W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: przebudzenie

  • 79. Dopiero wtedy zakwitną kwiaty – sen o granicach

    1/2.05.2026 

    Dzisiejszej nocy była pełnia. 

    Byłam w jakimś domu. Nie był moją własnością. Nie mam pewności, ale chyba nie byłam tam z własnej woli. Były tam również inne osoby. Sprzątałam na podwórzu. Niedawno położono grubą warstwę betonu przy schodach i na jakiejś platformie obok nich. Mój starszy brat wszedł niechcący w ten beton i ugrzązł po kolana. Kiedy próbował się wydostać, zsunął połowę betonu z podestu. Beton zwisał z jednej strony jak kawał grubej gąbki. Nie spadł i nie rozlał się, tylko częściowo spłynął i wygiął się w dół pod wpływem grawitacji. 

    Brat przejął się, że będzie musiał ponieść konsekwencje, bo zniszczył tę dziwną strukturę. Powiedziałam, żeby się tym w ogóle nie przejmował. 

    Była tam moja koleżanka (jest również znajomą Darka). Wsiadła do samochodu z dwoma mężczyznami. Wiedziałam, że sobie poradzi, choć to głównie oni byli zagrożeniem w tym domu. Nie była dla mnie miła. To znaczy zachowywała takie pozory, ale żegnając się ze mną, po zwykłych słowach pożegnania, powiedziała pod nosem do siebie zdanie, w którym stanowczo źle mi życzyła. Dotyczyło ono moich narządów rodnych, bo padło słowo „pochwa”. Nie pamiętam niestety pełnego zdania, które wypowiedziała. 

    Nie przejęłam się tym. Wróciłam do swojej pracy. Chciałam w tym domu kogoś ochronić (dzieci?). Ciekawe jest to, że nie wchodziłam do środka. Byłam stale na podwórzu. 

    Uczelnia. Wychodziłam z zajęć. Wiedziałam, że ON skończył swoje zajęcia jakieś dwa, trzy piętra wyżej. We śnie byliśmy chyba wcześniej parą, ale rozstaliśmy się, nie wiem czemu. Chciałam go tylko zobaczyć, bo spotykał się już z kimś innym, z moją koleżanką ze studiów. Ona poszła już dokądś, bo skończyłyśmy zajęcia wcześniej. 

    Wchodziłam na górę po schodach i usłyszałam kroki piętro wyżej oraz dźwięk otwieranej windy. Winda ruszyła w dół. Wiedziałam, że to ON. Zbiegłam na dół. Weszłam w korytarz na „moim” piętrze i zobaczyłam go. Szedł korytarzem. Miał ogoloną głowę. Bardzo mnie to zdziwiło. Uśmiechnął się na mój widok, ale tak trochę smutno. Odwzajemniłam uśmiech i wyszłam z budynku. Idąc, myślałam o jego uśmiechu i zastanawiałam się, skąd smutek w jego oczach. Myślałam, że jest szczęśliwy. 

    Szłam w stronę barów i jadłodajni. Dogonił mnie. Zapytał, czy możemy zacząć od nowa. Nie byłam pewna, ale powiedziałam, że musiałoby tym razem być zupełnie inaczej, że nie może być tak jak było. Patrzył mi długo w oczy, a potem przytulił mnie z wyraźną ulgą, jakby zeszło z niego napięcie, i pocałował mnie raczej czule niż namiętnie. 

    Poszliśmy w stronę jadłodajni. Restauracja/bar, do którego podeszliśmy, była usytuowana na powietrzu. Lada była lekko półokrągła. My byliśmy po wewnętrznej stronie tego „okręgu”. Stojąc w kolejce, rozmawialiśmy o tym, że super byłoby, gdyby wszystkie jadłodajnie na tym terenie ustawione były na planie dużego koła. Zastanawialiśmy się, czy to możliwe w tej przestrzeni. 

    Przed nami była rodzina Chińczyków. W ogóle knajpka była chyba chińska. Dwie kobiety przygotowywały posiłki, nakładając jedzenie na tace. Na blacie leżały już tace z jedzeniem. ON zamówił dla nas posiłek, ale kobiety nie zwróciły na to w ogóle uwagi. Dotknęłam wtedy jego ręki (trzymał ją cały czas na moim ramieniu) i powiedziałam, że musimy zaczekać, że kobiety nie przyjmą nowego zamówienia, dopóki tace są na blacie. Musimy czekać. 

    Powiedział zdziwiony, że o tym nie wiedział. Z uśmiechem stwierdziłam: 

    „Widzisz, ja też mogę cię czegoś nauczyć”. 

    Nad naszymi głowami zwisały jakieś kwiaty. Były białe, trochę takie pierzaste, zebrane w kiść. Chyba były to kwiaty kasztanowca. 

    Zauważyłam, że moje sny z czasu pełni i nowiu niosą dla mnie szczególne przesłania i nauczyłam się nie interpretować ich od razu, bo często ich znaczenie przychodzi z czasem i nigdy nie są w moim procesie mało istotnym zestawem obrazów. 

    Dziś wiem więcej niż w pierwszych dniach po tej pełni, ale opiszę to przy okazji kolejnych snów. Ten sen miał mnie przygotować na to, co dopiero zobaczę. 

    Po pierwsze pokazał mi, że to, w czym tkwi mój brat, nie jest monolitem. Jest czymś, co udaje fundament, ale pod naciskiem z lekkością się przesuwa. Pokazał też, że mój stosunek do tego, co mnie spotyka, nacechowany jest już spokojem i pewnością, ale chronię jeszcze coś, co jest w domu, do którego na razie nie jestem gotowa wejść. 

    To dobry sen. Lubię siebie taką wyważoną, nie pozwalam wciągać się w cudzy chaos, nie odpowiadam na agresję bez znaczenia i stawiam jasne granice, nie zamykając się na ludzi. Od jakiegoś czasu obserwuję siebie taką w rzeczywistości, a ostatnio przychodzi mi to zaskakująco naturalnie. 

    Co ciekawe, w śnie pojawił się Darek (byłam przekonana, że to on), ale ciało miał inne. Wyglądał jak ten mężczyzna, który w śnie, w którym uwolniłam Darka z piwnicy, w której sama go wcześniej zamknęłam, ściąga z twarzy maskę i staje się kimś innym. (https://wcieniukruka.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/

    A granica, którą postawiłam mu w śnie, brzmi jak niepostawione nigdy pytanie. 

    „Bo musiałoby tym razem być zupełnie inaczej”. 

    To znaczy… inaczej niż…? 

    Na to pytanie odpowiada sen, który przyśnił mi się tydzień później. 

    Na taką pseudo relację, jaką sen 80 pokazał już nigdy się nie zgodzę.

  • 58. Tort – sen o pełni. 

    3/4.01.2026 

    Zobaczyłam olbrzymie torty. Chyba dwa, ale teraz nie jestem pewna, może jeden. Były zawieszone w powietrzu. Lewitowały w chmurach. 

    Chciałam mieć taki tort. Trochę zrobiło mi się przykro, że jest daleko, a po chwili usłyszałam: 

    TO TY. 

    I przyszło olśnienie. Faktycznie. Przecież to ja. Ja jestem tortem i silne przeświadczenie, że tak jest w istocie. Że jestem tym tortem. 😉 

    Tego nie wypowiedziała żadna osoba ze snu. Byłam tam sama. 

    Później śniło mi się coś jeszcze, ale to już nie było istotne. 

    No cóż… ja się ze snami nie zamierzam spierać😍 

    Jestem TORTEM… i tyle.  

    P.s. Gorąco pozdrawiam mojego ulubionego Szamana😎 

  • 39. Sen o lataniu i braku podstaw do amputacji. 

    12 /13. 11.2025 

    Pierwszy sen tej nocy: Nie pamiętam początku, w jakimś celu latałam nad miastem. Często zdarzało mi się śnić o lataniu. Zwykle nad lasami lub otwartą przestrzenią. Tym razem było to miasto. Chyba gdzieś się śpieszyłam a może latałam tak sobie bez celu. Wróciłam do domu, gdzie zostawiłam małego pulchnego szczeniaka. Kiedy widziałam go przed wyjściem miał maleńką rankę na palcu przedniej łapki. Taką kropkę jak po ukłuciu. Kiedy wróciłam palec był czerwony i bardzo opuchnięty. Bałam się, że trzeba będzie go  amputować. Dzwoniłam do znajomej weterynarz, żeby umówić się na pilną wizytę. Kiedy opowiadałam jej o stanie szczeniaka przyglądałam się mu z uwagą. Chodził nie utykając, był radosny. Zachowywał się jak zdrowy piesek. Trochę mnie to uspokoiło.  

    To był pierwszy sen, ale jeszcze nie pokój na mapie-śnie mojej transformacji. Na razie była to wyśniona wcześniej jazda motorem przez las. Prawdziwa szkoła zaczęła się jakiś czas później, kiedy byłam już na to gotowa. 

    Ten sen pokazywał mi, że nie wszystko co wydaje się tragedią faktycznie się nią okazuje. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmieniła się moja postawa wobec wszystkiego co niepokojące. Wychowując się w zagrażającym środowisku w ułamku sekundy skanujesz otoczenie i zauważasz to co umyka innym. Widzisz mikro zmiany w mimice, tonie głosu, subtelne drgnienie mięśni. Wydaje ci się czasem tylko, że coś jest „nie tak”, bo masz zamontowaną fabrycznie hiperczujność. Kiedyś więc żeby przetrwać działałam z automatu. Bodziec – reakcja – natychmiast. Pamiętam, jak przyszłam z moim dwuletnim dzieckiem do pediatry, był chory. Tylko ja to wiedziałam. Nasza pani doktor, cudowna kobieta (bardzo się lubiłyśmy) poprosiła, żebym przyszła jutro, bo dziś nie ma jeszcze objawów, które pozwalałyby jej postawić diagnozę. Następnego dnia wróciliśmy z jelitówką.  

    Teraz spokojnie obserwuję i większość niepokojących sytuacji, po takim zatrzymaniu okazuje się zwyczajnie neutralna. A opuchnięty palec widziany z szerszej perspektywy nie okazuje się wcale katastrofą tylko czymś czemu warto spokojnie się przyjrzeć.  

    Dziś jest we mnie duży spokój i widzę, jak bardzo przytłaczające i wycieńczające było ciągłe napięcie, w jakim kiedyś żyłam. A moja hiperczujność to teraz tajna moc, którą wykorzystuję w pracy. Już nie z lęku a zwyczajnie z chęci niesienia pomocy.

    Ciekawe, że sen zaczął się lataniem. Zwykle sny o lataniu lub pływaniu/nurkowaniu/tańcu w głębinach miałam w sytuacjach największych życiowych kryzysów. To były sny ratunkowe, kojące układ nerwowy, pozwalające przetrwać. 

    Ten sen był zwyczajnie dobry. Mówił jasno i wyraźnie: Droga, którą zmierzasz zaczyna się od znalezienia w sobie niezbędnego spokoju, więc…  

    Wrzuć na luz!!! 

  • 25. Rozstanie 

    Darek wyruszył w długą podróż po Azji. Niemal codziennie otrzymywałam od niego zdjęcia i filmy z podróży. Czułam się jakbym podróżowała razem z nim.  Oczywiście nie byłam jedyną osobą, która mogła zobaczyć te zdjęcia, ale część z nich była zrobiona specjalnie dla mnie. Filmował i fotografował również rzeczy, zwierzęta i miejsca związane bezpośrednio z moimi zainteresowaniami. Dawało mi to dużo, bardzo dużo. Czułam się nareszcie dla kogoś ważna. W ciągu tych kilku letnich spotkań otrzymałam więcej czułości niż wciągu całego mojego życia a teraz oglądałam zdjęcia z końca świata i wiedziałam, że tam, bardzo daleko Darek robi coś specjalnie dla mnie. Poświęca swój czas i uwagę rzeczom, które go nie interesują, rzeczom, które interesują MNIE. No i wpadłam. Wtedy byłam oszołomiona, przeszczęśliwa, chłonąca wszystko i zalana odzyskanymi emocjami. Teraz widzę to tak. Odmrożone emocje, otwartość i poczucie bezpieczeństwa połączone z byciem widzianą. Najpierw zalewana oksytocyną w czasie sporadycznych spotkań, później brak kontaktu, za chwilę ciepły sms, albo mail, znów cisza, spotkanie na chwilę po to, żeby się przytulić, chwila rozmowy… Chaos i koktajl hormonalny. Ciągłe analizowanie, co napisał, co miał na myśli. Intensywność i życie w przetrwaniu. Czyli… czułam miłość!!! 

    A jednocześnie byłam pewna, że to nie ma sensu, że to wcale nie jest relacja. Bo w relacji jest po równo, a ja czułam, że nie mam prawa oczekiwać. I to nie była jego wina. Ja nie dawałam sobie do tego prawa. Dopiero wtedy zaczynałam rozumieć, że miłość bez prawa do własnych potrzeb nie jest bliskością. Jest tęsknotą za nią. A ja wolałam iluzję, bo prawda wymagałaby konfrontacji. Bo jeśli to ja chciałabym kontaktu mógłby odmówić, mógłby mieć lepsze rzeczy do zrobienia. Z lęku przed odrzuceniem zadowalała mnie iluzja. No właśnie. Dotarło to do mnie boleśnie razem z jednym arcyważnym zdjęciem z Azji. Zdjęcie całkowicie niepozorne. Darek wysłał mi kilka tysięcy zdjęć i filmów, piękna architektura, krajobrazy, rośliny, zwierzęta, ptaki, ludzie, autoportrety a ja bez chwili zastanowienia zrobiłam zrzut ekranu zdjęcia hotelu. Nie robiłam tego nigdy wcześniej. To zdjęcie zrzuciłam, wydrukowałam i oprawiłam. Kilka godzin później stało już w mojej sypialni. I stoi tam do dziś. Hotel nazywa się SAMSEN. Odczytałam: Sam Sen. Tylko ja zobaczyłam to w ten sposób. Darek tego nie zauważył, zdziwił się nawet, że można zobaczyć to w ten sposób.  

    A ja patrząc na to zdjęcie myślałam o Darku. Myślałam, że to piękne spotkanie jest jak sen. Sam Sen. Iluzja. 

    W połowie września już wiedziałam, że muszę rozstać się z Darkiem, ale jeszcze tego nie zrobiłam. Było w tej “prawie relacji” tak wiele dobra i miłości, które czułam.  

    Wtedy przyszedł przedsen. 

    I to nie był sen, to był ten moment na granicy snu i jawy. Zobaczyłam taki obraz: jestem w ciemnym pomieszczeniu, tłukę pięściami o zamknięte, metalowe, ciężkie, wielkie drzwi i wołam Darka. Jestem przerażona. Śmiertelnie przerażona. Myślałam, że to on zatrzasnął te drzwi. Bałam się, że mnie tam zostawi.  

    Przez dłuższy czas nie mogłam dojść do siebie. Bardzo się bałam, że stało się coś niedobrego. Dokładnie w tym czasie Darek wracał do Polski wiedziałam, że najprawdopodobniej jest w powietrzu, nie wiedziałam, gdzie dokładnie. Kiedy byłam naprawdę zaniepokojona wysłał mi wiadomość (często odzywał się wtedy, kiedy intensywnie o nim myślałam) z najpiękniejszym, zrobionym z samolotu zdjęciem chmur jaki widziałam. Przepiękne jak wata cukrowa rozsypana tysiącami po sam horyzont. Odetchnęłam z ulgą. Nie powiedziałam mu co zobaczyłam. Nie chciałam go martwić. Napisałam tylko, że miałam “debilny sen” – nie pytał jaki. 

    Po powrocie nie odezwał się od razu.  

    Po kilku dniach znalazłam pretekst i rozstałam się z Darkiem wysyłając maila. Nie spotkaliśmy się już aż do pewnej zaczarowanej chwili 10 miesięcy później, ale o tym innym razem. 

    A Sam Sen… okazało się wkrótce, że miał zupełnie inne, ważniejsze znaczenie. 

  • 23. HIPNOZA REGRESYJNA IV — Trzymaj się ziemi

    Bezpośrednio po sesji byłam tak oszołomiona morzem piękna i miłości, które na mnie spłynęło, że nie zadbałam o transport, tylko szłam pieszo z przedmieść Krakowa do centrum. Po drodze postanowiłam, że muszę zapisać wszystko, natychmiast. Bardzo bałam się, że mogłabym zapomnieć, a chciałam pamiętać najmniejszy szczegół. Zapisałam wszystko co zobaczyłam siedząc w kawiarni na Plantach. Niepotrzebnie się bałam. Pamiętam każdy szczegół, choć minęło już dziesięć miesięcy. I niezmiennie bardzo mnie każdy z tych obrazów wzrusza i napełnia czystą miłością. 

    Zastanawiałam się bardzo często, dlaczego wybaczałam takie potworności ludziom, którzy powinni mnie byli chronić? Dlaczego nie potrafię nienawidzić, choć mogłabym, bo całe moje życie to przemoc, porzucenia, wykorzystywanie i zdrady. Myślałam zawsze, że moja postawa to naiwność i słabość. A moim motorem była zawsze miłość. Miłość, której przecież nie dostałam więc skąd taki wzorzec? Ta wizja pokazała mi kilka bardzo ważnych rzeczy. Udowodniła mi przede wszystkim, że JA JESTEM MIŁOŚCIĄ, że to jest naturalny stan każdej istoty. Widziałam to, poczułam, przeżyłam całą sobą. Miłość jest naturalnym, pierwotnym stanem. Od tej pory miałam silne przekonanie, że miłość jest święta. Należy ją chronić, szanować i przestać nazywać miłością to co nią nie jest. 

    Wizja ta pokazała mi też kim jestem i po co tu przyszłam. Jeśli wierzyć, że jestem duszą, która wybrała życie w tym miejscu (a kiedy przypominam sobie wszystko co widziałam/przeżyłam trudno mi twierdzić, że jest to jedynie wytwór umysłu), wybrałam życie jako jedność: ciała, umysłu i duszy. Nie da się tego w żaden sposób rozdzielić. Jako jedność przyszłam tu w jakimś celu. Nie przyszłam po to, żeby stać w progu. Nie po to, żeby szukać siebie w wizjach, ceremoniach, strukturach. Przyszłam, żeby przepracować to co zaplanowałam po tamtej stronie, ale przede wszystkim zasiewać miłość każdą moją decyzją. I to chyba jest najtrudniejsze, bo można potraktować duchowość jako fajerwerki, których dotknęłam w czasie hipnozy i za którymi codziennie tęsknię. Można gonić za wizjami w oderwaniu od życia i ludzi. Ale można też wziąć odpowiedzialność i iść z całym pięknem, które przyszło wraz z tym doświadczeniem, słysząc wciąż głos przewodnika, który mówi “Trzymaj się ziemi. Dawaj i czerp energię. Energię miłości. Bądź miłością.”  

    Staram się. Codziennie. 

  • 22. HIPNOZA REGRESYJNA III — Światło (20.07.2025)

    8. 

    Umarłam. Moje stare ciało siedzi w fotelu. Fotel jest prosty drewniany. Mam kolana przykryte ciepłym kocem. Rozglądam się. Proste meble. Jakiś kredens. Stolik. Kwiaty w wazonie. Serwetki zrobione na szydełku, obrazki z kwiatami. Ładnie, ale nie na bogato.  

    Mam cienkie włosy zaplecione w chudy warkocz i otwarte usta. Mój dorosły syn klęczy przy mnie, jego głowa spoczywa na moich kolanach, trzyma mnie za rękę i potwornie szlocha. Jego żona stoi nieopodal trzymając na lewym ramieniu maleńkie dziecko i przytulając do siebie płaczącą dziewczynkę prawą ręką. Jest tam tyle smutku. Nie chcę ich opuszczać. Chciałabym ich pocieszyć, wyjaśnić. Bardzo nie chcę ich zostawiać. 

    9. 

    Wyruszam jednak. Czuję ogromny ciężar smutku.  

    Poruszam się po ciemno kobaltowej przestrzeni. To trochę jak być w środku oceanu, w głębinach, gdzie nie widać ani dna, ani powierzchni. O tym, że się poruszam świadczą jedynie nikłe rozbłyski, jakby mijane światła w różnych kolorach. Takie krótkie błyskawice albo strzały z laserów z gwiezdnych wojen. Dzięki temu wiedziałam, że poruszam się w przód. Cokolwiek to znaczy.  

    10. 

    A potem było trochę jak w moim śnie sprzed około miesiąca/dwóch. Podążała w moim kierunku kula pięknego niebieskiego światła. We śnie była zamknięta w butelce, takiej alchemicznej kolbie z krótką szyjką i korkiem. Tutaj nie było szkła. Kula zbliżała się w moim kierunku i powiększała, aż stopiłam się z tym światłem, staliśmy się jednym. W tym świetle spotkałam mojego przewodnika a może to on był światłem. Zapytałam, czy chce mi coś powiedzieć, poradzić, dać wskazówkę? I otrzymałam od niego obraz. 

    11. 

    Stałam na tle ciemnoniebieskiego nieba. Miałam na sobie długą “szatę” w kolorze zbliżonym do indygo. Przykucnęłam i wsunęłam palce w suchą trawę, dotknęłam ziemi i trawa zazieleniła się. A wtedy poczułam przekaz, bo nie mogę powiedzieć, że usłyszałam. Trzymaj się ziemi. Dawaj i czerp energię. Energię miłości. Bądź miłością. Idź. Nie musisz nas szukać. My tu będziemy. Zawsze.  

    12. 

    Wtedy pojawili się inni. Nie mogę powiedzieć, że mieli ciała. Nie mogę też powiedzieć, że byli tylko światłem. Mieli kształt, mieli ręce, nogi, ale to nie było porównywalne z niczym ludzkim. Jeden z nich wyszedł na czoło i zbliżył się do mnie szybko. Wyglądałam jak oni. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam okolicy serca tego który podszedł jako pierwszy, jakbym chciała się z nim podzielić w ten sposób miłością, radością ze spotkania, ale też przekazać mu smutek, który przyniosłam po rozstaniu z rodziną. Czołem dotknął mojego czoła. Spletliśmy się w uścisku i wszystko zaczęło falować i wirować, jak by nie było granic “ciała”, przenikaliśmy się nawzajem. Za chwilę dołączyli inni i wirowaliśmy niespiesznie co chwilę pojawiały się złote iskierki. Czułam się niezwykle szczęśliwa. Czułam spokój i miłość. I wtedy usłyszałam. Idź! Teraz! I otworzyłam oczy. I wszystko zniknęło. Ale poczucie szczęścia i miłości zostało. Zostało też ogromne wzruszenie. Ogromne. OGROMNE. 

  • 18. BRAMA 7.07.2025

    To miał być cudowny dzień.

    Od kiedy kruki stanęły na mojej drodze czułam w kontakcie z nimi coś co dodawało mi sił. Co sprawiało, że czułam się częścią czegoś większego ode mnie, że czułam opiekę i wsparcie. Za ich pomocą byłam w stanie symbolicznie przejść przez zablokowane wcześniej emocje jednocześnie malując i nazywając je w sobie. Obrazy pojawiały się wcześniej niż byłam wstanie je nazwać, zrozumienie przychodziło zwykle po czasie. Moja przyjaciółka wiedząc o mojej kruczej fascynacji zaprosiła mnie do stadniny, w której mieszka jej koń. Stadnina otoczona jest przepięknym parkiem krajobrazowym. W lesie nieopodal mieszkają kruki. Miałyśmy w planie spotkać je spacerując i pojeździć konno po lesie. 

    Wsiadłam do pociągu i stanęłam tam, gdzie znalazłam trochę wolnej przestrzeni, czyli przy drzwiach toalety😉. Po zastanowieniu uznałam, że tutaj nie będzie tak spokojnie jak przy drzwiach wyjściowych z pociągu a właśnie to miejsce zwolnił jakiś człowiek, więc ustawiłam się przy drzwiach. Pociąg ruszył. Kiedy nabrał prędkości, w pełnym pędzie drzwi otworzyły się nagle na całą szerokość. Nie wiem ani kiedy ani jak moja głowa znalazła się na zewnątrz a podmuch zdarł mi okulary przeciwsłoneczne z twarzy. Widziałam jak zahipnotyzowana jak odlatują i poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. To była chwila. Byłam zupełnie oszołomiona, przesunęłam się na drugą stronę drzwi, ale nadal stałam blisko, nie czułam absolutnie nic. W korytarzu zamarły wszelkie rozmowy. Jakiś mężczyzna zaczął siłować się z drzwiami, bezskutecznie. Pomyślałam, że trzeba przycisnąć dolną część drzwi, która przy otwieraniu podnosi się do góry. Kiedy on przyciągał drzwi ja nadepnęłam tą część. Drzwi zostały zamknięte. Do stacji, na której na szczęście musiałam już wysiąść panowała w korytarzu absolutna cisza. Wyciągnęłam telefon i niewiele myśląc napisałam do Darka. Chciałam go usłyszeć, przytulić i ukryć się przed całym światem w jego ramionach. Nie pamiętam dokładnie co napisałam, ale było to na tyle niepokojące, że chciał żebym zadzwoniła natychmiast… ale tam było tak cicho. Nie śmiałam wypowiedzieć słowa. To tak jakbym miała złamać jakąś umowę między mną a tymi ludźmi. Nie potrafiłam. Wyszłam z pociągu bez słowa i poszłam przed dworzec. Szłam jak robot licząc kroki. Podjechał samochód przyjaciółki. Wsiadłam. Bez słowa. I zaczęłam płakać. Nie byłam wstanie powiedzieć co się stało. Widziałam odlatujące okulary… I myślałam tylko, że ja mogłam być na ich miejscu, tam… w powietrzu i zniknąć jak one pod kołami. Myślałam, że nikt nie wie, gdzie jestem. Myślałam, że w domu są zwierzęta a mój syn wraca dopiero za dwa tygodnie, że one umarłyby z głodu przeze mnie. Bo stanęłam nie tam, gdzie trzeba, bo nie wykupiłam miejscówki. Darek pisał, że się martwi, żebym zadzwoniła. A ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Przyjaciółka powiedziała, że nie wie co robić. Zapytała, czy chcę jechać do konia. Kiwnęłam głową, że tak. Jechałyśmy w milczeniu, przez całą drogę płakałam. Kiedy dojechałyśmy poszłam polną drogą w stronę lasu i położyłam się w trawie, kropiło, trwa była wilgotna. Zadzwoniłam i przez chwilę jeszcze nie mogłam mówić. Płakałam a on mówił, spokojnie, ciepło jakby chciał mnie ukołysać. I wtedy, jakby coś pękło, zaczęłam mówić szlochając nie pamiętam co, chyba był to kompletny chaos. Pamiętam, że byłam bardzo rozżalona. Pamiętam, że powiedział, że to nie był przypadek, że to mi miało coś powiedzieć, że to “strzał w potylicę” od wszechświata, że muszę coś zmienić, może naprawić, może przepracować. Byłam zła, bo co jeszcze? Ukończone dwie terapie indywidualne, terapia grupowa, zmiany, uważność na siebie, na innych… Czego jeszcze chce ode mnie wszechświat?  Nie rozumiałam wtedy wielu rzeczy. Dlaczego nie chciałam słyszeć mojego syna, tylko właśnie jego? Co właściwie robi w moim życiu? Tylu rzeczy nie rozumiałam, tyle wtedy chciałam się dowiedzieć. A on mówił… Nie wiem co, nie wiem o czym. Pamiętam, kiedy po pół godzinie rozmowy jeszcze roztrzęsiona zauważyłam, że powinien teraz być w pracy, że nie powinnam zabierać mu czasu. A on ze spokojem i niezwykłą czułością wymienił moje imię i zapytał, “czy ty chociaż raz możesz pomyśleć o sobie?”. I mówił dalej a ja z każdym słowem stawałam się spokojniejsza. Zaopiekowana, z prawem do wszystkich przeplatających się chaotycznie emocji. Pierwszy raz pozwoliłam komuś sobie pomóc. Po raz pierwszy byłam po TEJ stronie, zwykle z racji wykonywanego zawodu to ja często przeprowadzałam ludzi przez trudne doświadczenia. Pierwszy raz przy mężczyźnie czułam się bezpieczna. I wylało się wszystko i mówiłam…nie pamiętam co, ale było to ważne. Wiem, że postanowiłam wtedy kilka rzeczy.  Wiem, że narodziłam się tego dnia ponownie a kruki głośno żegnały się ze mną w oddali. Odprowadziły mnie już do światła i nie były dłużej potrzebne.

    Tego dnia nie poszłam już do lasu. Wróciłam do przyjaciółki i długo stałam przytulając jej wspaniałą klacz. A moja przyjaciółka powiedziała coś czego nigdy nie zapomnę. Nie obraziła się, że nie chciałam od niej wsparcia, że odtrąciłam jej pomoc, że poszłam niemal bez słowa w krzaczory i rozmawiałam przez godzinę z kimś innym. Powiedziała “Zaimponowałaś mi. Wiedziałaś czego potrzebujesz i bez wahania to wzięłaś, zamiast przyjąć z grzeczności coś co by ci nie pomogło tak skutecznie”. 

    7.07. Darek cierpliwie i z czułością przeprowadził mnie przez próg. Odtąd nic już nie było takie jak wcześniej. 

    Bo nawet jeśli wszystko co możliwe zostało przepracowane w terapii, nawet jeśli umysł zdawał się wszystko ogarniać, terapia to nie koniec drogi. Ona otwiera przestrzeń na to co naprawdę ważne… na spotkanie ciała, umysłu i duszy. Bo tylko takie połączenie pozwala na dotknięcie tego co ukryte w nas najgłębiej. Pozwala nam dojść do ściany, przy której spotykamy to co najbardziej bolesne i co po wielu dziesięcioleciach dane nam będzie nareszcie przytulić z czułością. 

  • 10. Pod skrzydłem Kruka

    Dokładnie 8 marca 2022, mój mąż odpuścił. Wiedział już, że nigdy nie będzie tak “jak było”, nie był w stanie wziąć odpowiedzialności za siebie i za swoją część naszej relacji. Miał kolejny nawrót choroby alkoholowej i “przyjaciółkę” o podobnych zainteresowaniach. Wiedział, że ze mną to już nie przejdzie, więc wspólne życie nie było teraz możliwe. Ale jednocześnie nie zamierzał się wyprowadzić. Chciał… mieć ciastko i zjeść ciastko. 

    Atmosfera była ciężka, więc zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyniosłam się do mojej firmy. Dwa pokoje w biurowcu, bez łazienki były lepsze niż moje dotychczasowe życie. I tu po raz pierwszy wkroczył mój 17-letni syn (zadbał bardziej o siebie niż o mnie), nie chciał mieszkać z ojcem i zawstydził go tak bardzo, że to on spał na materacu w moim gabinecie i w ciągu miesiąca znalazł sobie w końcu mieszkanie. 

    W tym samym czasie, bo jak się sypie to po całości, dramatycznie pogłębiła się choroba mojej matki. Wtedy też zrozumiałam naprawdę dynamikę rodzinną. To, że ojciec manipulował i przekierowywał na matkę winę za to, co de facto sam robił rodzinie. To były bardzo trudne miesiące, bezpośrednio po rozstaniu z mężem. W obciążeniu kłopotami materialnymi, po pracy, w której nie mogłam pokazać słabości czy smutku jechałam do matki, żeby ją umyć, zadbać o nią i walczyć z ojcem, który był podły i opiekę udawał jedynie przy obcych. Przez walkę z systemem medycznym i prawidłową diagnostyką. Przez zderzenie z sądownictwem, które działało na tyle opieszale, że matka nie doczekała postanowienia sądu w sprawie ubezwłasnowolnienia, które dawało mi prawo do znalezienia dla niej lepszego miejsca na ostatnie dni. Bardzo traumatyczne chwile. 

    Od kwietnia poddałam się i zaczęłam brać leki przeciwdepresyjne i regulujące sen. Spałam, ale nie śniłam przez dwa lata. Kiedy zdawało się, że nie dam już rady… w czerwcu pierwszy raz przyszedł kruk. Pisałam coś i nie mogłam zebrać myśli i… nagle zaczęłam rysować. Nigdy dotąd nie miałam na to czasu. Nie myślałam wtedy co robię i dlaczego, nie miałam planu ani kierunku. ON w pewnym sensie sam się narysował. Piękny, dumny, bardzo elegancki. To niezwykle kojące doświadczenie było, jak sądzę zastępstwem za sny. Rysunki były na tyle symboliczne, że odpowiadały nawet na niepostawione jeszcze pytania. 

    Tak naprawdę wtedy dopiero zaczęłam naprawdę TWORZYĆ.

    Kruki w pewnym stopniu niosły mnie aż do 2025 były motywem większości z moich obrazów. Mówi się, że kruk to ptak przejścia, wyjścia z ciemności do światła.

    Obejrzałam niedawno “Czas kruka” z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej. Poszłam, bo pomyślałam, że zobaczę tu mój proces innymi oczami. Co do idei, wszystko było jak u mnie, kruk przeprowadził bohatera przez ciemność, ale moje kruki były inne. Moje kruki były ciche, łagodne, porządkujące emocje, dające chwile kontemplacji i nieprawdopodobne wglądy. Dodawały mi siły i nie potrafiłam tego wtedy do końca wytłumaczyć, ale czułam opiekę. Miałam silne przeczucie, że nie jestem sama, nawet kiedy jestem sama. 

    Kruki odprowadziły mnie aż do progu 7.07.2025. I zniknęły nagle, bo nie były już potrzebne. Pożegnały się pięknie i kiedy myślę o nich w tamtym właśnie granicznym momencie, też były ze mną. One i Darek moi strażnicy przejścia. Zawsze myślę o nich z miłością i wdzięcznością i nawet teraz kiedy w moim życiu króluje spokój i bezpieczeństwo, przychodzą czasem takie chwile, że tęsknie i za NIM i za NIMI. Bardzo.  

    A film polecam, jest naprawdę niezwykły. 

  • 9. Złość – pierwszy moment kiedy przestałam iść cudzą drogą.

    Długo zastanawiałam się jak opisać moje początki na drodze do siebie. Ostatecznie postanowiłam zamieścić fragment autentycznego listu do Darka, człowieka, który odegrał ważną rolę w mojej transformacji. Dziś widzę to szerzej, ale list jest na swój sposób żywym świadectwem procesu i miejsca w jakim wtedy byłam. Przytaczam go w niezmienionej formie, poza drobnymi szczegółami, które musiałam zmodyfikować aby zadbać o zachowanie anonimowości osób i miejsca.

    ” (…) Wiesz, że byłeś pierwszą osobą, dzięki której poczułam złość? 

    I to przy pierwszym spotkaniu 🤣.  

    Ten “wkurw” właśnie był motorem mojej przemiany. 

    A to było tak… 

    Rozdział 1. 

    “O tym jak (…) rozpieprzył moje małżeństwo jednym, nieco przydługim spojrzeniem”. 

    Letni niedzielny poranek. Wstałam wcześnie jak zwykle. Nakarmiłam zwierzynę i zajęłam się domem. Musiało być przecież idealnie, tak, żeby wszyscy byli zadowoleni. Potem śniadanie, zdrowe, pożywne i pięknie podane, tak aby nikt się nie przyczepił. Dla każdego co innego. Dla syna inne, bo ma alergię dla “męża” inne, bo trzeba zadowalać a dla mnie co tam zostanie byle bez mięsa. 

    Przygotowane, więc idę na krótki spacer z psem. Wstali, “mąż” wściekły, więc trzeba zająć się jego złością “rozładowuje” chronię dziecko. Potrafię. Matka zwykle wysyłała mnie z misją “tato jest zdenerwowany” i miała przerażenie w oczach jakby za chwilę miała umrzeć. Musiałam ją uratować, będzie lepiej jak ja umrę, więc szłam ja. Byłam jak żołnierz na pierwszej linii frontu “zwyciężyć albo zginąć”. Miałam wypracowany szeroki wachlarz strategii, więc często zwyciężałam, ale żeby tego dokonać nie mogłam czuć. Przechodziłam więc w tryb zadaniowy. Ja PIĘCIOLATKA!!! I tak już zostało. 

    Po śniadaniu, tryb KO-wiec. Syn umówił się z kumplami. Buziak na drogę “Jedź ostrożnie”. Wsiadł na rower. Pojechał. Nie trzeba ogarniać. 

    “Mąż” pyta co będziemy robić? Proponuję kilka opcji. Wybiera „nowe  miejsce w mieście”. 

    Ubieram się. Założyłam spodnie i koszulkę. “Tak chyba nie wyjdziesz!!!”. Przebieram się. Krótka czarna sukienka. Aprobata. Wychodzimy. 

    „Nowe miejsce w mieście” puste, nie ma nikogo, meble i inne przedmioty tylko przy jednej ścianie, naprawdę nowe miejsce. Nic nadzwyczajnego. “Mąż” sobie ogląda. Ja czekam w pierwszym pomieszczeniu przy schodach. 

    I wtedy wchodzisz TY.  

    Idziesz wolno po schodach i przez cały czas patrzysz na moje nogi!!! Ani jednego spojrzenia na twarz!!! A miałeś czas!!! Szedłeś po tych schodach naprawdę wolno! Wtedy poczułam prawdziwą złość. Ale nie można pokazać. Trzeba zdusić. Byłam miła i rozmawialiśmy o „Nowym miejscu w mieście”. Pozwoliłeś, więc “mąż”  w tym czasie wypróbowywał wszystkie możliwości jakie dawało „miejsce”. Obiecałam “rozsławiać” pożegnaliśmy się i tu historia powinna się zakończyć. 

    Tylko, że złość rosła. I zaczęła mnie zmieniać. Nie godziłam się już na traktowanie mnie jakbym była użytecznym przedmiotem. Zajęło mi to jakiś czas, ale wtedy ZOBACZYŁAM i później dostrzegałam co raz częściej i nie było już mojej zgody na bycie NOGAMI. Nie dawałam się już wciskać w uprzedmiotowiające ciuchy, role czy relacje. I wtedy rozpętał się prawdziwy chaos. “Mąż” uruchomił wszystkie środki, żeby było tak “JAK BYŁO”. To było prawdziwe piekło. 

    Tylko, że ja już nie pozwoliłam się złamać. Byłam jak skała. A w najgorszych momentach widziałam TWÓJ wzrok na moich nogach i to dało mi siłę. Siłę płynącą ze złości. 

    Dziękuję. Uwolniłeś mnie wtedy. 

    Pięknego dnia 😘 „

    Kiedy dziś myślę o tamtym dniu, nadal czuję niewysłowioną wdzięczność. Był to moment przebudzenia. Iluzja opadła i już nie było możliwości powrotu. Później terapia, rozwód i budowanie siebie krok po kroku – konsekwentnie i z determinacją. Najpierw ciało, potem umysł a na końcu dusza.