W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: dzieciństwo

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 50.  Gołąb i buława – sen o mocy, która nie odbiera wolności. 

    10/11.12.2025 

    Początku nie pamiętam. Byłam w swoim mieszkaniu, stałam na balkonie. Był ktoś ze mną, nie pamiętam kto. Zobaczyliśmy nadlatującego gołębia. Trzymał w łapkach kij. Wyglądał jak okorowana gałąź długa na jakieś półtora, może dwa metry. Byłam zdziwiona, że taki mały ptak potrafi unieść taki ciężar. 

    Podleciał bliżej, na wyciągnięcie ręki. Okazało się, że jego nóżki są przywiązane do kija. Chciałam go chwycić, żeby go uwolnić, ale odleciał, bardzo nieporadnie. Uderzył o koronę drzewa na podwórku i spadł na ziemię. 

    Zbiegłam na dół. Spotykałam kogoś po drodze, chyba sąsiadów. Kiedy byłam na podwórku, zobaczyłam, jak dwie młode osoby (studentki, które wynajmują mieszkanie w mojej kamienicy) trzymają gołębia, jedna miała go na kolanach. Nie wiedziały, jak mu pomóc. 

    Powiedziałam, że mam nożyk do tapet, więc przetniemy sznurki. Ale zamiast tego zaczęłam wyciągać pióra gołębia, a później włosy z obrączki, dużej, złotej (miała wygrawerowane jakieś symbole), która ptaka więziła. 

    Tylko że to już nie był ptak, tylko około 10-letnia dziewczynka. Kiedy usunęłam włosy, zrobiła się przestrzeń i dziecko mogło się uwolnić. 

    Opowiadała, jak to się stało, że została uwięziona. Mówiła o człowieku, który coś jej obiecał (lody?), ale oszukał ją i zaczarował. 

    Chciałam odnaleźć tego człowieka i sprawić, żeby już nie doszło do podobnej sytuacji, ale nie pamiętam, czy cokolwiek jeszcze w tym śnie się wydarzyło. 

    Bardzo mnie ten sen poruszył. Wrócił bowiem do źródła mojej nadodpowiedzialności. 

    Kiedy miałam dziesięć lat, moi rodzice byli na balu sylwestrowym. Wrócili nad ranem. W południe jeszcze spali. Bracia byli głodni, więc postanowiłam ugotować obiad. 

    Wiedziałam, jak to się robi. Ugotowałam rosół i ziemniaki, starłam na tarce marchewkę, a mięso wyciągnęłam z zupy i podzieliłam na porcje. Pomagałam prababci robić makaron, więc nawet z tym nie było problemu. Pokroiłam ciasto na paski szerokości około centymetra, bo takie lubiłam najbardziej. 

    Bracia pomogli mi nakryć do stołu i obudziliśmy rodziców. 

    Byli bardzo zadowoleni. Ojciec trochę marudził, że to „kluchy grube jak palec”, a nie makaron, ale uratowałam sytuację. 

    I tak już zostało. 

    Od tej chwili miałam nowe obowiązki. 

    W myśl zasady: „Najgorzej to pokazać, że potrafisz”. 

    Ale po raz pierwszy poczułam się ważna, potrzebna, chwalona i — w moim dziecięcym odczuciu — w końcu kochana. 

    Tak zrodziło się we mnie zasługiwanie na miłość. 

    I wielka moc, którą przywiązano do nóg dziecka. 

    Moc ponad siły, której żadna dziesięcioletnia dziewczynka nie byłaby w stanie sama unieść. 

    Te pióra i włosy, którymi związane było dziecko, wyciągałam po jednym przez wszystkie lata terapii i pracy nad sobą. 

    Teraz gołąb jest już wolny. 

    I sam może wybrać, czy nieść swoją moc, czy odlecieć. 

    Ale na pewno nie pozwoli się już do niej przywiązać. 

    Motyw buławy — bo właśnie tak wyglądał kij ze snu — przewija się w moich snach już od dawna, pojawił się też poza nimi. 

    W tym śnie dziecko zostało przywiązane do mocy. 

    W śnie z lipca 2025 roku ( https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/ ) buławę trzymałam już w dłoniach i to ona mnie chroniła. 

    Ostatnio, podczas przesilenia letniego, wyciągnęłam karty tarota i zadałam jedno proste pytanie: 

    Kim jestem? 

    Wyciągnęłam jedną kartę. 

    Była to Królowa Buław

    A Królowa do swojej buławy nie jest przywiązana. 

    Trzyma swoją moc z lekkością. 

    W każdej chwili może ją odłożyć i cieszyć się mruczącym u stóp kotem oraz światłem, które niesie w dłoni. 

    Patrząc z ciekawością i radością w przyszłość. 

  • 42. Klucze – sen o tym, co dała mi matka. 

    Byłam w szkole, w której kiedyś pracowałam. Na pierwszym piętrze mieściła się moja obecna firma, chociaż w rzeczywistości jest w biurowcu w centrum miasta. Zeszłam do piwnicy. Lokal właśnie opuszczała moja znajoma (ta, która prowadzi zajęcia wokalne dla dzieci), choć właściwie nie jestem pewna, czy to była ona. Może ta druga znajoma, fotografka. A może we śnie były jedną osobą. 

    Kiedyś naprawdę miałam w piwnicy tej szkoły małe pomieszczenie, w którym zaczęłam robić dokładnie to, czym zajmuję się dziś zawodowo. Opowiadałam jej o tym. Pomyślałam, że przejmę ten lokal i przeniosę tam firmę. W sumie taki pomysł chodzi za mną również na jawie, choć obecna lokalizacja jest świetna, więc na razie nic z tym nie robię. 

    Chodziłam po tych pomieszczeniach. Były duże, ciemne i prawie puste. Wszystkie rzeczy zostały już zabrane. W kątach zalegały tylko jakieś stare graty, takie, które wyglądały, jakby leżały tam od dziesięcioleci. 

    Przeszłam dalej, przez piwnice, do sali, w której kiedyś prowadziłam zajęcia dla dzieci. Teraz był tam składzik pełen niepotrzebnych sprzętów. Brudno, wszystko zakurzone, miejscami jeszcze jakieś ślady dawnych czasów i moich pierwszych zajęć. Pomyślałam, że życie zatoczyło koło. Że wróciłam do początku, do miejsca, od którego wszystko się zaczęło. I że właśnie tutaj zostanę. Posprzątam to wszystko i urządzę po swojemu. 

    Wróciłam do lokalu po znajomej. Już ustawiałam w głowie stoły i planowałam przestrzeń. Sprawdziłam światło. Było kiepskie — punktowe, ciemne, niewystarczające. Ale uznałam, że to da się zmienić. 

    Pod sufitem były małe piwniczne okna. W jednym siedział chłopiec i zaglądał do środka. Pomyślałam, że pewnie tak samo będzie później — dzieciaki będą przysiadać w oknach i podglądać zajęcia, rozpraszając moje dzieci. Ale od razu pomyślałam też, że dam sobie z tym radę. 

    Kręcił się tam jakiś mężczyzna. Może woźny, może konserwator. Powiedziałam mu, że biorę ten lokal. 

    Potem znalazłam się na parterze. Było tam małe mieszkanie, w którym mieszkałam z rodziną: matką, ojcem i siostrą. Możliwe, że także z bratem, bo później się pojawił. Wszyscy spaliśmy w jednym pokoju. Łóżko matki stykało się z naszym — spałam razem z siostrą — tworząc coś w rodzaju odwróconej litery L. Łóżko ojca stało niżej, równolegle do naszego. Blisko. 

    Siostra leżała trochę niżej ode mnie. Chyba jęknęła. Poczułam rękę ojca. Wiedziałam, że dotyka jej miejsc intymnych. Żeby do niej sięgnąć, musiał najpierw przejechać ręką po moich nogach, bo leżałam z brzegu. Zorientowałam się, co robi. Zaczęłam więc poruszać nogami, wierzgałam intensywnie jakbym miała zły sen, ale nie chciałam, żeby wiedział, że rozumiem co się dzieje. 

    Cofnął rękę. 

    Miałam pewność, że matka to widziała i nic nie zrobiła. Leżałyśmy chwilę w ciszy. Wiedziałam już, że muszę zabrać siostrę i wyciągnąć ją z tego domu. 

    Ojciec poszedł do łazienki. Wiedziałyśmy, że trzeba się spieszyć. Nie mogłam znaleźć swoich rzeczy, ale w końcu się ubrałam. Chciałyśmy zabrać psa, tylko nigdzie nie było smyczy. To był bardzo posłuszny pies, więc uznałam, że jakoś sobie poradzimy. Po drodze znajdziemy choćby kawałek sznurka. 

    Wtedy pojawił się brat. Nie mój prawdziwy brat — tak samo jak nie mam siostry w rzeczywistości. Czekał za drzwiami. Tłumaczyłam mu, co się dzieje. Powiedział, że teraz rozumie jej dziwne zachowanie w szkole. 

    Chcieliśmy uciekać od razu, ale był weekend i wszystkie wyjścia ze szkoły były pozamykane. Przeszliśmy więc przez piwnice do drugiego skrzydła budynku. Po drodze spotkaliśmy tego woźnego albo konserwatora. Ciągnął jakąś maszynę do załadunku węgla. Pomyślałam, że skoro tamtędy przejechał, to drzwi na boisko muszą być otwarte. 

    Prowadziłam ich szkolnymi korytarzami do wyjścia. Musieliśmy minąć otwarte drzwi naszego mieszkania. Ojciec nadal siedział w łazience. Matka zobaczyła nas z pokoju. Od razu zrozumiała, co robimy i rzuciła nam kluczyki do samochodu. To brat miał prowadzić. 

    Uciekliśmy. 

    Za budynkiem stał duży jeep. Obok kierowcy były dwa miejsca. Jedno zajmowała już dziewczyna brata. Drugie było wolne, ale postanowiłam, że usiądę z siostrą i psem z tyłu. 

    Ten sen zatrzymał mnie dłużej przy mojej matce.  

    W czasie terapii grupowej jedną z najcenniejszych dla mnie technik, której się poddałam było napisanie życiorysu i omówienie go z grupą. To co dla mnie było normą moje “lustra” uznały za koszmar. Pamiętam jak bardzo to mną wstrząsnęło. Nie zdawałam sobie sprawy, że byłam ofiarą przemocy na tylu płaszczyznach.  

    To zadziwiające jak wiele doświadczeń, które przeżyliśmy i uznaliśmy za normę, kiedy spotyka inną osobę, a szczególnie dziecko bez wahania nazywamy przemocą, przestępstwem, złem. Współczujemy, staramy się pomóc, reagować, ratować, naprawić. Jednocześnie… ja wyparłam, że jako dziecko byłam ofiarą. Byłam zaradna, sprawcza, decyzyjna, ratowałam innych, dawałam radę. W czym problem? Pamiętam moje szeroko otwarte ze zdziwienia oczy, kiedy zobaczyłam łzy płynące po policzkach tych kobiet, żon alkoholików, które widziały i przeżyły niejedno. Płakały, kiedy czytałam. 

    Te kobiety zauważyły coś bardzo ważnego w moim życiorysie. Brakowało w nim…  Matki! 

    Tak też było w moim życiu. Brakowało mi matki.  

    Poświęciłam jej więc wiele czasu w trakcie terapii. Chciałam zrozumieć i wybaczyć.

    Nie potrafiła zajmować się domem ani dziećmi. Nie umiała o nas zadbać ani nas obronić. Nie uczyła nas nawet prostych nawyków higienicznych. Nie interesowało jej, kiedy myliśmy zęby jedną szczoteczką, a nawet czy w ogóle myjemy zęby. To ona wymagała ochrony, wsparcia, rady od własnego dziecka, małego domowego terapeuty, kucharki, sprzątaczki, organizatorki życia rodzinnego. Uczyłam się od sąsiadek, mam i babć koleżanek i kolegów. Uczyłam się od wszystkich, których spotkałam po drodze. Byłam naprawdę pilną uczennicą, bo nie chciałam być jak matka. Nie chciałam być SŁABA. 

    Przez całe życie myślałam, że matka nie nauczyła mnie niczego co byłoby istotne. A jednak nauczyła mnie WSZYSTKIEGO.  Dała mi klucze i z nimi mogę iść przez życie. Bo wszystko już było, nic mnie chyba nie zaskoczy i już niemal niczego się nie boję. 

  • 36. Nieczysta gra – Sen o lęku przed powtórzeniem wzorca. 

    10.11.2025 

    Zasnęłam popołudniu. Początku snu nie pamiętam… Byłam na klatce w bloku, w którym mieszkałam jako nastolatka z rodzicami a później przez kilka lat z byłym mężem. Schodziłam z moim synem (we śnie miał kilka lat, teraz jest dorosły) piętro niżej do kolegi. Umówił się z nim na granie na komputerze. Kiedy otwieraliśmy drzwi prowadzące na schody pojawił się obok nas pies. (Chyba moja suczka). Nie chciała wracać do domu, musiałam ją zanieść. Kiedy bezpiecznie zamknęłam psa w domu zeszliśmy po schodach. Zapukaliśmy do drzwi. Otworzył nam ojciec chłopca. Przywitałam się i poczułam, że muszę wytłumaczyć moją obecność. Bo to trochę dziwne, że matka przychodzi z dzieckiem na takie spotkania, tym bardziej że nie znałam rodziców. Syn i jego kolega zaprosili mnie, bo chcieli koniecznie pokazać mi grę, w którą grają (w życiu realnym syn dzieli się ze mną swoim życiem, doświadczeniami, uczuciami, kłopotami, ale rzadko opowiada w co gra). Chłopcy zaczęli grać. Usiadłam obok nich na podłodze. Opowiadali mi o grze. Ta gra była dziwna, tak jakby przenosiła ich w czasie, ale nie fizycznie tylko mentalnie, byli wtedy oderwani od ciała jakby faktycznie byli w miejscu akcji jednocześnie nie opuszczając pokoju. Chłopcy opowiadali mi, że jak grali poprzedniego dnia gra zaniosła ich w odległą przeszłość chyba do starożytności i tam pili alkohol. Chcieli mi to koniecznie pokazać. Ojciec chłopca (zwracał się do mnie per Ty, zdziwiło mnie to, bo nie znaliśmy się w ogóle, tak jakby to skrócenie dystansu nie było dla mnie komfortowe) przyniósł mi puf i poprosił żebym usiadła na nim. Zauważyłam wtedy, że mam na sobie buty (takie w których chodzę zimą wysokie przypominające glany, ale bardziej eleganckie). Zauważyłam, że są brudne z boku podeszwy, prawdopodobnie na spacerze wdepnęłam w psią kupę. Przeprosiłam, że weszłam w butach i poprosiłam o coś czym dałoby się posprzątać. Dostałam papierowy ręcznik. Zbierałam okruchy kupy z dywanu, a kiedy skończyłam mężczyzna poprosił żebym oddała mu ręcznik. Chwycił go niezdarnie i wszystko co pozbierałam upadło na podłogę. Przyszła matka chłopca z dzieckiem na rękach. Było to małe dziecko takie jeszcze raczkujące. Pomyślałam, że nie może tak być, że dziecko będzie raczkować po dywanie, na którym były przed chwilą psie odchody. Przyniosłam z mojego domu (domu w ogóle nie pamiętam) Dettol i dokładnie spryskiwałam nim dywan i tarłam ręcznikiem papierowym szczególnie te miejsca w których zauważyłam ślady po odchodach. Dywan był bardzo mokry, płyn był czysty, przejrzysty i natychmiast pokazywał wszystkie nieczystości. 

    Sen pokazał mi czego będę bała się najbardziej. 

    Dokładnie miesiąc później bałam się naprawdę. 

    Nadal się boję. 

    Alkohol jest grą, której stawka bywa ogromna, a skutki przegranej ponosi często cała rodzina. 

    Wiem o tym aż za dobrze. 

    Ale wiem też coś jeszcze. 

    Mój syn nie jest swoim ojcem. 

  • 20. HIPNOZA REGRESYJNA I – Początek (20.07.2025) 

    Przed hipnozą należy przygotować kilka pytań. Ja tak naprawdę miałam dwa, po pierwsze chciałam wiedzieć, czy spotkałam już Darka w którymś z poprzednich żyć, czy jest moją “Bratnią duszą”? I bardzo chciałam spotkać się ze sobą. Bałam się, że wrócą traumy z dzieciństwa i będę musiała ponownie stanąć twarzą w twarz z katem, ale właśnie po to tam przyszłam, żeby nareszcie zobaczyć to co głęboko ukryte. Chciałam też spotkać prababcię i wymyśliłam kilka innych praktycznych pytań, ale tak naprawdę, najważniejsze były dwa pierwsze spotkania po tamtej stronie, Darek i ja. Hipnoterapeutka, bardzo przypominała mi moją ostatnią psychoterapeutkę, była obecna, pomocna i w niczym mi nie przeszkadzała. Była obok, ciepła, uważna i serdeczna. 

    Wizja/wspomnienie z dzieciństwa:  

    1. Jest dzień, chyba poranek, mżawka, jest szaro i nieprzyjemnie. Biegamy z moim starszym bratem po łące nieopodal naszego pierwszego domu. Domu naszych pradziadków. Byliśmy boso i w samych majtkach, ściągnęliśmy ze sznura poszewki lub prześcieradła. Tańczyliśmy wywijając nimi i rozpościerając w biegu, robiąc piruety i inne taneczne figury. Było w tym dużo radości. 
    1. Byliśmy z bratem przed domem i bawiliśmy się “balonikami”, były wydłużone i białe. Zabraliśmy je z kieszeni marynarki ojca. Podszedł do nas sąsiad i zapytał, czy wiemy co to jest? -Jak to co? Baloniki!!! Odpowiedzieliśmy i dalej odbijaliśmy prezerwatywy z niewinną radością. 
    1. Leżałam na brzuchu na małym drewnianym mostku nad rzeczką, nazywaliśmy ją “Smródka”. Ręce miałam zanurzone w wodzie. Trzymałam w nich słoik, do którego wpływały maleńkie cierniki. 
    1. W łonie matki: tylko kolor i dźwięk. Kolor jasno brązowy, lekko złocisty i głosy przytłumione jakby z oddali. Jakbym słyszała “spod wody” nie odróżniałam słów. Słyszałam też jakby przelewanie i delikatne bulgotanie. Czułam spokój, ciepło i bezpieczeństwo. 

  • 7. NIEWYBIERALNA II

    Poprzedni wpis przeleżał w moim komputerze jakieś dwa tygodnie, nie zamierzałam go publikować, bo wydał mi  się niewystarczająco istotny. Ale dużo zastanawiałam się nad moimi nietrafionymi życiowymi wyborami i wtedy przyszło jedno z moich zawodowych dzieci z poważnym problemem relacyjnym, z traumą odrzucenia jakiej doświadczyło w szkole. Zwykle tak się dzieje, że dzieci przynoszą do mnie rzeczy, które znam dzięki temu łatwiej mi im pomóc. I wtedy kliknęło… Przypomniało mi się pewne doświadczenie z dzieciństwa, które zaważyło na moich relacyjnych losach bardziej niż mogłam kiedykolwiek przypuszczać.  

    Miałam może 11 może 12 lat. Odwiedziłam koleżankę z klasy, wisiałyśmy głową w dół na trzepaku przed jej blokiem, kiedy przed nami stanął chłopiec z piłką. Zamienił z moją koleżanką dwa słowa i zniknął w drzwiach klatki schodowej. Znałam go ze szkoły, chodził do równoległej klasy. Koleżanka zaczęła opowiadać o nim, że są przyjaciółmi, mieszkają obok siebie, często rozmawiają, że jest bardzo miły i.… zwierzył jej się ostatnio, że zakochał się we mnie, ale ze względu na swoją nieśmiałość nie potrafi mi tego wyznać. Na pewno zbierze się wkrótce na odwagę. Wystarczy zaczekać. Pamiętam jakby to było dziś jak wszystko nagle rozśpiewało się dokoła. Ktoś mnie kochał!!! Mnie!!! To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Przez kilka tygodni czekałam cierpliwie. Nie mogłam się jednak powstrzymać i za każdym razem, kiedy pojawiał się na szkolnym korytarzu patrzyłam w jego kierunku z zachęcającym, ale subtelnym jak mi się wydawało uśmiechem. Jakiegoś podłego zimowego dnia, pamiętam przemoczone buty i śliską chlapę pod nogami. Wracałam ze szkoły, kiedy zatrzymały mnie dwie dziewczynki z klasy tego chłopca. Chciały przekazać mi od niego liścik. Powiedziałam, że dziękuję, ale wiem już wszystko i kartka nie jest potrzebna, ale upierały się, żebym jednak przeczytała. Wzięłam kartkę, otworzyłam ją i zamarłam. Odczytałam ją, złożyłam wolno, podziękowałam dziewczynkom i poszłam w stronę domu. Długo stałam pod klatką w topniejącym śniegu i nie mogłam wejść do środka.  Byłam pewna, że cała szkoła znała treść listu. Nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Jak mam żyć.  Zmarznięte stopy, pamiętam to dokładnie, bardzo bolały mnie z zimna a w dłoni ściskałam kartkę z koślawo zapisanym “Co się tak gapisz?”. 

    To nie jest tylko wspomnienie z dzieciństwa, to jest moment, w którym powstał wzorzec. 

    Mała JA, pełna nadziei na coś niezwykle pięknego, otwarta, ufna, cierpliwa, wybrana i nareszcie pierwszy raz w życiu kochana. I co dostało to małe dziecko? Publiczne zawstydzenie, odrzucenie w postaci kpiny i przede wszystkim podważenie własnego odczytu rzeczywistości. Co zapisało się w tej dziewczynce? Jakie przekonania wytworzyła i szła przez życie wiele dziesięcioleci? Po pierwsze – mogę się bardzo pomylić, po drugie – kiedy się otwieram mogę zostać odrzucona lub ośmieszona i przede wszystkim – NIE MOGĘ UFAĆ TEMU CO CZUJĘ I WIDZĘ.  

    I co mi to dorosłej robi?  

    Kiedy spotykam kogoś, kto okazuje mi zainteresowanie (a podobno jestem całkiem atrakcyjna i wyglądam średnio 5-10 lat młodziej, zależnie od dnia😉). Taki mężczyzna na przykład patrzy, w specjalny sposób i uśmiecha się ciepło a ja robię dwie zaskakujące rzeczy. Natychmiast podważam interpretację i zamykam się dla bezpieczeństwa. Bo moje ciało mówi: O! Coś jest na rzeczy! A stary zapis natychmiast wrzeszczy: Uważaj, bo możesz się ośmieszyć! I nieświadomie wykonuję mikro ruch wycofania. Maleńki, delikatny, odwracam wzrok, nie odwzajemniam uśmiechu, nie wchodzę w kontakt. I tu paradoks, jestem otwarta, żywy kontakt z drugim człowiekiem jest absolutną podstawą mojej pracy. Nie mam problemu z sytuacjami wymagającymi ekspozycji społecznej, jestem autentyczna i na luzie potrafię poprowadzić imprezę masową, a jednocześnie jedno męskie spojrzenie wyrażające zainteresowanie potrafi sprawić, że czuje się NIEWYBIERALNA. Czujecie ten absurd?  

    Głupi, okrutny kawał jaki zrobiły mi dzieciaki nie mówił przecież o mojej wartości, ale o ich braku empatii i niedojrzałości. Umówmy się, dwunastoletni chłopiec nie jest zdolny do uczuciowego zaangażowania. Strategia przetrwania jaką wytworzyłam sobie na bazie tego doświadczenia, jest w tej chwili dalece nieadaptacyjna. 26 lat spędziłam z człowiekiem, który traktował mnie w sposób czysto użytkowy, dla którego nigdy nie byłam priorytetem (prawdziwą relację utworzyć potrafił jedynie z alkoholem) a czułość i bliskość jakiej doświadczyłam z Darkiem sprawiła, że zwiałam zanim naprawdę go poznałam, wystraszona intensywnością własnych uczuć, niepewnością pomieszaną z lękiem. Bo nawet w czułych objęciach nigdy nie czułam  się naprawdę wybrana. 

    Teraz kiedy już to wiem i potrafię ten wzorzec odczytać, zobaczymy jak daleko mnie ta wiedza zaprowadzi, na pewno bliżej siebie… a może dużo, dużo dalej 💗 

  • 6. NIEWYBIERALNA I

    Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego jest tak, że jestem sama. Jest na to obco brzmiące a dodające rzekomego splendoru określenie – singielka. Ja tam wolę SAMA, bo lubię bez woalu. Pierwszy raz w życiu jestem sama i bardzo sobie ten stan chwalę w wielu aspektach. Jest wygodny, daje mi pełną wolność, mogę realizować się, odnosić sukcesy, rozwijać zgodnie z moimi potrzebami, przyjąć pod dach trzeciego kota i nie pytać nikogo o zgodę. Jestem sprawcza, decyzyjna, samowystarczalna. Otaczam się tylko tymi ludźmi, którzy naprawdę dobrze mi życzą. Kocham moje dziecko, moich ludzi, moją pracę, moje zwierzęta te domowe i te, które same mnie wybrały i przylatują codziennie, bo chcą. Kocham moje drzewa za oknem, rzekę, która leniwie płynie i ziemię, po której stąpam. Każdą komórką mojego ciała i duszy jestem miłością. A jednak jestem sama. W zasadzie jestem szczęśliwa, jest we mnie spokój, którego nigdy wcześniej nie zaznałam a jednak ostatnio odzywa się we mnie… tęsknota. Nie rozumiałam za czym tęsknię naprawdę, za Darkiem? To nie do końca prawda, chociaż po niemal roku po rozstaniu nadal nie mam w sobie przestrzeni na nikogo innego. Bo to co mnie przy nim spotkało było pierwszym bezpiecznym silnym i prawdziwym uczuciem jakie przeżyłam. Było moim przebudzeniem do czucia, odpuszczenia kontroli, wsłuchania się w ciało i emocje. A uwolnione emocje zalały mnie z taką siłą, że nie byłam w stanie unieść tej relacji i musiałam się z niej pilnie ewakuować. Czułam wtedy coś czego nie czułam nigdy wcześniej. Nieprawdopodobnie silną potrzebę absolutnej ciszy. Nie słuchałam muzyki, przestałam chodzić do kina, na siłownię, ściankę, przestałam się spotykać z przyjaciółkami, nie odbierałam telefonów, nie włączałam komputera. Chodziłam do pracy, bo trzeba. Spacerowałam dużo, siedziałam nad rzeką, spałam więcej, nawet w dzień. To nie była zwykła rozpacz po rozstaniu to było moje 40 dni na pustyni, które otworzyło przede mną prawdziwy świat. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale nadal czuję się z Darkiem w jakimś stopniu połączona, jakby rozstania nigdy nie było. To był rok poznawania siebie na nowo, osadzania emocji w ciele, nauki słuchania siebie, medytacji, nieprawdopodobnych wglądów i przede wszystkim spotkania ze snami, które wchodząc w życie, pięknie i bardzo mądrze mnie prowadzą. Dopiero teraz kiedy jestem naprawdę ze sobą zatęskniłam za relacją. Tylko że teraz zmieniło się wszystko. Skończyłam z oczekiwaniami. Nie oczekuję już ze mężczyzna będzie obecny, stały, lojalny, czuły, dający poczucie bezpieczeństwa. Ja nie oczekuję. Ja WYMAGAM. Bo nie pragnę już, żeby ktoś mnie wybrał. A tak właśnie było z moim mężem alkoholikiem. Byłam szczęśliwa, bo nareszcie zostałam wybrana. To była iluzja, bo nie wybrał mnie, tylko moją empatię, komfort i opiekę. Teraz to ja chcę wybierać. Pierwszy raz wybieram i teraz chcę wybrać prawdziwą jakość. Wiem, że to na razie niestety nie jest możliwe, bo jest we mnie coś czego nie rozumiem. Dlatego na razie wolę być sama, bo jeszcze jestem czujna i reaguję lękiem nawet na prawdopodobieństwo pojawienia się głębokiej relacji, za którą tak bardzo tęsknię. Kiedy dowiem się, dlaczego tak jest, że nadal się boję, pomimo wielkiej pracy jaką włożyłam w poznanie siebie, terapii i transformacji jaką przeszłam z pewnością moje życie po raz kolejny zmieni się na lepsze. Wiem, że to przyjdzie. Bo zawsze przychodzi to co ma przyjść.

  • 4. Prababcia i lód w torebce

    Kiedy przypominam sobie małą mnie, widzę siebie na trzepaku, na rowerze albo na drzewie, albo w psiej budzie, nie ma wokół mnie wielu ludzi, choć przecież byli. Byli bracia, rodzice, rodzina, sąsiedzi, sporadycznie koleżanki, jakiś chłopiec, z którym codziennie szłam do przedszkola w towarzystwie naszych mam. Byli ludzie, ale nawet z nimi byłam sama. Kiedy myślę o dobrych chwilach mojego dzieciństwa nie ma tam ludzi. Są przede wszystkim zwierzęta. Psy przybłędy, które przyprowadzałam do domu a po powrocie moich rodziców z pracy, psy zwykle trafiały znów na ulicę. Oswajałam piwniczne dzikie koty. Przez chwilę gościłam jeża (nie wiem, gdzie sobie poszedł), była młoda kawka, papużki faliste, ślimaki w słoiku, kanarek, patyczaki i długo by wymieniać. Mówili, że mam “rękę do zwierząt”, że zostanę weterynarzem. Nie zostałam – kiedyś napiszę, dlaczego. Teraz myślę, że to co miałam w sobie przyciągało w pewien sposób zwierzęta i nadal przyciąga, bo mam ich wiele, łącznie z dzikimi ptakami, które karmię z ręki. To nie jest żadna niezwykła moc. To połączenie spokoju, cierpliwości, wysokiej wrażliwości, empatii i swoistego “szkolenia” w toksycznym środowisku. Byłam jako dziecko skrajnie wyczulona na mikro gesty, mimikę, zmianę w tonie głosu, mikro napięcia w ciele itp. To pozwalało mi przetrwać. Teraz dzięki temu wiem w ułamku sekundy nie tylko jakie kto ma zamiary, ale też czytam nastrój, wiem, czy ktoś kłamie, nawet jeśli okłamuje sam siebie, czuję to co w ludziach, znam ich potrzeby zanim wypowiedzą je na głos. Zwierzęta czują się w moim towarzystwie bezpiecznie, szanuję je, nie jestem nachalna, nie dotykam, kiedy tego nie chcą, wiedzą w jakiś sposób, że mogą przy mnie być. I są, zawsze są. Mówili, że mam “to” po prababci. “To” i imię. Kiedy była przy mnie czułam, że jestem bezpieczna, nigdy nie byłam głodna, nigdy nie było mi zimno. Prababcia była wyjątkowa. Mówiła niewiele, ale zawsze to co trzeba. Siadałam z nią w jej kuchni, przy dużym stole i obserwowałam, jak szyje. Pozwalała mi czasem, szyć coś dla siebie, malutki portfelik czy ubranko dla lalki. Na parapecie obok niej spał zwykle kot, który nie odstępował jej na krok. Co rano karmiła dziką wronę i naprawdę cieszyła się jej towarzystwem. Mówiła, że opowiadają sobie nawzajem ciekawe historie. To piękne wspomnienia. Moja prababcia leczyła też ludzi. Nie wiem dokładnie w jaki sposób, byłam za mała, żeby to zrozumieć. Mój ojciec nazywał to “te babci czary mary”. Nie mówił o niej z szacunkiem, z resztą, żadna kobieta nie była chyba jego zdaniem godna szacunku. Nie mniej poddał się raz jej “czary mary”, kiedy po trzech dniach potwornej migreny, któryś już raz wymiotował i nie miał siły się bronić mama przyprowadziła prababcię. Pomogła. Nie wiem jak, ale była skuteczna. Niestety zachorowała na demencję i nie cieszyłam się długo jej obecnością. A była jedyną osobą, która naprawdę była dla mnie. Kiedy zachorowała czułam jakby mnie porzuciła. Tylko ona pamiętała o moich urodzinach, więc szóste urodziny były w pewnym sensie moimi ostatnimi. Mój ojciec mówił o niej “babka”.  Wyśmiewał jej wygląd, bo od siedzenie przy szyciu miała zgarbione plecy, powykręcane artretyzmem palce. Sprawił, że wstydziłam się, kiedy szukaliśmy jej w miasteczku, zgubiła się, zapomniała, gdzie mieszka. Ojciec żartował sobie z niej z ludźmi, którzy pomagali jej szukać jakby chciał ich zabawić w trakcie poszukiwań. To była jedna z najlepszych osób na ziemi i jedyna (jak myślałam przez dziesięciolecia) jaką naprawdę skrzywdziłam… Biegałam wtedy z jakimiś dziećmi po głównej ulicy miasteczka, oddalonej od domu o jakieś trzysta metrów. W oddali zobaczyłam prababcię, szła kołyszącym się krokiem opierając się na lasce. Wiedziałam, że mnie zauważyła i zmierza w moim kierunku. Najpierw udawałam, że jej nie widzę, ale wiedziałam, że się zbliża. Bardzo się wstydziłam przed dziećmi, krzywych pleców prababci. Zawołała mnie, a ja zaczęłam uciekać, wołała mnie i goniła jak mogła najszybciej. Widziałam, że bardzo ją to męczy, że nie może złapać tchu a ja nadal uciekałam. Zatrzymałam się dopiero pod domem. Tam zaczekałam. Prababcia podeszła do mnie ze łzami w oczach. Nic nie powiedziała, otworzyła torbę i powiedziała “Proszę”. W torbie był lód, nie pamiętam w jakim smaku, nie pamiętam, czy go w ogóle zjadłam. Pamiętam roztapiający się lód na dnie torebki… i łzy w oczach prababci. 

    Kiedy wiele, wiele lat później, po “prawie wypadku w pociągu” wybrałam się na hipnozę regresyjną chciałam tak naprawdę zobaczyć dwie rzeczy: chciałam wiedzieć, czy spotkałam już wcześniej Darka i zobaczyć prababcię, żeby jej podziękować i bardzo ją przeprosić. Prababci nie zobaczyłam, ale moja hipnotyzerka powiedziała, że wcale się temu nie dziwi. Bo moja prababcia wcale nie potrzebuje moich przeprosin. Nie zrozumiałam od razu, trzeba było mi wyjaśnić, że byłam wtedy małym dzieckiem, małe dzieci robią głupie rzeczy i dorośli wcale nie mają im tego za złe. Całe życie nosiłam w sobie poczucie winy, że jako pięciolatka skrzywdziłam prababcię. I że jest to krzywda nie do naprawienia. 

  • 3. SEN PIERWSZY. 

    Od kiedy świadomie zmieniam siebie i swoje życie sen wnosi wielką wartość w samopoznanie, dostrzeżenie miejsca w procesie, regulację emocjonalną i długo by jeszcze wymieniać jakie dobrodziejstwa ze sobą niesie. Jung nie bez powodu uznał sen za symboliczną reprezentację treści nieświadomych. Sen pokazuje to czego nie wiesz i prowadzi, jeśli go posłuchać. Teraz to wiem i świadomie korzystam z tego cudownego narzędzia, ale zastanawiałam się ostatnio jaki pierwszy sen pamiętam i co chciał mi powiedzieć? Jaką funkcję pełnił? Nie musiałam się długo zastanawiać… 

    Miałam w dzieciństwie powtarzający się koszmar, miałam kilka lat, na pewno mniej niż dziesięć, bo mieszkaliśmy jeszcze w domu pradziadków, niektóre elementy się zatarły, ale główny motyw pamiętam bardzo dokładnie. Kiedy przywołuję go z pamięci wciąż widzę szczegóły i mogę przywołać dźwięki, mam wciąż podobne odczucia w ciele: ściśnięcie w okolicy przepony i ciężar w klatce piersiowej i niepokój, jakby moje ciało mówiło “Uważaj!!! Musisz być gotowa!”  

    Brodziłam po bagnie. Bardzo trudno było mi wyciągnąć stopy, za mną z tego bagna wyłonił się potwór. Potwór wyglądał, jakby właśnie z tego bagna był stworzony, czyli z błota, szlamu, wodorostów, które go oblepiały, jakichś traw. Oczywiście potwór mnie gonił. Było mi bardzo trudno uciec, bo jak to w bagnie, ciężko wyciągnąć nogę. Uciekałam z trudem, oglądałam się za siebie, widziałam, że się zbliża. Później nie patrzyłam już za siebie, tylko skupiona byłam na tym, jak idę i słyszałam za sobą takie charakterystyczne plaśnięcia, które mówiły o tym, że ten potwór jest coraz bliżej. Nie pamiętam, czy udawało mi się uciec, czy budziłam się, zanim mnie dopadł. 

    Budziłam się wtedy przerażona i biegłam do łóżka moich rodziców. Paradoksem było, że wchodzę po ochronę do łóżka, w którym de facto śpi “potwór z bagien”. 

    To nie był zwykły koszmar, to był sen, który próbował pomóc mi poradzić sobie z tym, Czego nie potrafiłam jeszcze unieść na jawie. Bo nie umiałam jeszcze się obronić, nazwać tego co się dzieje w moim domu, nie miałam wpływu na to, żeby przemoc zatrzymać. Mój sen pokazał bagno – coś co więzi, wciąga, nie daje oparcia, sprawia, że trudno się poruszać, nie można uciec. A potwór nie przyszedł z zewnątrz, on powstał z tego samego bagna, w którym tkwiłam. Zagrożenie było częścią środowiska, nie czymś obcym. To co mnie przerażało, było jednocześnie tym co mnie otaczało, od czego nie można było uciec. I te zbliżające się “plaśnięcia”.  To w tym śnie było najgorsze, wiedziałam, że zaraz coś się stanie, że muszę być gotowa, ale… i tak nie zdążę. 

    Ten sen robił wiele: mówił to czego mała ja nie mogłam powiedzieć, mogłam w nim “przećwiczyć” ucieczkę, wyciągał zamrożone emocje i pozwalał je rozładować. Tak naprawdę ten sen pomagał mi przeżyć. Bo jako dziecko tkwiłam w czymś bardzo trudnym, w czymś co jednocześnie otacza i goni. 

    Najważniejsze było to, że w tym śnie nie zamarłam, nie ukryłam się, ja szłam. Z trudem, ale SZŁAM. 

    Miałam w maleńkiej sobie siłę, którą mam do dzisiaj. Nie udaję, że potwora nie ma. Ale nie uciekam dziś przed emocjami, nie zamrażam ich w ciele. Dziś nie jest już potrzebne jedynie “przetrwać”. Teraz ważne jest ŻYĆ, bo mam już pewność, że wydostałam się z bagna i tylko ode mnie zależy jaką ścieżką będę podążać. A do tej małej dziewczynki mam wielki szacunek. Bo dała radę i nie zgubiła po drodze miłości, którą zawsze niosła w sobie. 

  • 2. W PEŁNI. POCZĄTEK

    Jak wspomniałam w poprzednim wpisie, jestem w drodze, a każda droga musi mieć początek… 

    Noc przesilenia zimowego a jednocześnie przepiękna pełnia, moja pierwsza. Niewielkie, senne miasteczko otoczone lasami, po obu stronach drogi wysokie sosny obciążone grubą warstwą śniegu i widoczny w oddali szpital miejski. Moja matka dotarła niemal w ostatniej chwili. Od pierwszego skurczu poród trwał zaledwie trzy godziny, bo w tym dniu i przez całą resztę mojego życia byłam w pełni gotowa. A “w pełni” stało się mottem mojego życia. 

    Mój ojciec tak bardzo ucieszył się z mojego przyjścia na świat, że w środku zimowej nocy, przedzierając się przez głęboki śnieg wtargnął na posesję miejscowej kwiaciarki. Psy pozbawiły go nogawek spodni a kwiaciarka była zdecydowana dzwonić po milicję, ale podobno głośno krzyczał, “mam córkę pani Jadziu!!!”, co brzmiało nieco inaczej niż “to jest napad!!!” 😉 

    Bez nogawek, ale z bukietem i życzeniami dla mnie i mamy wrócił pod szpital, gdzie mógł nacieszyć oko moim widokiem. Przez okno na pierwszym piętrze położna przycisnęła zawiniątko do szyby, więc moją urodę mógł ocenić dopiero w domu. 

    Myślę, że moje narodziny były jednym z niewielu pięknych momentów w historii ich burzliwego małżeństwa. 

    Rodzice, ja i moi dwaj bracia mieszkaliśmy w domu moich pradziadków, nasze mieszkania miały oddzielne wejścia, ale zawsze mogłam ich odwiedzić, bo drzwi były stale otwarte.  Pradziadek strzelisty jak miejscowa sosna z mlecznobiałym wąsem, który podkręcał niespiesznie pykając z fajeczki, wprowadził mnie w świat natury. To z nim sadziłam fasolkę szparagową i wyrywałam marchew prosto z ziemi, wycierałam o spódniczkę i jadłam (o zgrozo) nie umytą. Razem z nim opiekowałam się małą chorą owieczką, którą zabrał od kogoś kto nie chciał jej leczyć. Od niego dostałam kurę, której czytałam codziennie na ławeczce, a ona zaglądała mi przez ramię przytulona i cicho gdacząca. Pochowaliśmy ją pod wiśnią, która rosła na podwórzu. Pokazywał mi gniazda ptaków, nazywał owady. W pobliskiej rzeczce łowiłam słoikiem rybki, raki i inne stworzenia, przynosiłam do pradziadka a on opowiadał o nich tyle ile wiedział. A wiedział wystarczająco dużo, aby obudzić we mnie bezgraniczną miłość i szacunek dla natury. To dzięki niemu zawsze czułam się częścią świata, nie lepsza i nie gorsza od pasikonika. Bo i ja i pasikonik zajmowaliśmy zdaniem dziadka należne sobie miejsce w świecie. 

    Kiedy miałam może pięć lat, po raz pierwszy postanowiłam uciec z domu. Przeszłam może kilkaset metrów, kiedy zobaczyłam przy tzw. Czarnej drodze słup, a na nim gniazdo bocianów i dwójkę młodych. Chciałam koniecznie zobaczyć, jak jedzą. Wspięłam się więc na drzewo po przeciwnej stronie drogi, bo były to czasy, kiedy naturalnym dla dzieci było chodzenie po drzewach i wiszenie głową w dół na trzepaku. Usiadłam na grubym konarze i mogłam obserwować do woli. Rodzice przynosili do gniazda głównie myszy, więc czekałam na żaby. Spędziłam na drzewie kilka godzin, byłam głodna, zmęczona i spragniona. Pomyślałam, że lepiej będzie, jak ucieknę jutro i lepiej się przygotuję do drogi.  

    Miałam nadzieję, że ojca nie będzie. Niestety był. Otworzył mi drzwi, zapytał, gdzie byłam, powiedział, że od dawna wszyscy mnie szukali. Opowiedziałam o bocianach, ale nie wspomniałam o ucieczce. Wysłuchał ze spokojem a potem kazał mi się położyć na krześle. Nie chciałam. Rzucił mnie na krzesło i przytrzymując jedną ręką próbował trafić w moją pupę plastikową skakanką. Wyrywałam się i wrzeszczałam a im bardziej wierzgałam tym większą furię w nim wzbudzałam. Krzyczał na mnie, że jego to bardziej boli, kiedy musi bić własną córkę, że gdybym była grzeczna nie musiałby tak cierpieć. Wierzyłam, że tak jest, bo przecież to musiała być prawda, ja nie potrafiłam nikogo uderzyć, bo sama myśl, że to zrobiłoby komuś krzywdę była dla mnie zwyczajnie straszna. Miałam piekące pręgi na plecach, rękach i udach, ale na pupie zadziwiająco mało. Kiedy stwierdził, że już zostałam zdyscyplinowana zawołał mojego o dwa lata starszego brata. Powiedział, że również jego musi ukarać, bo pozwolił mi wyjść za furtkę. Mój brat sam położył się na krześle. Przyjął razy nie wydając z siebie najmniejszego dźwięku. Zapłakana i zasmarkana patrzyłam na brata, wydawało się jakby go tam nie było. Jakby był w zupełnie innym miejscu. Był moim bohaterem, niedoścignionym wzorem. Ja zawsze się darłam i wyrywałam i miałam poczucie winy, że jestem słaba, że nie mam charakteru, nie potrafię przyjąć kary z godnością i że to wszystko co się stało działo się przeze mnie. Wiele lat później zobaczyłam, że było odwrotnie. Ja walczyłam, walczyłam w pełni, całą sobą a mój brat został złamany już na samym początku. Ja potrafiłam znaleźć siłę, żeby w pełni wybaczyć a on uciekł, schował się w swoim świecie – zachorował na schizofrenię. To było pierwsze lanie, które pamiętam, było ich wiele. Wszystkie podobne, uznawałam wtedy, że to nic wielkiego. Przecież przeżyłam. Kiedy czytałam mój życiorys na terapii grupowej dla współuzależnionych, żony alkoholików, które widziały nie jedno płakały, a ja nie rozumiałam, dlaczego? Przecież to nic wielkiego. Przecież przeżyłam. 

    Później w trakcie terapii przypomniało mi się ostatnie lanie, ale to już jest zupełnie inna bajka, więc opowiem o nim innym razem.