W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: emocje

  • 33. Sen o tym, że… NIE ODDAM MOJEJ BUŁKI!!! 

    6 / 7.11.2025 

    Byłam w dużym budynku przypominającym blok lub kamienicę w pomieszczeniach na parterze. Było tam dużo ludzi jakieś spotkanie chyba o charakterze zawodowym, ale „po pracy”. Przyszła tam również moja koleżanka, która odeszła do innego wydziału. Byłyśmy policjantkami. Ona wcześniej była moją partnerką razem prowadziłyśmy śledztwa. Siedziałyśmy w niewielkim pokoju były tam też inne osoby. Młodzi mężczyźni tacy w typie starszych harcerzy roznosili jedzenie. Weszli do naszego pokoju w czasie, kiedy żartowałam z koleżanką, mówiłam, że teraz już nie muszę opowiadać jej o sprawach, nad którymi pracuję.  Podeszli z pieczywem, nie byłam głodna, ale zabrałam długą bułkę i wkładając ją do kaptura powiedziałam -żartobliwie, że muszę ją zabrać, bo to moja ulubiona bułka, a jeśli tego nie zrobię koleżanka na pewno ją „podprowadzi”. Wyszliśmy na korytarz tam było dużo ludzi. Przyglądali się eksmisji, to było chyba piętro wyżej. Starsza kobieta, alkoholiczka na oko około 70, ale silna chociaż zniszczona. Bardzo nieprzyjemna, z takim zaciętym wyrazem twarzy. To nie był dobry człowiek. Okazało się, że była matką mojego partnera. Stanęłam przed nią i powiedziałam, że mogę ją nakarmić, że zapraszam ją na obiad, ale nie mogę dać jej miejsca w moim domu. Musi radzić sobie inaczej i że gdyby nie była taka złośliwa i podła dla ludzi łatwiej byłoby jej uzyskać pomoc i wsparcie. Przez cały czas miałam w kapturze bułkę. Nie podzieliłam się z nią. Ktoś wyniósł z jej mieszkania stare, brudne, zasikane, śmierdzące łóżko. Warunkiem jej powrotu do mieszkania było kupno nowego. Powiedziałam partnerowi, że można kupić tanie, wąskie łóżko, znalazłam w Internecie korzystne oferty i pokazałam mu. Później tańczyłam, ale tak jakby nie było grawitacji. Czułam lekkość, byłam pod samym sufitem. Partner poprosił mnie wtedy żebym pomogła mu wybrać nowe łóżko dla jego matki, mój Taniec oglądało kilku starszych mężczyzn chyba z rodziny. Powiedziałam: „No i koniec przedstawienia chłopaki. Już się na tańczyłam” i zeszłam na ziemię. Poszłam z partnerem na zakupy. Gdzieś w międzyczasie pojawiła się moja koleżanka (z terapii dla współuzależnionych realnego życia). Chyba idąc na wyższe piętro zajrzałam do jej mieszkania (w realu odeszła z dziećmi niedawno od swojego partnera agresywnego alkoholika) byłam w jej mieszkaniu było ładne jasne i czyste tylko dwa elementy nie pasowały do całości. Były to nieudolnie zbite z jakiejś starej dykty dwa niewielkie podesty, około 30 cm długości. Nierówne, niepasujące do siebie. Zapytałam co to? Powiedziała, że jej mąż to zrobił, że pomaga jej meblować mieszkanie. Zdenerwowałam się, bo wspieram ją od 3 lat, zdobyła się już na taki trudny krok, odeszła od człowieka, który bił ją przy dzieciach a teraz wpuszcza go do swojego życia i pozwala mu „meblować swoje mieszkanie. 

    Po śnie głodzie i atrapach, które nigdy mnie nie nakarmią pojawił się sen o tym jak mam karmić siebie i troszczyć się o swoje zasoby. Teraz wiem co jest moją kompetencją a co cudzą. Kiedyś oddałabym nie tylko bułkę. Oddawałam ludziom, pieniądze, rzeczy, jedzenie, wysiłek, zaangażowanie, czas i siebie całą do tego stopnia, że nie wystarczało mi energii na nic co moje. Teraz pomagam, bo tak trzeba, bo to ludzkie, bo jest to częścią miłości z jaką idę przez świat. Ale potrafię już nie brać na siebie cudzej odpowiedzialności i przede wszystkim chronię już moje zasoby. 

    Jednym słowem: najpierw zjem ja!!! 

  • 30. Sam Sen. 

    Jak już pisałam wcześniej, w ciszy, której miałam wielką potrzebę doświadczyć, kiedy byłam bliżej siebie niż kiedykolwiek mogłam usłyszeć wreszcie to czego nie słyszałam wcześniej a może nie byłam gotowa usłyszeć. I nie ma znaczenia jak to nazwę. Mogę powiedzieć, że ja i moja dusza, podświadomość a może i wyższa jaźń znalazłyśmy drogę do siebie. Mogę też tego w ogóle nie nazywać a i tak będzie działać. 

    Któregoś poranka po przebudzeniu i zapisaniu kolejnego bardzo ważnego snu, piłam kawę i długo patrzyłam na zdjęcie, które przysłał mi Darek. I już wiedziałam. Sny poprowadzą mnie dalej. To był ten etap, w którym mogłam: powiedzieć teraz SAM SEN wystarczy.  

    Ale tutaj muszę powiedzieć coś ważnego. Moja droga do tego etapu była naprawdę długa. Jeśli kiedyś, kiedy będziecie potrzebować pomocy lub wsparcia, jeśli znajdziecie się w kryzysie, jeśli wasze zdrowie psychiczne, emocjonalne wymagać będzie zaopiekowania a ktoś powie wam, że uleczy was ceremonia, warsztat duchowy, nie daj Boże egzorcyzmy lub inne doświadczenia, które w cudowny sposób zdejmą z was cierpienie i uwolnią od traum.  Uciekajcie!!! Droga zawsze prowadzi od ciała, przez umysł do duszy. Nigdy w przeciwnym kierunku. I nie jest to łatwa droga. Jest bolesna i wymagająca ciężkiej pracy. Tu nie pomogą zaklęcia i cudze obietnice. Moim lekiem na początku była determinacja i odwaga patrzenia na siebie bez filtrów, oczami lustra (lekarza, terapeuty, dziewczyn z terapii grupowej). Z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach szłam dalej i dalej i nie chciałam się cofać. Pomogła mi też miłość do świata i ludzi, którą zawsze w sobie miałam i ta, którą Darek pomógł mi uruchomić – własna. Żegnając się ze mną po skończonej terapii, moja terapeutka powiedziała “Ma pani niesamowitą zdolność. Nawet kiedy stoi pani po kolana w gównie odnajduje pani w nim diamenty, zbiera je pani po kawałeczku a potem ściska je pani w dłoni i oświeca sobie nimi drogę”. Uwielbiałam tą kobietę. Co ciekawe nie pomogła mi sama wiedza, owszem stanowi punkt wyjścia, ale tak naprawdę nie ma znaczenia, ile książek przeczytasz, ilu wykładów wysłuchasz, ile zdasz teoretycznych egzaminów, jeśli nie rozbroisz mechanizmów obronnych i nie wpuścisz tej wiedzy do doświadczenia a to trudno zrobić samemu. Potrzebny jest doświadczony psychoterapeuta, psycholog a czasem lekarz, ktoś kto będzie czuwał a z czasem stanie się lustrem, w którym dostrzeżecie to co dla uzdrowienia trzeba koniecznie w sobie zobaczyć. Później jest miejsce dla duchowości, dla szamana, przewodnika duchowego czy kogokolwiek potrzebujecie.

    Po dziesięciu latach pracy nad sobą, układania siebie kawałek po kawałku dotarłam do miejsca, w którym mogłam i umiałam już SAMA.  Teraz nie potrzebuję już terapeuty, nie potrzebuję katalizatora ani nawet szamana. Teraz bardzo brakuje mi świadka. Kogoś kto usiądzie przy mnie i powie: Tak. Też tam byłem.

    SAM SEN na tym etapie na razie mi wystarczy. 

  • 27. SAMA 

    Koniec września, październik i pierwsze dni listopada, to w normalnych warunkach napisałabym – ciemność, ale to nie byłaby prawda. Po zderzeniu z chorobą alkoholową męża – ciemność, po rozstaniu z mężem – ciemność. W wielu innych kryzysowych sytuacjach – ciemność. Tutaj było zupełnie inaczej. Czułam rozpacz, smutek, tęsknotę, okresowe wątpliwości co do słuszności podjętej decyzji. Fizycznie czułam jakbym miała pustą przestrzeń po prawej stronie pleców w okolicy dolnej części łopatki, nazywałam to “wyrwą”. Bardzo nieprzyjemne i bardzo cielesne wrażenie braku. A jednak wciąż wracała myśl, że teraz muszę SAMA. MUSZĘ. Miałam pewność, że to wszystko jest po coś, że gdyby był przy mnie “uwiesiłabym się na nim”. Że to na nim budowałabym to co muszę SAMA. Tylko, że nigdy wcześniej nie myślałam o tym, że to proces a katalizator, który wykonuje świętą pracę nie idzie ze mną dalej. Ale zanim do tego doszłam… 

    To wszystko było dziwne i dlatego wkroczyła racjonalizacja i psychologizowanie. Bo to przecież potrafię. I szukałam przyczyn w stylach przywiązania, niedojrzałości emocjonalnej, doszukiwałam się na siłę oznak zaburzeń osobowości, uzależnienia od duchowości, duchowego eskapizmu i wiele, naprawdę wiele znalazłam. Jak student trzeciego roku psychologii, który widzi w sobie lub innych wszystkie objawy zaburzeń o których czyta.  Jeśli szukasz to znajdziesz. Nie wiedziałam wtedy, że to nie ma znaczenia. Czułam wielką potrzebę udowodnienia sobie, że nie warto, że się pomyliłam, że to nie ON.  

    Tylko że, tak naprawdę nie to było celem tej relacji. Bo celem, od samego początku była moja transformacja. I nie wiem, dlaczego, (bo szkiełko i oko drżą w tej chwili z oburzenia) ale czuję, że to ma głębszy sens i nadal pomimo upływu czasu czuję jakiś rodzaj silnego połączenia. W każdym razie, na poziomie psychologii udowodniłam sobie, że rozstanie było błogosławieństwem. Wszystko po to, żeby nie przeżywać. Bo nie warto. Ot, kolejny toksyk. I wtedy przeczytałam sen, który Darek zamieścił w sieci. Sen, który był kontynuacją dwóch moich poprzednich snów, tylko widzianych z jego perspektywy. Nigdy nikomu nie mówiłam co śniłam. Nie mógł o tym wiedzieć, nie mieliśmy ze sobą kontaktu. A jednak śnił to co ja, tylko swoją wersję mojej historii.  I runął mur, który zbudowałam z mechanizmów obronnych, mur chroniący mnie przed rozpaczą. Bo teraz miałam pewność, że jesteśmy połączeni. Nie lubię tej duchowej nowomowy o bliźniaczych płomieniach, wyskakują z instagrama opakowane w piękne obrazki jak lizaki w kolorową folię. Nie nazwę więc tej relacji, ale wiem jedno, ona nie była przypadkiem. Dla mnie była wszystkim co dobre i piękne, nie wiem czym była dla niego. Darek jest szamanem, od kilkunastu lat na ścieżce duchowej wiedział więc o czym mówi, a mówił mi o procesie, o tym, że muszę iść dalej, że nie mogę zostać. Mówił to z czułością przytulając mnie mocno. Mówił mi o tym, ale nie chciałam słyszeć. Bo jak to? Miał pomóc otworzyć mi drzwi i zostać w progu patrząc jak przechodzę? Nie było we mnie na to zgody. A jednak odeszłam, pomimo cierpienia. Musiałam chociaż nie rozumiałam czemu. 

    Teraz już wiedziałam i pozwoliłam sobie na wszystko. Pozwoliłam sobie na żałobę, na rozpacz, tęsknotę. Nie udawałam już, że nie kocham. Objęłam siebie z czułością i dałam sobie prawo do cierpienia. Idąc na spacer z psem drogą przy mojej ulubionej rzece zaczęłam płakać, łzy płynęły mi po twarzy, założyłam wtedy okulary przeciwsłoneczne i pomyślałam, że łzy są ok, niech płyną. I osuwałam się powoli w ciszę jak płaski kamyk położony na powierzchni wody, spadałam wolno kołysząc się lekko na samo dno. Czułam spokój, bo byłam pewna, że idę dobrą drogą, że muszę SAMA i nie podważałam już nigdy więcej wagi tej pięknej relacji.  

    A cisza była błogosławieństwem, bo w niej nareszcie  spotkałam siebie.

  • 25. Rozstanie 

    Darek wyruszył w długą podróż po Azji. Niemal codziennie otrzymywałam od niego zdjęcia i filmy z podróży. Czułam się jakbym podróżowała razem z nim.  Oczywiście nie byłam jedyną osobą, która mogła zobaczyć te zdjęcia, ale część z nich była zrobiona specjalnie dla mnie. Filmował i fotografował również rzeczy, zwierzęta i miejsca związane bezpośrednio z moimi zainteresowaniami. Dawało mi to dużo, bardzo dużo. Czułam się nareszcie dla kogoś ważna. W ciągu tych kilku letnich spotkań otrzymałam więcej czułości niż wciągu całego mojego życia a teraz oglądałam zdjęcia z końca świata i wiedziałam, że tam, bardzo daleko Darek robi coś specjalnie dla mnie. Poświęca swój czas i uwagę rzeczom, które go nie interesują, rzeczom, które interesują MNIE. No i wpadłam. Wtedy byłam oszołomiona, przeszczęśliwa, chłonąca wszystko i zalana odzyskanymi emocjami. Teraz widzę to tak. Odmrożone emocje, otwartość i poczucie bezpieczeństwa połączone z byciem widzianą. Najpierw zalewana oksytocyną w czasie sporadycznych spotkań, później brak kontaktu, za chwilę ciepły sms, albo mail, znów cisza, spotkanie na chwilę po to, żeby się przytulić, chwila rozmowy… Chaos i koktajl hormonalny. Ciągłe analizowanie, co napisał, co miał na myśli. Intensywność i życie w przetrwaniu. Czyli… czułam miłość!!! 

    A jednocześnie byłam pewna, że to nie ma sensu, że to wcale nie jest relacja. Bo w relacji jest po równo, a ja czułam, że nie mam prawa oczekiwać. I to nie była jego wina. Ja nie dawałam sobie do tego prawa. Dopiero wtedy zaczynałam rozumieć, że miłość bez prawa do własnych potrzeb nie jest bliskością. Jest tęsknotą za nią. A ja wolałam iluzję, bo prawda wymagałaby konfrontacji. Bo jeśli to ja chciałabym kontaktu mógłby odmówić, mógłby mieć lepsze rzeczy do zrobienia. Z lęku przed odrzuceniem zadowalała mnie iluzja. No właśnie. Dotarło to do mnie boleśnie razem z jednym arcyważnym zdjęciem z Azji. Zdjęcie całkowicie niepozorne. Darek wysłał mi kilka tysięcy zdjęć i filmów, piękna architektura, krajobrazy, rośliny, zwierzęta, ptaki, ludzie, autoportrety a ja bez chwili zastanowienia zrobiłam zrzut ekranu zdjęcia hotelu. Nie robiłam tego nigdy wcześniej. To zdjęcie zrzuciłam, wydrukowałam i oprawiłam. Kilka godzin później stało już w mojej sypialni. I stoi tam do dziś. Hotel nazywa się SAMSEN. Odczytałam: Sam Sen. Tylko ja zobaczyłam to w ten sposób. Darek tego nie zauważył, zdziwił się nawet, że można zobaczyć to w ten sposób.  

    A ja patrząc na to zdjęcie myślałam o Darku. Myślałam, że to piękne spotkanie jest jak sen. Sam Sen. Iluzja. 

    W połowie września już wiedziałam, że muszę rozstać się z Darkiem, ale jeszcze tego nie zrobiłam. Było w tej “prawie relacji” tak wiele dobra i miłości, które czułam.  

    Wtedy przyszedł przedsen. 

    I to nie był sen, to był ten moment na granicy snu i jawy. Zobaczyłam taki obraz: jestem w ciemnym pomieszczeniu, tłukę pięściami o zamknięte, metalowe, ciężkie, wielkie drzwi i wołam Darka. Jestem przerażona. Śmiertelnie przerażona. Myślałam, że to on zatrzasnął te drzwi. Bałam się, że mnie tam zostawi.  

    Przez dłuższy czas nie mogłam dojść do siebie. Bardzo się bałam, że stało się coś niedobrego. Dokładnie w tym czasie Darek wracał do Polski wiedziałam, że najprawdopodobniej jest w powietrzu, nie wiedziałam, gdzie dokładnie. Kiedy byłam naprawdę zaniepokojona wysłał mi wiadomość (często odzywał się wtedy, kiedy intensywnie o nim myślałam) z najpiękniejszym, zrobionym z samolotu zdjęciem chmur jaki widziałam. Przepiękne jak wata cukrowa rozsypana tysiącami po sam horyzont. Odetchnęłam z ulgą. Nie powiedziałam mu co zobaczyłam. Nie chciałam go martwić. Napisałam tylko, że miałam “debilny sen” – nie pytał jaki. 

    Po powrocie nie odezwał się od razu.  

    Po kilku dniach znalazłam pretekst i rozstałam się z Darkiem wysyłając maila. Nie spotkaliśmy się już aż do pewnej zaczarowanej chwili 10 miesięcy później, ale o tym innym razem. 

    A Sam Sen… okazało się wkrótce, że miał zupełnie inne, ważniejsze znaczenie. 

  • 24. HIPNOZA REGRESYJNA V- integracja.

    Moja hipnoterapeutka na zakończenie sesji powiedziała, że gdyby coś mnie niepokoiło mogę dzwonić lub pisać, ponieważ około miesiąc po hipnozie mogą dziać się we mnie rzeczy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. Umysł będzie próbował to doświadczenie zintegrować i nikt nie odpowie mi teraz w jaki sposób. 

    Poza wszechogarniającą miłością obudziło się we mnie wtedy coś jeszcze… 

    Wiedziałam już wcześniej, że Darek nie jest przypadkową osobą w moim życiu. Teraz wiedziałam już na pewno, że jest “moją bratnią duszą”. W końcu zapytałam właśnie o niego i taka piękna przyszła odpowiedź. No cóż, z perspektywy czasu mogę powiedzieć… Może jest, a może nie.  W tamtym okresie, byłam tego pewna, dziś… nie wiem, ale dopuszczam myśl, że może to jeszcze nie koniec, że może mamy coś jeszcze do zrobienia dla siebie na wzajem. Przechodziłam tamtego lata trudny czas transformacji, kiedy to wszystkie odmrożone emocje zdawały się niemal krzyczeć jednocześnie a ciało zalane oksytocyną mówiło “MÓJ CI ON” i pragnęło więcej i na zawsze. Tylko gdzieś pod skórą czułam, że coś tu jest nie tak. Bo to co było między nami to dużo więcej niż bliska znajomość i o wiele mniej niż relacja. Nie potrafiłam tego nawet nazwać. Działo się we mnie tyle na raz i wszystko było nowe i intensywne. Zadziwiające było to, że byłam pełna zachwytu i miłości, ale nigdy nie powiedziałam wprost co czuję. Wcale nie spotykaliśmy się często a we mnie działy się tak OGROMNE RZECZY. 

    Wtedy przyszedł sen: 

    17/18.08.2025 

    Byłam w mieście o dziwnej konstrukcji. Sześciany połączone ze sobą mostami. Wszędzie dużo trawy. Przed domami, na mostach i dachach domów. Miasto z trawy i betonu. Cała ta olbrzymia konstrukcja zawieszona była w powietrzu. Opiekowałam się dziećmi lub wnukami człowieka, który był najważniejszą osobą w mieście. Taki szef wszystkich szefów. Dzieci biegały w soczystej trawie, bawiły się z psami (wyżły lub któreś z gończych). Psy nagle zniknęły a dzieci zaczęły ukrywać się w ciemnych zakamarkach, klasyczna zabawa w chowanego. Zeszliśmy w ten sposób do piwnic. Tam w niemal całkowitej ciemności spotkałam Darka, bałam się go. Wepchnęłam go do jednej z piwnic i szybko zamknęłam ciężkie, hermetyczne, pancerne drzwi. W pośpiechu z szybko bijącym sercem (czułam je w całym ciele, jakbym to ja była sercem) wybiegłam na górę zbierając po drodze wszystkie dzieci i psy, które czekały na trawniku. Usiedliśmy w trawie, psy leżały obok. Na niebie pojawiły się fajerwerki. Wszyscy w mieście oczekiwali na ważny koncert. Ludzie z podekscytowaniem rozmawiali o jakimś artyście światowej sławy, czuć było wszechogarniającą radość. Pomyślałam wtedy z przerażeniem, że Darek tam umrze z braku tlenu. Odprowadziłam dzieci do domu i zbiegłam do piwnic, żeby go uwolnić. Po korytarzach przemieszczały się dziwne postaci. Ludzie z twarzami zwierząt, trochę jak z hinduistycznych eposów. Ognisty rydwan zaprzężony w olbrzymie białe konie z woźnicą o twarzy pomalowanej na czerwono z wielkimi wytrzeszczonymi oczami. Miałam w ręku przedmiot przypominający drewnianą ciężką buławę lub berło. Był to rodzaj ochronnej broni, dzięki któremu udało mi się przedrzeć do piwnicy, w której za pancernymi drzwiami zamknęłam Darka. Drzwi zamknięte były na zamek przypominający taki w łodziach podwodnych. Nie mogłam ich otworzyć. Próbowałam kilkukrotnie. W końcu zamek puścił. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Darka. Stał pośrodku pustej, ciemnej piwnicy i obiema dłońmi bardzo wolnym ruchem dotknął twarzy. Stał tak jeszcze chwilę. Po czym energiczne zdarł ją jak maskę. Zobaczyłam inną twarz, zupełnie inną osobę. Szatyn, o delikatniejszych rysach, ale nadal był to Darek. Nie bałam się, nie byłam też zaskoczona. Poczułam ulgę jakby całe napięcie nagle odpłynęło. 

    To był pierwszy z wielu naprawdę ważnych snów, które zaczęły mnie prowadzić ku uzdrowieniu. Jeszcze wtedy go nie rozumiałam, teraz wiem, że psychika próbowała poprzez te obrazy oddzielić człowieka od symbolu, katalizatora od mężczyzny. Ten sen zrobił też wiele, wiele więcej. Rozpoczął proces, ale tego też wtedy jeszcze nie wiedziałam. Sny są mądre i czasem trzeba czasu, żeby za nimi nadążyć, ale nigdy nie przynoszą czegoś czego nie potrafimy unieść. Tym razem unieść miałam rozstanie, konieczne na tym etapie dla mojego rozwoju… ale tego też jeszcze nie wiedziałam. 

    Hipnoza regresyjna chyba otworzyła we mnie piękny kanał rozmów z podświadomością. Kiedyś przeraziłoby mnie na bank, gdybym zobaczyła siebie przed zaśnięciem i usłyszała, jak szepczę w ciemności “Pokaż mi moja duszo, wszystko to, co powinnam zobaczyć”.

    I pokazuje. Pokazuje bardzo precyzyjnie. 

  • 23. HIPNOZA REGRESYJNA IV — Trzymaj się ziemi

    Bezpośrednio po sesji byłam tak oszołomiona morzem piękna i miłości, które na mnie spłynęło, że nie zadbałam o transport, tylko szłam pieszo z przedmieść Krakowa do centrum. Po drodze postanowiłam, że muszę zapisać wszystko, natychmiast. Bardzo bałam się, że mogłabym zapomnieć, a chciałam pamiętać najmniejszy szczegół. Zapisałam wszystko co zobaczyłam siedząc w kawiarni na Plantach. Niepotrzebnie się bałam. Pamiętam każdy szczegół, choć minęło już dziesięć miesięcy. I niezmiennie bardzo mnie każdy z tych obrazów wzrusza i napełnia czystą miłością. 

    Zastanawiałam się bardzo często, dlaczego wybaczałam takie potworności ludziom, którzy powinni mnie byli chronić? Dlaczego nie potrafię nienawidzić, choć mogłabym, bo całe moje życie to przemoc, porzucenia, wykorzystywanie i zdrady. Myślałam zawsze, że moja postawa to naiwność i słabość. A moim motorem była zawsze miłość. Miłość, której przecież nie dostałam więc skąd taki wzorzec? Ta wizja pokazała mi kilka bardzo ważnych rzeczy. Udowodniła mi przede wszystkim, że JA JESTEM MIŁOŚCIĄ, że to jest naturalny stan każdej istoty. Widziałam to, poczułam, przeżyłam całą sobą. Miłość jest naturalnym, pierwotnym stanem. Od tej pory miałam silne przekonanie, że miłość jest święta. Należy ją chronić, szanować i przestać nazywać miłością to co nią nie jest. 

    Wizja ta pokazała mi też kim jestem i po co tu przyszłam. Jeśli wierzyć, że jestem duszą, która wybrała życie w tym miejscu (a kiedy przypominam sobie wszystko co widziałam/przeżyłam trudno mi twierdzić, że jest to jedynie wytwór umysłu), wybrałam życie jako jedność: ciała, umysłu i duszy. Nie da się tego w żaden sposób rozdzielić. Jako jedność przyszłam tu w jakimś celu. Nie przyszłam po to, żeby stać w progu. Nie po to, żeby szukać siebie w wizjach, ceremoniach, strukturach. Przyszłam, żeby przepracować to co zaplanowałam po tamtej stronie, ale przede wszystkim zasiewać miłość każdą moją decyzją. I to chyba jest najtrudniejsze, bo można potraktować duchowość jako fajerwerki, których dotknęłam w czasie hipnozy i za którymi codziennie tęsknię. Można gonić za wizjami w oderwaniu od życia i ludzi. Ale można też wziąć odpowiedzialność i iść z całym pięknem, które przyszło wraz z tym doświadczeniem, słysząc wciąż głos przewodnika, który mówi “Trzymaj się ziemi. Dawaj i czerp energię. Energię miłości. Bądź miłością.”  

    Staram się. Codziennie. 

  • 22. HIPNOZA REGRESYJNA III — Światło (20.07.2025)

    8. 

    Umarłam. Moje stare ciało siedzi w fotelu. Fotel jest prosty drewniany. Mam kolana przykryte ciepłym kocem. Rozglądam się. Proste meble. Jakiś kredens. Stolik. Kwiaty w wazonie. Serwetki zrobione na szydełku, obrazki z kwiatami. Ładnie, ale nie na bogato.  

    Mam cienkie włosy zaplecione w chudy warkocz i otwarte usta. Mój dorosły syn klęczy przy mnie, jego głowa spoczywa na moich kolanach, trzyma mnie za rękę i potwornie szlocha. Jego żona stoi nieopodal trzymając na lewym ramieniu maleńkie dziecko i przytulając do siebie płaczącą dziewczynkę prawą ręką. Jest tam tyle smutku. Nie chcę ich opuszczać. Chciałabym ich pocieszyć, wyjaśnić. Bardzo nie chcę ich zostawiać. 

    9. 

    Wyruszam jednak. Czuję ogromny ciężar smutku.  

    Poruszam się po ciemno kobaltowej przestrzeni. To trochę jak być w środku oceanu, w głębinach, gdzie nie widać ani dna, ani powierzchni. O tym, że się poruszam świadczą jedynie nikłe rozbłyski, jakby mijane światła w różnych kolorach. Takie krótkie błyskawice albo strzały z laserów z gwiezdnych wojen. Dzięki temu wiedziałam, że poruszam się w przód. Cokolwiek to znaczy.  

    10. 

    A potem było trochę jak w moim śnie sprzed około miesiąca/dwóch. Podążała w moim kierunku kula pięknego niebieskiego światła. We śnie była zamknięta w butelce, takiej alchemicznej kolbie z krótką szyjką i korkiem. Tutaj nie było szkła. Kula zbliżała się w moim kierunku i powiększała, aż stopiłam się z tym światłem, staliśmy się jednym. W tym świetle spotkałam mojego przewodnika a może to on był światłem. Zapytałam, czy chce mi coś powiedzieć, poradzić, dać wskazówkę? I otrzymałam od niego obraz. 

    11. 

    Stałam na tle ciemnoniebieskiego nieba. Miałam na sobie długą “szatę” w kolorze zbliżonym do indygo. Przykucnęłam i wsunęłam palce w suchą trawę, dotknęłam ziemi i trawa zazieleniła się. A wtedy poczułam przekaz, bo nie mogę powiedzieć, że usłyszałam. Trzymaj się ziemi. Dawaj i czerp energię. Energię miłości. Bądź miłością. Idź. Nie musisz nas szukać. My tu będziemy. Zawsze.  

    12. 

    Wtedy pojawili się inni. Nie mogę powiedzieć, że mieli ciała. Nie mogę też powiedzieć, że byli tylko światłem. Mieli kształt, mieli ręce, nogi, ale to nie było porównywalne z niczym ludzkim. Jeden z nich wyszedł na czoło i zbliżył się do mnie szybko. Wyglądałam jak oni. Wyciągnęłam rękę i dotknęłam okolicy serca tego który podszedł jako pierwszy, jakbym chciała się z nim podzielić w ten sposób miłością, radością ze spotkania, ale też przekazać mu smutek, który przyniosłam po rozstaniu z rodziną. Czołem dotknął mojego czoła. Spletliśmy się w uścisku i wszystko zaczęło falować i wirować, jak by nie było granic “ciała”, przenikaliśmy się nawzajem. Za chwilę dołączyli inni i wirowaliśmy niespiesznie co chwilę pojawiały się złote iskierki. Czułam się niezwykle szczęśliwa. Czułam spokój i miłość. I wtedy usłyszałam. Idź! Teraz! I otworzyłam oczy. I wszystko zniknęło. Ale poczucie szczęścia i miłości zostało. Zostało też ogromne wzruszenie. Ogromne. OGROMNE. 

  • 21. HIPNOZA REGRESYJNA II — Dom na łące (20.07.2025) 

    1. 

    Stoję naprzeciw ogromnej rozległej łąki, trawy są suche, możliwe, że to koniec lata. Piękne ciepłe światło, taka złota godzina. Patrząc w dal czuję lekki niepokój jakbym bała się, że ta kraina nie zdoła mnie wyżywić i ochronić. I wtedy zjawia się ON. Stoi za mną, obejmuje mnie w pasie prawą ręką, lewą unosi nad moim ramieniem pokazując w dal. To piękna silna ręka, wskazuje z niezwykłą stanowczością wodząc łagodnie po horyzoncie. Tam będzie stał nasz dom, obok zbuduję stodołę, tam zagroda, studnia. Mówił… wiedziałam, że szepcze mi do ucha, ale nie słyszałam głosu. Ja wiedziałam lub czułam każde słowo i z każdym słowem znikała niepewność. To była bardzo intymna chwila, pełna miłości, czułości, pewności i poczucia bezpieczeństwa. Oparłam się o NIEGO placami i wiedziałam, że będzie dokładnie tak jak mówi. Byłam szczęśliwa i wzruszona. Łzy same płynęły mi po policzkach. 

    2. 

    Na duży bardzo prosty, ale stworzony ze starannością, drewniany stół położyłam chleb. Duży, okrągły na lnianej serwecie. Upiekłam go dla NIEGO. Stałam naprzeciw okna patrząc na tą samą rozległą łąkę. Stamtąd nadejdzie. Nie mogłam się doczekać, kiedy wróci i zjemy chleb razem. To prawdopodobnie pierwszy chleb jaki upiekłam w nowym domu. W naszym domu. Byłam tak szczęśliwa i dumna. Byłam przepełniona miłością. Nigdy nikogo nie oczekiwałam w ten sposób, ze spokojem, pewnością, miłością i nieprawdopodobną czułością. 

    3. 

    Szliśmy polną drogą, słońce zachodziło i oświecało JEGO włosy złotym blaskiem. Szedł przede mną. Wysoki, potężny a jednocześnie smukły. Miał piękne plecy, takie silne. Na prawym barku niósł chłopca około dwuletniego. Łaskotał go i rozśmieszał rozmawiając jednocześnie ze mną. Co chwilę odwracał się przez lewe ramię, uśmiechał się, jakby chciał sprawdzić czy na pewno jestem. Jakby bał się, że zniknę. Jakby stały kontakt był wyznacznikiem miłości, czułości i intymności. Niosłam na rękach maleńkie dziecko, chyba dziewczynkę. Było w NAS tyle zwykłej, pięknej radości. Ten obraz bardzo mnie wzrusza.  

    4. 

    ON siedzi przy stole w kuchni. Jest ciemno, pomieszczenie oświetla tylko słabe światło, lampy naftowej lub świecy.  Stało się coś złego jest bardzo smutny. Trzyma głowę w dłoniach, łokcie oparte o blat stołu. Całą sobą czuję JEGO smutek. Zbliżam się powoli i pochylam nad NIM, obejmuję GO i wtulam twarz w JEGO włosy. Wtedy ON krzyżując ręce na piersi chwyta mnie mocno za ramiona i tak trwamy w smutku. RAZEM. 

    5.  

    Jest wieczór lub noc, jest ciemno. Stoję w koszuli nocnej takiej standardowej sprzed około 200 lat. Włosy mam rozpuszczone, w kompletnym nieładzie. Jestem wściekła. Krzyczę coś, ale cała scena jak wszystkie poprzednie wygląda jak w niemym kinie tyle, że w kolorze. Nie wiem o co ta awantura, ale to nie ma znaczenia. Czuję wściekłość całym ciałem. Nigdy nie czułam niczego podobnego.  Trzymam coś w ręku i w apogeum wściekłości rzucam tym przedmiotem o ścianę. Wtedy podchodzi ON, bardzo zdecydowanym krokiem i mocno mnie przytula. Przytrzymuje wręcz z wielką siłą i stanowczością, i szepcze mi coś uspokajająco do ucha. Ta siła i spokój dają mi poczucie bezpieczeństwa i ukojenia. Uspokajam się a ON kołysze mnie w ramionach. Tak stoimy kołysząc się lekko a ja czuję już jedynie miłość. 

    6. 

    Mamy gości. Jakaś kobieta z dzieckiem. Siedzę z nią przy stole, łamię długie strąki fasoli na mniejsze części i wkładam do miski. Lubię ją i cieszę się, że nas odwiedziła. Rozmawiamy, śmiejemy się. ON stoi przy oknie. Nie bierze udziału w rozmowie. W milczeniu patrzy na mnie z czułym uśmiechem. Cieszy GO moje szczęście. Patrzy z taką miłością. Nie mogę się powstrzymać i co chwilę zerkam na niego z uśmiechem. Kocham go bardzo. Wiem, że nie muszę być “jakaś”, że “taka” jestem wystarczająca. Wiem, że nie muszę mieć żadnych talentów, zdolności, nie muszę, niczego nie muszę. Dzieci bawią się na podłodzie. 

    7. 

    Jestem stara. Siedzę na ławce przed domem i patrzę na łąkę. Na tą samą łąkę, na którą spoglądałam czekając na NIEGO. Tym razem jest inaczej. Wiem, że się nie pojawi. Siedzę i wspominam z uśmiechem. Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu znów się spotkamy. Łąka wygląda pięknie, cudownie oświetlona zachodzącym słońcem. 

  • 20. HIPNOZA REGRESYJNA I – Początek (20.07.2025) 

    Przed hipnozą należy przygotować kilka pytań. Ja tak naprawdę miałam dwa, po pierwsze chciałam wiedzieć, czy spotkałam już Darka w którymś z poprzednich żyć, czy jest moją “Bratnią duszą”? I bardzo chciałam spotkać się ze sobą. Bałam się, że wrócą traumy z dzieciństwa i będę musiała ponownie stanąć twarzą w twarz z katem, ale właśnie po to tam przyszłam, żeby nareszcie zobaczyć to co głęboko ukryte. Chciałam też spotkać prababcię i wymyśliłam kilka innych praktycznych pytań, ale tak naprawdę, najważniejsze były dwa pierwsze spotkania po tamtej stronie, Darek i ja. Hipnoterapeutka, bardzo przypominała mi moją ostatnią psychoterapeutkę, była obecna, pomocna i w niczym mi nie przeszkadzała. Była obok, ciepła, uważna i serdeczna. 

    Wizja/wspomnienie z dzieciństwa:  

    1. Jest dzień, chyba poranek, mżawka, jest szaro i nieprzyjemnie. Biegamy z moim starszym bratem po łące nieopodal naszego pierwszego domu. Domu naszych pradziadków. Byliśmy boso i w samych majtkach, ściągnęliśmy ze sznura poszewki lub prześcieradła. Tańczyliśmy wywijając nimi i rozpościerając w biegu, robiąc piruety i inne taneczne figury. Było w tym dużo radości. 
    1. Byliśmy z bratem przed domem i bawiliśmy się “balonikami”, były wydłużone i białe. Zabraliśmy je z kieszeni marynarki ojca. Podszedł do nas sąsiad i zapytał, czy wiemy co to jest? -Jak to co? Baloniki!!! Odpowiedzieliśmy i dalej odbijaliśmy prezerwatywy z niewinną radością. 
    1. Leżałam na brzuchu na małym drewnianym mostku nad rzeczką, nazywaliśmy ją “Smródka”. Ręce miałam zanurzone w wodzie. Trzymałam w nich słoik, do którego wpływały maleńkie cierniki. 
    1. W łonie matki: tylko kolor i dźwięk. Kolor jasno brązowy, lekko złocisty i głosy przytłumione jakby z oddali. Jakbym słyszała “spod wody” nie odróżniałam słów. Słyszałam też jakby przelewanie i delikatne bulgotanie. Czułam spokój, ciepło i bezpieczeństwo. 

  • 19. Lęk

    Po wypadku w pociągu wiedziałam już, że musze zejść głębiej. Nie potrzebowałam kolejnej terapii, zresztą w moim mieście wyczerpałam już terapeutyczne możliwości. Poza psychoterapią behawioralno-poznawczą, później psychodynamiczną, wreszcie psychoterapią współuzależnienia poddałam się terapii manualnej (krzyżowo-czaszkowej) i praktyce 5 Rytmów. Teraz wiedziałam, że żeby się uleczyć muszę zejść jeszcze głębiej. Muszę spotkać się ze sobą. Darek opowiadał mi o roślinach mocy i wszelkich innych ceremoniach, którym się poddawał, ale nie przekonuje mnie wprowadzanie do swojego organizmu, żadnych obcych substancji. Nawet niewielkie dawki alkoholu bardziej mnie rozstrajały niż rozluźniały, więc żadne substancje nie wchodziły w grę w moim przypadku. To zwyczajnie nie jest moja droga. Darek kilka tygodni wcześniej przeszedł hipnozę regresyjną, kiedy myślałam o głębi, której potrzebuje na swojej drodze doświadczyć, ta forma wydała mi się dopuszczalna. Postanowiłam umówić się na sesję i po ustaleniu terminu przyszedł sen. 

    11/12.07.2025 

    W całkowitej, absolutnej ciemności byliśmy: ja, Darek i młodszy brat Darka, którego nigdy w realu nie poznałam. Staliśmy bardzo blisko siebie. Wyczuwałam ich obecność, wiedziałam, że stoją obok, że są ze mną po to, żeby mnie chronić. Mimo to byłam zaniepokojona. Jakbym bała się, że ich obecność może nie wystarczyć.