
Chodziłam z tą salamandrą cały dzień i myślałam o tym, jak wygląda.
O tym, że może dla kogoś mogłaby wydawać się odrażająca. Dla mnie była smutna, samotna, zapomniana i niekochana. A zasługuje na przytulenie, zauważenie i uznanie cierpienia. W ogóle nie przeszkadza mi to, że wygląda jak wygląda.
Kiedyś Darek odpowiedział mi, na moją krytykę spłaszczenia symbolu smoka na podstawie tego co zrobiono ze smokiem w Krakowie. Jakie komercyjne badziewie ludzie stworzyli z tego pięknego symbolu. Darek powiedział „… wszystko we wszechświecie jest piękne”. Potraktowałam to jak duchowe pierdolety. A myśląc o mojej salamandrze… wtedy, właśnie w tej jednej chwili naprawdę to poczułam.
Ta salamandra jest piękna. Po prostu piękna, taka, jaka jest. To jak została potraktowana nie jest w porządku, ale ona jest doskonała.
Chciałam ją wtedy jak najszybciej odpakować i mocno przytulić.
Bardzo żałowałam, że nie mogę wymusić kontynuacji tego snu. Chciałam zobaczyć, jak siedzę z olbrzymią salamandrą na kolanach i tulę ją do siebie z miłością.
Wiedziałam, że to jest chyba najważniejszy sen w moim życiu.
Bo pokazał mi, że muszę zmienić perspektywę…
Łatwo jest kochać siebie, kiedy wyglądasz całkiem nieźle, jesteś niegłupia, błyskotliwa, z poczuciem humoru, wzbudzająca zaufanie, opiekuńcza, silna, sprawcza, zdolna, potrafiąca poświęcić się dla innych, kochająca i długo by jeszcze wymieniać… A w środku, na tym bardzo, bardzo głębokim poziomie… tam trudniej się pokochać.
Poczułam, że teraz kocham, kocham siebie naprawdę. Również tę smutną, skrzywdzoną, zrezygnowaną, nieefektowną i skrajnie bezradną.
I wtedy pojawiła się we mnie złość, bo uzmysłowiłam sobie, że jakaś miękka, bezbronna część mnie musiała zostać zamknięta, żebym ja ta sprawcza i silna mogła przetrwać.
Złość kocham już w sobie od dawna, za moc jaką z sobą niesie.
Dzięki złości i miłości, którą odkryłam w sobie potrafiłam zejść głębiej.
Do samego źródła.


