W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: duchowość

  • 49. Kraina Fantazji – sen o tym, że nie zawsze trzeba znać odpowiedź. 

    6/7.12.2025 

    Byłam w szkole podstawowej mojego syna, pracowałam tam. (W realu współpracuję ze szkołą, ale jest to raczej przyjacielska wymiana usług. Nic formalnego). Przygotowywaliśmy jubileusz szkoły (w realu ja przygotowuję dużą imprezę). Były jakieś zebrania, ale w luźnym gronie, jakieś ustalenia. 

    Wychodząc, zerwałam drzwi prowadzące do sekretariatu i gabinetów dyrektorek. Były zamontowane na plastikowe zatrzaski, a całe drzwi były cienkie jak z usztywnionej, laminowanej tkaniny. Próbowałam je przytwierdzić i klikałam tymi zatrzaskami od góry do dołu. Nie zatrzasnęłam wszystkich, dwa dolne zostawiłam, bo coś mi przerwało. 

    Wyszłam na chwilę do przedsionka szkoły. Stała tam kobieta, raczej starsza niż młodsza. Powiedziała mi, że na podłodze przy drzwiach leży torba z mrożonką i mam ją natychmiast posprzątać. Nie spodobał mi się jej ton, ale podniosłam torebkę. Były tam pocięte jak frytki kawałki łososia. Potrząsnęłam torebką, chciałam sprawdzić, czy jest tam coś jeszcze. Kilka łososiowych frytek upadło na podłogę. 

    Kobieta zaczęła na mnie krzyczeć, oskarżała mnie o brudzenie szkoły. To nie spodobało mi się jeszcze bardziej. Bo przecież nie zostawiłabym bałaganu, ale pomyślałam, że „frytki” zaczekają na podłodze i odwróciłam się do tej rozwrzeszczanej baby, idąc wolnym krokiem w jej kierunku. Chciałam zamienić z nią asertywne dwa słowa. 

    Kiedy się zbliżałam, kobieta mówiła coraz ciszej. Kiedy byłam przy niej, szeptała już tylko coś pod nosem. Wtedy powiedziałam bez złości, ale stanowczo: „Nie słyszę, proszę mówić głośniej”, ale w reakcji na moje słowa upadła. Leżała przede mną i dalej tylko szeptała. 

    Powtórzyłam, że nie słyszę, ale skutek był tylko taki, że zaczęła się cofać, unosząc się lekko na łokciach. Pomyślałam, że nie będę się już nad nią znęcać, i podałam jej rękę. Wstała i poszła do gabinetu dyrektora (dyrektorem jest w tej szkole była wychowawczyni mojego syna, z którą się w realu zawodowo bardzo przyjaźnię). Zastanawiałam się, czy pobiegła „na skargę”, ale nie przejmowałam się tym szczególnie. 

    Biegłam do tej samej szkoły, bo uzmysłowiłam sobie, że powinnam być w pracy, ale nie znam swojego grafiku. Nie jestem przyzwyczajona do pracy, w której ktoś inny ustala mi, kiedy mam w niej być, i zapomniałam przyjść. 

    Postanowiłam pójść od razu do dyrektora, omijając niezadowolone koleżanki z pracy. W gabinecie powiedziałam z uśmiechem, że „ja na dywanik”. Zostałam przyjęta z życzliwością i od razu przeszłyśmy do planowania wydarzenia. 

    Okazało się, że wszyscy absolwenci muszą mieć przy sobie jakiś czerwony rekwizyt wskazujący, że wracają (?) / są w podróży. Mój syn miał mieć czerwoną walizkę, ale jej nie dostarczył. Miałam się tym zająć, przypomnieć mu o przedstawieniu, w którym brali udział absolwenci na jubileuszu szkoły. 

    Pomieszczenie chyba w tej szkole. Przygotowywałam jedzenie dla chłopców, z którymi pracuję w realu. Była tam ze mną jeszcze jedna kobieta (może koleżanka z pracy?). Podałam dzieciom warzywa z grilla, ale było tam coś jeszcze, chyba ten łosoś z mrożonki albo inne owoce morza. W każdym razie było to sycące, tylko że było w foliowej torbie, którą ta koleżanka zrzuciła na podłogę. Dzieciom to nie przeszkadzało, podniosły torebkę i same nakładały sobie jedzenie na talerze. 

    Byłam chyba na plaży, rozległej, było tam dużo ludzi. Nagle nadjechały dwa motory. Na każdym kobieta i mężczyzna. Jeden jechał po piasku, drugi „jechał” kilka metrów nad ziemią. Były ze sobą w pewnym sensie połączone, ale nie fizycznie. 

    Zastanawiałam się, który jest prawdziwy, a który to hologram. Czekałam, aż jeden z nich zacznie się rozmywać i nie pamiętam dokładnie który, ale mogę się domyślać, bo efekt końcowy bardzo mnie zaskoczył. Zamiast rozwikłać motorową zagadkę… 

    Przeniosłam się do innego świata. Myślałam o nim jak o krainie fantazji. Były tam istoty całkowicie wymyślone, takie między postacią z dziecięcej animacji a grą komputerową. Wszystko w tej krainie było w bardzo żywych niemal fluorescencyjnych kolorach. A jedna z istot była pokryta długą sierścią w kolorze intensywnego różu. Zatarł się obraz całej tej krainy niestety, może mi się jeszcze przypomni. 

    Stanowczo ćwiczę w tym śnie asertywność 😉 

    Faktycznie ze wzrostem pewności siebie, zachowania asertywne przychodzą mi z zaskakującą łatwością.  

    Zastanawiające są dla mnie nawet po kilku miesiącach motory. Były olbrzymie. Bliźniacze pary jadące na nich, również spektakularnego wzrostu. I pytanie, “który motor jest prawdziwy”, było postawione bezzasadnie. Bo nie o motory tu chodziło. One były tylko zaproszeniem. Miały jedynie zwrócić moją uwagę na to co przede mną.  One tylko otworzyły przede mną portal do KRAINY FANTAZJI. 

    I tu właśnie przydałby się mój ulubiony Szaman 😁 

  • 47. Nie bój się wilka – sen o oswajaniu własnej dzikości. 

    4/5.12.2025 

    Byłam w sporym budynku i dość wysokim. Nie panował tam chaos, nie było brudno, ale stylu stanowczo tam brakowało. Tak trochę boho, mało elegancko, trochę przytłaczająco. Ale kolory raczej przytłumione. 

    To była moja firma, w której pracować miałam z dziećmi. Dostałam ten budynek (od miasta?). Wcześniej była tam stołówka jakiejś instytucji. Wszystko zostało po starych najemcach. Przy drzwiach wisiała stara, zniszczona tabliczka. 

    Jacyś rodzice, którzy zostawili u mnie dwoje, może troje dzieci, próbowali pomóc mi uporządkować przestrzeń przed wejściem. Zdarli tę tabliczkę razem z przymocowanym do niej zniszczonym pluszakiem i ustawili przed wejściem jakieś pudełka, które miały jakoby zachęcić ludzi do przyjścia. Nie byłam przekonana, ale machnęłam na to ręką i wróciłam do dzieci. Miały na oko 6–8 lat. 

    Budynek w środku był podzielony na trzy części. 

    Malutkie mieszkanko, jakby wbudowane zaraz przy wejściu, może z 15 m². Tylko łóżko i niewiele więcej. Domek ze zbitych desek, jak dom jakiegoś trapera. 

    Pośrodku budynku była duża, przestronna przestrzeń, a drugi koniec można było oddzielić, przesuwając ściankę, która po zamknięciu tworzyła mały pokój. 

    W tym dużym pomieszczeniu na półce siedziała żaba. Rzekotka szmaragdowa. Przepiękna. Do niej cienkimi sznurkami lub nicią przywiązany był robal, naprawdę duża zielona gąsienica. Najpierw myślałam, że robal zżera żabę, chciałam go wyciągnąć, ale kiedy zobaczyłam te nici, pomyślałam, że nie jest to niebezpieczne i może spokojnie zaczekać, aż znajdę jakieś cieniutkie nożyczki. 

    Wyszłam z dziećmi na zewnątrz. Łąka, ścieżki, zieleń w oddali. Ale przestrzeń zamknięta roślinnością i możliwe, że budynkami. Niezbyt rozległa. 

    Widzieliśmy, jak ścieżką idzie grupka ludzi, chyba rodzina z kilkorgiem dzieci. Biegały koło nich niedźwiedzie. Czarne, niewielkie, wyglądały jak himalajskie. Pomyślałam, że to sympatyczne zwierzęta, takie radosne. Zauważyłam, że ta rodzina wcale nie kontroluje zwierzaków, a ja miałam pod opieką cudze dzieci, więc postanowiłam, że jednak schowamy się w budynku. 

    Ale nie było we mnie lęku, raczej odpowiedzialność i świadomość, że nie wiedziałam, czy rodzice byliby zadowoleni ze spotkania dzikiego zwierzęcia przez ich dzieci. 

    Weszliśmy do środka, ale za nami do budynku wszedł dorosły, ale jeszcze młody wilk. Schowaliśmy się w tym domku w środku budynku. Niestety deski były uszkodzone albo źle zbite, wilk dostał się do środka. Nie był agresywny. Zachowywał się, jakby chciał się bawić. 

    Wyszliśmy z „domku” i poszliśmy do ostatniej części, którą można było przegrodzić ścianką. Ścianka okazała się niewysoka, dokładnie 110 cm. I miękka, jak zrobiona z tapicerowanych sztuczną skórą elementów. 

    Wilk bardzo chciał się przedostać. Nie było we mnie lęku. Tylko ta powinność, że dzieci nie mogą mieć z dzikim zwierzęciem kontaktu. Ale robiłam wszystko bez przekonania. Dzieci też się go nie bały i udawały tylko, że pomagają mi przesuwać ścianę 😉 

    W tym śnie było tyle luzu i prawdziwej dziecięcej radości. Kiedy teraz, po wielu miesiącach, przypominam sobie tę niby ucieczkę przed dzikim zwierzęciem, radosne chichoty i ukradkowe głaskanie wilka z miną mówiącą „to nie moja ręka”, nie mogę powstrzymać uśmiechu. 

    W tamtym okresie przeżywałam trudny czas. Mój syn właśnie wrócił do domu po rozstaniu z dziewczyną, w pracy organizowałam olbrzymią imprezę, a jej przygotowanie zajęło mi kilka tygodni intensywnej, dodatkowej pracy pro bono. Na szczęście rodzice moich dzieci sami oferowali pomoc i po raz pierwszy w moim życiu czułam, że nie jestem sama. Martwiła mnie też kwestia mojej duchowości. Nie miałam na nią czasu. Bałam się, że codzienność ją pochłonie. Nic takiego na szczęście nie miało miejsca. Bo moja duchowość mieszka właśnie w codzienności, wśród dzieci, zwierząt, pracy i w naturze. 

    Często zastanawiam się, co by na to czy owo powiedział mój ulubiony Szaman. Choć zwykle sama znajduję odpowiedzi.

    W tym wypadku mój Szaman powiedziałby na pewno: Nie bój się, nie wszystko, co wydaje się groźne, okazuje się niebezpieczne. Wpuść własną dzikość do życia. Nie bój się wilka, ciesz się jego obecnością. Radość nie kłóci się z odpowiedzialnością. 

    I nie martw się, nie jesteś sama. 

    I choć wcale go już nie potrzebuję, tęsknię czasem za moim Szamanem 😉 

  • 39. Sen o lataniu i braku podstaw do amputacji. 

    12 /13. 11.2025 

    Pierwszy sen tej nocy: Nie pamiętam początku, w jakimś celu latałam nad miastem. Często zdarzało mi się śnić o lataniu. Zwykle nad lasami lub otwartą przestrzenią. Tym razem było to miasto. Chyba gdzieś się śpieszyłam a może latałam tak sobie bez celu. Wróciłam do domu, gdzie zostawiłam małego pulchnego szczeniaka. Kiedy widziałam go przed wyjściem miał maleńką rankę na palcu przedniej łapki. Taką kropkę jak po ukłuciu. Kiedy wróciłam palec był czerwony i bardzo opuchnięty. Bałam się, że trzeba będzie go  amputować. Dzwoniłam do znajomej weterynarz, żeby umówić się na pilną wizytę. Kiedy opowiadałam jej o stanie szczeniaka przyglądałam się mu z uwagą. Chodził nie utykając, był radosny. Zachowywał się jak zdrowy piesek. Trochę mnie to uspokoiło.  

    To był pierwszy sen, ale jeszcze nie pokój na mapie-śnie mojej transformacji. Na razie była to wyśniona wcześniej jazda motorem przez las. Prawdziwa szkoła zaczęła się jakiś czas później, kiedy byłam już na to gotowa. 

    Ten sen pokazywał mi, że nie wszystko co wydaje się tragedią faktycznie się nią okazuje. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmieniła się moja postawa wobec wszystkiego co niepokojące. Wychowując się w zagrażającym środowisku w ułamku sekundy skanujesz otoczenie i zauważasz to co umyka innym. Widzisz mikro zmiany w mimice, tonie głosu, subtelne drgnienie mięśni. Wydaje ci się czasem tylko, że coś jest „nie tak”, bo masz zamontowaną fabrycznie hiperczujność. Kiedyś więc żeby przetrwać działałam z automatu. Bodziec – reakcja – natychmiast. Pamiętam, jak przyszłam z moim dwuletnim dzieckiem do pediatry, był chory. Tylko ja to wiedziałam. Nasza pani doktor, cudowna kobieta (bardzo się lubiłyśmy) poprosiła, żebym przyszła jutro, bo dziś nie ma jeszcze objawów, które pozwalałyby jej postawić diagnozę. Następnego dnia wróciliśmy z jelitówką.  

    Teraz spokojnie obserwuję i większość niepokojących sytuacji, po takim zatrzymaniu okazuje się zwyczajnie neutralna. A opuchnięty palec widziany z szerszej perspektywy nie okazuje się wcale katastrofą tylko czymś czemu warto spokojnie się przyjrzeć.  

    Dziś jest we mnie duży spokój i widzę, jak bardzo przytłaczające i wycieńczające było ciągłe napięcie, w jakim kiedyś żyłam. A moja hiperczujność to teraz tajna moc, którą wykorzystuję w pracy. Już nie z lęku a zwyczajnie z chęci niesienia pomocy.

    Ciekawe, że sen zaczął się lataniem. Zwykle sny o lataniu lub pływaniu/nurkowaniu/tańcu w głębinach miałam w sytuacjach największych życiowych kryzysów. To były sny ratunkowe, kojące układ nerwowy, pozwalające przetrwać. 

    Ten sen był zwyczajnie dobry. Mówił jasno i wyraźnie: Droga, którą zmierzasz zaczyna się od znalezienia w sobie niezbędnego spokoju, więc…  

    Wrzuć na luz!!! 

  • 38. Sen – Po drugiej stronie ściany.

    10/11.11.2025 

    Drugi sen tej nocy i kolejny etap mojej drogi, tym razem po drugiej stronie ściany. 

    Ten sen pozostawił mnie na jakiś czas w niemym zachwycie, a jednocześnie w ogromnym przerażeniu, kiedy dotarło do mnie po kilku dniach, co ze sobą (jako gratis) przyniósł. Bo przyniósł nie tylko imię duszy. 

    To wyjątkowy sen. Spowodował, że obudziłam się wzruszona i dźwięczało mi w głowie… nie wiem, może imię. 

    Był letni dzień, ale światło było lekko przytłumione, ciepłe, złotawe. Byłam na wakacjach, miałam ze sobą dziecko, mojego syna, ale nie był to mój syn z realnego życia. Chłopiec miał 5 lat, może mniej. 

    Na początku byliśmy gdzieś w okolicach domu mojej teściowej na Kresach – bardzo piękny teren.  Szliśmy asfaltową  ścieżką wijącą się pośrodku przepięknej łąki. Suche wysokie trawy przeplatane drobnymi kwiatami skąpane w złotej poświacie.  

    Później przenieśliśmy się – może to był rodzaj wycieczki – do centrum niewielkiego miasteczka. Mały ryneczek otoczony był uroczymi, malutkimi kamieniczkami. W jednej z nich moja najstarsza przyjaciółka wynajmowała pokój. Tam zostawiliśmy swoje rzeczy i wyruszyliśmy oglądać świat dookoła. 

    Za budynkiem, w podwórku kamienicy, rosło drzewo. Wyglądało jak olbrzymi platan, a może inne spektakularne drzewo o podobnym kształcie pnia i korony. Pozbawione było liści, a zamiast nich na gałęziach przysiadły ptaki. Było ich mnóstwo, trudno mi ocenić liczbę. Były piękne i kolorowe. Pod drzewem spacerował ptak przypominający sylwetką trzewikodzioba, ale na pewno nim nie był. Wysoki i smukły, w jasnych pastelowych kolorach. Zdałam sobie sprawę, że w ogóle nie znam niektórych gatunków. Pomyślałam, ze zdziwieniem, że niektóre może sobie nawet wymyśliłam. 

    Nagle nad drzewem, po lewej stronie, zobaczyłam nadlatującego dudka. Był olbrzymi i przepiękny. Leciał w specyficzny sposób, charakterystyczny raczej dla motyli. Byłam nim zachwycona. Chciałam go koniecznie sfotografować, ale podtrzymywałam rękami plecak ,założony nie na plecy, lecz z przodu ciała, do którego włożyłam mojego syna. Tyle że w plecaku był psem, niewielkim i bardzo sympatycznym kundelkiem. Tam miał być bezpieczny. 

    Wyjęłam pieska z plecaka i postawiłam delikatnie na bardzo dużym łóżku z niskich poduszek, takim w orientalnym stylu. Na tym łóżku byli mąż mojej przyjaciółki i chyba ich syn. Mąż przyjaciółki przyglądał się mojemu psu ze smutnym uśmiechem. Piesek rozkosznie skakał na materacach. Powiedział nagle: „w naszym domu nie traktuje się tak dobrze zwierząt” . Uskarżał się, że moja przyjaciółka źle potraktowała ich psa, że tak naprawdę wcale go nie chce. Moja przyjaciółka, słysząc te słowa, zdawała się być bardzo zawstydzona. 

    Jakaś dziewczynka na oko 5-6 letnia porozrzucała szpilki. Spoglądając w stronę psa, który na powrót był dzieckiem, zapytałam, czy chce pomóc jej je pozbierać. Chłopiec zszedł z łóżka i zaczął jej pomagać wyszukując szpilki w załamaniach chodnika. Dziewczynka wyjęła kilka szpilek z ust. Martwiłam się, czy w jej ustach nie została jakaś, ale zdawało się, że wyjęła wszystkie. Dzieci wkładały szpilki do niewielkiego pudełka. 

    Postanowiliśmy już wracać. Poszłam do pokoju przyjaciółki, żeby zabrać nasze rzeczy. Pozabierałam to, co znalazłam. Panował tam potworny bałagan. Zapytałam przyjaciółkę, czy nie chciałaby posprzątać, ale odmówiła. 

    Na stole leżały kromki chleba lub bułki. Były w różnych kształtach, przykładałam je do siebie, żeby je dopasować i stworzyć kanapkę. Były posmarowane czymś, co przypominało wegański smalczyk z cebulą. 

    Stwierdziłam, że musimy się już pożegnać i wracać do domu, bo mamy dużo prania. Nie wyobrażałam sobie, żebyśmy robili pranie u rodziny mojego byłego męża, bo nie byliby w stanie zrozumieć, że rzeczy kolorowe i białe trzeba prać osobno, żeby nie zniszczyć ubrań. Nie mamy już ciuchów na zmianę, więc postanowiłam, że już wrócimy z wakacji. 

    Idąc do miejsca, w którym mieszkaliśmy, wstąpiliśmy do szkoły, w której kiedyś pracowałam. Byliśmy na korytarzu. Ja weszłam do klasy, żeby porozmawiać z byłą koleżanką z pracy. Opowiadałam jej właśnie o tym, że już musimy wracać i przyszłam się pożegnać. 

    Pomyślałam z nagłym niepokojem, że zostawiłam za drzwiami małe dziecko, że może mu coś zagrażać, że w szkole roi się od małych łobuziaków a wszyscy są starsi i więksi od niego. Otworzyłam drzwi i spojrzałam na korytarz. 

    Był tam. 

    Mój mały syn był ubrany w kaftan, taki, jaki noszą mieszkańcy Tybetu, a może mnisi. Był w białych skarpetkach, promieniowało z niego czyste dobro. Bawił się z chłopcami większymi od siebie. Poszturchiwali go trochę. Najpierw się wystraszyłam, że go skrzywdzą, ale zobaczyłam, że świetnie sobie radzi. 

    Miał takie spokojne ruchy, pełne dobra i miłości. Widziałam jakby jego oczami, jak padają ciosy i do jego klatki piersiowej zbliża się pięść. Wszystko działo się w zwolnionym tempie. Widziałam, jak łagodnie blokuje cios i delikatnie odsuwa od siebie dłoń. 

    Spojrzałam na niego z góry. Wszystko, co robił, robił z subtelnym, pełnym miłości uśmiechem. Chłopcy wcale nie byli agresywni. A on sprawił, że podążali za nim. To była grupka szkolnych łobuziaków, a szli za nim jak jego drużyna. 

    Byłam wzruszona, bo zostawiłam go tylko na dwie minuty i już znalazł przyjaciół. Patrzyłam zafascynowana na jego postawę. Taką miękką, pełną miłości, czułości i spokoju, w wielkim kontraście z tymi łobuziakami, a jednak szli za nim. Było ich kilku, może pięciu, sześciu. 

    Powiedziałam mu, że już musimy iść, bo czas coś zjeść i może pójdziemy na frytki. A on wymienił imię jednego z chłopców i powiedział, że on też bardzo lubi frytki. I inni chłopcy również je lubią, więc może im wszystkim kupimy frytki. 

    Bardzo mnie to rozczuliło. Był w nim taki spokój i czułość. 

    Szliśmy więc wszyscy szkolnym korytarzem na frytki. 

    Później coś jeszcze zobaczyłam. Nie pamiętam dokładnie co, chyba kobietę jadącą rowerem wąską ścieżką i dużo zieleni, z ciepłym, pięknym światłem. 

    Stałam samotnie na górze i patrzyłam na pola herbaty w dolinie. Piękny, rozległy krajobraz. 

    Wtedy usłyszałam głos: „……..” — imię wypowiedziane w sanskrycie, które jeszcze długo dźwięczało mi w głowie.

    Ten chłopiec był jak mały Bóg, cudowny, wręcz rozświetlony. 

    Niesamowity sen. Długo po przebudzeniu słyszałam to imię i bardzo długo czułam ogromne wzruszenie. 

    Podobno nie powinno się zdradzać imienia duszy. Nie wiem, czy to właśnie to imię przyniósł mi sen, ale niesie ze sobą jakość, do której chcę dążyć, więc wierzę, że tak. Dlatego w razie czego go nie podam. 

    Kilka dni później spotkałam się z przyjaciółką, o której śniłam. Opowiedziałam jej sen i bardzo ją poruszył. Okazało się, że w nerwach bardzo źle, okrutnie potraktowała swojego starego psa. Została bardzo zawstydzona przez męża. 

    Wystraszyłam się wtedy. Bardzo bałam się, że teraz tak już będę miała, że sny będą pokazywały mi przyszłość, że zatopię się w przepowiedniach, że moje życie stanie się teraz koszmarem. 

    Niepotrzebnie się bałam. Rozpoznałam wkrótce wzorzec, dzięki któremu wiedziałam, czy sen wejdzie w rzeczywistość, czy ma służyć jedynie moim potrzebom. 

    A duchowość? 

    Moja ma być prosta. Ma płynąć z serca do ludzi i… 

    Komu frytkę? 

  • 35. Piękny koci gest – a może coś więcej.

    Sen, o którym pisałam w poprzednim wpisie był bardzo trudny, czułam się kompletnie rozbita po przebudzeniu a w takich chwilach moje myśli automatycznie wracały do Darka. Teraz kiedy to piszę, też tak miewam. Kiedy wydarzy się coś ważnego lub trudnego Darek jest pierwszą moją myślą, ale teraz mnie to nie niepokoi. Po prostu tak jest. Myśli przychodzą i odchodzą tak jak ludzie, którzy nie zawsze przecież będą w naszym życiu. 

    Wtedy, po przebudzeniu, przytłoczona ciężarem snu i wydarzeniami poprzedniego dnia przyjęłam opiekę starej kotki. I przyszedł “przedsen”. Bezpośrednio po tym doświadczeniu, ogromnie wdzięczna i wzruszona zapisałam te słowa, przytaczam niezmienione z wyjątkiem imienia, które nie jest prawdziwe: 

    9.11.2025 

    Wiem, że miłość mam w sobie, że ja jestem miłością, ale Darek był tak ważny na tyłu poziomach, że nie jestem w stanie nad tęsknotą zapanować. Czy to wciąż będzie wracać? Leżę i płaczę. To wszystko już miałam poukładane, spokój, miłość, wdzięczność. Czy 5 rymów na które się wybrałam pokazało, że się myliłam i tak naprawdę to nie było poukładane, ale tylko w pewnym stopniu „przykryte”? Kiedy tak leżałam i oddychałam ciężko przyszła do mnie moja stara kotka położyła się na mojej klatce piersiowej i mruczy. To niesamowite, bo rzadko przychodzi. To mój najmniej potrzebujący kontaktu kot🤗. Co prawda robiła to już kiedyś, przychodziła w chwilach kryzysu kładła się na mnie i leżała mrucząc do momentu, w którym się w pełni rozluźniałam, wtedy wstawała i odchodziła. Kiedy tak leżałyśmy prawie zasnęłam i na granicy jawy i snu przyszedł do mnie obraz: miasto w półmroku, wycinek pustej ulicy, wysoki szary budynek i lekko uchylone drzwi przez które sączy się na bruk smuga ciepłego światła. Na ulicę wychodzi moja kotka, wolnym, spokojnym krokiem. Kiedy była w połowie drogi do budynku zatrzymała się i obejrzała za siebie jakby czekała na mnie. Jakby mówiła miękko  no chodź”.  

    Teraz z perspektywy czasu myślę o tej sytuacji jako o chwili, w której otworzyły się drzwi a moja mała psychopompos przeprowadziła mnie gdzie trzeba. Ze spokojem, czułością i miłością.

  • 30. Sam Sen. 

    Jak już pisałam wcześniej, w ciszy, której miałam wielką potrzebę doświadczyć, kiedy byłam bliżej siebie niż kiedykolwiek mogłam usłyszeć wreszcie to czego nie słyszałam wcześniej a może nie byłam gotowa usłyszeć. I nie ma znaczenia jak to nazwę. Mogę powiedzieć, że ja i moja dusza, podświadomość a może i wyższa jaźń znalazłyśmy drogę do siebie. Mogę też tego w ogóle nie nazywać a i tak będzie działać. 

    Któregoś poranka po przebudzeniu i zapisaniu kolejnego bardzo ważnego snu, piłam kawę i długo patrzyłam na zdjęcie, które przysłał mi Darek. I już wiedziałam. Sny poprowadzą mnie dalej. To był ten etap, w którym mogłam: powiedzieć teraz SAM SEN wystarczy.  

    Ale tutaj muszę powiedzieć coś ważnego. Moja droga do tego etapu była naprawdę długa. Jeśli kiedyś, kiedy będziecie potrzebować pomocy lub wsparcia, jeśli znajdziecie się w kryzysie, jeśli wasze zdrowie psychiczne, emocjonalne wymagać będzie zaopiekowania a ktoś powie wam, że uleczy was ceremonia, warsztat duchowy, nie daj Boże egzorcyzmy lub inne doświadczenia, które w cudowny sposób zdejmą z was cierpienie i uwolnią od traum.  Uciekajcie!!! Droga zawsze prowadzi od ciała, przez umysł do duszy. Nigdy w przeciwnym kierunku. I nie jest to łatwa droga. Jest bolesna i wymagająca ciężkiej pracy. Tu nie pomogą zaklęcia i cudze obietnice. Moim lekiem na początku była determinacja i odwaga patrzenia na siebie bez filtrów, oczami lustra (lekarza, terapeuty, dziewczyn z terapii grupowej). Z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach szłam dalej i dalej i nie chciałam się cofać. Pomogła mi też miłość do świata i ludzi, którą zawsze w sobie miałam i ta, którą Darek pomógł mi uruchomić – własna. Żegnając się ze mną po skończonej terapii, moja terapeutka powiedziała “Ma pani niesamowitą zdolność. Nawet kiedy stoi pani po kolana w gównie odnajduje pani w nim diamenty, zbiera je pani po kawałeczku a potem ściska je pani w dłoni i oświeca sobie nimi drogę”. Uwielbiałam tą kobietę. Co ciekawe nie pomogła mi sama wiedza, owszem stanowi punkt wyjścia, ale tak naprawdę nie ma znaczenia, ile książek przeczytasz, ilu wykładów wysłuchasz, ile zdasz teoretycznych egzaminów, jeśli nie rozbroisz mechanizmów obronnych i nie wpuścisz tej wiedzy do doświadczenia a to trudno zrobić samemu. Potrzebny jest doświadczony psychoterapeuta, psycholog a czasem lekarz, ktoś kto będzie czuwał a z czasem stanie się lustrem, w którym dostrzeżecie to co dla uzdrowienia trzeba koniecznie w sobie zobaczyć. Później jest miejsce dla duchowości, dla szamana, przewodnika duchowego czy kogokolwiek potrzebujecie.

    Po dziesięciu latach pracy nad sobą, układania siebie kawałek po kawałku dotarłam do miejsca, w którym mogłam i umiałam już SAMA.  Teraz nie potrzebuję już terapeuty, nie potrzebuję katalizatora ani nawet szamana. Teraz bardzo brakuje mi świadka. Kogoś kto usiądzie przy mnie i powie: Tak. Też tam byłem.

    SAM SEN na tym etapie na razie mi wystarczy. 

  • 27. SAMA 

    Koniec września, październik i pierwsze dni listopada, to w normalnych warunkach napisałabym – ciemność, ale to nie byłaby prawda. Po zderzeniu z chorobą alkoholową męża – ciemność, po rozstaniu z mężem – ciemność. W wielu innych kryzysowych sytuacjach – ciemność. Tutaj było zupełnie inaczej. Czułam rozpacz, smutek, tęsknotę, okresowe wątpliwości co do słuszności podjętej decyzji. Fizycznie czułam jakbym miała pustą przestrzeń po prawej stronie pleców w okolicy dolnej części łopatki, nazywałam to “wyrwą”. Bardzo nieprzyjemne i bardzo cielesne wrażenie braku. A jednak wciąż wracała myśl, że teraz muszę SAMA. MUSZĘ. Miałam pewność, że to wszystko jest po coś, że gdyby był przy mnie “uwiesiłabym się na nim”. Że to na nim budowałabym to co muszę SAMA. Tylko, że nigdy wcześniej nie myślałam o tym, że to proces a katalizator, który wykonuje świętą pracę nie idzie ze mną dalej. Ale zanim do tego doszłam… 

    To wszystko było dziwne i dlatego wkroczyła racjonalizacja i psychologizowanie. Bo to przecież potrafię. I szukałam przyczyn w stylach przywiązania, niedojrzałości emocjonalnej, doszukiwałam się na siłę oznak zaburzeń osobowości, uzależnienia od duchowości, duchowego eskapizmu i wiele, naprawdę wiele znalazłam. Jak student trzeciego roku psychologii, który widzi w sobie lub innych wszystkie objawy zaburzeń o których czyta.  Jeśli szukasz to znajdziesz. Nie wiedziałam wtedy, że to nie ma znaczenia. Czułam wielką potrzebę udowodnienia sobie, że nie warto, że się pomyliłam, że to nie ON.  

    Tylko że, tak naprawdę nie to było celem tej relacji. Bo celem, od samego początku była moja transformacja. I nie wiem, dlaczego, (bo szkiełko i oko drżą w tej chwili z oburzenia) ale czuję, że to ma głębszy sens i nadal pomimo upływu czasu czuję jakiś rodzaj silnego połączenia. W każdym razie, na poziomie psychologii udowodniłam sobie, że rozstanie było błogosławieństwem. Wszystko po to, żeby nie przeżywać. Bo nie warto. Ot, kolejny toksyk. I wtedy przeczytałam sen, który Darek zamieścił w sieci. Sen, który był kontynuacją dwóch moich poprzednich snów, tylko widzianych z jego perspektywy. Nigdy nikomu nie mówiłam co śniłam. Nie mógł o tym wiedzieć, nie mieliśmy ze sobą kontaktu. A jednak śnił to co ja, tylko swoją wersję mojej historii.  I runął mur, który zbudowałam z mechanizmów obronnych, mur chroniący mnie przed rozpaczą. Bo teraz miałam pewność, że jesteśmy połączeni. Nie lubię tej duchowej nowomowy o bliźniaczych płomieniach, wyskakują z instagrama opakowane w piękne obrazki jak lizaki w kolorową folię. Nie nazwę więc tej relacji, ale wiem jedno, ona nie była przypadkiem. Dla mnie była wszystkim co dobre i piękne, nie wiem czym była dla niego. Darek jest szamanem, od kilkunastu lat na ścieżce duchowej wiedział więc o czym mówi, a mówił mi o procesie, o tym, że muszę iść dalej, że nie mogę zostać. Mówił to z czułością przytulając mnie mocno. Mówił mi o tym, ale nie chciałam słyszeć. Bo jak to? Miał pomóc otworzyć mi drzwi i zostać w progu patrząc jak przechodzę? Nie było we mnie na to zgody. A jednak odeszłam, pomimo cierpienia. Musiałam chociaż nie rozumiałam czemu. 

    Teraz już wiedziałam i pozwoliłam sobie na wszystko. Pozwoliłam sobie na żałobę, na rozpacz, tęsknotę. Nie udawałam już, że nie kocham. Objęłam siebie z czułością i dałam sobie prawo do cierpienia. Idąc na spacer z psem drogą przy mojej ulubionej rzece zaczęłam płakać, łzy płynęły mi po twarzy, założyłam wtedy okulary przeciwsłoneczne i pomyślałam, że łzy są ok, niech płyną. I osuwałam się powoli w ciszę jak płaski kamyk położony na powierzchni wody, spadałam wolno kołysząc się lekko na samo dno. Czułam spokój, bo byłam pewna, że idę dobrą drogą, że muszę SAMA i nie podważałam już nigdy więcej wagi tej pięknej relacji.  

    A cisza była błogosławieństwem, bo w niej nareszcie  spotkałam siebie.

  • 25. Rozstanie 

    Darek wyruszył w długą podróż po Azji. Niemal codziennie otrzymywałam od niego zdjęcia i filmy z podróży. Czułam się jakbym podróżowała razem z nim.  Oczywiście nie byłam jedyną osobą, która mogła zobaczyć te zdjęcia, ale część z nich była zrobiona specjalnie dla mnie. Filmował i fotografował również rzeczy, zwierzęta i miejsca związane bezpośrednio z moimi zainteresowaniami. Dawało mi to dużo, bardzo dużo. Czułam się nareszcie dla kogoś ważna. W ciągu tych kilku letnich spotkań otrzymałam więcej czułości niż wciągu całego mojego życia a teraz oglądałam zdjęcia z końca świata i wiedziałam, że tam, bardzo daleko Darek robi coś specjalnie dla mnie. Poświęca swój czas i uwagę rzeczom, które go nie interesują, rzeczom, które interesują MNIE. No i wpadłam. Wtedy byłam oszołomiona, przeszczęśliwa, chłonąca wszystko i zalana odzyskanymi emocjami. Teraz widzę to tak. Odmrożone emocje, otwartość i poczucie bezpieczeństwa połączone z byciem widzianą. Najpierw zalewana oksytocyną w czasie sporadycznych spotkań, później brak kontaktu, za chwilę ciepły sms, albo mail, znów cisza, spotkanie na chwilę po to, żeby się przytulić, chwila rozmowy… Chaos i koktajl hormonalny. Ciągłe analizowanie, co napisał, co miał na myśli. Intensywność i życie w przetrwaniu. Czyli… czułam miłość!!! 

    A jednocześnie byłam pewna, że to nie ma sensu, że to wcale nie jest relacja. Bo w relacji jest po równo, a ja czułam, że nie mam prawa oczekiwać. I to nie była jego wina. Ja nie dawałam sobie do tego prawa. Dopiero wtedy zaczynałam rozumieć, że miłość bez prawa do własnych potrzeb nie jest bliskością. Jest tęsknotą za nią. A ja wolałam iluzję, bo prawda wymagałaby konfrontacji. Bo jeśli to ja chciałabym kontaktu mógłby odmówić, mógłby mieć lepsze rzeczy do zrobienia. Z lęku przed odrzuceniem zadowalała mnie iluzja. No właśnie. Dotarło to do mnie boleśnie razem z jednym arcyważnym zdjęciem z Azji. Zdjęcie całkowicie niepozorne. Darek wysłał mi kilka tysięcy zdjęć i filmów, piękna architektura, krajobrazy, rośliny, zwierzęta, ptaki, ludzie, autoportrety a ja bez chwili zastanowienia zrobiłam zrzut ekranu zdjęcia hotelu. Nie robiłam tego nigdy wcześniej. To zdjęcie zrzuciłam, wydrukowałam i oprawiłam. Kilka godzin później stało już w mojej sypialni. I stoi tam do dziś. Hotel nazywa się SAMSEN. Odczytałam: Sam Sen. Tylko ja zobaczyłam to w ten sposób. Darek tego nie zauważył, zdziwił się nawet, że można zobaczyć to w ten sposób.  

    A ja patrząc na to zdjęcie myślałam o Darku. Myślałam, że to piękne spotkanie jest jak sen. Sam Sen. Iluzja. 

    W połowie września już wiedziałam, że muszę rozstać się z Darkiem, ale jeszcze tego nie zrobiłam. Było w tej “prawie relacji” tak wiele dobra i miłości, które czułam.  

    Wtedy przyszedł przedsen. 

    I to nie był sen, to był ten moment na granicy snu i jawy. Zobaczyłam taki obraz: jestem w ciemnym pomieszczeniu, tłukę pięściami o zamknięte, metalowe, ciężkie, wielkie drzwi i wołam Darka. Jestem przerażona. Śmiertelnie przerażona. Myślałam, że to on zatrzasnął te drzwi. Bałam się, że mnie tam zostawi.  

    Przez dłuższy czas nie mogłam dojść do siebie. Bardzo się bałam, że stało się coś niedobrego. Dokładnie w tym czasie Darek wracał do Polski wiedziałam, że najprawdopodobniej jest w powietrzu, nie wiedziałam, gdzie dokładnie. Kiedy byłam naprawdę zaniepokojona wysłał mi wiadomość (często odzywał się wtedy, kiedy intensywnie o nim myślałam) z najpiękniejszym, zrobionym z samolotu zdjęciem chmur jaki widziałam. Przepiękne jak wata cukrowa rozsypana tysiącami po sam horyzont. Odetchnęłam z ulgą. Nie powiedziałam mu co zobaczyłam. Nie chciałam go martwić. Napisałam tylko, że miałam “debilny sen” – nie pytał jaki. 

    Po powrocie nie odezwał się od razu.  

    Po kilku dniach znalazłam pretekst i rozstałam się z Darkiem wysyłając maila. Nie spotkaliśmy się już aż do pewnej zaczarowanej chwili 10 miesięcy później, ale o tym innym razem. 

    A Sam Sen… okazało się wkrótce, że miał zupełnie inne, ważniejsze znaczenie. 

  • 24. HIPNOZA REGRESYJNA V- integracja.

    Moja hipnoterapeutka na zakończenie sesji powiedziała, że gdyby coś mnie niepokoiło mogę dzwonić lub pisać, ponieważ około miesiąc po hipnozie mogą dziać się we mnie rzeczy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. Umysł będzie próbował to doświadczenie zintegrować i nikt nie odpowie mi teraz w jaki sposób. 

    Poza wszechogarniającą miłością obudziło się we mnie wtedy coś jeszcze… 

    Wiedziałam już wcześniej, że Darek nie jest przypadkową osobą w moim życiu. Teraz wiedziałam już na pewno, że jest “moją bratnią duszą”. W końcu zapytałam właśnie o niego i taka piękna przyszła odpowiedź. No cóż, z perspektywy czasu mogę powiedzieć… Może jest, a może nie.  W tamtym okresie, byłam tego pewna, dziś… nie wiem, ale dopuszczam myśl, że może to jeszcze nie koniec, że może mamy coś jeszcze do zrobienia dla siebie na wzajem. Przechodziłam tamtego lata trudny czas transformacji, kiedy to wszystkie odmrożone emocje zdawały się niemal krzyczeć jednocześnie a ciało zalane oksytocyną mówiło “MÓJ CI ON” i pragnęło więcej i na zawsze. Tylko gdzieś pod skórą czułam, że coś tu jest nie tak. Bo to co było między nami to dużo więcej niż bliska znajomość i o wiele mniej niż relacja. Nie potrafiłam tego nawet nazwać. Działo się we mnie tyle na raz i wszystko było nowe i intensywne. Zadziwiające było to, że byłam pełna zachwytu i miłości, ale nigdy nie powiedziałam wprost co czuję. Wcale nie spotykaliśmy się często a we mnie działy się tak OGROMNE RZECZY. 

    Wtedy przyszedł sen: 

    17/18.08.2025 

    Byłam w mieście o dziwnej konstrukcji. Sześciany połączone ze sobą mostami. Wszędzie dużo trawy. Przed domami, na mostach i dachach domów. Miasto z trawy i betonu. Cała ta olbrzymia konstrukcja zawieszona była w powietrzu. Opiekowałam się dziećmi lub wnukami człowieka, który był najważniejszą osobą w mieście. Taki szef wszystkich szefów. Dzieci biegały w soczystej trawie, bawiły się z psami (wyżły lub któreś z gończych). Psy nagle zniknęły a dzieci zaczęły ukrywać się w ciemnych zakamarkach, klasyczna zabawa w chowanego. Zeszliśmy w ten sposób do piwnic. Tam w niemal całkowitej ciemności spotkałam Darka, bałam się go. Wepchnęłam go do jednej z piwnic i szybko zamknęłam ciężkie, hermetyczne, pancerne drzwi. W pośpiechu z szybko bijącym sercem (czułam je w całym ciele, jakbym to ja była sercem) wybiegłam na górę zbierając po drodze wszystkie dzieci i psy, które czekały na trawniku. Usiedliśmy w trawie, psy leżały obok. Na niebie pojawiły się fajerwerki. Wszyscy w mieście oczekiwali na ważny koncert. Ludzie z podekscytowaniem rozmawiali o jakimś artyście światowej sławy, czuć było wszechogarniającą radość. Pomyślałam wtedy z przerażeniem, że Darek tam umrze z braku tlenu. Odprowadziłam dzieci do domu i zbiegłam do piwnic, żeby go uwolnić. Po korytarzach przemieszczały się dziwne postaci. Ludzie z twarzami zwierząt, trochę jak z hinduistycznych eposów. Ognisty rydwan zaprzężony w olbrzymie białe konie z woźnicą o twarzy pomalowanej na czerwono z wielkimi wytrzeszczonymi oczami. Miałam w ręku przedmiot przypominający drewnianą ciężką buławę lub berło. Był to rodzaj ochronnej broni, dzięki któremu udało mi się przedrzeć do piwnicy, w której za pancernymi drzwiami zamknęłam Darka. Drzwi zamknięte były na zamek przypominający taki w łodziach podwodnych. Nie mogłam ich otworzyć. Próbowałam kilkukrotnie. W końcu zamek puścił. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Darka. Stał pośrodku pustej, ciemnej piwnicy i obiema dłońmi bardzo wolnym ruchem dotknął twarzy. Stał tak jeszcze chwilę. Po czym energiczne zdarł ją jak maskę. Zobaczyłam inną twarz, zupełnie inną osobę. Szatyn, o delikatniejszych rysach, ale nadal był to Darek. Nie bałam się, nie byłam też zaskoczona. Poczułam ulgę jakby całe napięcie nagle odpłynęło. 

    To był pierwszy z wielu naprawdę ważnych snów, które zaczęły mnie prowadzić ku uzdrowieniu. Jeszcze wtedy go nie rozumiałam, teraz wiem, że psychika próbowała poprzez te obrazy oddzielić człowieka od symbolu, katalizatora od mężczyzny. Ten sen zrobił też wiele, wiele więcej. Rozpoczął proces, ale tego też wtedy jeszcze nie wiedziałam. Sny są mądre i czasem trzeba czasu, żeby za nimi nadążyć, ale nigdy nie przynoszą czegoś czego nie potrafimy unieść. Tym razem unieść miałam rozstanie, konieczne na tym etapie dla mojego rozwoju… ale tego też jeszcze nie wiedziałam. 

    Hipnoza regresyjna chyba otworzyła we mnie piękny kanał rozmów z podświadomością. Kiedyś przeraziłoby mnie na bank, gdybym zobaczyła siebie przed zaśnięciem i usłyszała, jak szepczę w ciemności “Pokaż mi moja duszo, wszystko to, co powinnam zobaczyć”.

    I pokazuje. Pokazuje bardzo precyzyjnie. 

  • 23. HIPNOZA REGRESYJNA IV — Trzymaj się ziemi

    Bezpośrednio po sesji byłam tak oszołomiona morzem piękna i miłości, które na mnie spłynęło, że nie zadbałam o transport, tylko szłam pieszo z przedmieść Krakowa do centrum. Po drodze postanowiłam, że muszę zapisać wszystko, natychmiast. Bardzo bałam się, że mogłabym zapomnieć, a chciałam pamiętać najmniejszy szczegół. Zapisałam wszystko co zobaczyłam siedząc w kawiarni na Plantach. Niepotrzebnie się bałam. Pamiętam każdy szczegół, choć minęło już dziesięć miesięcy. I niezmiennie bardzo mnie każdy z tych obrazów wzrusza i napełnia czystą miłością. 

    Zastanawiałam się bardzo często, dlaczego wybaczałam takie potworności ludziom, którzy powinni mnie byli chronić? Dlaczego nie potrafię nienawidzić, choć mogłabym, bo całe moje życie to przemoc, porzucenia, wykorzystywanie i zdrady. Myślałam zawsze, że moja postawa to naiwność i słabość. A moim motorem była zawsze miłość. Miłość, której przecież nie dostałam więc skąd taki wzorzec? Ta wizja pokazała mi kilka bardzo ważnych rzeczy. Udowodniła mi przede wszystkim, że JA JESTEM MIŁOŚCIĄ, że to jest naturalny stan każdej istoty. Widziałam to, poczułam, przeżyłam całą sobą. Miłość jest naturalnym, pierwotnym stanem. Od tej pory miałam silne przekonanie, że miłość jest święta. Należy ją chronić, szanować i przestać nazywać miłością to co nią nie jest. 

    Wizja ta pokazała mi też kim jestem i po co tu przyszłam. Jeśli wierzyć, że jestem duszą, która wybrała życie w tym miejscu (a kiedy przypominam sobie wszystko co widziałam/przeżyłam trudno mi twierdzić, że jest to jedynie wytwór umysłu), wybrałam życie jako jedność: ciała, umysłu i duszy. Nie da się tego w żaden sposób rozdzielić. Jako jedność przyszłam tu w jakimś celu. Nie przyszłam po to, żeby stać w progu. Nie po to, żeby szukać siebie w wizjach, ceremoniach, strukturach. Przyszłam, żeby przepracować to co zaplanowałam po tamtej stronie, ale przede wszystkim zasiewać miłość każdą moją decyzją. I to chyba jest najtrudniejsze, bo można potraktować duchowość jako fajerwerki, których dotknęłam w czasie hipnozy i za którymi codziennie tęsknię. Można gonić za wizjami w oderwaniu od życia i ludzi. Ale można też wziąć odpowiedzialność i iść z całym pięknem, które przyszło wraz z tym doświadczeniem, słysząc wciąż głos przewodnika, który mówi “Trzymaj się ziemi. Dawaj i czerp energię. Energię miłości. Bądź miłością.”  

    Staram się. Codziennie.