Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego jest tak, że jestem sama. Jest na to obco brzmiące a dodające rzekomego splendoru określenie – singielka. Ja tam wolę SAMA, bo lubię bez woalu. Pierwszy raz w życiu jestem sama i bardzo sobie ten stan chwalę w wielu aspektach. Jest wygodny, daje mi pełną wolność, mogę realizować się, odnosić sukcesy, rozwijać zgodnie z moimi potrzebami, przyjąć pod dach trzeciego kota i nie pytać nikogo o zgodę. Jestem sprawcza, decyzyjna, samowystarczalna. Otaczam się tylko tymi ludźmi, którzy naprawdę dobrze mi życzą. Kocham moje dziecko, moich ludzi, moją pracę, moje zwierzęta te domowe i te, które same mnie wybrały i przylatują codziennie, bo chcą. Kocham moje drzewa za oknem, rzekę, która leniwie płynie i ziemię, po której stąpam.
Każdą komórką mojego ciała i duszy jestem miłością.
A jednak jestem sama.
W zasadzie jestem szczęśliwa, jest we mnie spokój, którego nigdy wcześniej nie zaznałam a jednak ostatnio odzywa się we mnie… tęsknota.
Nie rozumiałam za czym tęsknię naprawdę, za Darkiem? To nie do końca prawda, chociaż po niemal roku po rozstaniu nadal nie mam w sobie przestrzeni na nikogo innego. Bo to co mnie przy nim spotkało było pierwszym bezpiecznym silnym i prawdziwym uczuciem jakie przeżyłam. Było moim przebudzeniem do czucia, odpuszczenia kontroli, wsłuchania się w ciało i emocje. A uwolnione emocje zalały mnie z taką siłą, że nie byłam w stanie unieść tej relacji i musiałam się z niej pilnie ewakuować. Natychmiast po rozstaniu, czułam coś czego nie czułam nigdy wcześniej. Nieprawdopodobnie silną potrzebę absolutnej ciszy. Nie słuchałam muzyki, przestałam chodzić do kina, na siłownię, ściankę. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, nie odbierałam telefonów, nie włączałam komputera. Chodziłam do pracy, bo trzeba. Spacerowałam dużo, siedziałam nad rzeką, spałam więcej, nawet w dzień.
To nie była zwykła rozpacz po rozstaniu to było moje 40 dni na pustyni, które otworzyło przede mną prawdziwy świat. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale nadal czuję się z Darkiem w jakimś stopniu połączona, jakby rozstania nigdy nie było.
To był rok poznawania siebie na nowo, osadzania emocji w ciele, nauki słuchania siebie, medytacji, nieprawdopodobnych wglądów i przede wszystkim spotkania ze snami, które wchodząc w życie, pięknie i bardzo mądrze mnie prowadzą.
Dopiero teraz kiedy jestem naprawdę ze sobą zatęskniłam za relacją. Tylko że teraz zmieniło się wszystko. Skończyłam z oczekiwaniami. Nie oczekuję już, że mężczyzna będzie obecny, stały, lojalny, czuły, dający poczucie bezpieczeństwa. Ja nie oczekuję. Ja WYMAGAM. Bo nie pragnę już, żeby ktoś mnie wybrał. A tak właśnie było z moim mężem alkoholikiem. Byłam szczęśliwa, bo nareszcie zostałam wybrana. To była iluzja, bo nie wybrał mnie, tylko moją empatię, komfort i opiekę. Teraz to ja chcę wybierać. Pierwszy raz wybieram i teraz chcę wybrać prawdziwą jakość.
Wiem, że to na razie niestety nie jest możliwe, bo jest we mnie coś czego nie rozumiem. Dlatego na razie wolę być sama, bo jeszcze jestem czujna i reaguję lękiem nawet na prawdopodobieństwo pojawienia się głębokiej relacji, za którą tak bardzo tęsknię. Kiedy dowiem się, dlaczego tak jest, że nadal się boję, pomimo wielkiej pracy jaką włożyłam w poznanie siebie, terapii i transformacji jaką przeszłam z pewnością moje życie po raz kolejny zmieni się na lepsze.
Wiem, że to przyjdzie.
Bo zawsze przychodzi to co ma przyjść.




