasem mam wrażenie, że potrafi wyłączyć się z tego, co dzieje się wokół niego i schować we własnym świecie. Być może właśnie dlatego potrafią mieszkać razem.
Rzadko odwiedzam ojca, unikam tego, jeśli mogę. Z bratem rozmawiam częściej, pomagam mu w podejmowaniu ważnych decyzji, współpracuję z lekarzem, ale staram się nie bywać w przestrzeni, którą zajmuje ojciec.
Kiedy brat zaprosił mnie na urodziny, nie mogłam odmówić.
Kupiłam tort i prezent.
Usiedliśmy w trójkę przy stole. Brat poprosił mnie o podzielenie tortu. Kiedy kładłam porcje na talerzach, słuchałam ojca. Mówił o sobie. Kiedy brat nalewał kawę, ojciec mówił o sobie. Kiedy kończyliśmy deser, ojciec mówił o sobie.
Przerwałam mu w końcu w pół słowa i powiedziałam, że przyszłam tu dziś, żeby świętować urodziny. Urodziny mojego brata, więc chciałabym ten czas poświęcić głównie jemu.
Porozmawialiśmy chwilę o starych komputerach i programowaniu. Nie znam się na tym, ale mój brat to kocha, więc opanowałam kilka haseł źródłowych, które mój brat z rozkoszą rozwinął. Całkiem dobrze spędziliśmy ten czas, dopóki ojciec się nie wtrącił.
Mówił, że nie ma już siły, jest stary, schorowany i nie może liczyć na pomoc mojego brata w ogrodzie. Zaproponowałam, że pomogę bratu i wspólnie przytniemy róże. Faktycznie były już monstrualne i zagrażały konstrukcji dachu, wrastając pod dachówki, skąd musieliśmy niektóre pędy wyszarpać.
Ojciec stał nad nami i gderał, obrażając na zmianę mnie lub mojego brata. Oboje udawaliśmy, że nie słyszymy. Nawet kiedy zauważył, że przytyłam, tylko mnie to rozbawiło (bo żyjąc całe życie w przetrwaniu, miałam silną niedowagę, teraz moja waga plasuje się w normie, co faktycznie może wywołać szok 😉).
Kiedy przycinaliśmy ostatni krzak, przypomniało mi się, że pod nim pochowany jest mój pies. Niewielki, kudłaty, zabawny, wieczny szczeniak.
I wtedy, stojąc na grobie jednego psa, postanowiłam zapytać o los innego.
I pomimo ściśnięcia w gardle i łez napływających do oczu nie mogłam się już cofnąć. Zapytałam ojca, co zrobił z Arisem.
Przez chwilę się zawahał, zanim odpowiedział:
– No jak to co? Tutaj jest pochowany.
I wskazał dłonią pod krzak, przy którym staliśmy.
– Nie mówię o tym psie, mówię o Arisie. Co się z nim stało?
Patrzyłam ojcu prosto w oczy, poważna i zdecydowana.
– Myśliwy, któremu go pokazałem, był nim zachwycony, od razu zaprowadziliśmy go do tego chłopca. Gdybyś tylko zobaczyła tego biednego, chorego chłopca…
Przerwałam mu natychmiast wiedziałam że nie powie mi prawdy ale ja mogę powiedzieć nareszcie głośno i wyraźnie własną.
– Nie interesuje mnie ten biedny chłopiec. Interesuje mnie natomiast ta biedna, mała dziewczynka, KTÓRA STRACIŁA KOGOŚ, KOGO BEZGRANICZNIE KOCHAŁA – powiedziałam, dotykając swojej klatki piersiowej.
Ojciec patrzył na mnie bez słowa. Miałam wrażenie, jakby się skurczył. Jakby nagle stał się mniejszy.
– Czy ktoś zobaczył kiedyś to dziecko? Czy ktoś zobaczył kiedyś tę dziewczynkę?
Mówiłam z niezwykłym spokojem, jakby to było zwykłe, naturalne pytanie. Nic niezwykłego. Żadna bitwa.
Po prostu nie zgodziłam się już na opowiadanie tej historii za mnie.
Nie potrzebowałam niczego więcej. Nie potrzebowałam kary, zemsty czy gromów z nieba. Potrzebowałam prawdy.
– To był mój pies! – powiedziałam, odchodząc.
Poprosiłam brata, żeby odwiózł mnie do domu.
Ojciec stał chwilę oszołomiony, odprowadził nas do samochodu i pożegnał bez słowa. Pomachał bez uśmiechu, nie patrząc mi w oczy.
Nie wiem, czy ta rozmowa otworzyła coś w moim ojcu. To nie ma znaczenia.
Wiem natomiast, co dała nam, jego dzieciom.
Kiedy znaleźliśmy się w samochodzie, mój brat powiedział:
– On wtedy zadzwonił do babci Radka (nie mieliśmy telefonu, babia Radka to sąsiadka). Razem z Radkiem zaprowadziliśmy Arisa do pracy ojca. To ja go tam zostawiłem. – powiedział ze smutkiem.
To było rozdzierające serce wyznanie. Mój brat nosił przez dziesięciolecia nie swój ciężar. To nie on odebrał mi psa. Nie był za to odpowiedzialny. A nosił w sobie ogromne poczucie winy. Nareszcie ten ciężar mogłam z niego zdjąć.
– Mieliśmy straszne dzieciństwo – stwierdziłam ze łzami w oczach. – On jest po prostu zły.
– Gorzej… on jest gorszy.
– To psychopata – powiedziałam, patrząc na brata z czułością.
– To potwór – powiedział mój brat.
A potem wspominaliśmy koleżanki, kolegów i … co dobrego nas spotkało.
I potrafiliśmy znaleźć parę naprawdę dobrych historii.









