W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: emocje

  • 82.6. Aris – ballada o miłości 

    Miałam trzynaście lat. Wracając do domu, w zaspie śnieżnej obok mojej klatki usłyszałam cichy pisk. Zajrzałam do niewielkiego otworu w śniegu i zobaczyłam… pyszczek. Mokry, trzęsący się szczeniak patrzył na mnie niebieskimi jeszcze oczami. Wyciągnęłam kulkę ze śniegu i rozglądałam się w poszukiwaniu kogoś, kto mógł to szczenię zgubić. Nikogo nie było. Wzięłam dzieciaka do domu. Był sporej wielkości, zapchloną, ale całkiem tłuściutką kluską.

    Wykąpałam biedaka i pierwszy raz zszokowała mnie nie tylko ilość pcheł, ale też to, ile krwi upuszczają te stworzenia z żywiciela. Woda w misce była czerwona od pozostałości przetworzonej przez insekty krwi.

    Przygarnęłam psie dziecko, a ono przygarnęło mnie.

    Tworzyliśmy duet doskonały. Aris był czystą miłością. Kiedy zasypiał, lubiłam obserwować, jak wtulony we mnie spokojnie oddycha. Czasem pochrapywał lub popiskiwał przez sen, a kiedy kładłam na nim dłoń, natychmiast się uspokajał. Bardzo potrzebował dotyku. Kiedy robiłam coś siedząc, leżał obok mnie z pyszczkiem na moich stopach. Kiedy spacerowaliśmy, zwykle szedł przy nodze, niemal ocierając się o mnie jak kot.

    Chciałam, żeby nosił imię po największym z największych. Wybrałam boga wojny, bo pies rósł jak na drożdżach, a jego łapa zapowiadała, że będzie spektakularnych rozmiarów. Wybrałam boga wojny, ale nie byłam szczególnie doedukowana i w myśl „coś tam słyszałam, coś tam zmyśliłam” przekręciłam imię i tak Ares został Arisem.

    Miałam w moim długim życiu wiele psów, ale nigdy tak inteligentnego i kompatybilnego ze mną zarazem. Ten pies czytał niemal w moich myślach. Był niezwykle zrównoważony i skupiony na mnie i moich stanach emocjonalnych. Jakbyśmy dopiero razem stanowili całość.

    Byliśmy nierozłączni. Razem spaliśmy, jedliśmy, z nim wychodziłam na dwór, robiłam zakupy, sprzątałam i gotowałam. Był jedyną istotą, przy której czułam się bezwarunkowo kochana i którą ja kochałam czystą miłością.

    Z czasem okazało się, że Aris jest sznaucerem olbrzymem. Uszy nie odpowiadały wzorcowi rasy, sterczały w górze i były wielkie jak u nietoperza. Kiedy do niego mówiłam, a opowiadałam mu o wszystkim, uszy poruszały się w zabawny sposób, jakby chciał mi w ten sposób powiedzieć: „słucham cię z uwagą”. Trudno było zachować powagę na ten widok. Wtedy, w latach 80., kopiowano uszy i obcinano ogony sznaucerom. Mój sznaucer miał długi ogon, wesoło majtający na boki i klasyczne umaszczenie pieprz i sól. Był doskonały.

    Kiedy miał około 5 miesięcy, przywiązałam go pod sklepem spożywczym i weszłam do środka. Stałam w kolejce, zastanawiając się, co wybrać na śniadanie dla rodziny, kiedy otworzyły się drzwi i wolno wszedł Aris, bez obroży, z krwawiącym uchem i wieloma zadrapaniami. Usiadł obok mnie, jakby nic się nie stało. Kobieta, która wpuściła go do sklepu, powiedziała mi, że jakiś mężczyzna próbował wciągnąć psa do autobusu, ale pies wyswobodził głowę z kolczatki i pobiegł do sklepu, więc otworzyła mu drzwi.

    Wróciłam wtedy do domu i nie mogłam powstrzymać drżenia. Pamiętam, że nawet zęby uderzały mi wtedy o siebie tak, że nie mogłam spokojnie powiedzieć, co się stało. Już nigdy nie założyłam Arisowi smyczy. Nie była mu zresztą potrzebna, bo nie odstępował mnie na krok.

    Kiedy Aris miał około pół roku, był już wielkości suczki owczarka niemieckiego sąsiada, był wielkim psim przyjacielem. Czujnym, rozsądnym i kochającym. Kiedy odrabiałam lekcje, siedział pod biurkiem i trzymając pysk na moich kolanach, stękał i wzdychał, żując pluszową papugę. Nie mógł się doczekać, kiedy mu ją w końcu rzucę i będzie mógł udawać, że jej nie widzi, przebiegając nad nią z podniesioną wysoko głową, aż w końcu spuszczał na nią wzrok, rzucał się na nią z radością i przynosił z triumfem, machając ogonem.

    Któregoś dnia mój ojciec wrócił z pracy nie w humorze i chciał mnie uderzyć. W furii, z zaciśniętymi pięściami, ruszył w moim kierunku, ale zatrzymał się w pół kroku. Między mną a nim wyrósł Aris. Wszystko zadziało się w ułamku chwili. Warcząc, obnażył kły i całą postawą ciała pokazał, że to nie są negocjacje. To ostatnie ostrzeżenie. Nie było w tej postawie wahania. Był zdecydowany mnie bronić bez względu na wszystko.

    Ojciec natychmiast się wycofał. Nie uderzył mnie wtedy, a w przyszłości zrobił to jeszcze tylko raz. Leżałam później z Arisem i dziękowałam mu za to bez słowa, przytulając do siebie mocno te 20 kilogramów serca.

    Następnego dnia po tym wydarzeniu Aris zniknął.

  • 82.5 KRÓLOWA MIECZY – strażniczka, która musiała się narodzić 

    Słowo „bezpiecznie” czułam całą sobą. Poruszyło we mnie wszystkie emocje, złość, lęk, smutek i jednocześnie coś niezwykle miękkiego, ciepłego. 

    Pomyślałam, że muszę zabawić się w detektywa. Bo w moim domu nigdy nie było bezpiecznie, więc skąd ta czułość, dlaczego smutek… Dlaczego zobaczyłam we wspomnieniach, jak w tym właśnie mieszkaniu, w tym właśnie czasie, siedzę nocą pod stołem w kuchni i przyciskam ostrze do nadgarstka?  

    Dlaczego?  

    Przecież nigdy czegoś takiego nie zrobiłam.  

    Nigdy.  

    W żadnej, nawet najczarniejszej chwili mojego życia a było ich niemało.  

    Nigdy nie chciałabym zrobić czegoś podobnego.  

    Nigdy. Nawet w epizodzie depresyjnym, którego doświadczyłam mając 32 lata nie przyszło mi coś takiego do głowy.  

    Zawsze widziałam światło tam, gdzie inni go nie dostrzegali.  

    Zawsze byłam silna.  

    Zawsze radziłam sobie sama.  

    Zawsze byłam SAMA.  

    Nigdy nikt mnie nie bronił. 

    Nikt mnie nie bronił. 

    Nie bronił. 

    BRONIŁ. 

    Wtedy wróciło wszystko. I rozdarło mnie od środka. Leżałam w wannie i szlochałam tak, jakby nigdy nie miało się to skończyć. Czułam jakby pękła tama i wylała się ze mnie z taką gwałtownością, której nie da się już zatrzymać. Zanurzyłam się pod wodę i leżąc na dnie wanny krzyczałam, aż opadłam z sił. 

    I tuliłam moją salamandrę i rozumiałam już, dlaczego musiała zamknąć oczy, żebym ja mogła przetrwać. 

    Tej nocy, gdy jako dziecko trzymałam ostrze przy nadgarstku narodziła się we mnie KRÓLOWA MIECZY- ta, którą przez długi czas, uparcie pokazywał mi tarot. 

    Nie dlatego, że miękkość była czymś złym, ale dlatego, że została bez strażnika. A wtedy ta trzynastoletnia dziewczynka sama musiała stać się wojowniczką. 

    Wtedy też powstały niszczące mnie wzorce i przekonania. 

    To jedno wydarzenie było kamieniem, który uruchomił lawinę głazów, pod którą to, co we mnie najpiękniejsze, zostało uwięzione na dziesięciolecia. 

  • 82.4. BEZPIECZNIE – słowo, które otworzyło drzwi 

    Trzeciego dnia przypomniało mi się, że kilka dni wcześniej, zanim przyśniła mi się salamandra myślałam o Darku. Nigdy nie myślałam o nim w ten sposób. Dla mnie był tym, który mnie poniósł.  Bardziej symbolem niż człowiekiem. Tego wieczoru zobaczyłam go szerzej, poczułam niemal jak mógł się czuć jako odtrącony, pomijany syn swojego zimnego, nieobecnego emocjonalnie ojca. Niosący w sobie dzieciństwo, z którego niewiele pamięta, poza „nie teraz”, „zaczekaj”, „później”. Jego silne poczucie samotności, które odczuwał nawet wśród tłumu bliskich mu ludzi.

    Poczułam wtedy, że bardzo pragnę jako dorosła przeprosić to smutne dziecko w nim za krzywdy jakich doznał od tych, którzy powinni go kochać i chronić. 

    I przypomniał mi się sen, w którym ratuję Darka (z lipca 2024). Kilka dni wcześniej opowiadał mi o swojej relacji z ojcem. Dopiero teraz, po dwóch latach zrozumiałam ten sen. I bardzo, bardzo chciałam móc przeprosić to małe dziecko. Chciałam gładząc mu włosy powiedzieć z czułością: „Widzę twoje cierpienie. Widzę twoje zmęczenie. Jestem. Nie zostawię Cię. Śpij teraz. Będę tu, kiedy się obudzisz”.  

    Niestety nigdy tego nie zrobię. 

    I żałuję tego jak niczego na świecie.   

    Dotarło do mnie wtedy, że mogę objąć empatią tak mocno ukrytej rany drugiego człowieka, tylko dlatego, że sama noszę głęboko ukrytą ranę.  

    Kiedy myślałam o zranionym małym Darku, instynktownie wiedziałam, że nie jest to coś co potrzebuje intelektualnej analizy, czy duchowej interpretacji. To miejsce w człowieku wymagało przede wszystkim obecności, delikatności, uznania krzywdy. A wiedziałam to, bo na najgłębszym poziomie dotykało to mojego doświadczenia. 

    Tak chyba działa głęboka empatia. Nie dlatego, że potrzebujemy uratować innych, ale dlatego, że znamy ten „krajobraz” od środka. 

    I nagle, kiedy przyszła świadomość, ta czułość zaczęła płynąć nie tylko na zewnątrz, ku drugiemu człowiekowi. 

    Był to jeden z najważniejszych momentów mojego procesu, ponieważ pozwolił mi na to, aby ta energia mogła już wrócić do źródła. 

    Zdałam sobie wtedy sprawę, że ta mała JA również zasługuje na słowo „PRZEPRASZAM”. Te przemyślenia stworzyły przestrzeń, w której pierwszy raz poczułam się na tyle bezpiecznie, aby sen z salamandrą mógł mi się w ogóle przyśnić. 

    To tak jakby psychika powiedziała mi: „Dobrze. Jeśli jest już trochę bezpieczniej… mogę ci pokazać ten pokój” 

    Poczułam wtedy całą sobą, że kluczem do rozwiązania zagadki uwięzienia SALAMANDRY jest słowo „BEZPIECZNIE”.

  • 82.3. Żeby nie przestraszyć bardziej – o czułości wobec siebie 

    Dziś, kiedy to piszę odnoszę wrażenie, że jeśli ktoś kiedyś przeczyta mój blog może sobie pomyśleć, że nie przybijam do brzegu, tylko kluczę i meandruję, dla taniej sensacji. 

    Nic bardziej mylnego. Od pierwszego wpisu próbuję opisać proces jaki we mnie zachodził. A po śnie z salamandrą proces ten przyspieszył i zwolnił jednocześnie. Byłam skupiona na dojściu do źródła i jednocześnie miałam świadomość jak delikatny jest to moment. 

    Intuicyjnie czułam, że istota uwięziona przez tak długi okres nie może zostać brutalnie wyrwana na światło dzienne. Nie można jej uzdrawiać „na siłę”, byłaby to kolejna forma przemocy jakiej doznała. Nie chodzi przecież o to, żeby naprawić. Teraz chodzi o to, żeby nie przestraszyć bardziej. 

    Trzeba delikatnie. Trzeba powoli. Najpierw potrzebna jest iskra, mikroskopijne poruszenie, odrobina zaufania, odrobina bezpieczeństwa. 

    To trochę tak, jak z dzikim, straumatyzowanym zwierzęciem. Nie można wyciągnąć go na siłę z kryjówki. Najpierw należy stworzyć warunki, aby samo zaczęło oddychać swobodniej, podnosić powieki i rozglądać się wokoło. Może wtedy samo zdecyduje, że można już podnieść głowę. A wtedy możliwe będzie więcej… 

    Czułam, że życie tli się jeszcze w mojej salamandrze.  

    Trwałam przy niej kolejne dni, trzymając wyśniony słój na kolanach i szepcząc do mojej salamandry. Z czułością otwierałam powoli to, co zamknięte bardzo dbając w tym czasie… 

    O siebie. 

  • 82.2. „Wszystko (…) jest piękne” 

    Chodziłam z tą salamandrą cały dzień i myślałam o tym, jak wygląda.  

    O tym, że może dla kogoś mogłaby wydawać się odrażająca. Dla mnie była smutna, samotna, zapomniana i niekochana. A zasługuje na przytulenie, zauważenie i uznanie cierpienia. W ogóle nie przeszkadza mi to, że wygląda jak wygląda. 

    Kiedyś Darek odpowiedział mi, na moją krytykę spłaszczenia symbolu smoka na podstawie tego co zrobiono ze smokiem w Krakowie. Jakie komercyjne badziewie ludzie stworzyli z tego pięknego symbolu. Darek powiedział „… wszystko we wszechświecie jest piękne”. Potraktowałam to jak duchowe pierdolety. A myśląc o mojej salamandrze… wtedy, właśnie w tej jednej chwili naprawdę to poczułam.  

    Ta salamandra jest piękna. Po prostu piękna, taka, jaka jest. To jak została potraktowana nie jest w porządku, ale ona jest doskonała.  

    Chciałam ją wtedy jak najszybciej odpakować i mocno przytulić. 

    Bardzo żałowałam, że nie mogę wymusić kontynuacji tego snu. Chciałam zobaczyć, jak siedzę z olbrzymią salamandrą na kolanach i tulę ją do siebie z miłością. 

    Wiedziałam, że to jest chyba najważniejszy sen w moim życiu.  

    Bo pokazał mi, że muszę zmienić perspektywę… 

    Łatwo jest kochać siebie, kiedy wyglądasz całkiem nieźle, jesteś niegłupia, błyskotliwa, z poczuciem humoru, wzbudzająca zaufanie, opiekuńcza, silna, sprawcza, zdolna, potrafiąca poświęcić się dla innych, kochająca i długo by jeszcze wymieniać… A w środku, na tym bardzo, bardzo głębokim poziomie… tam trudniej się pokochać. 

    Poczułam, że teraz kocham, kocham siebie naprawdę. Również tę smutną, skrzywdzoną, zrezygnowaną, nieefektowną i skrajnie bezradną.  

    I wtedy pojawiła się we mnie złość, bo uzmysłowiłam sobie, że jakaś miękka, bezbronna część mnie musiała zostać zamknięta, żebym ja ta sprawcza i silna mogła przetrwać. 

    Złość kocham już w sobie od dawna, za moc jaką z sobą niesie.  

    Dzięki złości i miłości, którą odkryłam w sobie potrafiłam zejść głębiej. 

    Do samego źródła.  

  • 74. Woda z sufitu – sen o odwadze spojrzenia w głąb

    15/16.04.2026 

    Początku nie pamiętam. 

    Byłam w moim mieszkaniu. Zauważyłam otwartą część okna. Była bardzo wąska. Moje okna są podzielone na pół, a to było podzielone niesymetrycznie. Podeszłam, żeby je zamknąć. 

    Na placu przed moją kamienicą trwał koncert muzyki poważnej. Czasem nasi filharmonicy koncertują w mieście. Zdarzył się już koncert przy mojej fontannie. To piękny plac z okazałymi lipami i kasztanami, które widzę z góry i najpiękniejszą fontanną w mieście. 

    Wyjrzałam przez okno, ale widok był przesunięty, jakbym znajdowała się dwie kamienice dalej. Trochę mnie to zdziwiło. Z tego miejsca nie widziałam orkiestry, tylko tłumy siedzących, zasłuchanych ludzi. 

    Zamknęłam okno (nigdy nie otwieram okien, zawsze tylko je uchylam ze względu na koty). Zaczęłam sprawdzać, czy wszystkie są w domu. Na szczęście były. Nagle spod koca, a może spod fotela, wyskoczył olbrzymi czarny kot. Był wielkości niewielkiej pantery i miał piękną, lśniącą sierść. Pobiegł za pozostałymi kotami. 

    W tym samym czasie przyszedł mój syn. Zapytałam, czy nie wie, co to za kot. Odpowiedział, że należy do jego znajomego i zostanie tylko na chwilę. 

    Weszłam do mojej domowej pracowni, choć był tam chyba również salon. Zauważyłam, że z sufitu po kablu jednego z żyrandoli (nie mam takiego, mam tylko jedną lampę na środku) kapie woda. Kabel był czarny i plastikowy. 

    Podeszłam do okna. Ono również nie było moje. Było ogromne, przesuwne, zajmowało całą ścianę i miało firanki (ja ich nie mam). Firanki zostały przytrzaśnięte oknem. Próbowałam je poprawić, ale trochę przeszkadzał mi wiatr. 

    Za oknem była plaża. Przechadzali się po niej ludzie. Mogłam wyjść z domu bezpośrednio na piasek. 

    Kiedy zamykałam okno, za moimi plecami stanął chłopiec. Blondyn z uroczymi lokami. Miał może osiem–dziesięć lat. Nic nie mówił. Zapytałam syna, kto to jest. Odpowiedział, że to kolega mojego młodszego brata (mój brat nie żyje od dwóch miesięcy). 

    Z żyrandola już nie kapała, lecz lała się woda. Była krystalicznie czysta. 

    Postanowiłam, że rozbierzemy sufit i sprawdzimy, gdzie znajduje się źródło problemu. 

    Zrobiliśmy (nie wiem jak, tego nie pamiętam) otwór wielkości około metra i zobaczyłam podłogę sąsiadki, która mieszka nade mną. Była tam ogromna dziura. Wyglądała jak wyrwa, spod której było widać pokruszone cegły. 

    Padał deszcz, ale jednocześnie zza chmur przebijało słońce. 

    Odwróciłam się do syna i zapytałam, czy padało, kiedy wracał do domu, bo z okien nie widziałam deszczu. 

    Niebo właśnie się rozjaśniało, a woda nie płynęła już tak silnym strumieniem. Wciąż była krystalicznie czysta. 

    Pomyślałam, że powinnam zrobić zdjęcia dla zarządcy i ubezpieczyciela, ale nie zrobiłam ani jednego. 

    Przez chwilę miałam poczucie, że to z mojej strony zaniedbanie, jednak nadal nie sięgnęłam po telefon. 

    Dziwne było to, że nie chciałam robić nic. Pomyślałam, że to natura, a nie pęknięta rura. Deszczu nie zatrzymam, zakręcając kurek. 

    Byłam dziwnie spokojna, choć wszędzie była woda. 

    Usłyszałam kroki sąsiadki z góry i chciałam ją powiadomić o tym, co się stało. 

    Biegłam przez mój przedpokój i biegłam, i biegłam. 

    Krzyknęłam do syna: 

    — To mieszkanie jest strasznie długie! 

    Potwierdził. 

    Nie zdążyłam. 

    Sąsiadka musiała już wejść do swojego mieszkania, bo usłyszałam tylko: 

    — O. Kurwa! 

    Spotkanie z Darkiem powtórnie uchyliło we mnie „okno” do emocji. 

    Na początku wystraszyłam się, że odbierze mi to siłę, którą w sobie wypracowałam. Paradoksalnie jednak im piękniej grała we mnie muzyka, którą Darek uruchomił, tym większy spokój w sobie odnajdywałam. 

    Ten spokój nie wynikał z zaprzeczania, że nic do Darka nie czuję. Wręcz przeciwnie. Czułam, że kocham tego człowieka całym sercem, tęsknię i płaczę, i że wcale nie musi to prowadzić do żadnych decyzji. 

    Czułam, że mam pracę do wykonania i teraz jest ona dla mnie ważniejsza niż relacja. Wiedziałam, że muszę skupić się na sobie. 

    Zamknęłam więc okno i liczyłam koty, a moja moc nieoczekiwanie wyskoczyła spod koca. Aby tak się mogło stać potrzeba było niewiele. Wystarczył jeden przydługi uśmiech widziany przez szybę. 

    Dzięki tej mocy miałam siłę, żeby zobaczyć w przyszłości to, co głęboko ukryte. 

    Jeszcze nie wiedziałam, co to jest, ale sen bardzo wyraźnie powiedział mi, że to, co zobaczę, bardzo nieprzyjemnie mnie zaskoczy. I że nie uda mi się wcześniej przygotować na to co odkryję. 

    A na razie trzeba powiększyć otwór. Odnaleźć źródło.  

    I nie dziwić się łzom, które naturalnie płyną. 

  • 73. Nie zapłacę mandatu – sen o powrocie do przerwanego procesu. 

    11/12.04.2026 

    Niewiele pamiętam z tego snu… Byłam z koleżanką. Namówiłam ją do czegoś głupiego. Wsiadłyśmy do jakiegoś środka lokomocji, ukrywając się pod podłogą. Było to coś pomiędzy żartem a przygodą i miało być zabawne. Okazało się, że kierowca lub kapitan (nie wiem, czym miałyśmy się przemieszczać) miał chyba podgląd miejsca, w którym się ukryłyśmy i znalazł nas. Ja jakimś cudem się wykręciłam, ale koleżanka miała zapłacić karę w wysokości 500 zł. To było bardzo dużo, nie miałyśmy takich pieniędzy. Zostałyśmy wyrzucone z tego środka lokomocji. Po drodze ukradłam jakieś papiery. Miałam nadzieję, że to coś ważnego. Zmięłam je w kulkę i wrzuciłam do wody. To była rzeka lub jezioro. Siedziałam na pomoście z rękami zanurzonymi w wodzie, czekałam, aż kartki rozmiękną i myślałam, że to całkiem fajny kawał. Zachowywałam się jak dzieciak, taki mały łobuziak, ale byłam dorosła. 

    Scena druga 

    Za moim domem, przy sąsiedniej kamienicy, są działki. Robotnicy przekopywali wszystko jak leci. 

    Zależało im, żeby szybko skończyć pracę. To była firma wynajęta przez kogoś z miasta. Chciałam, żeby przerwali pracę. Chyba bałam się, że to miejsce nie będzie już takie jak dawniej. 

    Kiedy wycinali roślinność w kępie, która pozostała, zauważyłam duże ptaki (jakiś rodzaj grzebiących). To była para i młode. Robotnicy nie chcieli się zatrzymać. Chociaż tłumaczyłam im, że to okres lęgowy i muszą wrócić, kiedy młode opuszczą gniazdo, że teraz nie można ich niepokoić, uparli się. Zadzwonili do kogoś, kto powiedział im, że ptaki można złapać i gdzieś przenieść. 

    Nie chciałam ich oddać. Wiedziałam, że to jest ich miejsce. 

    Jeden z robotników wręczył mi duże plastikowe pudło z ptakami, a ja szukałam im tymczasowego miejsca, jakiejś woliery, w której byłoby im wygodnie do czasu zakończenia remontu. 

    Mój wewnętrzny remont przerwało pewne wydarzenie, które na chwilę rozchwiało mnie do tego stopnia, że zatrzymało we mnie wszystko. 

    To wydarzenie zadziałało na dwóch poziomach. Najpierw spowodowało we mnie chaos emocjonalny, który dzielnie wystałam, a później obudziło we mnie małego filutka, który, gdy nadarzy się okazja, nie ręczę, że nie zapłaci mandatu od życia… Chociaż… możliwe, że w porę się wycofa. 😉 

    Spotkałam Darka. 

    Jadłam z przyjaciółką śniadanie na mieście. Zwykle nasze śniadania przedłużają się do obiadu. Tak też było tym razem. Przyjaciółka zna szczegóły mojej skomplikowanej, duchowej, transformacyjnej relacji z Darkiem. Wie, jak wiele kosztowało mnie pożegnanie z nim i ni w ząb nie rozumiała, dlaczego musiałam to zrobić. Wiedziała też, jak wiele czasu zajęło mi dojście do siebie i uporanie się ze zwykłą ludzką tęsknotą. 

    Ja uważałam tę relację za definitywnie zakończoną, choć nie było dnia, w którym Darek zniknąłby z moich myśli. Uznałam, że tak po prostu jest, i przestałam z tym walczyć. Myśli przychodziły i odchodziły w swoim rytmie. 

    Kiedy rozmawiałyśmy, spojrzałam w okno. W tej samej chwili spojrzał w okno Darek, przechodzący ulicą. To było tak elektryzujące spotkanie. Najpierw zaskoczenie na naszych twarzach, a później promienny uśmiech po obu stronach. 

    Patrzyliśmy na siebie z taką… mogę mówić tylko za siebie… radością. Świat na chwilę się zatrzymał. Patrzyłam w te wypełnione radością oczy i… zapomniałam o oddechu. 😍 

    Trwało to może piętnaście sekund. 

    Odchodząc, machał i przez chwilę szedł bokiem, patrząc na mnie, jakby chciał jak najdłużej utrzymać kontakt wzrokowy. 

    Kiedy zniknął mi z oczu, odwróciłam się w stronę przyjaciółki. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i równie szerokim uśmiechem. 

    Po chwili odezwała się: 

    — Ale to w Tobie jeszcze siedzi. 

    Siedzi. 😋 

    Ale to nic. 

    Poczułam w sobie lekkość po tym pięknym spotkaniu. Poczułam się trochę jak dzieciak. 

    Do chwili, w której przyjaciółka powiedziała: 

    — Zadzwoń do niego. Ja bym zadzwoniła. 

    A ja nie zadzwonię. 

    Nie dlatego, że nie chcę. 

    Dlatego, że chcę w relacji czuć się na tyle bezpiecznie, żeby móc być jak dzieciak. Radosna i niepohamowana. Ale do tego potrzebuję SMOKA (wyjaśnię innym razem), a do SMOKA nie muszę dzwonić. 

    On sam to zrobi. 

    Zabezpieczyłam swoje pisklęta i, kiedy opanowałam emocje, wróciłam do mojego wewnętrznego remontu. 

    Zostało mi jeszcze sporo do zrobienia. 

  • 53. Czekając na zielone – sen o tym, czego nie muszę już nosić. 

    25.12.2025 

    (popołudniowa drzemka) 

    Sen był dłuższy, ale pamiętam końcówkę. 

    Miałam jechać pociągiem do innego miasta wojewódzkiego, niecałą godzinę. Zabrałam ze sobą dużego psa na smyczy i ogromne akwarium. Miałam też torbę i niewielką torebkę. 

    Jechałam z dziewczynkami z mojej firmy (najstarsze 17–18-letnie, moje dzieci, wolontariuszki, towarzyszki, przyjaciółki), nie wiem, czy zwiedzać, czy może na koncert. 

    Byłyśmy w przedziale, który wyglądał jak niewielkie mieszkanie. Składał się z co najmniej dwóch pokoi. Zajmowałam z dziewczynkami duży pokój. Był oświetlony, ale bez okien. Pies leżał na podłodze. 

    Wielkie akwarium postawiłam na podłodze, na środku pokoju. Dziewczynki uzupełniły je wodą. Woda była czysta, przejrzysta. Na dole pływały nieduże srebrne rybki. 

    Powiedziałam dziewczynkom, że bez sensu targałam to wielkie akwarium. Wyjechałyśmy przecież na jeden dzień i rybki mogły spokojnie zostać w domu. 

    Pies chciał się napić wody. Podnosiłam go (a był naprawdę duży), żeby mógł napić się z akwarium. To było bardzo niewygodne, ale udało się w końcu. Pies się napił. 

    Zwróciłam uwagę na to, co działo się w drugim pokoju. Przez otwarte drzwi zauważyłam (chyba) mojego byłego męża. Stał tyłem. Był tam też jakiś inny mężczyzna (nie było go widać), który pomagał mu się ubrać. 

    Było coś nie tak z jego ubraniem. Możliwe, że je prali, bo założył na siebie mokry podkoszulek bez rękawów, a na to koszulę, również mokrą. Podkoszulek był ciemny i prześwitywał przez jasną, mokrą koszulę. 

    Mężczyzna tłumaczył mu, że kiedy zrobi się coś niedobrego, trzeba przeprosić. Pytał czy przeprosił (chodziło o mnie). Mój były mąż próbował sobie przypomnieć, czy była taka sytuacja, kiedy naprawdę przepraszał. 

    Nie doczekałam do końca ich konwersacji. Znudziła mnie, bo wiedziałam, że nie miał w zwyczaju przepraszać i nie chciało mi się tego słuchać. 

    Pomyślałam, że czas zbierać się do wyjścia. Miałam to przeklęte akwarium do zabrania. Trzeba było wylać z niego wodę przed wyjściem. 

    Z zaskoczeniem zauważyłam, że dziewczynki już to zrobiły i wyszły dawno na zewnątrz. Czekały przy wyjściu. 

    W przedziale zostały jakieś mokre drobiazgi dziewczynek (gumka frotka do włosów i coś zrobionego na szydełku). Zebrałam je i schowałam do torebki. 

    Pomyślałam, że akwarium muszę oddać do jakiejś przechowalni. Nie będę z tym przecież chodzić po mieście. 

    Przez chwilę pomyślałam, że powinnam zajrzeć do pokoju obok i powiedzieć mojemu byłemu mężowi, że dojeżdżamy. Po namyśle uznałam, że nie będę go o niczym informować. 

    Zabrałam psa, akwarium i torby, i dołączyłam do dziewczynek. 

    Bałam się trochę, że nie zdążymy wysiąść, ale dziewczynki mnie uspokajały, że wszystko jest w porządku. 

    Na zewnątrz przedziału, w korytarzu prowadzącym do wyjścia z pociągu, były okna. Widziałam jakieś budynki. Pociąg stał i na coś czekał. Jakby na zielone światło. Zaraz miał ruszać. 

    Zauważyłam, że akwarium w moich snach mówi o emocjach. Wcześniej pojawiały się w nich ogromne lub zaniedbane akwaria. Śniłam też kiedyś o stworzeniach, najczęściej żabkach, które były zapomniane i pojawiały się nagle, a mi było bardzo przykro, że zostały na bardzo długo bez opieki i musiały radzić sobie same, żeby przetrwać. 

    Ten sen był inny. Akwarium zaledwie przenośne, zadbane i czyste. 

    Dziewczynki ze snu w realu są moją rodziną. Nie rodziną pochodzenia, ale taką, którą stworzyłam w mojej firmie. Zdarza się, że naprawdę wyjeżdżamy na krótkie wycieczki i zawsze jest to piękny czas. Ta rodzina daje mi poczucie bezpieczeństwa, przynależności, emanuje spokojem i radością. Jesteśmy dla siebie ważne. Część z nich wyruszyła już w świat, studiują w odległych miastach, ale kiedy wracają choć na chwilę, zawsze znajdą czas na wspólną kawę. 

    Dlatego jestem silniejsza. 

    A były mąż… naprawdę nie zależy mi na przeprosinach. Wszystko, co z nim związane, mogę oddać do przechowalni, nie zamierzam tego ciągnąć za sobą. 

    Nie zapomnę oczywiście, bo wszystko, co mnie spotkało, ukształtowało mnie i sprawiło, że jestem, jaka jestem, ale nosić tego nie będę. 

  • 40. Pożegnanie barłogu – sen o odbudowie granic. 

    12 /13. 11.2025 

    Sen drugi tej nocy, nad ranem: Byłam w mojej pierwszej pracy w szkole. Były tam moje dawne koleżanki. Robiłyśmy jakieś porządki. Nie było dzieci. Jedna z koleżanek (w realu kiedyś moja ulubiona, ale bardzo zmieniła się na niekorzyść z biegiem lat) podważała wciąż moje decyzje, poprawiała lub zmieniała wszystko co zrobiłam. Zdenerwowało mnie to w końcu. Pomyślałam, że w sumie wcale nie muszę tu być, że mam swoją pracę i tej wcale nie potrzebuję. Ale pomyślałam też o pieniądzach, i że niewiele zarabiam więc może jednak zostanę. Mój syn był na coś chory, więc zadzwoniłam do przychodni, żeby umówić się na wizytę do lekarza w jego sprawie. Za chwilę przyszła pielęgniarka, aby potwierdzić umówienie wizyty. Najpierw rozmawiała z tą irytującą mnie koleżanką, umówiły się. Podeszłam, żeby potwierdzić wizytę mojego syna, ale kobieta stwierdziła, że zapisy na dziś są już zamknięte. Koleżanka była zdrowa, jej dzieci również. Zapisała się do lekarza bez żadnego powodu, moje dziecko było chore a ona odebrała mu możliwość skorzystania z pomocy. Wiedziała, że potrzebuję tej wizyty. To przelało czarę goryczy. Zabrałam torbę i trzasnęłam za sobą drzwiami. Pomyślałam, że żadne pieniądze nie są warte przebywania w takim środowisku. Szłam ulicą był wieczór. Ciepły letni, nie było jeszcze całkiem ciemno. Byłam ubrana w krótką spódnicę i koszulkę dość skąpą, nie wyzywającą, ale też nie zasłaniającą wiele. Jakiś mężczyzna całkiem przystojny, szedł obok mnie i rozmawiał głośno przez słuchawki. Nagle szturchnął mnie ramieniem. Jak by mnie zaczepiał. Powiedziałam z lekkim oburzeniem coś w stylu Eeeej!!! On odpowiedział „jakie ej?” I pokazał mi ruchem głowy samochód. Gdyby mnie nie szturchnął samochód by mnie potrącił. Powiedziałam wdzięczna „dziękuję ” uśmiechnęliśmy się do siebie i mężczyzna odszedł. Kiedy zostałam sama przyjrzałam się swojej torbie. Zwisała z niej w połowie ciągnąc się po chodniku cienka, brudna kołdra. Zaczęłam wyciągać ją z torby wypadły też z niej jakieś inne drobiazgi. Pozbierałam je, kołdra nadal leżała na chodniku. Przyglądałam się jej. Myślałam, że jej nie potrzebuję, ale nie wiedziałam, jak mam ją spakować do niedużej torby. Miałam pewność, że się nie zmieści. Kołdra wyglądała jak barłóg bezdomnego. Pomyślałam, że może ktoś to sobie weźmie, ale miałam dylemat czy zostawić to na chodniku, bo nie wyglądało to dobrze. Nie wiem co z tym zrobiłam chyba zostawiłam tak jak leżało. Byłam w mieszkaniu (nie z realnego życia) to było moje mieszkanie. Mieszkałam tam z synem i byłym mężem. Przyjechał kuzyn mojego byłego męża z żoną. Nie byłam zadowolona, bo wiedziałam, że pojawi się alkohol. Chyba zwiedzali miasto, ale beze mnie ja zostałam w domu. Kiedy wrócili siedzieli na podwórzu, kuzyn byłego męża popijał piwo. Zaproponowałam, że ugotuję im obiad. Nie wiedziałam co jest w lodówce, tak trochę na odczepnego zaproponowałam makaron z warzywami. Przyjęli to z entuzjazmem. Szłam do kuchni trochę skonsternowana, wiedziałam, że nie mam wszystkich składników. Znalazłam makaron, dwie napoczęte paczki makaronu w tym samym kształcie spomiędzy innych kształtów. Ucieszyłam się, bo było go wystarczająco dużo. Rozejrzałam się po kuchni. Na blacie leżały banknoty, duże, czyste, nowe. Wyglądały jak wyprasowane. Wiedziałam, że zostawili je moi goście, ale nie byłam pewna intencji. Pomyślałam też, że kiedy wchodziłam do kuchni mijałam w drzwiach sąsiada, takiego cwaniaczka alkoholika, nie byłam pewna czy nie zabrał jakiegoś banknotu. Zostawiłam pieniądze tak jak leżały i nie zajmowałam się nimi dłużej. Znalazłam też w kuchni bilety na jakiś spektakl, dwa normalne i ulgowy. Pomyślałam, że to bez wątpliwości musiał być prezent od moich gości. W domu nie było warzyw, postanowiłam wyskoczyć szybko do sklepu. Byłam ubrana w jakiś workowate dresowe spodnie w kolorze szarawo-niebieskim i koszulkę. Szukałam marynarki, która przeciwważyłaby ten niechlujny efekt. Znalazłam w końcu, ale nie tą którą chciałam. Kiedy wyszłam na ulicę zobaczyłam idących nią ludzi. Przeważnie mężczyźni, bardzo mnie zdziwiło, bo większość miała brody do pasa nie byli młodzi, ale też nie starcy. Byli ubrani w takim raczej luźnym casualowym, niektórzy w rokowym stylu. 

    Ten sen łączy się bezpośrednio z lipcowym:  https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/05/28/meblowanie-barlogu/ 

    Tam jeszcze się meblowałam w tym co mi nie służy. Dziś potrafię opuścić miejsce, które nie jest dla mnie. Nie czuję potrzeby tłumaczenia się z granic. Potrafię też przyjąć pomoc i przede wszystkim nie ciągnę już za sobą całego mojego życia. Potrafię je odłożyć z szacunkiem, bo mnie ukształtowało, ale zostawiam je bez przywiązania. Bo to co mnie spotkało nie definiuje mnie jako człowieka. To co robię i kim jestem jest istotne. I powtarzam sobie wciąż na nowo: “Nieważne, co nam zrobiono. Ważne, co my zrobimy z tym, co nam zrobiono”. 

  • 35. Piękny koci gest – a może coś więcej.

    Sen, o którym pisałam w poprzednim wpisie był bardzo trudny, czułam się kompletnie rozbita po przebudzeniu a w takich chwilach moje myśli automatycznie wracały do Darka. Teraz kiedy to piszę, też tak miewam. Kiedy wydarzy się coś ważnego lub trudnego Darek jest pierwszą moją myślą, ale teraz mnie to nie niepokoi. Po prostu tak jest. Myśli przychodzą i odchodzą tak jak ludzie, którzy nie zawsze przecież będą w naszym życiu. 

    Wtedy, po przebudzeniu, przytłoczona ciężarem snu i wydarzeniami poprzedniego dnia przyjęłam opiekę starej kotki. I przyszedł “przedsen”. Bezpośrednio po tym doświadczeniu, ogromnie wdzięczna i wzruszona zapisałam te słowa, przytaczam niezmienione z wyjątkiem imienia, które nie jest prawdziwe: 

    9.11.2025 

    Wiem, że miłość mam w sobie, że ja jestem miłością, ale Darek był tak ważny na tyłu poziomach, że nie jestem w stanie nad tęsknotą zapanować. Czy to wciąż będzie wracać? Leżę i płaczę. To wszystko już miałam poukładane, spokój, miłość, wdzięczność. Czy 5 rymów na które się wybrałam pokazało, że się myliłam i tak naprawdę to nie było poukładane, ale tylko w pewnym stopniu „przykryte”? Kiedy tak leżałam i oddychałam ciężko przyszła do mnie moja stara kotka położyła się na mojej klatce piersiowej i mruczy. To niesamowite, bo rzadko przychodzi. To mój najmniej potrzebujący kontaktu kot🤗. Co prawda robiła to już kiedyś, przychodziła w chwilach kryzysu kładła się na mnie i leżała mrucząc do momentu, w którym się w pełni rozluźniałam, wtedy wstawała i odchodziła. Kiedy tak leżałyśmy prawie zasnęłam i na granicy jawy i snu przyszedł do mnie obraz: miasto w półmroku, wycinek pustej ulicy, wysoki szary budynek i lekko uchylone drzwi przez które sączy się na bruk smuga ciepłego światła. Na ulicę wychodzi moja kotka, wolnym, spokojnym krokiem. Kiedy była w połowie drogi do budynku zatrzymała się i obejrzała za siebie jakby czekała na mnie. Jakby mówiła miękko  no chodź”.  

    Teraz z perspektywy czasu myślę o tej sytuacji jako o chwili, w której otworzyły się drzwi a moja mała psychopompos przeprowadziła mnie gdzie trzeba. Ze spokojem, czułością i miłością.