W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: wolność

  • No i się narobiło… Zwolniłam dziś szamana

    Mam ze Wszechświatem ostatnio na pieńku. Nie mam pewności, czy to, co robię w odpowiedzi na to, co mi zsyła, jest tym, co robić powinnam, ale pojawił się we mnie ogromny bunt i złość z niego wypływająca. I również w tym wypadku staję za sobą, choć wszystkie znaki na niebie i ziemi podpowiadają mi inaczej. Nie wiem, czy Wszechświat da mi po łapkach, czy pogłaszcze po głowie. To się dopiero okaże.

    Za chwilę rozpadnę się na kawałki i będę w tym sama, bo strażnik przejścia dostał dzisiaj wypowiedzenie. I zaskakująco dobrze to przyjął. 😉

    W poprzedni weekend pokłóciłam się z Wszechświatem. Zapalnikiem była spotkana para. Osoby te ewidentnie i jawnie traktowały siebie nawzajem w sposób pozbawiony szacunku. Sama scena rodzajowa, na tle naszego społeczeństwa zwyczajna i nic niewnosząca, w moim ciele wywołała natychmiastowe spięcie i rosnącą do olbrzymich rozmiarów złość. Bo dlaczego ja, która z szacunkiem podchodzę do drugiego człowieka i wszystkich rodzajów relacji, pozbawiona jestem tej najważniejszej? Tej, której inni ludzie tak obcesowo nie szanują.

    I dostało się Wszechświatowi za to, że jestem tylko katalizatorem, że większość ludzi przychodzi do mojego świata po wzrost, wzrasta, a potem odchodzi (jakbym nie zdawała sobie sprawy, że również na tym polega moja praca 😂). Wylało się wszystko, aż płakałam ze złości, co bardzo rzadko mi się zdarza.

    Na szczęście poukładałam sobie w głowie te wszystkie nieścisłości i dotarło do mnie w końcu, że świat jest przebogaty, ludzie są różni, a Wszechświat nie obdarza na zasadzie sprawiedliwości społecznej i na pewno się na mnie nie gniewa, bo jestem za maleńka, żeby mnie można było z tak wysoka zauważyć.

    Ale czy na pewno?

    Poniedziałek.

    Spacer nad rzeką, jak zwykle, ale tym razem z bonusem. Nad moją głową przez dłuższą chwilę krążył uparcie kruk i darł się wniebogłosy. Był nisko, więc nawet telefonem udałoby mi się zrobić świetne zdjęcia. Bez szans. Telefon w nocy się zaktualizował i nie potrafiłam uporać się z nowym interfejsem, ze światłem odbijającym się od ekranu, w dodatku bez okularów.

    To też mnie trochę zdenerwowało, bo nie miałam z tymi wspaniałymi ptakami kontaktu od 7.07.2025, kiedy „prawie wypadek w pociągu” postawił przede mną bramę, a Darek, mój prywatny strażnik przejścia, tak pięknie mnie przez nią przeprowadził.

    Wracając do domu, zdałam sobie sprawę, że sytuacja wygląda dokładnie jak w moich snach, w których, gdy pojawia się coś spektakularnego, pięknego, ważnego albo tylko dziwnego, za żadne skarby nie udaje mi się tego udokumentować.

    Pomyślałam: ciekawe…

    Ale nie poświęcałam temu wydarzeniu specjalnej uwagi. Ugotowałam obiad, zjadłam i poszłam do sąsiadki emerytki zainstalować jej kilka aplikacji na tablecie.

    Odebrałam tam telefon.

    Moja druga matka (napiszę jeszcze o tej pięknej istocie), ta, która przez 26 lat była obecna, troskliwa i zawsze wspierająca, jest na SOR-ze.

    Nic niezwykłego. Miała tam dotrzeć już tydzień wcześniej z bólami brzucha, które trudno było zdiagnozować. Miałyśmy iść nazajutrz do przyszpitalnej przychodni onkologicznej.

    Nie poszłyśmy. Została w szpitalu. Była zaopiekowana i diagnozowana. Uspokoiło mnie to na tyle, że mogłam spokojnie żyć.

    Wtorek.

    Umówiłam się z przyjaciółką na herbatkę. Rozmawiałyśmy o jej procesie i mojej w nim roli, o tym, że w chaosie przypisywała mi intencje, rolę i odpowiedzialność, które były „jej prawdą” w tamtym czasie.

    Rozumiałam, bo sama byłam w tym miejscu, i postanowiłam, że „wystoję”. Zaczekam. Bo to jest etap, który należy przejść samemu. To kryzys, który może nas pchnąć jedynie w górę, jeśli będziemy się wtedy opierać na sobie.

    Nie było więc we mnie żalu czy gniewu, była empatia i zrozumienie. Nie było zamknięcia, były szeroko otwarte ramiona w razie powrotu i prawda.

    Kiedy uporządkowałyśmy sprawy, wspomniałam Darka i analogiczną sytuację między nami. Powiedziałam przyjaciółce, że ja bardzo chciałam wiedzieć, co u niej, więc może on również chciałby poznać drogę, jaką przeszłam, i miejsce, w którym się znajduję. Może jemu też nie jest wszystko jedno.

    Zachęcała mnie do napisania listu.

    Środa.

    Napisałam. O drodze, procesie, finale. Załatwionych sprawach i o tym, jak jestem mu wdzięczna. Kiedy przez ostatnie miesiące przewijały się przez moje media społecznościowe zdjęcia Darka, widziałam w nim smutek, więc wyraziłam szczerą nadzieję, że jest szczęśliwy, czego z całego serca mu życzę.

    Odpowiedział niemal natychmiast, równie długim mailem. Dostałam od niego naprawdę wiele listów i każdy był przesycony na wskroś duchową nowomową, która budziła emocje, ale tak naprawdę niczego nie mówiła wprost. Rozbudzała, ale jednocześnie nie powodowała konieczności brania odpowiedzialności za słowa.

    Tym razem było inaczej.

    Oczywiście trudno było nie odnieść się do duchowości w tym wypadku, ale główną osią listu były: jego reakcja na mój list, opis jego drogi i miejsca na świecie oraz to, że chętnie się spotka i odpowie (lub nie 😆) na każde moje pytanie.

    Konkretnie, po męsku.

    Przeczytałam. Popatrzyłam w dal… długo… Potrząsnęłam głową, zamrugałam i poszłam na spacer. Bo minął rok i odpisał mi inny człowiek.

    Kiedyś, myśląc o nim, wyciągnęłam kartę tarota – RYCERZ PUCHARÓW.

    A teraz – KRÓL MIECZY…

    Ciekawe…

    Bardzo mnie ten nowy człowiek zaciekawił.

    Umówiliśmy się na lunch na jutro.

    Czwartek.

    Rano SMS:

    „Mogę zadzwonić?”

    – OK.

    W słuchawce zdenerwowany głos. Prosi mnie o przełożenie spotkania na jutro. Bo szef, wideokonferencja, prawnicy i całe zastępy piekielne postanowiły pokrzyżować mu plany. Przerwy na lunch nie będzie.

    Zaśmiałam się głośno, bo po roku ciszy pierwsze, co słyszę, to złość. Mówię o tym ze śmiechem, pytając jednocześnie, czy na pewno chce się spotkać.

    Twierdzi, że tak.

    Sprawdzam. Mogę. Ustalone.

    Po południu idę do szpitala.

    Dzień wcześniej myślałam, że moja druga mama jest zmęczona badaniami i wycieńczona tym, że od dłuższego czasu niewiele je. Dziś kategorycznie odmawia przyjęcia jakiegokolwiek posiłku. Wczoraj jadła chociaż jogurt.

    Przyniosłam jej specjalną butelkę na wodę. Z poprzedniej trudno było pić, była dla niej za duża.

    Jest bardzo słaba. Mówi niewyraźnie. Szum tlenu zagłusza większość słów.

    Opowiada mi sen: piękny różany ogród, na ławeczce siedzi jej matka, a zmarła cztery lata temu córka szuka jej, głośno wołając.

    Lekarz mówi, że zostały dni, a może tylko godziny.

    Zapłakana biegnę do sklepu. Chcę zdążyć. Bo ona chce odejść w czerwonych butach (o tym też kiedyś napiszę).

    Szukam.

    Nie ma wystarczająco dobrych.

    Jadę Boltem na drugi koniec miasta.

    Są.

    Kupuję dwie pary. Chcę, żeby sama wybrała. Żeby chociaż to sama mogła wybrać na koniec.

    Piątek.

    Rano spacer z psem. Zatrzymałam się w tym samym miejscu co zwykle, moja żabia ławka kontemplacji.

    I zapomniałam oddychać na chwilę…

    I połączyłam kropki.

    KRUK.

    I zobaczyłam wzorzec:

    Choroba, śmierć, brama, strażnik bramy.

    Powtórka.

    I wpadłam w prawdziwą wściekłość. Miałam spotkać człowieka, opowiedzieć mojej drugiej matce, kogo dziś poznałam. A Wszechświat postawił przede mną bramę i podsunął mi strażnika przejścia na tacy.

    Wykwalifikowany. Sprawdzony. Szaman specjalista.

    A ja, tupiąc nogą, powiedziałam:

    NIE!

    Nie chciałam powtórki. Czułam w sobie siłę i postanowiłam, że przejdę bez niego.

    Rozpadnę się, bo tak trzeba, bo to ludzkie i zwyczajne. Mam przyjaciółki, które w razie czego staną przy mnie. Mam też nareszcie siebie.

    I chcę nareszcie odczarować całą tę figurę. Ten proces się zakończył.

    Chcę mieć przed sobą człowieka.

    Wieczorem zdecydowałam, że rano odwołam spotkanie, ale po tym, co do mnie dotarło…

    Wiedziałam, co robić, bez względu na konsekwencje.

    Poszłam.

    Nawet się nie uczesałam, nie sprawdziłam, czy na twarzy nie mam śladów po płaczu.

    Czekał w umówionym miejscu. Uśmiechał się z daleka. Na jego widok poczułam większy spokój. Byłam zdeterminowana i lekko poddenerwowana, ale już nie byłam wściekła.

    W mailu prosiłam go, żeby mnie nie przytulał, jak zwykł to robić. Uszanował to.

    Zapytał, czy wejdziemy do środka. Odmówiłam. Poprosiłam o rozmowę i poprowadziłam go nad rzekę.

    Zaczęłam od wyjaśnienia kontekstu.

    Kiedy usłyszał o kruku, przerwał mi i opowiedział swój sen z tego samego dnia, absolutnie synchroniczny. W ogóle nie byłam zdziwiona. Nie pomyślałam nawet, żeby się nad tym dłużej zatrzymać, bo on przecież nie wie, że wielokrotnie śniliśmy podobne sny. Ja czytałam jego sny, a on moich nie, więc dla mnie to było zwyczajne.

    On miał gęsią skórkę.

    Przypomniałam mu bramę z zeszłego roku, a teraz chorobę i zapowiedź śmierci, jego przełożone spotkanie i to, że odmawiam współpracy.

    Miał szeroko otwarte oczy i jest chyba jedyną osobą na całym świecie, która nie próbowała wezwać pogotowia, słysząc takie rewelacje.

    Powiedział, że on tutaj niczego nie majstrował. Że obiecuje, że absolutnie niczego w tej sprawie nie robił.

    Powiedziałam, że to nie ma żadnego znaczenia.

    Przyszłam tu dziś zwolnić go oficjalnie z funkcji, bez względu na konsekwencje, i jeśli chce, może odejść. Ale jeśli zdecyduje się zjeść ze mną sałatkę, to będzie musiał najpierw ściągnąć te szamańskie gacie.

    Wykonał wokół siebie trochę śmieszno-dziwnych gestów i…

    Zamiast wezwać karetkę, zapytał:

    – Chcesz zjeść sałatkę?

    I poszliśmy.

    Kobieta i mężczyzna.

    I rozmawialiśmy o pracy, dzieciach, życiu, zdrowiu, samopoczuciu, relacjach, znajomych, podróżach, o śmierci i życiu, o snach i wizjach.

    To był dobry czas.

    Powiedział, że powinnam pracować w dziale HR, bo świetnie zwalniam. 😉

    Poznałam dzisiaj fantastycznego człowieka.

    Nie wiem, czy jeszcze zechce się ze mną spotkać, bo myślę, że to nie było łatwe spotkanie, ale bez względu na koszt…

    To był jeden z najważniejszych posiłków w moim życiu.

    I nie zmieniłabym niczego z jego przebiegu.

    PS. Tym bardziej, że w trakcie naszej rozmowy wszedł mój były mąż, a ja nawet na chwilę nie zawiesiłam głosu. I jego obecność nie zrobiła na mnie żadnego wrażenia.

  • 77. Koty – sen o tym, co wyrywa się na wolność 

    24/25.04.2026 

    Szłam z grupą przyjaciół (nie z realu) do mieszkania jakiegoś cudzoziemca, który miał zostać deportowany z naszego kraju bez żadnego powodu. Tylko dlatego, że nie był Polakiem. Mieliśmy podpisać petycję. 

    Zapukaliśmy do drzwi. Mężczyzna uchylił je tylko na chwilę i nie wpuścił nas od razu. Nie spodziewał się gości i był zaskoczony liczbą osób stojących za drzwiami, bo po drodze dołączyli do nas kolejni ludzie. 

    W końcu zaprosił nas do środka. Kiedy mnie zobaczył, poprosił, żebym przeszła z nim do innego pokoju. Nie rozumiałam, dlaczego, ale bez wahania weszłam. 

    Poprosił, żebym pokazała mu swoje rysunki. Miałam ze sobą gruby szkicownik. Nie czułam się przygotowana. 

    Rysunki przedstawiały koty. Wszystkie sprawiały wrażenie, jakby uciekały z zamknięcia. Miałam też wyciętego z papieru kota połączonego z prostym mechanizmem z rurki i nitki nawiniętej na małą szpulkę. Kiedy pociągało się za nitkę, kotek wystrzeliwał w powietrze. 

    Ku mojemu zaskoczeniu moje prace bardzo się spodobały. Miały promować trasę koncertową tego cudzoziemca, który podobno był znanym muzykiem. 

    Wyszłam z jego mieszkania. 

    Była noc. Szłam ulicą, kiedy z jednego z okien wychylił się mężczyzna i zawołał mnie po imieniu. Zastanawiałam się, skąd mnie zna. Pomyślałam, że to ktoś z przeszłości, ale nie zatrzymałam się. 

    Doszłam do domu, a właściwie do willi mojego chłopaka. I to naprawdę był chłopak. Spotykałam się z nastolatkiem! 

    To było dziwne, bo czułam, że to zupełnie bez sensu. Przecież to jeszcze dzieciak. 

    Był u niego mały, rozkoszny niedźwiadek. 

    Wracałam tego dnia do siebie z kimś jeszcze – z matką i siostrą? (ale nie z realu). Miałyśmy dwie godziny do odlotu samolotu. 

    Mój „chłopak” żegnał mnie w bardzo dziecięcy sposób. Pocałował mnie w usta, ale nie czułam w tym nic męskiego. 

    Wyruszyłyśmy w drogę. Byłyśmy już blisko lotniska, kiedy okazało się, że niedźwiadek zabrał się z nami. 

    Postanowiłam szybko z nim wrócić i oddać go chłopcu. Czułam, że mam dużo czasu, że zdążę. 

    Główne drzwi były zamknięte, więc przeszłam na tył budynku. Był tam mój „chłopak” i jego koledzy. 

    Pomyślałam, że w sumie fajnie, iż miś uciekł, bo będziemy mogli jeszcze raz się pożegnać. 

    Ale i to pożegnanie mnie rozczarowało. 

    Nie było w nim absolutnie niczego, co chciałam poczuć. 

    To jeden z tych snów, których na razie nie chcę zamykać jednoznaczną interpretacją. Mam wrażenie, że jeszcze dojrzewa. 

    Na dziś wydaje mi się, że jest rodzajem „sprawdzam” ze strony wszechświata. Czy wejdę w coś niedojrzałego? Czy zatrzymam się tylko dlatego, że zawoła mnie ktoś z przeszłości? Czy zawalczę o prawo do inności – może własnej, a może tej wyrażanej przez sztukę? 

    I jest jeszcze ten słodziak – mały miś. Nie zabieram go ze sobą. Odprowadzam go do właściciela, choć jest niedojrzały i pewnie lepiej bym się nim zaopiekowała. A jednak go oddaję. Po prostu dlatego, że nie jest mój. 

    Może właśnie o tym jest ten sen. O rozpoznawaniu tego, co piękne, co porusza, co budzi czułość, ale nie należy do mojej drogi. 

    A może jest zupełnie o czymś innym. 

    Jednego jestem pewna. Koty muszą być wolne. 

  • 73. Nie zapłacę mandatu – sen o powrocie do przerwanego procesu. 

    11/12.04.2026 

    Niewiele pamiętam z tego snu… Byłam z koleżanką. Namówiłam ją do czegoś głupiego. Wsiadłyśmy do jakiegoś środka lokomocji, ukrywając się pod podłogą. Było to coś pomiędzy żartem a przygodą i miało być zabawne. Okazało się, że kierowca lub kapitan (nie wiem, czym miałyśmy się przemieszczać) miał chyba podgląd miejsca, w którym się ukryłyśmy i znalazł nas. Ja jakimś cudem się wykręciłam, ale koleżanka miała zapłacić karę w wysokości 500 zł. To było bardzo dużo, nie miałyśmy takich pieniędzy. Zostałyśmy wyrzucone z tego środka lokomocji. Po drodze ukradłam jakieś papiery. Miałam nadzieję, że to coś ważnego. Zmięłam je w kulkę i wrzuciłam do wody. To była rzeka lub jezioro. Siedziałam na pomoście z rękami zanurzonymi w wodzie, czekałam, aż kartki rozmiękną i myślałam, że to całkiem fajny kawał. Zachowywałam się jak dzieciak, taki mały łobuziak, ale byłam dorosła. 

    Scena druga 

    Za moim domem, przy sąsiedniej kamienicy, są działki. Robotnicy przekopywali wszystko jak leci. 

    Zależało im, żeby szybko skończyć pracę. To była firma wynajęta przez kogoś z miasta. Chciałam, żeby przerwali pracę. Chyba bałam się, że to miejsce nie będzie już takie jak dawniej. 

    Kiedy wycinali roślinność w kępie, która pozostała, zauważyłam duże ptaki (jakiś rodzaj grzebiących). To była para i młode. Robotnicy nie chcieli się zatrzymać. Chociaż tłumaczyłam im, że to okres lęgowy i muszą wrócić, kiedy młode opuszczą gniazdo, że teraz nie można ich niepokoić, uparli się. Zadzwonili do kogoś, kto powiedział im, że ptaki można złapać i gdzieś przenieść. 

    Nie chciałam ich oddać. Wiedziałam, że to jest ich miejsce. 

    Jeden z robotników wręczył mi duże plastikowe pudło z ptakami, a ja szukałam im tymczasowego miejsca, jakiejś woliery, w której byłoby im wygodnie do czasu zakończenia remontu. 

    Mój wewnętrzny remont przerwało pewne wydarzenie, które na chwilę rozchwiało mnie do tego stopnia, że zatrzymało we mnie wszystko. 

    To wydarzenie zadziałało na dwóch poziomach. Najpierw spowodowało we mnie chaos emocjonalny, który dzielnie wystałam, a później obudziło we mnie małego filutka, który, gdy nadarzy się okazja, nie ręczę, że nie zapłaci mandatu od życia… Chociaż… możliwe, że w porę się wycofa. 😉 

    Spotkałam Darka. 

    Jadłam z przyjaciółką śniadanie na mieście. Zwykle nasze śniadania przedłużają się do obiadu. Tak też było tym razem. Przyjaciółka zna szczegóły mojej skomplikowanej, duchowej, transformacyjnej relacji z Darkiem. Wie, jak wiele kosztowało mnie pożegnanie z nim i ni w ząb nie rozumiała, dlaczego musiałam to zrobić. Wiedziała też, jak wiele czasu zajęło mi dojście do siebie i uporanie się ze zwykłą ludzką tęsknotą. 

    Ja uważałam tę relację za definitywnie zakończoną, choć nie było dnia, w którym Darek zniknąłby z moich myśli. Uznałam, że tak po prostu jest, i przestałam z tym walczyć. Myśli przychodziły i odchodziły w swoim rytmie. 

    Kiedy rozmawiałyśmy, spojrzałam w okno. W tej samej chwili spojrzał w okno Darek, przechodzący ulicą. To było tak elektryzujące spotkanie. Najpierw zaskoczenie na naszych twarzach, a później promienny uśmiech po obu stronach. 

    Patrzyliśmy na siebie z taką… mogę mówić tylko za siebie… radością. Świat na chwilę się zatrzymał. Patrzyłam w te wypełnione radością oczy i… zapomniałam o oddechu. 😍 

    Trwało to może piętnaście sekund. 

    Odchodząc, machał i przez chwilę szedł bokiem, patrząc na mnie, jakby chciał jak najdłużej utrzymać kontakt wzrokowy. 

    Kiedy zniknął mi z oczu, odwróciłam się w stronę przyjaciółki. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i równie szerokim uśmiechem. 

    Po chwili odezwała się: 

    — Ale to w Tobie jeszcze siedzi. 

    Siedzi. 😋 

    Ale to nic. 

    Poczułam w sobie lekkość po tym pięknym spotkaniu. Poczułam się trochę jak dzieciak. 

    Do chwili, w której przyjaciółka powiedziała: 

    — Zadzwoń do niego. Ja bym zadzwoniła. 

    A ja nie zadzwonię. 

    Nie dlatego, że nie chcę. 

    Dlatego, że chcę w relacji czuć się na tyle bezpiecznie, żeby móc być jak dzieciak. Radosna i niepohamowana. Ale do tego potrzebuję SMOKA (wyjaśnię innym razem), a do SMOKA nie muszę dzwonić. 

    On sam to zrobi. 

    Zabezpieczyłam swoje pisklęta i, kiedy opanowałam emocje, wróciłam do mojego wewnętrznego remontu. 

    Zostało mi jeszcze sporo do zrobienia. 

  • 70. Pożegnanie z iluzją – sen o wolności 

    9/10.03.2026 

    Byłam w mieszkaniu wynajętym przez mojego ojca dla całej rodziny na wakacje, chyba nad morzem (bardziej wiedziałam, niż widziałam tego oznaki). Mieliśmy gości – znajomych, rodziców z przedszkola mojego syna (nie z realu – wyimaginowanych). Mój syn był mały, ale chyba już nie przedszkolak. Chyba były tam inne dzieci. 

    Mój ojciec poprzestawiał meble w okolice okien, były odwrócone „plecami”. Trochę mnie to zdziwiło, bo mieliśmy je najpierw opróżnić z naszych rzeczy. 

    Ojciec odprowadzał gości do samochodów. Ja też chciałam, ale nie miałam butów i w tym wyprowadzkowym bałaganie nie mogłam ich znaleźć. Postanowiłam, że pójdę w skarpetkach. 

    Szłam po schodach w dół, ale nie czułam się stabilnie, stopy ślizgały mi się na stopniach. Przechodził obok mężczyzna. Chwyciłam się jego rękawa. Nie zdziwiło go to. Sprawiał wrażenie, jakby go to ucieszyło. Podał mi ramię i trzymając dłoń na mojej dłoni, sprowadził mnie na dół. 

    Były dwa wyjścia z budynku. On kierował się ku prawemu. Chciał, żebym poszła z nim, ale ja słyszałam moich gości za drzwiami po lewej stronie. Podziękowałam i pożegnałam się z nim. 

    Wyszłam na parking. Mój ojciec wręczał wszystkim pożegnalne prezenty, jakieś drobiazgi. Zapomniał o pewnej kobiecie i udawał, że szuka między kawałkami tektury falistej, przekładał je z miejsca na miejsce, zwijał w rulony. Wiedziałam, że niczego dla niej nie ma. 

    Przypomniało mi się, że w bałaganie w mieszkaniu był srebrny łańcuszek z zawieszką – srebrnym serduszkiem, który należał do mnie. Powiedziałam, że jej prezent został na górze, i powiedziałam ojcu, co może zabrać (nie zależało mi na tej biżuterii). Chyba poszedł na górę, a ja przytulałam się z gośćmi na pożegnanie, z jednym z ojców szczególnie czule. 

    Jeszcze jedna rzecz. W dzisiejszym śnie mieliśmy wyprowadzić się dokładnie w tym dniu. Mam zwyczaj sprzątania po sobie w takich sytuacjach, a tu posprzątanie i opróżnienie mebli ze wszystkich rzeczy było niemożliwe. Byłam trochę zła, że zostawimy po sobie taki bałagan. Chciałam zostać dłużej i uporządkować tę przestrzeń, ale ojciec postanowił inaczej. 

    Długo zastanawiałam się nad tym snem. Bardzo długo. Pojawiły się dwa wspomnienia, które ten sen przywołał. 

    Kiedy moja mama zachorowała na autoimmunologiczne zapalenie mózgu, postawiono złą diagnozę, w związku z czym choroba postępowała bardzo szybko. Nie było zrozumienia dla jej stanu ze strony ojca. 

    Codziennie po pracy przyjeżdżałam, żeby ją umyć, przebrać, zmienić pampersa, porozmawiać chwilę i wystawić ją w wózku na słońce. Bardzo chciała, żebym szczególnie zaopiekowała się jej paznokciami. Trochę oszukiwałam, używając pilniczka, bo codzienne piłowanie paznokci było bez sensu, ale bardzo jej na tym zależało, więc udawałam, że piłuję. 

    Ojciec chciał, żebym nie poświęcała jej tyle czasu, bo, jak twierdził, rozpieszczam ją i kiedy pójdę do domu, „matka nie da im spokoju”. 

    Wtedy po raz pierwszy zobaczyłam, jaki jest naprawdę. 

    Kiedy udało mi się umieścić mamę w szpitalu na ostatnie dni, cieszyłam się, że ma spokój – możliwe, że pierwszy raz w życiu. Była już wtedy nieprzytomna. 

    Żegnałam się z nią. Opowiedziałam jej wtedy o wszystkim. O moim małżeństwie, o świeżym rozstaniu z mężem. Obiecałam, że nie pozwolę się już nigdy skrzywdzić żadnemu mężczyźnie. Że na mnie historia przemocy w mojej rodzinie się zakończy. 

    Przeprosiłam ją za wszystko i podziękowałam. Pożegnałam się najpiękniej, jak potrafiłam. 

    Kiedy wyszłam ze szpitala, zadzwoniłam do ojca. Powiedziałam, że mama może nie przeżyć nocy i ma szansę jeszcze ją odwiedzić, pożegnać się i przeprosić. 

    Powiedział mi wtedy, że to ona powinna przeprosić jego i że nigdzie się nie wybiera. 

    Kiedy zmarła, chciał pochować ją w starych ubraniach. Nie zgodziłam się. Kupiłam jej nową sukienkę i żakiet. Pomyślałam też o bieliźnie i butach. I oddałam jej mój srebrny łańcuszek z maleńkim krzyżykiem. Nie jestem katoliczką, więc nie byłam przywiązana do symbolu, ale dla mojej mamy miało to wielkie znaczenie. Bardzo chciałam, aby właśnie z nim wyruszyła w swoją ostatnią drogę. 

    Pożegnałam się wtedy najlepiej, jak umiałam. 

    W czasie pogrzebu i stypy mój ojciec zachowywał się jak biedna ofiara trudnej sytuacji. Wszyscy byli pełni litości. Trudno mi było udawać, że nie widzę tej szopki. 

    Kiedy zmarł mój brat, nie spodziewałam się po nim szczególnej empatii. Nie zdziwiło mnie to, że na stypie rozmawiał z gośćmi tylko o sobie, w bardzo niestosowny sposób. Ale tym razem stypa była u mnie i tutaj to ja wyznaczałam granice. 

    Od kiedy iluzja opadła, nie zależy mi na aprobacie mojego ojca, na docenieniu mnie, uznaniu, zauważeniu. Nie zależy mi na jego miłości, bo wiem, że nie potrafi kochać. Nie zależy mi na pozorach, a prawdziwym uczuciem nie jest w stanie nikogo obdarzyć. Ten sen pokazał mi wyraźnie, że jestem już wolna od tej potrzeby. 

    Ale kim był mężczyzna, który pomógł mi zejść? 

    Kiedy umierała moja mama, byłam sama. Kiedy zmarł mój brat, również nikogo ze mną nie było. 

    W międzyczasie pojawił się Darek, który poprowadził mnie w bardzo podobny sposób w jaki zrobił to mężczyzna na schodach. Delikatnie, bezinteresownie, czule i pozwolił mi odejść zgodnie z moją decyzją. Pokazał mi, że pożegnanie może być spokojne, a miłość może trwać bez zawłaszczenia. To bardzo piękne doświadczenie. 

    Może dzięki niemu w ogóle potrafiłam się wyprowadzić. 

  • 69. Dom większy niż dom – sen o fundamentach 

     

    2/3.03.2026 
    (Dziś w południe pełnia i zaćmienie jednocześnie). 

    Byłam w jakimś hipermarkecie. Próbowałam kupić sobie bieliznę, szukałam podkoszulki, później stanika. Nic mi się nie podobało albo było nieodpowiedniej jakości. Jedyne, co kupiłam, to duża torba szpinaku. 

    Przyszłam na urodziny mojej 17-letniej wówczas uczennicy razem z inną, o rok starszą dziewczyną. I znów motyw półotwartej przestrzeni domu. Jej pokój od domu rodziców oddzielało podwórko pokryte trawą. Będąc tam, czułam, że nie jestem potrzebna. Jubilatka zajmowała się swoimi sprawami. 

    W pewnej chwili postanowiła przebudować swój pokój. Wzięła w rękę duży pług i wbiła go w parkiet na podłodze, następnie przejechała nim przez pokój i połowę podwórka. Pod podłogą i trawą były cegły. Wyglądało to tak, jakby odkryła fundament. Zostawiła pracę na takim „rozgrzebanym” etapie i wróciła do swoich spraw. 

    Przyszły psy, a może tylko jeden. Wyglądał jak mieszaniec golden retrievera. Był stary i miał coś z sierścią. Miejscami była… może sfilcowana, skołtuniona lub jakaś dziwnie kędzierzawa. Głaskałam tego psa. Był bardzo przyjazny. 

    Uczennica, z którą przyszłam, czuła się równie niepotrzebna jak ja. Spojrzała na mnie wymownie i powiedziała, że już 16.30. Zrozumiałam i powiedziałam, że musimy już iść. 

    Przyszli rodzice jubilatki, zszokowani stanem podłogi i podwórka, ale bardziej zdziwieni niż zdenerwowani. Chcieli, żebyśmy zostały z innymi gośćmi (były tam jeszcze chyba dwie nastolatki), ale byłyśmy zdecydowane wyjść. 

    Opuściłam już pokój, ale wróciłam jeszcze do środka, bo zapomniałam zabrać mój szpinak. Wzięłam torbę w ręce i wtedy dopiero wyszłam. 

    Bardzo lubię ten sen. Niesie ze sobą spokój. 

    Aby móc kontynuować moją podróż w głąb siebie i móc zajrzeć do ciemnej nory z poprzedniego snu, musiałam zobaczyć, jak solidne są moje wewnętrzne fundamenty. 

    A moje fundamenty wychodzą poza dom. Jeśli zatrzymałyby się w obrębie pierwotnych rodzinnych murów, byłoby to stanowczo za mało. 

    To, na czym dziś opieram to, kim jestem, to nie tylko rodzina pochodzenia. 

    To szeroko pojęta rodzina, na którą składają się nie tylko bliscy mi ludzie. Również te dziewczynki i ich rodzice są częścią tego świata. Dzięki ich obecności mogę budować moje poczucie przynależności, bezpieczeństwa, troski, czułości, akceptacji i wsparcia. 

    Moje fundamenty wyrastają ze współistnienia wszystkiego, czym się otaczam. Nie są to tylko bliscy mi ludzie: mój syn, rodzina, Darek, dzieci i ich rodzice, przyjaciele i znajomi. To również moje zwierzęta, przyroda, sztuka, literatura i nauka. 

    To cały mój świat. 

    I jednym z głównych składników moich fundamentów jest wolność. Zawsze mogę zabrać mój szpinak i wyjść, a to, że nie czuję się czasem potrzebna, nie umniejsza żadnej z tych więzi. 

    Co ciekawe, tydzień temu (4 miesiące po śnie) otrzymałam zaproszenie na rodzinną część imprezy urodzinowej z okazji osiemnastki tej właśnie uczennicy. 

    Jeszcze nie wiem, czy się wybiorę. 

    Będzie tam cała rodzina. 

    Nie wiem, czy jestem tam potrzebna. 😉 

  • 64.3. Trzy oblicza mocy. Taniec psa i wilka – sen o miłości. 

    31.01/1.02.2026 

    Szłam górską ścieżką ze starszym mężczyzną, który ze swojej działki przyniósł pomidory. Zatrzymaliśmy się na chwilę i polewaliśmy je wrzątkiem. Patrzyłam, jak pękała na nich skórka pod wpływem gorącej wody. Chyba przygotowywaliśmy w tej uroczej scenerii jakiś posiłek. 

    Ścieżka była w okolicy domu, nie był mój. Może był wynajęty. 

    Weszłam do środka. Było tam wielkie, otwarte okno. Zaczynało się prawie przy samej podłodze i zajmowało niemal całą ścianę. 

    Byłam tam z psem, dużym, w typie owczarka belgijskiego. Był zupełnie czarny, ale sierść miał krótszą. Była tam też moja teściowa. 

    Pies nie był moją własnością, ale był przy mnie i czułam się za niego odpowiedzialna. 

    Do środka, przez okno wskoczył dziki wilk, zupełnie czarny. Nie wiedziałam, czy mam go wygonić, czy nie. Nie byłam pewna, czy nie będzie agresywny w stosunku do psa albo czy pies nie będzie chciał go przegonić. Co ciekawe w ogóle nie bałam się o siebie. 

    Kiedy pies spostrzegł wilka stała się rzecz piękna. Pies i wilk zaczęły się witać. To przypominało taniec. Robiły to przepięknie, czule, łagodnie, przytulając do siebie pyski. Były takie same. I pies, i wilk wyglądały identycznie. Nie wiedziałam, który jest psem a który wilkiem. Patrzyłam z zachwytem, zauroczona tym powitaniem. Były piękne. Zdawały się być dla siebie stworzone. Idealnie, bezsprzecznie były DLA SIEBIE. 

    Pomyślałam, że mogę je bezpiecznie zostawić i wrócić na ścieżkę, tym bardziej, że umówiłam się z kimś. To była kobieta starsza ode mnie. 

    Szłyśmy tą samą ścieżką, którą szłam już wcześniej. Ścieżka pięła się w górę. Była zakończona niezbyt wysokimi głazami, prostymi jak ściana. Spacerowałam zwykle tylko do tego miejsca, nigdy nie przekraczałam tych głazów. 

    Miałyśmy przez nie przejść, ale nie byłam pewna, czy powinnam. Miałam na sobie sandały. Chciałam przejść, bo kobieta też miała sandały i uznałam, że buty nie mogą być dłużej wymówką. Przecież nie stchórzę, więc poszłam. Nie pamiętam, czy przeszłam. 

    Wróciłam do domu z myślą, że nie powinnam jednak zostawiać zwierząt. Nie ufałam teściowej, bo powiedziała, że przydałyby się szczeniaki, a te byłyby niezwykle piękne. Nie chciałam, żeby to piękno stało się jedynie źródłem zarobku. 

    Szłam szybko i żeby skrócić sobie drogę chciałam wejść przez okno, jak uprzednio zrobił to wilk. Zajrzałam przez okno. 

    To, co zobaczyłam, zmroziło mnie. 

    Nie było tam już psa i wilka. 

    Widziałam teściową przykucała na oparciu łóżka, na którym mój syn kochał się ze swoją byłą dziewczyną. Teściowa dyrygowała ich ruchami. Pospieszała ich i nadawała rytm. Nie widziałam pary, widziałam tylko krawędź łóżka. 

    Pomyślałam, że jest to dla nich bardzo traumatyczne, że to jak tortury. Że ta kobieta zabiła w nich właśnie to, co mogli mieć z seksu. Że już nigdy nie będzie on dla nich źródłem bliskości, czułości i radości. 

    Krzycząc, kazałam jej się wynosić. 

    Byłam wściekła. 

    Potwornie wściekła. 

    Czyżbym stawała się już gotowa na miłość.  

    W każdym razie jestem gotowa jej bronić. Wiem, że w razie potrzeby stanę jak wilczyca i całą swą mocą obronię miłość w sobie. Nie pozwolę już nikomu na ingerencję w to kogo i jak kocham. Kiedyś poddawałam się rodzinnym wzorcom, lękom, kompleksom, konwenansom.  

    Dziś wiem, kim jestem.  

    Wiem już, kto może być DLA MNIE. Jeśli się pojawi, rozpoznam go. 

    A wtedy nie pozwolę, aby ktokolwiek dyrygował moim życiem, a już na pewno moją miłością. 

    Bo miłość nie potrzebuje dyrygenta. 

  • 63. Pastelowy tukan – sen prowadzący do wyjścia.

    28/29.01.2026 

    Na początku szpital albo raczej SOR. Nie wiem, dlaczego się tam wybrałam, raczej nie potrzebowałam pomocy. Czekałam na swoją kolej. Nie był to główny punkt przyjęć, bo tam były dzikie tłumy, tylko jakiś boczny pokój. 

    Był tam młody lekarz, bardzo sympatyczny, który powiedział, że mogę zostawić wierzchnie ubranie i buty. Kolejka była również tutaj, więc trzeba było czekać. Żeby mi było wygodniej i żebym się nie przegrzała, zostawiłam swoje rzeczy. 

    Nie wiem, czy nie byłam tam z synem. Nie mam pewności. Buty były chyba istotne, bo czekając w kolejnym pomieszczeniu, nie pamiętam, żebym była boso. Czekając, robiłam coś związanego z pracą, ale co dziwne miało to związek z pracą mojego byłego męża w liceum. 

    Pojawiały się jego koleżanki, ale nie mam pewności, czy nie rozmawiałam z nimi również na temat syna, uczył się w tym samym liceum. To chyba nie było ważne. 

    Kiedy chciałam wyjść, wróciłam do pokoju, w którym zostawiłam buty. Szukałam, ale nie mogłam ich znaleźć. Tam, gdzie je zostawiłam, było mnóstwo butów innych pacjentów. Założyłam jakieś podobne, ale miały odkryte palce, a moje były pełne, więc szukałam dalej. Pytałam lekarza, który tam przyjmował, ale polecił mi odnaleźć swojego kolegę, który przyjął ode mnie moje rzeczy. Niestety nigdzie go nie było. Nie wiem, czy odnalazłam buty. 

    Kolejna scena. 

    Na Facebooku, na grupie na temat ornitologii, do której należę, zobaczyłam zdjęcie skrzydła pustułki. Zapytałam, gdzie zdjęcie zostało zrobione, bo koniecznie chciałam znaleźć to skrzydło. 

    Kobieta odpisała mi. Podała dokładną lokalizację. Napisała, że leży przy klatce z uroczymi stworzeniami, może to były wydry, a może nieświszczuki. Wiedziałam, gdzie to jest, na obrzeżach zoo, przy wąskiej rzeczce. Byłam pewna, że znajdę. Wiedziałam, że to jest za konkretną klatką. 

    Przewinęłam coś niechcący palcami i zgubiłam ten post, a bardzo chciałam napisać, że jej dziękuję, ale już nie mogłam tego zrobić, bo post zniknął. 

    Natychmiast się tam wybrałam. Chyba nie byłam sama przez cały czas, ale nie mam pewności, z kim byłam. Nie będę wymyślać. 

    Poszłam za tą klatkę, widziałam gryzonie i nagle w miejscu klatki pojawiło się łóżko. Metalowe, białe (jak kiedyś w szpitalach), w którym leżała moja teściowa. Skrzydło miało być za klatką, więc włożyłam rękę za poduszkę mojej teściowej i wyjęłam stamtąd martwego wróbla. 

    Spodziewałam się skrzydła, suchego skrzydła pustułki, a tam był martwy wróbel. Nie wiem, czy z zaskoczenia, czy z przerażenia, czy może z obrzydzenia, rzuciłam tego wróbla gdzieś daleko w krzaki. Byłam z psem, który pobiegł w tamtą stronę, bo moja suczka lubi aportować. Pobiegłam razem z nią, żeby nie zjadła tego martwego ptaka. Udało mi się wyrzucić wróbla za ogrodzenie, tak żeby pies nie miał do niego dostępu. 

    Wróciłam do teściowej, stałam przy jej łóżku, rozmawiałyśmy i nagle zobaczyłam olbrzymiego, dziwnego tukana. Był jasny, pastelowy, z czerwoną plamą nad ogonem. Miał potężny żółty dziób. Był wielkości przerośniętego pelikana. Był piękny. Stanął na ścieżce i wyglądał na zagubionego. Spojrzałam na niego i przywołałam go, a on szedł w moim kierunku. Najpierw troszkę się przestraszyłam tego olbrzymiego dzioba, ale potem sobie pomyślałam, że on z pewnością pochodzi z jakiejś hodowli, bo w naszym kraju nie występują takie ptaki. Więc spróbowałam go pogłaskać. Pozwolił mi na to i szedł za mną jak pies. 

    Pokazałam go teściowej, ale trochę się go obawiała. Zapytałam, czy ma jakieś owoce, bo nie do końca wiedziałam, czym się żywią tukany, ale pomyślałam, że owocami. Teściowa wstała i poszłyśmy w stronę ogrodów. Powiedziała, że ma malinki. Wyciągnęła metalową menażkę wypełnioną jakąś dziwną szarą mazią. Nie wiem, co to było. To było jak przemielone maliny, ale z dodatkiem jakiegoś badziewia, było brudnoszare. 

    Powiedziałam, że ptak nie będzie jadł czegoś takiego i poszliśmy dalej. Doszłyśmy do ogródków, raczej warzywnych, ale wyglądały mizernie. Nie byłyśmy ich właścicielami ani ja, ani teściowa. Ten ptak wyrwał trzy długie na wysokość, może półtora metra, rośliny. Nazwałam to sałatą, chociaż wyglądało jak cienki, miękki patyk z mizernymi listkami porozmieszczanymi losowo na całej długości. Kiedy ptak wyrwał je i zjadał, teściowa powiedziała: 

    – To nie nasze. 

    Była trochę wystraszona ewentualnymi konsekwencjami. 

    Powiedziałam, że nie ma sprawy, że on to wybrał, to znaczy, że to jest dla niego i w razie czego ja biorę na siebie odpowiedzialność. 

    Później weszliśmy do domu w starym, wiejskim stylu. Możliwe, że to dom właścicieli ogródków. Było nas kilkoro. Na pewno był tam jakiś mężczyzna i możliwe, że mój syn, ale jako nastolatek z dziewczynką w podobnym wieku. 

    Dom był bardzo zaniedbany. Zwróciłam uwagę na stare drewniane drzwi, klamka też jakaś taka… Wszystko tam było bardzo stare. Czułam, że ktoś rzucił klątwę na ten dom. Byłam zdziwiona, że tam się nie sprząta. 

    Kilka razy otwierałam tam drzwi i przy każdej klamce, ale nie na klamce, tylko na elemencie, który mocuje klamkę do drzwi, były plamy jakby rozmielonej zieleniny, takie zaschnięte rozchlapane paćki z zielonej mazi. 

    I kiedy zobaczyłam pierwsze drzwi, nie pomyślałam niczego złego. Wyglądało to trochę jak sztuczny mech. Drugie drzwi mnie trochę zaniepokoiły. Pomyślałam wtedy, że możliwe, że ktoś właśnie w ten sposób rzucił klątwę na ten dom. 

    Wyszliśmy stamtąd, ale niepokój pozostał. 

    Szliśmy wzdłuż nasypu kolejowego chyba do domu. Ja z tym mężczyzną szłam w dole, a po drugiej stronie torów górą szedł mój syn z kimś z tego domu. Nadjechał długi pociąg towarowy i pomyślałam sobie, że powinniśmy iść drugą stroną, górą, dlatego że ten pociąg, gdyby coś się stało i spadły wagony, spadłyby przecież bezpośrednio na nas, spadłyby przecież w dół. Wagony bardzo niebezpiecznie się chwiały, wyglądało to dość niepokojąco. 

    Na szczęście wagony nie upadły, a pociąg przejechał. 

    Miałam silną potrzebę opowiedzenia o tym, że dom, w którym byliśmy, został obłożony klątwą i dlatego jego mieszkańcy są tacy biedni i że jest tam coś bardzo złego, coś złego się tam dzieje. 

    Zawołałam mojego byłego męża (nie wiem, czy był ze mną cały czas) i powiedziałam, że muszę z nim bardzo poważnie porozmawiać. A on chyba źle zrozumiał „poważnie porozmawiać”, bo od razu zaczął się tłumaczyć, że TA kobieta była nachalna, że to ona chciała. 

    Powiedziałam, że ja w ogóle nie o tym, że mnie to nie interesuje, że mam ważniejszą sprawę. 

    Nie wiem w końcu, czy udało mi się powiedzieć mężowi o klątwie. I czy zrobiliśmy coś, aby pomóc tej rodzinie. 

    Zastanawiałam się długo, dlaczego w tym śnie pojawiła się teściowa. Prawie trzydzieści lat temu, kiedy ją poznałam, zobaczyłam kobietę silną, apodyktyczną, inteligentną. Pełniła wtedy ważną funkcję, była w swoim środowisku zawodowym rozpoznawalna i ceniona w skali kraju. Poznałyśmy się w wakacje, mieszkaliśmy u niej z mężem przez dwa miesiące. Wyjechaliśmy na tydzień, po powrocie, pierwszy raz w życiu zobaczyłam, jak wygląda człowiek po tygodniowym ciągu alkoholowym. Było to wstrząsające. Tym bardziej, że nie byłam w stanie połączyć tych dwóch obrazów. Kobiety trzeźwej, wyniosłej i tej drugiej zniszczonej, wręcz upodlonej przez alkohol. 

    Tkwiłam w tym chaosie dwadzieścia sześć lat. 

    Wyruszyłam nareszcie w drogę. Moim skrzydłem pustułki, była chęć uzdrowienia tej rodziny. Niestety było za późno. Choroba alkoholowa jest tam przekazywana z pokolenia na pokolenie. Prawdziwym ratunkiem dla mnie i syna okazało się opuszczenie tego domu.  

    A TUKAN? On zostanie ze mną. Pokazał mi wyraźnie czym nie można się karmić i zaprowadził mnie ku wyjściu z domu obłożonego klątwą. 

  • 60. Pigmejka – sen o tym, że poleżę sobie pod kołdrą. 

    18/19.01.2026 

    Byłam w pracy z dziećmi, ale nie byłam w mojej firmie. To było jakieś inne miejsce. Kąpałam się w wannie, a później przeszłam do łóżka. Leżałam pod kołdrą i chowałam się przed wszystkimi. 

    Przyszedł jakiś mężczyzna, włożył rękę pod kołdrę i objął mnie w pasie. Mówił, że jestem dla niego idealna, ale ja nie chciałam być „dla niego”. Przyszły dziewczynki, z którymi pracuję i mężczyzna musiał odpuścić. Kiedy mnie dotykał, nie czułam się w niebezpieczeństwie. To nie było nachalne, było to czułe. Ale nie było odpowiedzi z mojej strony. 

    Mężczyzna zniknął. 

    Za chwilę pojawił się kolejny. Sympatyczny pracownik sklepu. Rozmawialiśmy. Mówił, że potrzebuje właśnie takiej kobiety jak ja. To był dobry, ciepły człowiek, ale bardzo młody. Nie chciałam być z nim, chociaż poczułam do niego dużą sympatię. Ta młodość właśnie nie była dla mnie zaletą. 

    Byliśmy w tym samym pomieszczeniu, ale chyba w basenie. Zawołałam moją najmłodszą kotkę. Przybiegła, weszła do wody i przypłynęła do nas. (W realu kotka często wchodzi do wanny i lubi wodę.) Mężczyzna był bardzo zdziwiony, że kot pływa. 

    Znalazłam się w domu mojej teściowej. Na balkonie miała zamontowaną „siatkę” zrobioną z firanki. Była to bariera, jak dla kota, tworząca rodzaj klatki. Zobaczyłam tam maleńkie, kilkucentymetrowe małpeczki. Wyglądały jak pigmejki. Zdziwiło mnie to bardzo. 

    Zapytałam, skąd te zwierzątka. Teściowa powiedziała, że są własnością sąsiadki. Ona tylko opiekuje się nimi pod jej nieobecność. Zauważyłam, że maleństwa uciekają przez szpary. „Siatka” była niechlujnie, punktowo zamontowana na taśmę „nano”. Zapytałam, czy ma jeszcze taką taśmę, bo powinna być przyklejona na całej długości. Powiedziała, że znajdzie. 

    Kiedy zaganiałam małpki z powrotem, zaprzyjaźniłam się z jedną z nich. Pokazywałam jej zabawki, dawałam do spróbowania różnego rodzaju jedzenie, jakbym uczyła ją nowych smaków. Trzymałam ją w kieszeni koszuli na wysokości piersi. Włożyłam tam kawałek bułki, żeby mogła sobie podgryzać, jak zgłodnieje. 

    Miałam wyjść do miasta i zastanawiałam się, czy to na pewno bezpieczne wynieść ją tak bez zabezpieczenia. Bałam się, że jeśli wyjdzie z kieszeni, może ją spotkać coś złego. 

    Wracają jak bumerang w mojej podświadomości sprawy relacyjne. Tym razem sen wziął na tapet moją zdolność mówienia „NIE”. 

    Kiedy byłam młoda, mężczyzna, który mnie „chciał”, uchodził z automatu za księcia z bajki. Wiadomo, jak się to skończyło. Nie będę pisać o tym po raz kolejny. Skupię się na sobie z czasu, w którym śniłam ten sen. 

    Nie wiem, czy sen rozprawiał się z rzeczywistością, czy wdrażał ćwiczenia na przyszłość. 😉 

    Przez kilka miesięcy 2025 roku zdawało mi się, że przyjaźnię się z mężczyzną. Był ode mnie dwanaście lat młodszy. Spotykaliśmy się często. Łączyły nas wspólne zainteresowania. Jest przyrodnikiem i ekologiem. Przynosił zwykle ze sobą dary natury, którymi zapełniłam kuchenne szafki po brzegi. Ja odwdzięczałam się sztuką. 

    Bardzo lubiłam rozmowy z nim i wspólne wycieczki, ale nie byłam zainteresowana niczym więcej. Był dla mnie zwyczajnie… za młody. Kiedy wyobrażałam sobie siebie w przyszłości jako sześćdziesięcioletnią kobietę z czterdziestoośmioletnim mężczyzną u boku, coś kazało mi powiedzieć stanowcze NIE! 

    Niestety tej przyjaźni nie udało się ocalić. A szkoda, bo była dla mnie niezwykle cenna. 

    A ten drugi mężczyzna? Czyżby to Darek? Tego nie wiem. 

    Wiem jedno. Urodziło się we mnie coś nowego. Coś, co sprawiło, że wolę iść przez życie sama, niż z mężczyzną, który nie daje mi tyle, ile potrzebuję. 

    Poukładałam sobie życie i czuję się w nim naprawdę bezpiecznie. To moja kołdra. Otulam się moją pracą, cudownymi relacjami, moimi zwierzętami i kontaktem z naturą. Mam swoje codzienne, kojące rytuały i aktywności, które są dla mnie ważne. Odzyskałam siebie i chcę się sobą nacieszyć, ucząc się jednocześnie, jak może smakować życie. Życie w wolności, którego dotąd nie zaznałam. 

    Relacja zaczeka. 

    Na razie mówię: NIE! 

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 51. Trzymając właściwy koniec liny – sen o wyjściu w podskokach z roli ratownika. 

    14/15.12.2025 

    Sen trochę z tych: „coś tam pamiętam, a coś tam umknęło”. 

    Byłam chyba uwięziona w jakimś pokoju. Nie mogłam wyjść, ale do mnie można było wchodzić. Weszły jakieś dziewczyny, nie pamiętam po co. Pojawiał się też mężczyzna. Chyba znajomy nauczyciel ze szkoły muzycznej. Przychodził do mnie często. Tym razem chciał, żebym wyszła na zewnątrz. 

    Byłam niekompletnie ubrana. Miałam na sobie krótki fartuszek i nic więcej. Założyłam sweter, chyba brązowy a fartuch wyglądał jak spódniczka. 

    Byłam na zewnątrz. Uliczka miasteczka, wąska kamienista. Z tego samego kamienia zbudowane były budynki. Trzymałam linę, ktoś mi pomagał. Miałam uwolnić kobietę (albo dwie kobiety) z jakichś lochów. Były tam uwięzione. ON je uwięził. Nie wiem, kim był ON, ale to jakby głowa rodziny. Dużej rodziny. Prawie wszyscy we śnie byliśmy jej członkami. 

    Trzymałam linę i ciągnęłam. I wyciągnęłam (hi, hi) starego, pulchnego jogina. Kiedy wyskakiwał, zrobił fikołka lub dwa i zaświecił gołym tyłkiem. 

    Trochę rozbawiona, a trochę zażenowana zajrzałam do środka. Czekała tam już na linę moja koleżanka z realnego życia (jest po bardzo poważnym wypadku, uczy się chodzić na nowo, chociaż lekarze nie dawali jej wielkich szans, porusza się już o kulach, na razie z wielkim trudem). Stała na dwóch nogach. Zapytałam, czy sobie poradzi. Poradziła sobie świetnie. Była w pełni sprawna. 

    Kiedy się wspinała, była ubrana w jeansy i T-shirt. Ale kiedy była już na górze, miała na sobie sari. Wszystkie miałyśmy na sobie sari. 

    We trzy musiałyśmy uciekać. Nie wiem, czy ta trzecia to była również wyciągnięta, czy to ta, która mi pomagała. 

    Weszłyśmy razem do piwnicy. Dużej, rozległej, wysokiej i dość jasnej. Ja musiałam się ukrywać bardziej niż one, bo wystąpiłam przeciw NIEMU, ratując je. 

    Czekałyśmy do zmroku, żeby uciec. One zabierały jakieś potrzebne w drodze rzeczy. Ja ukrywałam się pod schodami. 

    Przechodzili moi bracia. Nie byłam pewna ich lojalności. Byli wojownikami, mieli za chwilę wyruszyć w drogę. ON miał dla nich jakieś zadanie. 

    Nie bałam się. Wiedziałam, że sobie poradzę w razie czego. Nie chciałam po prostu robić zamieszania i ewentualnych kłopotów z ucieczką. Wiedziałam, że jestem bezpieczna, że nie zrobią mi krzywdy. Bałam się raczej, że ucieczka się nie uda. 

    Kiedy jesteś ratownikiem czujesz, że jeśli czegoś  nie zrobisz świat się rozsypie. Rodzina się rozpadnie. Ludzie w potrzebie bez ciebie się nie podniosą. I tak niesiesz na swoich plecach cudzy ciężar, w dodatku myślisz sobie, że to szlachetne. 

    To trochę tak, jakby przywiązać linę, zejść do lochu, w którym ktoś tkwi, wziąć go na plecy i próbować się wspinać. To trudne a często wprost niewykonalne. Bo wspiąć się samemu to wielka sztuka. A wspinać się za dwoje… bez sensu. 

    Jeśli zrobisz coś za kogoś, podejmiesz decyzję, zmusisz do właściwego kierunku, odbierasz komuś nie tylko poczucie sprawczości, ale też godność. Mój były mąż nigdy nie chciał się leczyć. A ja przecież nie wyleczę się za niego. Bardzo dużo czasu i energii zainwestowałam w to jego “leczenie”, zamiast skupić się na własnym. Było w tym tyle lęku i napięcia. 

    A mogłam zrzucić linę i pozwolić mu się wspinać, zamiast robić to za niego. 

    Zawodowo byłam skuteczna, ale płaciłam za to bardzo wysoką cenę. Chłonęłam jak gąbka ludzkie emocje, ciężary, traumy, trudności. 

    Dokonała się we mnie niedawno wielka zmiana. Nadal jestem empatyczna, wciąż zależy mi na pomocy innym, ale nie noszę już ich ciężaru. Skuteczność przez to nie zmalała. Wręcz przeciwnie – pojawiła się lekkość, która poprawia komfort pracy i budzi większe zaufanie. Trudno mi to wytłumaczyć. Sprawy ludzi przepływają przeze mnie osiadają na chwilę, która jest nam potrzebna a później płyną dalej. Nie kumulują się już we mnie. Nie odbierają siły. 

    Nie żyję już cudzym życiem. 

    Ja tylko trzymam linę i pozwalam ludziom wspinać się powoli.  

    A moja koleżanka? Ona naprawdę potrafi się wspinać.  

    Dziś po dwóch latach od wypadku, kilku poważnych operacjach i wielu trudnych miesiącach rehabilitacji, moja koleżanka porusza się już bez kul. Jest nieprawdopodobnie zdeterminowana i już niemal w pełni sprawna. Poradziła sobie świetnie.