W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: wewnętrzna przemiana

  • 82.3. Żeby nie przestraszyć bardziej – o czułości wobec siebie 

    Dziś, kiedy to piszę odnoszę wrażenie, że jeśli ktoś kiedyś przeczyta mój blog może sobie pomyśleć, że nie przybijam do brzegu, tylko kluczę i meandruję, dla taniej sensacji. 

    Nic bardziej mylnego. Od pierwszego wpisu próbuję opisać proces jaki we mnie zachodził. A po śnie z salamandrą proces ten przyspieszył i zwolnił jednocześnie. Byłam skupiona na dojściu do źródła i jednocześnie miałam świadomość jak delikatny jest to moment. 

    Intuicyjnie czułam, że istota uwięziona przez tak długi okres nie może zostać brutalnie wyrwana na światło dzienne. Nie można jej uzdrawiać „na siłę”, byłaby to kolejna forma przemocy jakiej doznała. Nie chodzi przecież o to, żeby naprawić. Teraz chodzi o to, żeby nie przestraszyć bardziej. 

    Trzeba delikatnie. Trzeba powoli. Najpierw potrzebna jest iskra, mikroskopijne poruszenie, odrobina zaufania, odrobina bezpieczeństwa. 

    To trochę tak, jak z dzikim, straumatyzowanym zwierzęciem. Nie można wyciągnąć go na siłę z kryjówki. Najpierw należy stworzyć warunki, aby samo zaczęło oddychać swobodniej, podnosić powieki i rozglądać się wokoło. Może wtedy samo zdecyduje, że można już podnieść głowę. A wtedy możliwe będzie więcej… 

    Czułam, że życie tli się jeszcze w mojej salamandrze.  

    Trwałam przy niej kolejne dni, trzymając wyśniony słój na kolanach i szepcząc do mojej salamandry. Z czułością otwierałam powoli to, co zamknięte bardzo dbając w tym czasie… 

    O siebie. 

  • 65. Grota – sen o odpowiedzialności 

    15/16.02.2026 

    Byłam w szkole. Prawdopodobnie była to szkoła, w której kiedyś pracowałam, ale budynek był zupełnie inny. Koleżanki z pracy były te same. Wicedyrektorka natomiast była dyrektorką, ale panował tam jakiś dziwny układ, bo współdzieliłam świetlicę z moją firmą z realnego życia. 

    Był to czas wyznaczony dla moich dzieci. Przyjechały z okolicznych miejscowości, muszą dojechać około dwudziestu kilometrów, żeby uczestniczyć w tych zajęciach. Pojawiła się również jakaś nowa dziewczynka, która wydawała mi się znajoma. Potem okazało się, że uczyła się w tej szkole, z której ja – nazwijmy to – wynajmowałam miejsce na potrzeby mojej firmy. 

    Wtedy przyszła koleżanka, która uczy w klasach I–III i powiedziała, że z jakichś powodów przyprowadzi całą klasę na moje zajęcia. Miało to być zastępstwo. 

    Oburzyło mnie to bardzo, bo był to czas dla moich dzieci, nie dla jej klasy. 

    Wyszłam z sali i zaczęłam szukać dyrektorki. Chodziłam po korytarzach. Weszłam na najwyższe piętro. Były tam chyba kraty w drzwiach. Żeby dostać się na korytarz, musiałam użyć domofonu albo próbowałam przeskoczyć przez jakieś zabezpieczenie. Uświadomiłam sobie jednak, że jeśli skoczę, spadnę z samej góry aż na parter. 

    Pchnęłam drzwi i po prostu się otworzyły. 

    Weszłam do środka i okazało się, że muszę przejść przez cały korytarz. Na jego końcu były schody. 

    Na klatce schodowej zobaczyłam dziwną scenę. 

    Były tam chyba dwie kobiety, które stały nad mężczyzną. Właściwie był chłopcem, choć jednocześnie wydawał się dorosłym mężczyzną. Miał ubrudzone kałem pośladki, a one próbowały go jakoś wyczyścić. Leżał na brzuchu i nie poruszał się, było widać jego zabrudzone ubranie. 

    Powiedziałam, że trzeba to po prostu wyczyścić mokrymi chusteczkami. Wzięłam je i już chciałam zacząć czyścić. Nawet trochę ubrudziłam się kupą, ale pomyślałam sobie, że przecież to nie jest moje zadanie. 

    Położyłam chusteczki na jego pupie, tak jakbym pokazywała kobietom, co mają zrobić i poszłam dalej. 

    Znalazłam dyrektorkę. Okazało się, że musiałam wejść schodami jeszcze piętro wyżej. Na końcu korytarza był jej gabinet. 

    Zajrzałam do środka i zapytałam, czy zasady są takie jak kiedyś. Czy jako dyrektorka musi wiedzieć o każdym zastępstwie, które odbywa się w szkole. 

    Powiedziała, że tak. 

    Zapytałam, czy dotyczy to również świetlicy. 

    Odpowiedziała, że tak. 

    Zapytałam, czy wie o zastępstwie, które właśnie odbywa się w świetlicy. 

    Powiedziała, że nie. 

    Odpowiedziałam: 

    – Aha. Więc już wiem, co mam teraz zrobić. 

    Zeszłam na dół. 

    Zgubiłam się. 

    Zeszłam aż do piwnicy. Była tam grota. Taka smocza jama. 

    Widziałam, że została wystylizowana ludzką ręką. Wytłoczone były nawet ślady smoka albo jakiegoś innego gada. 

    Pomyślałam sobie, że tę szkołę można by przerobić na coś fantastycznego. Że ten budynek jest wspaniały i można stworzyć z niego dla dzieci niezwykłe, czarodziejskie miejsce. 

    Z tej groty wyszłam na podwórko. 

    Była tam trawa, chyba jakiś podjazd dla samochodów. 

    I tu sen się zakończył. 

    Rano dowiedziałam się, że tej nocy zmarł mój młodszy brat.  

    Tego snu nie będę interpretować. 

  • 57. Okno – sen z widokiem na nową relację. 

    2/3.01.2026 

    W moim domu trwał remont. Sama wykonywałam większość prac. 

    Byłam na klatce schodowej, wchodziłam z kimś na górę. Usłyszałyśmy kaszel wsteczny psa. Osoba, z którą szłam, powiedziała, że to na pewno moja suczka i że jest już stara. To jednak nie był mój pies. To był pies sąsiadów (w realu nie utrzymujemy kontaktów). Byli bardzo zmartwieni, myśleli, że psu coś dolega. Uspokoiłam ich i pokazałam im technikę, która pozwala zakończyć taki „kaszel”. 

    Sąsiad (w realu nie odpowiada nawet na dzień dobry) wyciągnął w moim kierunku paczkę chipsów. Chciałam wziąć ją do ręki, poczęstować się i oddać paczkę, ale mi ją wyszarpał. Nie chciał jej wypuścić z rąk. Podziękowałam. I tak nie chciałam chipsów. 

    Nagle zmieniłam kierunek i poszłam z nimi na zewnątrz. Szliśmy osiedlem, było tam dużo dziesięciopiętrowych bloków z płyty. Było już widać moje mieszkanie, usytuowane na siódmym lub ósmym piętrze jednego z bloków. Mój partner kładł zaprawę wokół świeżo zamontowanego okna. Trochę mnie zdziwiło, że chce i potrafi. 

    Żeby dojść do mojego mieszkania, musiałam przejść duży rów lub niewielką rzeczkę. Zwykle wybierałam drogę „pod spodem” nasypu, po którym szliśmy, przez tunel albo rurę. Miałam ze sobą torbę lub plecak, więc nie było szans, że się zmieszczę. Pożegnałam się z towarzyszami i poszłam dłuższą drogą. 

    Przeszłam przez nasyp i znalazłam się na asfaltowej drodze. Szłam po niej, chociaż chodnik był po drugiej stronie, wystarczyło przejść. Weszłam do jakiegoś budynku, nie wiem po co, ale to był rodzaj przystanku w drodze. 

    Tam podszedł do mnie mężczyzna. Był mną bardzo zainteresowany. Wyśmiałam go wręcz, bo różnica wieku była znacząca. On był bardzo młody. Powiedział, że mój wygląd wprowadza w błąd, i poszedł sobie. 

    Przyszła kobieta i przekazała mi klucz od mojego partnera. Mieszkanie było świeżo wynajęte i nie miałam do niego kluczy. Poza kluczem otrzymałam kilka plastikowych zawieszek. Zastanawiałam się, po co ich tyle do jednego klucza, ale przyjęłam je. 

    Idąc, zastanawiałam się, dlaczego tylko jeden klucz. Potrzebuję jeszcze klucza do drzwi klatki schodowej. Mój partner zobaczył mnie chyba z góry, bo drzwi się otworzyły. 

    Mieszkanie było bardzo stare. Takie trochę zabytkowe, w stylu starej kamienicy. Okno, które wstawiliśmy, też było w starym stylu, ale „nowe”, białe, drewniane, duże i solidne. Poza nami mieszkała tam starsza pani, właścicielka. 

    Zobaczyłam dużą donicę z geranium. Teraz nie ma już takich kwiatów, były „modne” dziesiątki lat temu. Chciałam poczuć zapach. Zerwałam kilka listków i roztarłam je w dłoniach. Nikły zapach. Jakby wypłowiały ze starości. Włożyłam liście do ust i żułam, też nie poczułam wiele. Byłam rozczarowana. 

    Weszłam do kuchni i zobaczyłam skrzydło niewielkiego ptaka, jasnobrązowe. Wisiało nad kuchnią, służyło za rodzaj miotełki. 

    Leżały tam dwie siekiery. Zawieszałam je na ścianie jak ozdoby. Były w pewien surowy sposób ładne. Powiesiłam je blisko kuchni, żeby nie trzeba ich było szukać kiedy zechcemy pociąć drewno do rozpalenia ognia pod kuchnią. 

    Kontynuowaliśmy remont. Kładliśmy zaprawę na ścianach i kominie, ale na zewnątrz. Nie był to już blok, ale duży dom. Ściany były solidne, ale zniszczone. Świeży tynk odwarstwiał poprzedni i powstawały „bąble”. Bałam się, że wszystko się odklei. Mówiłam, że ten stary tynk będzie trzeba najpierw usunąć, ale większość pracy była już wykonana, więc trzeba by pracować od nowa. Mój partner nie był zachwycony. 

    Byłam w domu. Karmiłam zwierzęta jakąś papką z kurczaka. Nie chciały jeść. W miskach było jeszcze poprzednie papkowate jedzenie. Nie były zainteresowane. 

    Na drzewach za oknem widziałam ptaki, takie jakie zwykle widzę w realu: gawrony i kawki. Normalny, codzienny widok. 

    Kiedy odzyskałam wewnętrzny spokój, coraz częściej myślałam o relacji. Nowej relacji z mężczyzną, z którym da się budować. 

    Ten sen pokazał mi, że jeszcze nie czas. Że mam jeszcze trochę do zrobienia. Kilka starych wzorców do przepracowania i zobaczenia tego w sobie co, głęboko ukryte.  

    Bo nie da się budować zdrowej relacji na niezdrowych fundamentach.  

    Dziś dotarłam już do źródeł moich przekonań i wiem, przed czym ten sen mnie ostrzegał. 

    Na szczęście go posłuchałam.

  • 51. Trzymając właściwy koniec liny – sen o wyjściu w podskokach z roli ratownika. 

    14/15.12.2025 

    Sen trochę z tych: „coś tam pamiętam, a coś tam umknęło”. 

    Byłam chyba uwięziona w jakimś pokoju. Nie mogłam wyjść, ale do mnie można było wchodzić. Weszły jakieś dziewczyny, nie pamiętam po co. Pojawiał się też mężczyzna. Chyba znajomy nauczyciel ze szkoły muzycznej. Przychodził do mnie często. Tym razem chciał, żebym wyszła na zewnątrz. 

    Byłam niekompletnie ubrana. Miałam na sobie krótki fartuszek i nic więcej. Założyłam sweter, chyba brązowy a fartuch wyglądał jak spódniczka. 

    Byłam na zewnątrz. Uliczka miasteczka, wąska kamienista. Z tego samego kamienia zbudowane były budynki. Trzymałam linę, ktoś mi pomagał. Miałam uwolnić kobietę (albo dwie kobiety) z jakichś lochów. Były tam uwięzione. ON je uwięził. Nie wiem, kim był ON, ale to jakby głowa rodziny. Dużej rodziny. Prawie wszyscy we śnie byliśmy jej członkami. 

    Trzymałam linę i ciągnęłam. I wyciągnęłam (hi, hi) starego, pulchnego jogina. Kiedy wyskakiwał, zrobił fikołka lub dwa i zaświecił gołym tyłkiem. 

    Trochę rozbawiona, a trochę zażenowana zajrzałam do środka. Czekała tam już na linę moja koleżanka z realnego życia (jest po bardzo poważnym wypadku, uczy się chodzić na nowo, chociaż lekarze nie dawali jej wielkich szans, porusza się już o kulach, na razie z wielkim trudem). Stała na dwóch nogach. Zapytałam, czy sobie poradzi. Poradziła sobie świetnie. Była w pełni sprawna. 

    Kiedy się wspinała, była ubrana w jeansy i T-shirt. Ale kiedy była już na górze, miała na sobie sari. Wszystkie miałyśmy na sobie sari. 

    We trzy musiałyśmy uciekać. Nie wiem, czy ta trzecia to była również wyciągnięta, czy to ta, która mi pomagała. 

    Weszłyśmy razem do piwnicy. Dużej, rozległej, wysokiej i dość jasnej. Ja musiałam się ukrywać bardziej niż one, bo wystąpiłam przeciw NIEMU, ratując je. 

    Czekałyśmy do zmroku, żeby uciec. One zabierały jakieś potrzebne w drodze rzeczy. Ja ukrywałam się pod schodami. 

    Przechodzili moi bracia. Nie byłam pewna ich lojalności. Byli wojownikami, mieli za chwilę wyruszyć w drogę. ON miał dla nich jakieś zadanie. 

    Nie bałam się. Wiedziałam, że sobie poradzę w razie czego. Nie chciałam po prostu robić zamieszania i ewentualnych kłopotów z ucieczką. Wiedziałam, że jestem bezpieczna, że nie zrobią mi krzywdy. Bałam się raczej, że ucieczka się nie uda. 

    Kiedy jesteś ratownikiem czujesz, że jeśli czegoś  nie zrobisz świat się rozsypie. Rodzina się rozpadnie. Ludzie w potrzebie bez ciebie się nie podniosą. I tak niesiesz na swoich plecach cudzy ciężar, w dodatku myślisz sobie, że to szlachetne. 

    To trochę tak, jakby przywiązać linę, zejść do lochu, w którym ktoś tkwi, wziąć go na plecy i próbować się wspinać. To trudne a często wprost niewykonalne. Bo wspiąć się samemu to wielka sztuka. A wspinać się za dwoje… bez sensu. 

    Jeśli zrobisz coś za kogoś, podejmiesz decyzję, zmusisz do właściwego kierunku, odbierasz komuś nie tylko poczucie sprawczości, ale też godność. Mój były mąż nigdy nie chciał się leczyć. A ja przecież nie wyleczę się za niego. Bardzo dużo czasu i energii zainwestowałam w to jego “leczenie”, zamiast skupić się na własnym. Było w tym tyle lęku i napięcia. 

    A mogłam zrzucić linę i pozwolić mu się wspinać, zamiast robić to za niego. 

    Zawodowo byłam skuteczna, ale płaciłam za to bardzo wysoką cenę. Chłonęłam jak gąbka ludzkie emocje, ciężary, traumy, trudności. 

    Dokonała się we mnie niedawno wielka zmiana. Nadal jestem empatyczna, wciąż zależy mi na pomocy innym, ale nie noszę już ich ciężaru. Skuteczność przez to nie zmalała. Wręcz przeciwnie – pojawiła się lekkość, która poprawia komfort pracy i budzi większe zaufanie. Trudno mi to wytłumaczyć. Sprawy ludzi przepływają przeze mnie osiadają na chwilę, która jest nam potrzebna a później płyną dalej. Nie kumulują się już we mnie. Nie odbierają siły. 

    Nie żyję już cudzym życiem. 

    Ja tylko trzymam linę i pozwalam ludziom wspinać się powoli.  

    A moja koleżanka? Ona naprawdę potrafi się wspinać.  

    Dziś po dwóch latach od wypadku, kilku poważnych operacjach i wielu trudnych miesiącach rehabilitacji, moja koleżanka porusza się już bez kul. Jest nieprawdopodobnie zdeterminowana i już niemal w pełni sprawna. Poradziła sobie świetnie. 

  • 39. Sen o lataniu i braku podstaw do amputacji. 

    12 /13. 11.2025 

    Pierwszy sen tej nocy: Nie pamiętam początku, w jakimś celu latałam nad miastem. Często zdarzało mi się śnić o lataniu. Zwykle nad lasami lub otwartą przestrzenią. Tym razem było to miasto. Chyba gdzieś się śpieszyłam a może latałam tak sobie bez celu. Wróciłam do domu, gdzie zostawiłam małego pulchnego szczeniaka. Kiedy widziałam go przed wyjściem miał maleńką rankę na palcu przedniej łapki. Taką kropkę jak po ukłuciu. Kiedy wróciłam palec był czerwony i bardzo opuchnięty. Bałam się, że trzeba będzie go  amputować. Dzwoniłam do znajomej weterynarz, żeby umówić się na pilną wizytę. Kiedy opowiadałam jej o stanie szczeniaka przyglądałam się mu z uwagą. Chodził nie utykając, był radosny. Zachowywał się jak zdrowy piesek. Trochę mnie to uspokoiło.  

    To był pierwszy sen, ale jeszcze nie pokój na mapie-śnie mojej transformacji. Na razie była to wyśniona wcześniej jazda motorem przez las. Prawdziwa szkoła zaczęła się jakiś czas później, kiedy byłam już na to gotowa. 

    Ten sen pokazywał mi, że nie wszystko co wydaje się tragedią faktycznie się nią okazuje. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmieniła się moja postawa wobec wszystkiego co niepokojące. Wychowując się w zagrażającym środowisku w ułamku sekundy skanujesz otoczenie i zauważasz to co umyka innym. Widzisz mikro zmiany w mimice, tonie głosu, subtelne drgnienie mięśni. Wydaje ci się czasem tylko, że coś jest „nie tak”, bo masz zamontowaną fabrycznie hiperczujność. Kiedyś więc żeby przetrwać działałam z automatu. Bodziec – reakcja – natychmiast. Pamiętam, jak przyszłam z moim dwuletnim dzieckiem do pediatry, był chory. Tylko ja to wiedziałam. Nasza pani doktor, cudowna kobieta (bardzo się lubiłyśmy) poprosiła, żebym przyszła jutro, bo dziś nie ma jeszcze objawów, które pozwalałyby jej postawić diagnozę. Następnego dnia wróciliśmy z jelitówką.  

    Teraz spokojnie obserwuję i większość niepokojących sytuacji, po takim zatrzymaniu okazuje się zwyczajnie neutralna. A opuchnięty palec widziany z szerszej perspektywy nie okazuje się wcale katastrofą tylko czymś czemu warto spokojnie się przyjrzeć.  

    Dziś jest we mnie duży spokój i widzę, jak bardzo przytłaczające i wycieńczające było ciągłe napięcie, w jakim kiedyś żyłam. A moja hiperczujność to teraz tajna moc, którą wykorzystuję w pracy. Już nie z lęku a zwyczajnie z chęci niesienia pomocy.

    Ciekawe, że sen zaczął się lataniem. Zwykle sny o lataniu lub pływaniu/nurkowaniu/tańcu w głębinach miałam w sytuacjach największych życiowych kryzysów. To były sny ratunkowe, kojące układ nerwowy, pozwalające przetrwać. 

    Ten sen był zwyczajnie dobry. Mówił jasno i wyraźnie: Droga, którą zmierzasz zaczyna się od znalezienia w sobie niezbędnego spokoju, więc…  

    Wrzuć na luz!!! 

  • 26. Dylemat

    DYLEMAT 

    Prawdziwym powodem do rozstania z Darkiem był emocjonalny chaos, który niszczył mnie od środka. Darek poruszał mnie na tylu poziomach, że z jednej strony relacja otwierała mnie z innej ograniczała. Było w niej więcej pytań niż odpowiedzi a w takich sytuacjach mózg sam próbuje wypełnić powstałe luki, pojawiały się więc domysły, scenariusze i niepewność. A niepewność boli najbardziej. Powiedział kiedyś… “Mieszkam z kimś” i z tego zrobiłam główny pretekst. Zobaczyłam to przez moje filtry. Jako zdradzana kiedyś żona chciałam jednego. Nigdy nie być powodem, dla którego jakakolwiek kobieta mogłaby poczuć się jak ja kiedyś. Z tego uczyniłam powód rozstania. Tak naprawdę nigdy nie zapytałam z kim mieszka. Może była to faktycznie kobieta, może mężczyzna, córka a może ciocia Józia, kto wie? No ja nie wiem. Bo nigdy nie zapytałam. Potrzebowałam wtedy zakończyć ten przytłaczający mnie niepewnością ciąg, którego nie chciałam i nie miałam już siły dalej przeżywać. Napisałam bardzo emocjonalnego maila i jednym cięciem zakończyłam tą relację. Bardzo ciekawe jest to, że kiedy wzięłam do ręki karty tarota i zapytałam z czystej naiwności kim jestem, dostałam bardzo precyzyjną odpowiedź: Królowa Mieczy.  

    A najciekawsze jest to, że z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że ta intensywność działa się we mnie nie bez powodu. Miałam przeżyć to wszystko właśnie tak jak przeżyłam. I wszystko we mnie było prawdziwe. Miłość, niepewność i morze lęku. 

    Po dwóch dniach od wysłania maila przyszedł sen: 

    22/23.09.2025 

    Przyszłam z moim partnerem (nie nam pojęcia kim był, nie widziałam twarzy, w zasadzie to nie było ważne, byliśmy jakby obok siebie) na dużą polanę w parku. Był tam mój znajomy Przyrodnik pokazywał nam jakieś rośliny, mówił o czymś ważnym z punktu widzenia ekologa. Wracaliśmy na skraj polany przytuleni tzn. Ja i Przyrodnik a partnera trzymałam za rękę. Na obrzeżach stały budynki. Jednym z nich był maleńki z jedzeniem. Taki stacjonarny foodtrack. Kobieta w środku przygotowywała się do otwarcia i chciała koniecznie nauczyć mnie smażenia jakichś cienkich placków. Pracowałam z nią przez chwilę, przynosiłam składniki, mieszałam ciasto w wielkim garnku, ale niczego nie smażyłam. Trochę mnie to sfrustrowało, bo liczyłam na posiłek.  

    Poszłam do mieszkania mojej babci (sama), ze zdziwieniem zauważyłam, że w oknach były kraty. Spoglądałam przez okno i widziałam człowieka, nieokrzesanego, dzikiego polującego na ptaki. Był pięknie zbudowany, smukły i silny zarazem. Miał w sobie jakiś magnetyczny urok. Złapał w locie sowę i rzucił nią w moje okno. Zahaczyła skrzydłem o kraty i w wisiała bezwładnie, ale żyła. Chciałam jej pomóc, kiedy próbowałam wyciągnąć skrzydło, które utknęło w kracie, zauważył mnie. Wskoczył z lekkością na balkon (1 piętro) i podszedł do mnie. Byłam ubrana w suknię w jasnym kolorze. Długą ze sztywnym gorsetem typową dla XIX wieku. Przytulił mnie mocno, pocałował i staliśmy w objęciach dotykając się czule. Był bardzo delikatny. To było bardzo zmysłowe. Usłyszeliśmy hałas na schodach, to policjanci. Wiedziałam, że przyszli po niego. Chciałam, żeby uciekał, ale odmówił. Przytulał mnie nadal, do samego końca. Oderwali go ode mnie i zaciągnęli do otwartego powozu, (coś w stylu dorożki, ale całkowicie drewnianej i bez dachu) zaprzężonego w kare konie. Wybiegłam za nimi i wsiadłam do innego powozu. Jechaliśmy do sądu. Miałam wystąpić w roli jego obrońcy. Kiedy znalazłam się w środku, byłam ubrana jak zwykle, w spodnie i koszulkę pani w sekretariacie również. Zastałam go tam, bez jakiegokolwiek strażnika. Puścił mi oczko i położył palec na ustach. Oszołomiona patrzyłam jak rozmawiając z sekretarką wyciąga z szafek papiery i tworzy z nich szablony, którymi ozdabia pomieszczenie. Wmówił jej, że jesteśmy z ekipy remontowej. Wyszliśmy przez nikogo nie zaczepieni. Biegliśmy korytarzami trzymając się za ręce i śmiejąc głośno.  

    Znaleźliśmy się w dużym kilkupokojowym mieszkaniu. Mieszkało tam oprócz nas kilku studentów. Staliśmy pośrodku dużego, pustego pokoju ze szklanymi drzwiami. Było przez nie widać korytarz i ludzi, którzy się po nim przemieszczają. Zaczęliśmy się całować a potem w pośpiechu ściągać z siebie ubrania.  Byłam półnaga. Kochaliśmy się leżąc na podłodze. Starsza kobieta przechodząc korytarzem zauważyła nas i wtargnęła do środka. Chciała wiedzieć, czy mam prawo tam przebywać. Powiedziałam jej, że to mój rodzinny dom. We śnie tak było w istocie, tylko że właścicielem był już ktoś inny. Wiedziałam, że wprowadziłam ją w błąd. Nie miałam żadnego prawa tam być. 

    Tak właśnie czułam. Czułam, że nie mam prawa do tej relacji. Nie miałam wątpliwości, że kocham, że ten człowiek jest dla mnie bardzo ważny, że otworzył we mnie głęboko ukryte drzwi do duchowości, że nigdy do nikogo nie czułam tak wiele i tak czysto. A mimo to zadałam sobie pytanie “Czy jeśli w tym zostanę będzie to w zgodzie ze mną?” 

    Nie było. Wtedy byłam tego pewna.  

    Na tym etapie nie potrafiłam jeszcze precyzyjnie nazwać tego co czuję. Potrzebowałam czasu i czegoś jeszcze. Czegoś na co nigdy wcześniej nie mogłam sobie pozwolić… CISZY. 

  • 24. HIPNOZA REGRESYJNA V- integracja.

    Moja hipnoterapeutka na zakończenie sesji powiedziała, że gdyby coś mnie niepokoiło mogę dzwonić lub pisać, ponieważ około miesiąc po hipnozie mogą dziać się we mnie rzeczy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. Umysł będzie próbował to doświadczenie zintegrować i nikt nie odpowie mi teraz w jaki sposób. 

    Poza wszechogarniającą miłością obudziło się we mnie wtedy coś jeszcze… 

    Wiedziałam już wcześniej, że Darek nie jest przypadkową osobą w moim życiu. Teraz wiedziałam już na pewno, że jest “moją bratnią duszą”. W końcu zapytałam właśnie o niego i taka piękna przyszła odpowiedź. No cóż, z perspektywy czasu mogę powiedzieć… Może jest, a może nie.  W tamtym okresie, byłam tego pewna, dziś… nie wiem, ale dopuszczam myśl, że może to jeszcze nie koniec, że może mamy coś jeszcze do zrobienia dla siebie na wzajem. Przechodziłam tamtego lata trudny czas transformacji, kiedy to wszystkie odmrożone emocje zdawały się niemal krzyczeć jednocześnie a ciało zalane oksytocyną mówiło “MÓJ CI ON” i pragnęło więcej i na zawsze. Tylko gdzieś pod skórą czułam, że coś tu jest nie tak. Bo to co było między nami to dużo więcej niż bliska znajomość i o wiele mniej niż relacja. Nie potrafiłam tego nawet nazwać. Działo się we mnie tyle na raz i wszystko było nowe i intensywne. Zadziwiające było to, że byłam pełna zachwytu i miłości, ale nigdy nie powiedziałam wprost co czuję. Wcale nie spotykaliśmy się często a we mnie działy się tak OGROMNE RZECZY. 

    Wtedy przyszedł sen: 

    17/18.08.2025 

    Byłam w mieście o dziwnej konstrukcji. Sześciany połączone ze sobą mostami. Wszędzie dużo trawy. Przed domami, na mostach i dachach domów. Miasto z trawy i betonu. Cała ta olbrzymia konstrukcja zawieszona była w powietrzu. Opiekowałam się dziećmi lub wnukami człowieka, który był najważniejszą osobą w mieście. Taki szef wszystkich szefów. Dzieci biegały w soczystej trawie, bawiły się z psami (wyżły lub któreś z gończych). Psy nagle zniknęły a dzieci zaczęły ukrywać się w ciemnych zakamarkach, klasyczna zabawa w chowanego. Zeszliśmy w ten sposób do piwnic. Tam w niemal całkowitej ciemności spotkałam Darka, bałam się go. Wepchnęłam go do jednej z piwnic i szybko zamknęłam ciężkie, hermetyczne, pancerne drzwi. W pośpiechu z szybko bijącym sercem (czułam je w całym ciele, jakbym to ja była sercem) wybiegłam na górę zbierając po drodze wszystkie dzieci i psy, które czekały na trawniku. Usiedliśmy w trawie, psy leżały obok. Na niebie pojawiły się fajerwerki. Wszyscy w mieście oczekiwali na ważny koncert. Ludzie z podekscytowaniem rozmawiali o jakimś artyście światowej sławy, czuć było wszechogarniającą radość. Pomyślałam wtedy z przerażeniem, że Darek tam umrze z braku tlenu. Odprowadziłam dzieci do domu i zbiegłam do piwnic, żeby go uwolnić. Po korytarzach przemieszczały się dziwne postaci. Ludzie z twarzami zwierząt, trochę jak z hinduistycznych eposów. Ognisty rydwan zaprzężony w olbrzymie białe konie z woźnicą o twarzy pomalowanej na czerwono z wielkimi wytrzeszczonymi oczami. Miałam w ręku przedmiot przypominający drewnianą ciężką buławę lub berło. Był to rodzaj ochronnej broni, dzięki któremu udało mi się przedrzeć do piwnicy, w której za pancernymi drzwiami zamknęłam Darka. Drzwi zamknięte były na zamek przypominający taki w łodziach podwodnych. Nie mogłam ich otworzyć. Próbowałam kilkukrotnie. W końcu zamek puścił. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Darka. Stał pośrodku pustej, ciemnej piwnicy i obiema dłońmi bardzo wolnym ruchem dotknął twarzy. Stał tak jeszcze chwilę. Po czym energiczne zdarł ją jak maskę. Zobaczyłam inną twarz, zupełnie inną osobę. Szatyn, o delikatniejszych rysach, ale nadal był to Darek. Nie bałam się, nie byłam też zaskoczona. Poczułam ulgę jakby całe napięcie nagle odpłynęło. 

    To był pierwszy z wielu naprawdę ważnych snów, które zaczęły mnie prowadzić ku uzdrowieniu. Jeszcze wtedy go nie rozumiałam, teraz wiem, że psychika próbowała poprzez te obrazy oddzielić człowieka od symbolu, katalizatora od mężczyzny. Ten sen zrobił też wiele, wiele więcej. Rozpoczął proces, ale tego też wtedy jeszcze nie wiedziałam. Sny są mądre i czasem trzeba czasu, żeby za nimi nadążyć, ale nigdy nie przynoszą czegoś czego nie potrafimy unieść. Tym razem unieść miałam rozstanie, konieczne na tym etapie dla mojego rozwoju… ale tego też jeszcze nie wiedziałam. 

    Hipnoza regresyjna chyba otworzyła we mnie piękny kanał rozmów z podświadomością. Kiedyś przeraziłoby mnie na bank, gdybym zobaczyła siebie przed zaśnięciem i usłyszała, jak szepczę w ciemności “Pokaż mi moja duszo, wszystko to, co powinnam zobaczyć”.

    I pokazuje. Pokazuje bardzo precyzyjnie. 

  • 23. HIPNOZA REGRESYJNA IV — Trzymaj się ziemi

    Bezpośrednio po sesji byłam tak oszołomiona morzem piękna i miłości, które na mnie spłynęło, że nie zadbałam o transport, tylko szłam pieszo z przedmieść Krakowa do centrum. Po drodze postanowiłam, że muszę zapisać wszystko, natychmiast. Bardzo bałam się, że mogłabym zapomnieć, a chciałam pamiętać najmniejszy szczegół. Zapisałam wszystko co zobaczyłam siedząc w kawiarni na Plantach. Niepotrzebnie się bałam. Pamiętam każdy szczegół, choć minęło już dziesięć miesięcy. I niezmiennie bardzo mnie każdy z tych obrazów wzrusza i napełnia czystą miłością. 

    Zastanawiałam się bardzo często, dlaczego wybaczałam takie potworności ludziom, którzy powinni mnie byli chronić? Dlaczego nie potrafię nienawidzić, choć mogłabym, bo całe moje życie to przemoc, porzucenia, wykorzystywanie i zdrady. Myślałam zawsze, że moja postawa to naiwność i słabość. A moim motorem była zawsze miłość. Miłość, której przecież nie dostałam więc skąd taki wzorzec? Ta wizja pokazała mi kilka bardzo ważnych rzeczy. Udowodniła mi przede wszystkim, że JA JESTEM MIŁOŚCIĄ, że to jest naturalny stan każdej istoty. Widziałam to, poczułam, przeżyłam całą sobą. Miłość jest naturalnym, pierwotnym stanem. Od tej pory miałam silne przekonanie, że miłość jest święta. Należy ją chronić, szanować i przestać nazywać miłością to co nią nie jest. 

    Wizja ta pokazała mi też kim jestem i po co tu przyszłam. Jeśli wierzyć, że jestem duszą, która wybrała życie w tym miejscu (a kiedy przypominam sobie wszystko co widziałam/przeżyłam trudno mi twierdzić, że jest to jedynie wytwór umysłu), wybrałam życie jako jedność: ciała, umysłu i duszy. Nie da się tego w żaden sposób rozdzielić. Jako jedność przyszłam tu w jakimś celu. Nie przyszłam po to, żeby stać w progu. Nie po to, żeby szukać siebie w wizjach, ceremoniach, strukturach. Przyszłam, żeby przepracować to co zaplanowałam po tamtej stronie, ale przede wszystkim zasiewać miłość każdą moją decyzją. I to chyba jest najtrudniejsze, bo można potraktować duchowość jako fajerwerki, których dotknęłam w czasie hipnozy i za którymi codziennie tęsknię. Można gonić za wizjami w oderwaniu od życia i ludzi. Ale można też wziąć odpowiedzialność i iść z całym pięknem, które przyszło wraz z tym doświadczeniem, słysząc wciąż głos przewodnika, który mówi “Trzymaj się ziemi. Dawaj i czerp energię. Energię miłości. Bądź miłością.”  

    Staram się. Codziennie. 

  • 22. HIPNOZA REGRESYJNA III — Światło (20.07.2025)

    8. 

    Umarłam. Moje stare ciało siedzi w fotelu. Fotel jest prosty drewniany. Mam kolana przykryte ciepłym kocem. Rozglądam się. Proste meble. Jakiś kredens. Stolik. Kwiaty w wazonie. Serwetki zrobione na szydełku, obrazki z kwiatami. Ładnie, ale nie na bogato.  

    Mam cienkie włosy zaplecione w chudy warkocz i otwarte usta. Mój dorosły syn klęczy przy mnie, jego głowa spoczywa na moich kolanach, trzyma mnie za rękę i potwornie szlocha. Jego żona stoi nieopodal trzymając na lewym ramieniu maleńkie dziecko i przytulając do siebie płaczącą dziewczynkę prawą ręką. Jest tam tyle smutku. Nie chcę ich opuszczać. Chciałabym ich pocieszyć, wyjaśnić. Bardzo nie chcę ich zostawiać. 

    9. 

    Wyruszam jednak. Czuję ogromny ciężar smutku.  

    Poruszam się po ciemno kobaltowej przestrzeni. To trochę jak być w środku oceanu, w głębinach, gdzie nie widać ani dna, ani powierzchni. O tym, że się poruszam świadczą jedynie nikłe rozbłyski, jakby mijane światła w różnych kolorach. Takie krótkie błyskawice albo strzały z laserów z gwiezdnych wojen. Dzięki temu wiedziałam, że poruszam się w przód. Cokolwiek to znaczy.  

    10. 

    A potem było trochę jak w moim śnie sprzed około miesiąca/dwóch. Podążała w moim kierunku kula pięknego niebieskiego światła. We śnie była zamknięta w butelce, takiej alchemicznej kolbie z krótką szyjką i korkiem. Tutaj nie było szkła. Kula zbliżała się w moim kierunku i powiększała, aż stopiłam się z tym światłem, staliśmy się jednym. W tym świetle spotkałam mojego przewodnika a może to on był światłem. Zapytałam, czy chce mi coś powiedzieć, poradzić, dać wskazówkę? I otrzymałam od niego obraz. 

    11. 

    Stałam na tle ciemnoniebieskiego nieba. Miałam na sobie długą “szatę” w kolorze zbliżonym do indygo. Przykucnęłam i wsunęłam palce w suchą trawę, dotknęłam ziemi i trawa zazieleniła się. A wtedy poczułam przekaz, bo nie mogę powiedzieć, że usłyszałam. Trzymaj się ziemi. Dawaj i czerp energię. Energię miłości. Bądź miłością. Idź. Nie musisz nas szukać. My tu będziemy. Zawsze.  

    12. 

    Wtedy pojawili się inni. Nie mogę powiedzieć, że mieli ciała. Nie mogę też powiedzieć, że byli tylko światłem. Mieli kształt, mieli ręce, nogi, ale to nie było porównywalne z niczym ludzkim. Jeden z nich wyszedł na czoło i zbliżył się do mnie szybko. Wyglądałam jak oni. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam okolicy serca tego który podszedł jako pierwszy, jakbym chciała się z nim podzielić w ten sposób miłością, radością ze spotkania, ale też przekazać mu smutek, który przyniosłam po rozstaniu z rodziną. Czołem dotknął mojego czoła. Spletliśmy się w uścisku i wszystko zaczęło falować i wirować, jak by nie było granic “ciała”, przenikaliśmy się nawzajem. Za chwilę dołączyli inni i wirowaliśmy niespiesznie co chwilę pojawiały się złote iskierki. Czułam się niezwykle szczęśliwa. Czułam spokój i miłość. I wtedy usłyszałam. Idź! Teraz! I otworzyłam oczy. I wszystko zniknęło. Ale poczucie szczęścia i miłości zostało. Zostało też ogromne wzruszenie. Ogromne. OGROMNE. 

  • 19. Lęk

    Po wypadku w pociągu wiedziałam już, że musze zejść głębiej. Nie potrzebowałam kolejnej terapii, zresztą w moim mieście wyczerpałam już terapeutyczne możliwości. Poza psychoterapią behawioralno-poznawczą, później psychodynamiczną, wreszcie psychoterapią współuzależnienia poddałam się terapii manualnej (krzyżowo-czaszkowej) i praktyce 5 Rytmów. Teraz wiedziałam, że żeby się uleczyć muszę zejść jeszcze głębiej. Muszę spotkać się ze sobą. Darek opowiadał mi o roślinach mocy i wszelkich innych ceremoniach, którym się poddawał, ale nie przekonuje mnie wprowadzanie do swojego organizmu, żadnych obcych substancji. Nawet niewielkie dawki alkoholu bardziej mnie rozstrajały niż rozluźniały, więc żadne substancje nie wchodziły w grę w moim przypadku. To zwyczajnie nie jest moja droga. Darek kilka tygodni wcześniej przeszedł hipnozę regresyjną, kiedy myślałam o głębi, której potrzebuje na swojej drodze doświadczyć, ta forma wydała mi się dopuszczalna. Postanowiłam umówić się na sesję i po ustaleniu terminu przyszedł sen. 

    11/12.07.2025 

    W całkowitej, absolutnej ciemności byliśmy: ja, Darek i młodszy brat Darka, którego nigdy w realu nie poznałam. Staliśmy bardzo blisko siebie. Wyczuwałam ich obecność, wiedziałam, że stoją obok, że są ze mną po to, żeby mnie chronić. Mimo to byłam zaniepokojona. Jakbym bała się, że ich obecność może nie wystarczyć.