W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Blog

  • 14. List. Tu wszystko się zaczęło.

    Na początku 2025 roku na wernisażu moich prac pewna kobieta poruszona obrazem, tym, który namalowałam po spotkaniu z Darkiem. Spotkaniu, które uruchomiło we mnie zamrożony smutek. Kobieta zapytała co było inspiracją do powstania tak bardzo emocjonalnego dzieła. Kiedy odpowiadałam zrodziła się we mnie bardzo silna potrzeba, aby Darkowi opowiedzieć jak wiele spotkanie z nim zmieniło w moim życiu i żeby mu zwyczajnie podziękować. 

    Nie widzieliśmy się od lipca, nie było okazji, Darek zamknął firmę nie było więc powodu do spotkań. Późną wiosną byłam szczególnie szczęśliwa, w moim życiu pojawiać zaczęły się całkowicie nowe osoby z zupełnie inną energią, również co zaskakujące mężczyźni, ale nie byłam jeszcze gotowa na relację. Nie miałam takiej potrzeby. Sprawy zawodowe układały się świetnie, a materialne co najmniej zadowalająco. W moim życiu pojawiło się więcej światła i lekkości. Wydawało mi się, że nie może być lepiej, bo przecież nigdy nie było tak dobrze. Nigdy nie czułam się tak bezpiecznie. Przyszła wtedy refleksja, że gdyby nie Darek nie byłoby mnie w tym pięknym miejscu. I powtórnie pojawiła się we mnie silna potrzeba, żeby okazać Darkowi wdzięczność. Napisałam mail. Opisałam szczerze, ale dość ogólnie, pomijając te “najdziwniejsze” w mojej ocenie doświadczenia proces jaki we mnie dzięki temu spotkaniu zaszedł. Podziękowałam pięknie i nie spodziewając się więcej niż “Super, cieszę się, że mogłem pomóc”, uznałam, że mogę iść dalej w życie. Nie wiedziałam wtedy, że to nie był koniec naszej wspólnej drogi. To był dopiero początek. Początek mojej transformacji, w której Darek był katalizatorem zmian i strażnikiem progu. Po raz drugi dzięki naszej relacji zauważyłam, że to “dobre miejsce” w którym byłam było zaledwie przedpokojem domu, w którym chciałam zamieszkać.  

  • 13. Czułość. Sen o ratowaniu. 

    Raczej nie jestem osobą skłonną do bliskiego kontaktu i zażyłości z ludźmi, nawet z najbliższymi, tylko moje dziecko było przytulane i całowane zupełnie naturalnie. Mój były mąż bliskość automatycznie wiązał z seksem. Ojciec nie był czuły a kontakt fizyczny kojarzył mi się jedynie z przemocą z jego strony. Matka czułość okazywała międląc moje ucho, co mnie tylko denerwowało, więc unikałam tego jak tylko mogłam. Z zasady więc nie dotykam ludzi, chyba, że oni wyjdą z tym pierwsi. Moje zawodowe dzieci często chcą się przytulać, z tym nie mam problemu, bo to dzieci. A dzieci mają wielką potrzebę przytulania ludzi, których uznają za ważnych. Czuję się więc zaszczycona i z radością przytulam.  

    Kiedyś Darek zorganizował dla moich zawodowych dzieci specjalną imprezę, zaproszeni byli też rodzice.  Miało mnie tam nie być, choć byłam zaproszona (nie chciałam uczestniczyć w tym wydarzeniu, uważałam, że to rodzice powinni byli tam być ze swoimi pociechami, nie chciałam zakłócać tego spotkania moją obecnością, była to pierwsza okazja, kiedy udało się zaangażować rodziców w życie naszej małej społeczności) ale nie miał kto przyprowadzić chłopca z domu dziecka, więc musiałam jednak być obecna. Wydarzenie było przepięknym świętem dla moich dzieci. Cudowne kakao, pyszne ciasto i zabawa bez granic. Patrzyłam na radość moich podopiecznych, na uśmiechnięte twarze rodziców. Byłam Darkowi bezgranicznie wdzięczna. Kiedy wszyscy już wyszli podeszłam do Darka, żeby mu podziękować i spontanicznie, zupełnie naturalnie go przytuliłam. Zdarzało mi się już przytulać ludzi w podobnych sytuacjach, to taki towarzyski gest “dziękuję”, absolutnie nic osobistego. W tym wypadku było inaczej. Darek przytulił mnie w bardzo czuły i absolutnie nieprzekraczający sposób, dotykając jednocześnie policzkiem mojego policzka. Poczułam ciepło, co ja mówię… gorąco na mojej twarzy. Jego policzek był bardzo ciepły i miałam dziwne uczucie jakby to ciepło we mnie wniknęło i pozostało. Kiedy tylko pomyślałam o tej chwili, przez dobre dwa tygodnie czułam ciepło na policzku i … byłam tak bardzo pogubiona. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Nigdy nie czułam czegoś podobnego. Otworzyła się we mnie dzięki temu wydarzeniu, jakaś bardzo długo zamknięta część. Pojawiło się we mnie nieoczekiwanie miejsce na bezpieczną czułość w relacji z mężczyzną. To było coś OGROMNEGO. Nie byłam wtedy na to gotowa, ale otworzyło to swego rodzaju “kanał czułości”, który dojrzewał we mnie przez najbliższy rok. A ciepło rosło i stawało się powoli naturalne i bezpieczne. Kilka tygodni po tym wydarzeniu  przyszedł sen: 

     Sen o ratowaniu Darka, lipiec 2024 

    Przechodziłam obok firmy Darka. Może chciałam iść do pobliskiego zakładu usługowego, nie pamiętam. W każdym razie nie planowałam wejść do środka. Po prostu przechodziłam obok. Zaniepokoiły mnie jednak jakieś dziwne hałasy, podniesione głosy, dźwięki jakby uderzania ciężkimi przedmiotami. Było to bardzo niepokojące. Weszłam do środka i zobaczyłam go. Stał pośrodku największego z pomieszczeń i chwiał się na nogach. Nie miał siły zrobić nawet jednego kroku. Podbiegłam i przytrzymałam go w ostatniej chwili. Próbowałam zaprowadzić go do łóżka. Do firmy przylegało mieszkanie, wyglądało na “służbowe”. Bardzo surowe w wystroju, ale było bezpiecznym miejscem. Darek był bardzo ciężki i bez przerwy mnie za to przepraszał. Byli tam też dwaj  mężczyźni,  współpracownicy Darka. Jednego z nich poznałam osobiście i bardzo polubiłam w realnym życiu, drugiego widziałam tylko raz, kiedyś w przelocie. Ten drugi w śnie był bardzo agresywny, wrzeszczał na Darka “masz natychmiast wracać”, “w dupie mam, jak się czujesz” i inne w tym stylu mocno okraszone przekleństwami. Chciał nas zatrzymać siłą. Ten Pierwszy próbował go odciągnąć, szarpali się, przewracali sprzęty, na podłogę spadały elementy wyposażenia bardzo charakterystyczne dla tego miejsca. Zapytałam Pierwszego czy uda mu się ustawić z tych sprzętów mur, który nas ochroni? Musiałam obiecać, że dopilnuję, żeby Darek wrócił. Skłamałam wtedy z premedytacją, że TAK. Ale nie miałam zamiaru obiecywać za niego. Pomógł mi przeprowadzić Darka budując mur. Temu Drugiemu wydałam jakieś absurdalne dyspozycje, żeby odwrócić jego uwagę od Pierwszego. Przeszliśmy. Zatrzasnęłam drzwi i ułożyłam Darka na łóżku. Było cicho i spokojnie. Klęczałam obok jego łóżka. Pocałowałam go w czoło i gładziłam włosy a on mamrotał wciąż, że jesteś ciężki i że przeprasza. Miałam wrażenie, że już śpi, kiedy to mówi. Upewniłam się, że śpi i dopiero wtedy się rozpłakałam. 

    Kiedy nasze policzki się spotkały, mój układ nerwowy dostał coś, czego wcześniej nie znał. 
    Doświadczenie, że kontakt z mężczyzną może być ciepły, delikatny, czuły, nieprzemocowy i niewymagający. 
    Może być BEZPIECZNY. 

    Nigdy nie powiedziałam Darkowi, co wtedy poczułam, a mimo wszystko rok później CZUŁOŚĆ była głównym uczuciem, z jakim kojarzyłam naszą relację. A sen sprzed roku okazał się cichą zapowiedzią przyszłej bliskości.

  • 12. Smutek – początek powrotu do SIEBIE 

    Nigdy nie płakałam.

    Bo przecież “chłopaki nie płaczą” a ja byłam najlepszym synem mojego ojca. To ja wkręcałam śrubki, wbijałam gwoździe i regulowałam telewizor, gdy śnieżył. W moim domu nie płakaliśmy, bo i po co? Trzeba było dzielnie znosić. Znosić WSZYSTKO. Płacz był słabością a my nie mogliśmy być słabi. Słabi muszą zginąć a my… musieliśmy przetrwać.  

    Kiedy rozstałam się z mężem, byłam pewna, że przetrwam. Musiałam tylko rozwieść się z godnością, nie pozwolić odebrać sobie i dziecku mieszkania oraz utrzymać wszystko (dziecko, dom, zwierzęta i siebie oczywiście). Trudne, ale dam radę, przecież nie ma innego wyjścia. 

    Darek, którego znałam tylko na stopie czysto zawodowej zaprosił mnie na kakao. 

    Trochę dziwne to było zaproszenie.

    Przeczytał mój wpis na fb lub Instagramie. Zdawało mi się, że post był zupełnie neutralny, o równowadze w życiu i potrzebach jakie w sobie dostrzegam. Zaproszenie na kakao bardzo mnie zdziwiło, bo dopisek “nie martw się wszystko będzie dobrze” bardzo mnie zaskoczył.  Słowem w poście nie pisnęłam, że coś może nie być dobrze. Konsultowałam nawet z przyjaciółką, czy można wyczytać tam cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że potrzebuje pocieszenia lub wsparcia. Niczego takiego nie zauważyła.

    Bardzo dbałam zawsze o to, żeby się nad sobą nie użalać i nie daj Boże nie sugerować komukolwiek, że może czegoś potrzebuję. A prośba o pomoc nigdy nie przeszłaby mi przez gardło. A tu ledwo znany mi człowiek, do którego co prawda czułam pewną słabość, sugeruje, że nie jest u mnie “dobrze”.

    No jak nie jest? Jak jest!

    Radzę sobie przecież. Pracuję po12 –14 godzin na dobę, na szczęście w połowie w domu, więc dziecko, które przygotowuje się do matury może na mnie liczyć. Rozwód -bardzo trudny- ogarniam. Chodzę na terapię indywidualną i grupową.

    Jakie “…będzie dobrze”?

    JEST DOBRZE!!! 

    Nie poszłabym na to kakao, gdybym nie miała z Darkiem do ustalenia kilku zawodowych kwestii.  

    To było najważniejsze kakao w moim życiu. Poszliśmy (ze względów zawodowych) do oddzielnej sali. Tam nikt nam nie przeszkadzał. Pijąc kakao załatwiliśmy co mieliśmy do załatwienia a później… rozmawialiśmy o duchowości, szokujących nieco ceremoniach i szamanizmie. Już sama ceremonia kakao była dla mnie lekko odrealniona, lubię ludzi autentycznych i kolorowych wiec słuchałam z uwagą, ale i lekką rezerwą. Potraktowałam to jak ciekawą opowieść, która mnie umiarkowanie wciągnęła, bo stojąc mocno na ziemi nie miałam nigdy potrzeby duchowych poszukiwań. Nawet w kościele mnie nie widywano, poza epizodem, w którym to mój syn postanowił śpiewać w kościelnym chórze dziecięcym i musiałam mu towarzyszyć. Uznałam to za fanaberie kolorowego chłopca po czterdziestce, który ma potrzebę mocnych doświadczeń, ale w końcu, kto bogatemu zabroni? Słuchałam trochę jak opowieści z “Rio Anakondy” Cejrowskiego, zupełnie inny świat, całkowicie nie mój. 

    Nie wiem, kiedy rozmowa zeszła na mój temat. Właściwie to nie pamiętam dokładnie czego dotyczyła. Pamiętam, że mówił o drzwiach. O tym, że czasem wystarczy chwycić za klamkę, a czasem drzwi same się otwierają lub mijamy je i widzimy uchylone i od nas zależy, czy przejdziemy przez nie, czy nie. 

    W jakim kontekście mnie to dotyczyło… nie pamiętam. Pamiętam drzwi w ciemnym korytarzu, które sobie wtedy wyobraziłam i cienką stróżkę światła snującą się na podłodze.  

    Niemal biegłam do domu ze ściśniętym gardłem. A kiedy dobiegłam, przekręcając klucz w zamku już płakałam. Płakałam i nie mogłam przestać. Łzy lały się ze mnie strumieniami, nie mogłam ich powstrzymać. Trwało to nieskończenie długo. Po dwóch godzinach nieprzerwanego płaczu, postanowiłam, że czas najwyższy to przerwać. Zdecydowałam, że malowanie będzie ukojeniem. Malowałam więc, malowałam obraz na zamówienie i… namalowałam inny. Namalowałam coś czego nie chciałam namalować i łzy płynęły mi w tym czasie po policzkach, choć byłam spokojna i skupiona. Tych łez nie dało się zatrzymać, one musiały się wylać, do końca. Płakałam ponad cztery godziny, a obraz… to pełnia emocji, emocji, do których nareszcie miałam prawo.  

    Po kilku dniach przyszedł sen. Pierwszy sen od dwóch lat. 

    22/23.01.2024 

    Kupiłam owoce w sklepie usytuowanym na parterze wysokiego budynku. Jakiś czas później (nie pamiętam co się działo pomiędzy) znalazłam się na dachu tegoż budynku. Trwała tam w najlepsze jakaś impreza, w której brałam udział.  Muzyka, rozmowy, żarty.

    Nagle spostrzegłam moją sprzedawczynię, która wypiła coś i krzycząc, że zawsze chciała to zrobić wzięła długi rozbieg i skoczyła z dachu.

    Mówili, że się zabiła. Nie patrzyłam w dół. Zeszłam po schodach i wyjrzałam na podwórze. Leżała na swego rodzaju płachcie. Wyglądającej jak szpitalny podkład higieniczny, ale większy niż zwykle. Na mój widok podniosła głowę. Zaniepokoiłam się, bo wymagała pomocy medycznej a pogotowie odjechało już stwierdziwszy wcześniej zgon. Próbowałam wezwać pomoc. Dzwoniłam na 112, ale zanim wpisałam kolejną cyfrę w telefon poprzednia znikała. Próbowałam wiele razy, uznałam, że w ten sposób jej nie pomogę i wyruszyłam w drogę poszukując lekarza. Przypomniałam sobie, że niedaleko jest przychodnia lekarska. Tam próbowałam znaleźć pomoc, ale nikt nie chciał jej udzielić. Wymyśliłam, że użyję innego numeru i zadzwonię do ratowników medycznych. Wróciłam do tej biednej kobiety, zadzwoniłam do ratowników i przekazałam im stan chorej. Sina opuchnięta twarz, ból karku i kręgosłupa, niedowład w kończynach górnych, przykurcze w dolnych. Mężczyzna w słuchawce powiedział, że jedzie. Znalazłam pomoc. 

    Potem nic już nie było jak dawniej a duchowość zaczęła powoli wchodziłć do mojego życia przez delikatnie uchylone drzwi. 

  • 11. WYTRZYMAM WSZYSTKO!!! Jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym. 

    Wczoraj wracając do domu byłam świadkiem wypadku, w którym ucierpiał maleńki piesek. Okoliczności wypadku w sensie winy i odpowiedzialności były niejasne, ale nie one są przedmiotem tych rozważań. Widok małego, trzęsącego się i dyszącego z szoku zakrwawionego psa, był impulsem, który uruchomił we mnie prawdziwą emocjonalną lawinę. Piesek był zaopiekowany, kiedy byłam już blisko widziałam kilka zakrwawionych chusteczek i dwie kobiety na kolanach pochylone z troską nad pieskiem. Nic tu po mnie, szłam dalej.

    Po kilku krokach poczułam się strasznie. Jakbym to ja klęczała nad krwawiącym psem i w dodatku miała związane ręce. Jakbym była kompletnie słaba i bezradna. Poczułam wzbierający we mnie szloch. I jedyne czego chciałam to wtulić się w Darka i płakać. Niemal dobiegłam do domu i płakałam najpierw z żalu, że takie maleństwo doznało krzywdy, potem z tęsknoty za silnymi, bezpiecznymi ramionami Darka. Chciałam móc mu powiedzieć co widziałam, jak mną to wydarzenie wstrząsnęło, jak silnie to przeżyłam, jak wielki lęk w sobie poczułam. Już raz przeprowadził mnie przez potężne graniczne doświadczenie. Przyjął wszystko, łzy, emocje, pytania, twierdzenia i wszystko inne czego w ogóle nie pamiętam. I był! i nie opuścił mnie nawet na chwilę, dopóki nie upewnił się, że jestem spokojna i bezpieczna. Potrzebowałam go teraz bardzo. Nie miałam przy sobie nikogo, a już w ogóle nikogo kto mógłby mi zapewnić choć przybliżoną jakość obecności.

    To wydarzenie uruchomiło we mnie dwa ważne tematy. Nieprzeżytą traumatyczną sytuację dotyczącą mojego własnego psa i wzorzec relacyjny który leżał u podstaw 26 lat mojego małżeństwa. 
     

    1.  Pies

    Mojego psa zaatakował amstaff. Mój piętnastoletni syn prowadził naszą suczkę na smyczy ja z byłym mężem szliśmy jakieś 30 m za nimi. Amstaff pojawił się dosłownie znikąd. Chwycił naszego solidnej budowy 17 kg teriera i zaczął wywijać nim w powietrzu jak szmacianą lalką. Mój syn obracał się dookoła z psem na smyczy, mój mąż krzyczał a ja bez słowa, bez analizy, bez czucia absolutnie żadnej emocji pobiegłam w stronę psów i syna.

    Kiedy dziś o tym myślę, była to tylko sekwencja kolejnych ruchów, bez myśli, czysta, po kolei i konsekwentnie. Kiedy dobiegłam do psów, zdecydowanie włożyłam dłoń pod kolczatkę amstaffa przekręciłam ją obracając obrożę w ósemkę i uniosłam przyduszonego psa do góry. Natychmiast puścił moją suczkę. Trwałam w tej pozycji z psem, dopóki nie przybiegł właściciel. Oddałam mu psa. Kobieta współwłaścicielka psa przekrzykiwała się z moim byłym mężem. Zobaczyłam moją zakrwawioną suczkę. Zdecydowanie przerwałam wrzaski i wydawałam dyspozycje. Pani zabiera psa. Pan organizuje transport i wiezie nas do weterynarza. Pan płaci za leczenie. Ja zadzwoniłam do przychodni, wzięłam psa na ręce i szłam za mężczyzną. W samochodzie trzymałam na kolanach zakrwawioną suczkę. Uciskając mocno najbardziej krwawiącą ranę. U weterynarza zadawałam rzeczowe pytania, pomagałam lekarzowi w pierwszych czynnościach. W czasie zabiegu pojechałam do domu przygotowałam nowe miękkie posłanie, bo suczka spała na wiklinowym koszu, wiedziałam, że przez jakiś czas nie wskoczy na górę. Wróciłam do weterynarza, odebrałam psa. W domu położyłam się obok niej na podłodze i zasnęłam. Spałam jak kamień razem z nią, nie chciałam odejść nawet na chwilę. Następnego dnia bolało mnie całe ciało, każdy chyba mięsień. 

    Przeszłam w tryb zadaniowy. Normalne obowiązki rodzinne i zawodowe, poza tym opieka nad psem, leki, czyszczenie drenów, zmiany opatrunków noszenie na krótki spacer. Wszystko sama. Nie było czasu na emocje był tryb zadaniowy. Nie uroniłam nawet jednej łzy. Od początku do końca byłam tylko skuteczna. Troskliwa, opiekuńcza, ale przede wszystkim SKUTECZNA.  

    Nie było tu czasu na analizę, było tylko działanie i zwykłe dla mnie, znane mi od zawsze przetrwanie.  

    2.  SEN 80.

    Zdziwiło mnie trochę, kiedy przyszedł dzisiejszej nocy trudny sen. Obudziłam się bardzo zmęczona i przybita. Jak często bywa, główną postacią pokazującą mi trudny relacyjny wzorzec był bogu ducha winny Darek. Jako mój osobisty katalizator pracuje we mnie nadal choć nie widzieliśmy się już prawie 10 miesięcy i nigdy nasza relacja nie była nawet zbliżona do tej ze snu. A jednak to jego moja podświadomość wybiera, aby pokazać mi wszystko co potrzebuję w sobie uzdrowić. 

    8/9.05.2026 

    Oglądałam jakby z zewnątrz (ani to przez ekran, ani zaglądając do ich pokoju, trudno mi to wytłumaczyć) życie pary absolutnie stukniętej na punkcie swoich psów. Psów było mnóstwo chyba kilkadziesiąt, małych, głównie były to chihuahua.  

    Z moimi zawodowymi dziećmi poszliśmy do nowej firmy Darka (stara firma nie istnieje już w rzeczywistości). Przyprowadziła mnie tam moja koleżanka. Przywitałam się z Darkiem z dużą rezerwą. Nie wiedziałam, że to miejsce istnieje. Nie wiedziałam, że stworzył nowe miejsce na wzór zamkniętego. Było mi trochę przykro, że mi o nim nie powiedział. Ale pomyślałam, że w ogóle tego nie ogłosił, że o tym miejscu wiedzą tylko nieliczni. 

    Nieliczni, ale mnie wśród nich nie było. 

    Zapytałam, czy planuje oficjalne otwarcie. Nie był pewien. To były cztery duże przestronne pokoje w kamienicy, atrybutów tego miejsca było dużo więcej niż w poprzednim. Oceniałyśmy z koleżanką przestrzeń pod kątem potrzeb dzieci i zauważyłyśmy, że nie ma toalety. Chciałam też wiedzieć tak trochę w formie żartu, czy jeśli komuś zrobi się nagle niedobrze to ma miejsce, żeby sobie spokojnie np.  zwymiotować ;). Powiedział, że nie, więc na szybko przygotowałam raczej symboliczną spluwaczko/rzygaczkę z gliny opakowaną z folię aluminiową postawiłam na stole i powiedziałam, że „to w razie czego” . Puszczając przy tym oczko. Przytulił mnie jednym ramieniem, było potężniejsze niż pamiętam. Pomimo tego, że mnie przytulił nie czułam bliskości, którą czułam kiedyś. Był trochę zdystansowany. Nie wiem, czy to wyczułam, czy to powiedział, czy dał mi tylko do zrozumienia, ale pomyślałam, że on nigdy nie dojrzeje do prawdziwego związku.

    Wyszłam na duży taras i położyłam się na podłodze była zrobiona ze starych drewnianych desek. Leżałam tak na boku zmęczona i zrezygnowana. Okazało się, że wzięłam jakąś tabletkę poronną i właśnie na tym dachu straciłam dziecko. Przyszła moja koleżanka i zawołała Darka. Powiedziała, że to przez niego, że to przez jego niedojrzałość. Był przerażony, nie wiedział o ciąży. Całą tę scenę oglądałam z boku, patrząc również na siebie. Byłam w tej scenie bardzo młoda i nadal leżałam na drewnianych deskach. Wyglądałam jakbym spała w pozycji embrionalnej. Pierwszy raz w tym śnie Darek zachowywał się jakby mu naprawdę zależało, jakby potrzebował wstrząsu, żeby poczuć coś do mnie. Ja byłam rozczarowana, myślałam we śnie, że jak to? Że spotykaliśmy się przecież, że ciąża nie wzięła się z powietrza a jednak nie wpuszczał mnie do swojego życia. Nie wiedziałam nawet o nowej firmie i dopiero tragedia go otworzyła na uczucie. Wyszłam, ale nie wiem czy ta ja obserwująca, czy ja z podłogi również.

    Wchodziłam do pewnej instytucji kultury (współpracuję z nią w realu) drzwi były nowo zamontowane i portier chciał mi tłumaczyć, jak działają, ale przerwałam mu w pół słowa, ja doskonale wiedziałam JAK. Był ze mną mój nie żyjący od dwudziestu lat pies. Miałam z jakąś inną firmą współtworzyć pewne wydarzenie. Mężczyzna, z którym współpracowałam powiedział, że napisał projekt, który zakłada, że wszystkie podobne do naszych firmy w mieście mają tworzyć tu teraz podobne wydarzenia. Byłam zła, bo wpuściłam tego człowieka w moją przestrzeń a on chce ściągnąć tłumy innych. W pewnym sensie zagarnął miejsce, które było niemal wyłącznie moje i rozdaje je na lewo i prawo.  

    Przez całe życie wiązałam miłość z wytrzymywaniem. Wytrzymywałam wszystko – bezradność wobec niedojrzałość męża, niewidzenie mnie i moich potrzeb, brak zaangażowania i odpowiedzialności. Wytrzymywałam moje przeciążenie emocjonalne i często również fizyczne wynikłe ze stałego reagowania na cudze potrzeby i ignorowanie własnych, stałą czujność i nadodpowiedzialność. Co ciekawe sen pokazał mi, że mimo, że byłam w związku nigdy nie zostałam tak naprawdę wpuszczona do świata mojego partnera. Nie było w jego życiu miejsca na mnie prawdziwą, na moją słabość czy emocje. Ja miałam ogarniać, zabezpieczać, unosić za dwoje. 

    Teraz jestem w innym miejscu. Dzięki Darkowi i wizji z hipnozy regresyjnej wiem czym jest prawdziwa męska obecność. Dlatego we śnie nie mogłam rozwijać czegoś co nie ma przestrzeni do życia. Nie mogłam trwać z kimś, kto dostrzega mnie tylko wtedy, gdy wydarzy się katastrofa.  Mogłam spokojnie porzucić to miejsce i relację.

    Rozpoznałam wzorzec, znam mechanizm, portier nie musi mi go tłumaczyć. To bardzo stare miejsce we mnie: żeby ktoś naprawdę mnie zobaczył, musi się coś stać. Spokój nigdy nie wystarczy. Moje zwykłe istnienie nie uruchomi obecności drugiego człowieka. Dopiero potężny kryzys może otworzyć emocje innych. 

    To trudne. Bardzo bolesne, ale pomimo wszystko niezmiernie cieszę się, że i to miejsce w sobie zobaczyłam tak wyraźnie. Bo teraz mogę powoli i z czułością zacząć je w sobie uzdrawiać.  

  • 10. Pod skrzydłem Kruka

    Dokładnie 8 marca 2022, mój mąż odpuścił. Wiedział już, że nigdy nie będzie tak “jak było”, nie był w stanie wziąć odpowiedzialności za siebie i za swoją część naszej relacji. Miał kolejny nawrót choroby alkoholowej i “przyjaciółkę” o podobnych zainteresowaniach. Wiedział, że ze mną to już nie przejdzie, więc wspólne życie nie było teraz możliwe. Ale jednocześnie nie zamierzał się wyprowadzić. Chciał… mieć ciastko i zjeść ciastko. 

    Atmosfera była ciężka, więc zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyniosłam się do mojej firmy. Dwa pokoje w biurowcu, bez łazienki były lepsze niż moje dotychczasowe życie. I tu po raz pierwszy wkroczył mój 17-letni syn (zadbał bardziej o siebie niż o mnie), nie chciał mieszkać z ojcem i zawstydził go tak bardzo, że to on spał na materacu w moim gabinecie i w ciągu miesiąca znalazł sobie w końcu mieszkanie. 

    W tym samym czasie, bo jak się sypie to po całości, dramatycznie pogłębiła się choroba mojej matki. Wtedy też zrozumiałam naprawdę dynamikę rodzinną. To, że ojciec manipulował i przekierowywał na matkę winę za to, co de facto sam robił rodzinie. To były bardzo trudne miesiące, bezpośrednio po rozstaniu z mężem. W obciążeniu kłopotami materialnymi, po pracy, w której nie mogłam pokazać słabości czy smutku jechałam do matki, żeby ją umyć, zadbać o nią i walczyć z ojcem, który był podły i opiekę udawał jedynie przy obcych. Przez walkę z systemem medycznym i prawidłową diagnostyką. Przez zderzenie z sądownictwem, które działało na tyle opieszale, że matka nie doczekała postanowienia sądu w sprawie ubezwłasnowolnienia, które dawało mi prawo do znalezienia dla niej lepszego miejsca na ostatnie dni. Bardzo traumatyczne chwile. 

    Od kwietnia poddałam się i zaczęłam brać leki przeciwdepresyjne i regulujące sen. Spałam, ale nie śniłam przez dwa lata. Kiedy zdawało się, że nie dam już rady… w czerwcu pierwszy raz przyszedł kruk. Pisałam coś i nie mogłam zebrać myśli i… nagle zaczęłam rysować. Nigdy dotąd nie miałam na to czasu. Nie myślałam wtedy co robię i dlaczego, nie miałam planu ani kierunku. ON w pewnym sensie sam się narysował. Piękny, dumny, bardzo elegancki. To niezwykle kojące doświadczenie było, jak sądzę zastępstwem za sny. Rysunki były na tyle symboliczne, że odpowiadały nawet na niepostawione jeszcze pytania. 

    Tak naprawdę wtedy dopiero zaczęłam naprawdę TWORZYĆ.

    Kruki w pewnym stopniu niosły mnie aż do 2025 były motywem większości z moich obrazów. Mówi się, że kruk to ptak przejścia, wyjścia z ciemności do światła.

    Obejrzałam niedawno “Czas kruka” z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej. Poszłam, bo pomyślałam, że zobaczę tu mój proces innymi oczami. Co do idei, wszystko było jak u mnie, kruk przeprowadził bohatera przez ciemność, ale moje kruki były inne. Moje kruki były ciche, łagodne, porządkujące emocje, dające chwile kontemplacji i nieprawdopodobne wglądy. Dodawały mi siły i nie potrafiłam tego wtedy do końca wytłumaczyć, ale czułam opiekę. Miałam silne przeczucie, że nie jestem sama, nawet kiedy jestem sama. 

    Kruki odprowadziły mnie aż do progu 7.07.2025. I zniknęły nagle, bo nie były już potrzebne. Pożegnały się pięknie i kiedy myślę o nich w tamtym właśnie granicznym momencie, też były ze mną. One i Darek moi strażnicy przejścia. Zawsze myślę o nich z miłością i wdzięcznością i nawet teraz kiedy w moim życiu króluje spokój i bezpieczeństwo, przychodzą czasem takie chwile, że tęsknie i za NIM i za NIMI. Bardzo.  

    A film polecam, jest naprawdę niezwykły. 

  • 9. Złość – pierwszy moment kiedy przestałam iść cudzą drogą.

    Długo zastanawiałam się jak opisać moje początki na drodze do siebie. Ostatecznie postanowiłam zamieścić fragment autentycznego listu do Darka, człowieka, który odegrał ważną rolę w mojej transformacji. Dziś widzę to szerzej, ale list jest na swój sposób żywym świadectwem procesu i miejsca w jakim wtedy byłam. Przytaczam go w niezmienionej formie, poza drobnymi szczegółami, które musiałam zmodyfikować aby zadbać o zachowanie anonimowości osób i miejsca.

    ” (…) Wiesz, że byłeś pierwszą osobą, dzięki której poczułam złość? 

    I to przy pierwszym spotkaniu 🤣.  

    Ten “wkurw” właśnie był motorem mojej przemiany. 

    A to było tak… 

    Rozdział 1. 

    “O tym jak (…) rozpieprzył moje małżeństwo jednym, nieco przydługim spojrzeniem”. 

    Letni niedzielny poranek. Wstałam wcześnie jak zwykle. Nakarmiłam zwierzynę i zajęłam się domem. Musiało być przecież idealnie, tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Potem śniadanie, zdrowe, pożywne i pięknie podane, tak aby nikt się nie przyczepił. Dla każdego co innego. Dla syna inne, bo ma alergię dla “męża” inne, bo trzeba zadowalać a dla mnie co tam zostanie byle bez mięsa. 

    Przygotowane, więc idę na krótki spacer z psem. Wstali, “mąż” wściekły, więc trzeba zająć się jego złością “rozładowuje” chronię dziecko. Potrafię. Matka zwykle wysyłała mnie z misją “tato jest zdenerwowany” i miała przerażenie w oczach jakby za chwilę miała umrzeć. Musiałam ją uratować, będzie lepiej jak ja umrę, więc szłam ja. Byłam jak żołnierz na pierwszej linii frontu “zwyciężyć albo zginąć”. Miałam wypracowany szeroki wachlarz strategii, więc często zwyciężałam, ale żeby tego dokonać nie mogłam czuć. Przechodziłam więc w tryb zadaniowy. Ja PIĘCIOLATKA!!! I tak już zostało. 

    Po śniadaniu, tryb KO-wiec. Syn umówił się z kumplami. Buziak na drogę “Jedź ostrożnie”. Wsiadł na rower. Pojechał. Nie trzeba ogarniać. 

    “Mąż” pyta co będziemy robić? Proponuję kilka opcji. Wybiera „nowe  miejsce w mieście”. 

    Ubieram się. Założyłam spodnie i koszulkę. “Tak chyba nie wyjdziesz!!!”. Przebieram się. Krótka czarna sukienka. Aprobata. Wychodzimy. 

    „Nowe miejsce w mieście” puste, nie ma nikogo, meble i inne przedmioty tylko przy jednej ścianie, naprawdę nowe miejsce. Nic nadzwyczajnego. “Mąż” sobie ogląda. Ja czekam w pierwszym pomieszczeniu przy schodach. 

    I wtedy wchodzisz TY.  

    Idziesz wolno po schodach i przez cały czas patrzysz na moje nogi!!! Ani jednego spojrzenia na twarz!!! A miałeś czas!!! Szedłeś po tych schodach naprawdę wolno! Wtedy poczułam prawdziwą złość. Ale nie można pokazać. Trzeba zdusić. Byłam miła i rozmawialiśmy o „Nowym miejscu w mieście”. Pozwoliłeś, więc “mąż”  w tym czasie wypróbowywał wszystkie możliwości jakie dawało „miejsce”. Obiecałam “rozsławiać” pożegnaliśmy się i tu historia powinna się zakończyć. 

    Tylko, że złość rosła. I zaczęła mnie zmieniać. Nie godziłam się już na traktowanie mnie jakbym była użytecznym przedmiotem. Zajęło mi to jakiś czas, ale wtedy ZOBACZYŁAM i później dostrzegałam co raz częściej i nie było już mojej zgody na bycie NOGAMI. Nie dawałam się już wciskać w uprzedmiotowiające ciuchy, role czy relacje. I wtedy rozpętał się prawdziwy chaos. “Mąż” uruchomił wszystkie środki, żeby było tak “JAK BYŁO”. To było prawdziwe piekło. 

    Tylko, że ja już nie pozwoliłam się złamać. Byłam jak skała. A w najgorszych momentach widziałam TWÓJ wzrok na moich nogach i to dało mi siłę. Siłę płynącą ze złości. 

    Dziękuję. Uwolniłeś mnie wtedy. 

    Pięknego dnia 😘 „

    Kiedy dziś myślę o tamtym dniu, nadal czuję niewysłowioną wdzięczność. Był to moment przebudzenia. Iluzja opadła i już nie było możliwości powrotu. Później terapia, rozwód i budowanie siebie krok po kroku – konsekwentnie i z determinacją. Najpierw ciało, potem umysł a na końcu dusza.

  • 8. NIEWYBIERALNA III

    A potem przyszedł sen.

    23/24.04.2026
    Brałam udział w przygotowaniach jakiegoś dużego jubileuszu. Czterdziestolecia szkoły? Nie wiem dokładnie. Układałam stosy kanapek na wielkich tacach.
    W pewnym momencie znalazłam się w sklepie. Byłam tam z Darkiem. Był zaangażowany w zakupy, nie zwracał na mnie większej uwagi. Przyglądałam się mu.
    Kiedy się po coś schylił, zwróciłam uwagę na jego spodnie. Szarawary. Zwykle mają dużo materiału między nogami, ale u niego ta tkanina była usztywniona. Wyglądała jak pikowana pianka w kształcie prostokątnej deski. Zastanawiałam się, czy pełni jakąś funkcję. Może to kieszeń? A może nie?
    Wszedł do małego bocznego pomieszczenia i kupił słuchawki douszne. Zastanawiałam się, czy to dla niego dobre, skoro ma nawracające zapalenie uszu. Nie odezwałam się.
    Odwróciłam się do półek, szukając czegoś.
    Kiedy spojrzałam z powrotem — Darka już nie było.
    Poczułam rozczarowanie.
    Jak mógł wyjść beze mnie?

    Niewybieralna…. a może po prostu nie pozwalam się wybrać?

  • 7. NIEWYBIERALNA II

    Poprzedni wpis przeleżał w moim komputerze jakieś dwa tygodnie, nie zamierzałam go publikować, bo wydał mi  się niewystarczająco istotny. Ale dużo zastanawiałam się nad moimi nietrafionymi życiowymi wyborami i wtedy… 

    Przyszło jedno z moich zawodowych dzieci z poważnym problemem relacyjnym, z traumą odrzucenia jakiej doświadczyło w szkole. Zwykle tak się dzieje, że dzieci przynoszą do mnie rzeczy, które znam dzięki temu łatwiej mi im pomóc. I wtedy kliknęło… Przypomniało mi się pewne doświadczenie z dzieciństwa, które zaważyło na moich relacyjnych losach bardziej niż mogłam kiedykolwiek przypuszczać.  

    Miałam może 11 może 12 lat. Odwiedziłam koleżankę z klasy, wisiałyśmy głową w dół na trzepaku przed jej blokiem, kiedy przed nami stanął chłopiec z piłką. Zamienił z moją koleżanką dwa słowa i zniknął w drzwiach klatki schodowej. Znałam go ze szkoły, chodził do równoległej klasy. Koleżanka zaczęła opowiadać o nim, że są przyjaciółmi, mieszkają obok siebie, często rozmawiają, że jest bardzo miły i.… zwierzył jej się ostatnio, że zakochał się we mnie, ale ze względu na swoją nieśmiałość nie potrafi mi tego wyznać. Na pewno zbierze się wkrótce na odwagę. Wystarczy zaczekać. Pamiętam jakby to było dziś jak wszystko nagle rozśpiewało się dokoła. Ktoś mnie kochał!!! Mnie!!! To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Przez kilka tygodni czekałam cierpliwie. Nie mogłam się jednak powstrzymać i za każdym razem, kiedy pojawiał się na szkolnym korytarzu patrzyłam w jego kierunku z zachęcającym, ale subtelnym jak mi się wydawało uśmiechem. Jakiegoś podłego zimowego dnia, pamiętam przemoczone buty i śliską chlapę pod nogami. Wracałam ze szkoły, kiedy zatrzymały mnie dwie dziewczynki z klasy tego chłopca. Chciały przekazać mi od niego liścik. Powiedziałam, że dziękuję, ale wiem już wszystko i kartka nie jest potrzebna, ale upierały się, żebym jednak przeczytała. Wzięłam kartkę, otworzyłam ją i zamarłam. Odczytałam ją, złożyłam wolno, podziękowałam dziewczynkom i poszłam w stronę domu. Długo stałam pod klatką w topniejącym śniegu i nie mogłam wejść do środka.  Byłam pewna, że cała szkoła znała treść listu. Nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Jak mam żyć.  Zmarznięte stopy, pamiętam to dokładnie, bardzo bolały mnie z zimna a w dłoni ściskałam kartkę z koślawo zapisanym “Co się tak gapisz?”. 

    To nie jest tylko wspomnienie z dzieciństwa, to jest moment, w którym powstał wzorzec. 

    Mała JA, pełna nadziei na coś niezwykle pięknego, otwarta, ufna, cierpliwa, wybrana i nareszcie pierwszy raz w życiu kochana. I co dostało to małe dziecko? Publiczne zawstydzenie, odrzucenie w postaci kpiny i przede wszystkim podważenie własnego odczytu rzeczywistości. Co zapisało się w tej dziewczynce? Jakie przekonania wytworzyła i szła przez życie wiele dziesięcioleci? Po pierwsze – mogę się bardzo pomylić, po drugie – kiedy się otwieram mogę zostać odrzucona lub ośmieszona i przede wszystkim – NIE MOGĘ UFAĆ TEMU CO CZUJĘ I WIDZĘ.  

    I co mi to dorosłej robi?  

    Kiedy spotykam kogoś, kto okazuje mi zainteresowanie (a podobno jestem całkiem atrakcyjna i wyglądam średnio 5-10 lat młodziej, zależnie od dnia😉). Taki mężczyzna na przykład patrzy, w specjalny sposób i uśmiecha się ciepło a ja robię dwie zaskakujące rzeczy. Natychmiast podważam interpretację i zamykam się dla bezpieczeństwa. Bo moje ciało mówi: O! Coś jest na rzeczy! A stary zapis natychmiast wrzeszczy: Uważaj, bo możesz się ośmieszyć! I nieświadomie wykonuję mikro ruch wycofania. Maleńki, delikatny, odwracam wzrok, nie odwzajemniam uśmiechu, nie wchodzę w kontakt. I tu paradoks, jestem otwarta, żywy kontakt z drugim człowiekiem jest absolutną podstawą mojej pracy. Nie mam problemu z sytuacjami wymagającymi ekspozycji społecznej, jestem autentyczna i na luzie potrafię poprowadzić imprezę masową, a jednocześnie jedno męskie spojrzenie wyrażające zainteresowanie potrafi sprawić, że czuje się NIEWYBIERALNA. Czujecie ten absurd?  

    Głupi, okrutny kawał jaki zrobiły mi dzieciaki nie mówił przecież o mojej wartości, ale o ich braku empatii i niedojrzałości. Umówmy się, dwunastoletni chłopiec nie jest zdolny do uczuciowego zaangażowania. Strategia przetrwania jaką wytworzyłam sobie na bazie tego doświadczenia, jest w tej chwili dalece nieadaptacyjna. 26 lat spędziłam z człowiekiem, który traktował mnie w sposób czysto użytkowy, dla którego nigdy nie byłam priorytetem (prawdziwą relację utworzyć potrafił jedynie z alkoholem) a czułość i bliskość jakiej doświadczyłam z Darkiem sprawiła, że zwiałam zanim naprawdę go poznałam, wystraszona intensywnością własnych uczuć, niepewnością pomieszaną z lękiem. Bo nawet w czułych objęciach nigdy nie czułam  się naprawdę wybrana. 

    Teraz kiedy już to wiem i potrafię ten wzorzec odczytać, zobaczymy jak daleko mnie ta wiedza zaprowadzi, na pewno bliżej siebie… a może dużo, dużo dalej 💗 

  • 6. NIEWYBIERALNA I

    Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego jest tak, że jestem sama. Jest na to obco brzmiące a dodające rzekomego splendoru określenie – singielka. Ja tam wolę SAMA, bo lubię bez woalu. Pierwszy raz w życiu jestem sama i bardzo sobie ten stan chwalę w wielu aspektach. Jest wygodny, daje mi pełną wolność, mogę realizować się, odnosić sukcesy, rozwijać zgodnie z moimi potrzebami, przyjąć pod dach trzeciego kota i nie pytać nikogo o zgodę. Jestem sprawcza, decyzyjna, samowystarczalna. Otaczam się tylko tymi ludźmi, którzy naprawdę dobrze mi życzą. Kocham moje dziecko, moich ludzi, moją pracę, moje zwierzęta te domowe i te, które same mnie wybrały i przylatują codziennie, bo chcą. Kocham moje drzewa za oknem, rzekę, która leniwie płynie i ziemię, po której stąpam. 

    Każdą komórką mojego ciała i duszy jestem miłością. 

    A jednak jestem sama. 

    W zasadzie jestem szczęśliwa, jest we mnie spokój, którego nigdy wcześniej nie zaznałam a jednak ostatnio odzywa się we mnie… tęsknota. 

    Nie rozumiałam za czym tęsknię naprawdę, za Darkiem? To nie do końca prawda, chociaż po niemal roku po rozstaniu nadal nie mam w sobie przestrzeni na nikogo innego. Bo to co mnie przy nim spotkało było pierwszym bezpiecznym silnym i prawdziwym uczuciem jakie przeżyłam. Było moim przebudzeniem do czucia, odpuszczenia kontroli, wsłuchania się w ciało i emocje. A uwolnione emocje zalały mnie z taką siłą, że nie byłam w stanie unieść tej relacji i musiałam się z niej pilnie ewakuować. Natychmiast po rozstaniu, czułam coś czego nie czułam nigdy wcześniej. Nieprawdopodobnie silną potrzebę absolutnej ciszy. Nie słuchałam muzyki, przestałam chodzić do kina, na siłownię, ściankę. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, nie odbierałam telefonów, nie włączałam komputera. Chodziłam do pracy, bo trzeba. Spacerowałam dużo, siedziałam nad rzeką, spałam więcej, nawet w dzień.

    To nie była zwykła rozpacz po rozstaniu to było moje 40 dni na pustyni, które otworzyło przede mną prawdziwy świat. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale nadal czuję się z Darkiem w jakimś stopniu połączona, jakby rozstania nigdy nie było. 

    To był rok poznawania siebie na nowo, osadzania emocji w ciele, nauki słuchania siebie, medytacji, nieprawdopodobnych wglądów i przede wszystkim spotkania ze snami, które wchodząc w życie, pięknie i bardzo mądrze mnie prowadzą.

    Dopiero teraz kiedy jestem naprawdę ze sobą zatęskniłam za relacją. Tylko że teraz zmieniło się wszystko. Skończyłam z oczekiwaniami. Nie oczekuję już, że mężczyzna będzie obecny, stały, lojalny, czuły, dający poczucie bezpieczeństwa. Ja nie oczekuję. Ja WYMAGAM. Bo nie pragnę już, żeby ktoś mnie wybrał. A tak właśnie było z moim mężem alkoholikiem. Byłam szczęśliwa, bo nareszcie zostałam wybrana. To była iluzja, bo nie wybrał mnie, tylko moją empatię, komfort i opiekę. Teraz to ja chcę wybierać. Pierwszy raz wybieram i teraz chcę wybrać prawdziwą jakość. 

    Wiem, że to na razie niestety nie jest możliwe, bo jest we mnie coś czego nie rozumiem. Dlatego na razie wolę być sama, bo jeszcze jestem czujna i reaguję lękiem nawet na prawdopodobieństwo pojawienia się głębokiej relacji, za którą tak bardzo tęsknię. Kiedy dowiem się, dlaczego tak jest, że nadal się boję, pomimo wielkiej pracy jaką włożyłam w poznanie siebie, terapii i transformacji jaką przeszłam z pewnością moje życie po raz kolejny zmieni się na lepsze.

    Wiem, że to przyjdzie.

    Bo zawsze przychodzi to co ma przyjść.

  • 5. Taki sen🤪

    Z dzisiaj…
    Chciałam, żeby ten blog zachował pewną chronologię zdarzeń, ale dzisiaj się zwyczajnie nie da😆.

    Spotkało mnie dziś coś przedziwnego. Nie przedsen co często mi się zdarza ale posen😉
    Śnił mi się sen, w którym śniłam, że mi się śni a jak chciałam sen zapisać… to był tylko sen, że chcę zapisać sen🤪. To ile było snów w tym śnie? Bo z matematyki to ja najlepsza nie jestem🤣
    Obudził mnie mój pies jak zwykle trzy minuty przed budzikiem. Zamknęłam jeszcze oczy i … byłam w kuchni, przykucnęłam przy oknie balkonowym i spojrzałam na dęby za oknem, po grubym konarze biegła dzika kaczka (ale nie była to krzyżówka- jakiś inny gatunek) kaczkę goniła moja terierka. Przez ułamek sekundy wystraszyłam się, że spadnie, ale dotarło do mnie, że to sen bo moja suczka jest tu ze mną, przecież liże mnie po ręku. Chciałam to co zobaczyłam zapisać w telefonie mówiąc do dyktafonu. Ale w ręku zamiast telefonu miałam sflaczałą maskotkę, taką z niedziałającym już guziczkiem, który się naciska i maskotka wydaje dźwięki. Próbowałam ten guzik naciskać żeby nagrać sen ale bezskutecznie, bo maskotka była kompletnie zepsuta, niemal płaska. Pomyślałam: co ja wyprawiam🤪 I poszłam po telefon… I wtedy się dopiero obudziłam.