W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Kategoria: Z dzisiaj

To, co dzieje się tu i teraz. Bieżące doświadczenia, sytuacje i spotkania z codzienności, które coś we mnie poruszają, pokazują lub uczą.

  • 11. WYTRZYMAM WSZYSTKO!!! Jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym. 

    Wczoraj wracając do domu byłam świadkiem wypadku, w którym ucierpiał maleńki piesek. Okoliczności wypadku w sensie winy i odpowiedzialności były niejasne, ale nie one są przedmiotem tych rozważań. Widok małego, trzęsącego się i dyszącego z szoku zakrwawionego psa, był impulsem, który uruchomił we mnie prawdziwą emocjonalną lawinę. Piesek był zaopiekowany, kiedy byłam już blisko widziałam kilka zakrwawionych chusteczek i dwie kobiety na kolanach pochylone z troską nad pieskiem. Nic tu po mnie, szłam dalej.

    Po kilku krokach poczułam się strasznie. Jakbym to ja klęczała nad krwawiącym psem i w dodatku miała związane ręce. Jakbym była kompletnie słaba i bezradna. Poczułam wzbierający we mnie szloch. I jedyne czego chciałam to wtulić się w Darka i płakać. Niemal dobiegłam do domu i płakałam najpierw z żalu, że takie maleństwo doznało krzywdy, potem z tęsknoty za silnymi, bezpiecznymi ramionami Darka. Chciałam móc mu powiedzieć co widziałam, jak mną to wydarzenie wstrząsnęło, jak silnie to przeżyłam, jak wielki lęk w sobie poczułam. Już raz przeprowadził mnie przez potężne graniczne doświadczenie. Przyjął wszystko, łzy, emocje, pytania, twierdzenia i wszystko inne czego w ogóle nie pamiętam. I był! i nie opuścił mnie nawet na chwilę, dopóki nie upewnił się, że jestem spokojna i bezpieczna. Potrzebowałam go teraz bardzo. Nie miałam przy sobie nikogo, a już w ogóle nikogo kto mógłby mi zapewnić choć przybliżoną jakość obecności.

    To wydarzenie uruchomiło we mnie dwa ważne tematy. Nieprzeżytą traumatyczną sytuację dotyczącą mojego własnego psa i wzorzec relacyjny który leżał u podstaw 26 lat mojego małżeństwa. 
     

    1.  Pies

    Mojego psa zaatakował amstaff. Mój piętnastoletni syn prowadził naszą suczkę na smyczy ja z byłym mężem szliśmy jakieś 30 m za nimi. Amstaff pojawił się dosłownie znikąd. Chwycił naszego solidnej budowy 17 kg teriera i zaczął wywijać nim w powietrzu jak szmacianą lalką. Mój syn obracał się dookoła z psem na smyczy, mój mąż krzyczał a ja bez słowa, bez analizy, bez czucia absolutnie żadnej emocji pobiegłam w stronę psów i syna.

    Kiedy dziś o tym myślę, była to tylko sekwencja kolejnych ruchów, bez myśli, czysta, po kolei i konsekwentnie. Kiedy dobiegłam do psów, zdecydowanie włożyłam dłoń pod kolczatkę amstaffa przekręciłam ją obracając obrożę w ósemkę i uniosłam przyduszonego psa do góry. Natychmiast puścił moją suczkę. Trwałam w tej pozycji z psem, dopóki nie przybiegł właściciel. Oddałam mu psa. Kobieta współwłaścicielka psa przekrzykiwała się z moim byłym mężem. Zobaczyłam moją zakrwawioną suczkę. Zdecydowanie przerwałam wrzaski i wydawałam dyspozycje. Pani zabiera psa. Pan organizuje transport i wiezie nas do weterynarza. Pan płaci za leczenie. Ja zadzwoniłam do przychodni, wzięłam psa na ręce i szłam za mężczyzną. W samochodzie trzymałam na kolanach zakrwawioną suczkę. Uciskając mocno najbardziej krwawiącą ranę. U weterynarza zadawałam rzeczowe pytania, pomagałam lekarzowi w pierwszych czynnościach. W czasie zabiegu pojechałam do domu przygotowałam nowe miękkie posłanie, bo suczka spała na wiklinowym koszu, wiedziałam, że przez jakiś czas nie wskoczy na górę. Wróciłam do weterynarza, odebrałam psa. W domu położyłam się obok niej na podłodze i zasnęłam. Spałam jak kamień razem z nią, nie chciałam odejść nawet na chwilę. Następnego dnia bolało mnie całe ciało, każdy chyba mięsień. 

    Przeszłam w tryb zadaniowy. Normalne obowiązki rodzinne i zawodowe, poza tym opieka nad psem, leki, czyszczenie drenów, zmiany opatrunków noszenie na krótki spacer. Wszystko sama. Nie było czasu na emocje był tryb zadaniowy. Nie uroniłam nawet jednej łzy. Od początku do końca byłam tylko skuteczna. Troskliwa, opiekuńcza, ale przede wszystkim SKUTECZNA.  

    Nie było tu czasu na analizę, było tylko działanie i zwykłe dla mnie, znane mi od zawsze przetrwanie.  

    2.  SEN 80.

    Zdziwiło mnie trochę, kiedy przyszedł dzisiejszej nocy trudny sen. Obudziłam się bardzo zmęczona i przybita. Jak często bywa, główną postacią pokazującą mi trudny relacyjny wzorzec był bogu ducha winny Darek. Jako mój osobisty katalizator pracuje we mnie nadal choć nie widzieliśmy się już prawie 10 miesięcy i nigdy nasza relacja nie była nawet zbliżona do tej ze snu. A jednak to jego moja podświadomość wybiera, aby pokazać mi wszystko co potrzebuję w sobie uzdrowić. 

    8/9.05.2026 

    Oglądałam jakby z zewnątrz (ani to przez ekran, ani zaglądając do ich pokoju, trudno mi to wytłumaczyć) życie pary absolutnie stukniętej na punkcie swoich psów. Psów było mnóstwo chyba kilkadziesiąt, małych, głównie były to chihuahua.  

    Z moimi zawodowymi dziećmi poszliśmy do nowej firmy Darka (stara firma nie istnieje już w rzeczywistości). Przyprowadziła mnie tam moja koleżanka. Przywitałam się z Darkiem z dużą rezerwą. Nie wiedziałam, że to miejsce istnieje. Nie wiedziałam, że stworzył nowe miejsce na wzór zamkniętego. Było mi trochę przykro, że mi o nim nie powiedział. Ale pomyślałam, że w ogóle tego nie ogłosił, że o tym miejscu wiedzą tylko nieliczni. 

    Nieliczni, ale mnie wśród nich nie było. 

    Zapytałam, czy planuje oficjalne otwarcie. Nie był pewien. To były cztery duże przestronne pokoje w kamienicy, atrybutów tego miejsca było dużo więcej niż w poprzednim. Oceniałyśmy z koleżanką przestrzeń pod kątem potrzeb dzieci i zauważyłyśmy, że nie ma toalety. Chciałam też wiedzieć tak trochę w formie żartu, czy jeśli komuś zrobi się nagle niedobrze to ma miejsce, żeby sobie spokojnie np.  zwymiotować ;). Powiedział, że nie, więc na szybko przygotowałam raczej symboliczną spluwaczko/rzygaczkę z gliny opakowaną z folię aluminiową postawiłam na stole i powiedziałam, że „to w razie czego” . Puszczając przy tym oczko. Przytulił mnie jednym ramieniem, było potężniejsze niż pamiętam. Pomimo tego, że mnie przytulił nie czułam bliskości, którą czułam kiedyś. Był trochę zdystansowany. Nie wiem, czy to wyczułam, czy to powiedział, czy dał mi tylko do zrozumienia, ale pomyślałam, że on nigdy nie dojrzeje do prawdziwego związku.

    Wyszłam na duży taras i położyłam się na podłodze była zrobiona ze starych drewnianych desek. Leżałam tak na boku zmęczona i zrezygnowana. Okazało się, że wzięłam jakąś tabletkę poronną i właśnie na tym dachu straciłam dziecko. Przyszła moja koleżanka i zawołała Darka. Powiedziała, że to przez niego, że to przez jego niedojrzałość. Był przerażony, nie wiedział o ciąży. Całą tę scenę oglądałam z boku, patrząc również na siebie. Byłam w tej scenie bardzo młoda i nadal leżałam na drewnianych deskach. Wyglądałam jakbym spała w pozycji embrionalnej. Pierwszy raz w tym śnie Darek zachowywał się jakby mu naprawdę zależało, jakby potrzebował wstrząsu, żeby poczuć coś do mnie. Ja byłam rozczarowana, myślałam we śnie, że jak to? Że spotykaliśmy się przecież, że ciąża nie wzięła się z powietrza a jednak nie wpuszczał mnie do swojego życia. Nie wiedziałam nawet o nowej firmie i dopiero tragedia go otworzyła na uczucie. Wyszłam, ale nie wiem czy ta ja obserwująca, czy ja z podłogi również.

    Wchodziłam do pewnej instytucji kultury (współpracuję z nią w realu) drzwi były nowo zamontowane i portier chciał mi tłumaczyć, jak działają, ale przerwałam mu w pół słowa, ja doskonale wiedziałam JAK. Był ze mną mój nie żyjący od dwudziestu lat pies. Miałam z jakąś inną firmą współtworzyć pewne wydarzenie. Mężczyzna, z którym współpracowałam powiedział, że napisał projekt, który zakłada, że wszystkie podobne do naszych firmy w mieście mają tworzyć tu teraz podobne wydarzenia. Byłam zła, bo wpuściłam tego człowieka w moją przestrzeń a on chce ściągnąć tłumy innych. W pewnym sensie zagarnął miejsce, które było niemal wyłącznie moje i rozdaje je na lewo i prawo.  

    Przez całe życie wiązałam miłość z wytrzymywaniem. Wytrzymywałam wszystko – bezradność wobec niedojrzałość męża, niewidzenie mnie i moich potrzeb, brak zaangażowania i odpowiedzialności. Wytrzymywałam moje przeciążenie emocjonalne i często również fizyczne wynikłe ze stałego reagowania na cudze potrzeby i ignorowanie własnych, stałą czujność i nadodpowiedzialność. Co ciekawe sen pokazał mi, że mimo, że byłam w związku nigdy nie zostałam tak naprawdę wpuszczona do świata mojego partnera. Nie było w jego życiu miejsca na mnie prawdziwą, na moją słabość czy emocje. Ja miałam ogarniać, zabezpieczać, unosić za dwoje. 

    Teraz jestem w innym miejscu. Dzięki Darkowi i wizji z hipnozy regresyjnej wiem czym jest prawdziwa męska obecność. Dlatego we śnie nie mogłam rozwijać czegoś co nie ma przestrzeni do życia. Nie mogłam trwać z kimś, kto dostrzega mnie tylko wtedy, gdy wydarzy się katastrofa.  Mogłam spokojnie porzucić to miejsce i relację.

    Rozpoznałam wzorzec, znam mechanizm, portier nie musi mi go tłumaczyć. To bardzo stare miejsce we mnie: żeby ktoś naprawdę mnie zobaczył, musi się coś stać. Spokój nigdy nie wystarczy. Moje zwykłe istnienie nie uruchomi obecności drugiego człowieka. Dopiero potężny kryzys może otworzyć emocje innych. 

    To trudne. Bardzo bolesne, ale pomimo wszystko niezmiernie cieszę się, że i to miejsce w sobie zobaczyłam tak wyraźnie. Bo teraz mogę powoli i z czułością zacząć je w sobie uzdrawiać.  

  • 6. NIEWYBIERALNA I

    Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego jest tak, że jestem sama. Jest na to obco brzmiące a dodające rzekomego splendoru określenie – singielka. Ja tam wolę SAMA, bo lubię bez woalu. Pierwszy raz w życiu jestem sama i bardzo sobie ten stan chwalę w wielu aspektach. Jest wygodny, daje mi pełną wolność, mogę realizować się, odnosić sukcesy, rozwijać zgodnie z moimi potrzebami, przyjąć pod dach trzeciego kota i nie pytać nikogo o zgodę. Jestem sprawcza, decyzyjna, samowystarczalna. Otaczam się tylko tymi ludźmi, którzy naprawdę dobrze mi życzą. Kocham moje dziecko, moich ludzi, moją pracę, moje zwierzęta te domowe i te, które same mnie wybrały i przylatują codziennie, bo chcą. Kocham moje drzewa za oknem, rzekę, która leniwie płynie i ziemię, po której stąpam. 

    Każdą komórką mojego ciała i duszy jestem miłością. 

    A jednak jestem sama. 

    W zasadzie jestem szczęśliwa, jest we mnie spokój, którego nigdy wcześniej nie zaznałam a jednak ostatnio odzywa się we mnie… tęsknota. 

    Nie rozumiałam za czym tęsknię naprawdę, za Darkiem? To nie do końca prawda, chociaż po niemal roku po rozstaniu nadal nie mam w sobie przestrzeni na nikogo innego. Bo to co mnie przy nim spotkało było pierwszym bezpiecznym silnym i prawdziwym uczuciem jakie przeżyłam. Było moim przebudzeniem do czucia, odpuszczenia kontroli, wsłuchania się w ciało i emocje. A uwolnione emocje zalały mnie z taką siłą, że nie byłam w stanie unieść tej relacji i musiałam się z niej pilnie ewakuować. Natychmiast po rozstaniu, czułam coś czego nie czułam nigdy wcześniej. Nieprawdopodobnie silną potrzebę absolutnej ciszy. Nie słuchałam muzyki, przestałam chodzić do kina, na siłownię, ściankę. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, nie odbierałam telefonów, nie włączałam komputera. Chodziłam do pracy, bo trzeba. Spacerowałam dużo, siedziałam nad rzeką, spałam więcej, nawet w dzień.

    To nie była zwykła rozpacz po rozstaniu to było moje 40 dni na pustyni, które otworzyło przede mną prawdziwy świat. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale nadal czuję się z Darkiem w jakimś stopniu połączona, jakby rozstania nigdy nie było. 

    To był rok poznawania siebie na nowo, osadzania emocji w ciele, nauki słuchania siebie, medytacji, nieprawdopodobnych wglądów i przede wszystkim spotkania ze snami, które wchodząc w życie, pięknie i bardzo mądrze mnie prowadzą.

    Dopiero teraz kiedy jestem naprawdę ze sobą zatęskniłam za relacją. Tylko że teraz zmieniło się wszystko. Skończyłam z oczekiwaniami. Nie oczekuję już, że mężczyzna będzie obecny, stały, lojalny, czuły, dający poczucie bezpieczeństwa. Ja nie oczekuję. Ja WYMAGAM. Bo nie pragnę już, żeby ktoś mnie wybrał. A tak właśnie było z moim mężem alkoholikiem. Byłam szczęśliwa, bo nareszcie zostałam wybrana. To była iluzja, bo nie wybrał mnie, tylko moją empatię, komfort i opiekę. Teraz to ja chcę wybierać. Pierwszy raz wybieram i teraz chcę wybrać prawdziwą jakość. 

    Wiem, że to na razie niestety nie jest możliwe, bo jest we mnie coś czego nie rozumiem. Dlatego na razie wolę być sama, bo jeszcze jestem czujna i reaguję lękiem nawet na prawdopodobieństwo pojawienia się głębokiej relacji, za którą tak bardzo tęsknię. Kiedy dowiem się, dlaczego tak jest, że nadal się boję, pomimo wielkiej pracy jaką włożyłam w poznanie siebie, terapii i transformacji jaką przeszłam z pewnością moje życie po raz kolejny zmieni się na lepsze.

    Wiem, że to przyjdzie.

    Bo zawsze przychodzi to co ma przyjść.

  • 1. Pomyliłam dziś pociągi 😉 

    1. Pomyliłam dziś pociągi 😉 

    Umówiłam się dwa tygodnie temu na spotkanie przy kawie i ciastku z przyjaciółką. Mieszka w mieście odległym od mojego o 20 minut pociągiem. Czekałam więc dziś cierpliwie na dworcu w moim mieście, zwykle jeżdżę Intercity, ponieważ mam dużą potrzebę rezerwacji miejsca siedzącego (powody wyjawię poniżej) i jak najmniejszej liczby przystanków. Pociąg był opóźniony 10 minut. Czekałam spokojnie, bo 10 minut w PKP to nie dramat, to prezent 😉. Skupiłam się na szparze w cegle, do której wleciała bardzo rzadka dzika pszczoła zadrzechnia, kiedy z głośników słychać było komunikat o nadjeżdżającym pociągu. Możliwe, że gdyby nie pszczoła do tego konkretnego pociągu bym nie wsiadła. Kiedy byłam już w środku doznałam lekkiego oszołomienia, bo nie było w nim wagonu z nr 16. Olśniło mnie wtedy, że to NIE TEN POCIĄG!!!! Na szczęście jechał w tym samym kierunku, na nieszczęście w ogóle nie zatrzymywał się w mieście, do którego zdążałam. Pierwsza stacja była w innym mieście wojewódzkim jakieś 50 kilometrów dalej niż chciałam jechać. Pomyślałam sobie, przygoda 😊 i znalazłam konduktora. Powiedziałam co się stało, zaczęłam od “Zrobiłam coś strasznego…”, chciałam się upewnić czy na pewno jestem uwięziona, bo może można mnie wysadzić w moim upragnionym miejscu na ziemi. Niestety byłam więźniem, więc chciałam dokupić bilet, konduktor był człowiekiem wysoce empatycznym, więc powiedział, że nie ma takiej potrzeby i mogę zająć pierwsze wolne miejsce, które mi się spodoba. Usiadłam, wyciągnęłam z plecaka “Potęgę mitu” Campbella i w tym momencie doznałam szoku. Przecież mi się to śniło niemal1:1. Zapisuję sny, więc zaczęłam szukać w notatniku w telefonie przechodząc przez dziesiątki snów. Znalazłam.  

    Sen sprzed dwóch miesięcy: 

    Jechałam pociągiem, miałam bilety, ale nie miałam rezerwacji na konkretne miejsca, więc mogłam jechać tym pociągiem, ale żeby usiąść w miejscu, w którym chciałam usiąść, musiałam zakombinować. Na zwykłej, wymiętej kartce sama chciałam napisać, że siedzę w tym miejscu, a nie w innym, ale było to jakieś dziwaczne. Najpierw rysowałam rubryki, potem próbowałam coś wpisać w te rubryki, ale długopis nie działał, drugi również. Miałam z tym oszustwem bardzo poważny problem, a wiedziałam, że zaraz przyjdzie konduktor i sprawdzi te nieszczęsne bilety. No i de facto przyszedł konduktor, ale kompletnie olał moje wysiłki. Uznał, że nikt nie zajmował tych miejsc, więc przecież mogłam tam swobodnie siedzieć. 

    Po odczytaniu snu miałam silne przeświadczenie, że to zwykłe zdarzenie, jakim jest podróż niewłaściwym pociągiem nabrało nagle symbolicznego znaczenia. Jakby sen przygotować mnie miał na realne wydarzenie z życia. Sen, który mówił: spokojnie masz prawo tu być, nie potrzebujesz kwitów, zgód czy innych zezwoleń. Masz prawo do wybranego przez siebie miejsca. Twoja podróż może przebiegać na twoich i tylko twoich zasadach. Jesteś w drodze i to jest twoja droga. Dziś zrozumiałam, że tak jest w istocie, jestem w drodze…w transformacyjnej drodze bez powrotu. Drodze, która rozpoczęła się 7.07.2025 w pociągu tej samej relacji a dziś najprawdopodobniej zatoczyła koło. 

    Dojechałam do miejsca docelowego. Przedzierając się przez tłum myślałam, że tak właśnie miało być, że nie wiedzieć czemu miałam się tu znaleźć. Poszłam na herbatkę z mango i serniczek baskijski do Costy. Czekałam aż coś się wydarzy. Nic, wydarzyło się- NIC. Otworzyłam aplikację i chciałam kupić bilet powrotny, wszystkie miejsca zajęte! Następny to Polregio, bez miejscówek, w normalnej sytuacji zaczekałabym pewnie półtorej godziny na kolejny pociąg, ale- jak przygoda to przygoda, kupiłam bilet, bez zaklepania miejsca. Trzeba podobno wychodzić ze strefy komfortu. 

    Jadąc w drodze powrotnej wspominałam tamtą lipcową podróż. Byłam wtedy inną osobą. Byłam dumna, że przetrwałam. Wychodziłam z długiego czasu leczenia licznych ran, o których w przyszłości napiszę. Zdawało mi się wtedy, że w końcu żyję pełnią życia, że odnoszę sukcesy zawodowe i artystyczne, że finansowo staję na nogi i nareszcie cieszę się życiem. Kiedy wsiadłam do tamtego pociągu moja perspektywa zupełnie się zmieniła, dosłownie w jednej chwili. W chwili, w której drzwi pociągu, przy których stałam nagle otworzyły się przy pełnej prędkości a moja głowa znalazła się na zewnątrz. Widziałam odlatujące w dal okulary przeciwsłoneczne, które podmuch zdarł z mojej głowy. To był punkt graniczny, tu pękła iluzja i otworzyło się przejście. Był też strażnik progu, który cierpliwie mnie przeprowadził. Człowiek, który był dla mnie darem i dlatego takie nadam mu na potrzeby tego bloga imię. Dariusz był katalizatorem mojej zmiany. Uwolnił moje emocje, zamrożone od dzieciństwa ciało i nauczył miłości, tej bezinteresownej prosto z duszy i tej najważniejszej, bez której nie zaistnieje pełnia- własnej. Otworzył dla mnie świat, o którym nie miałam pojęcia. Owszem, czytałam u Junga o transformacji, indywiduacji, wyższej jaźni, archetypowych snach, snach prekognitywnych, ale była to teoria i raczej wyjęta z rozważań fantastycznonaukowych. Ja przecież mocno stoję na ziemi, więc sny były czymś nie do końca chcianym, choć zwykle pięknym. Darek zaszczepił we mnie uważność na sny jako język duszy, dzięki którym można zobaczyć prawdę o sobie i pójść o krok dalej na drodze przemiany. 

    Zatopiona w myślach patrzyłam na kobietę siedzącą naprzeciw. Wyglądała co najmniej oryginalnie. Długie rozpuszczone lekko siwiejące włosy, kapelusz w kowbojskim stylu. Czerwony krótki płaszczyk i białe spodnie. Wyjęła ze skórzanej bardzo już zniszczonej torby w bordowym kolorze gruby zeszyt. Pisała coś pięknym pochyłym pismem. Sprawiała wrażenie takiej trochę nie z tego świata, lekko odrealnionej. Zapisała dwie strony i zamknęła zeszyt. W papierowej torebce miała coś do jedzenia, nie wiem co to było, bo patrzyłam przez okno, kiedy jadła. Wyrzuciła papier do kosza obok mojej nogi i przesiadła się na siedzenie obok mnie. Położyła mi na brzuchu mały cukierek opakowany w przeźroczystą folię. Przeprosiła mnie za to, że tak nieelegancko podała i życzyła mi słodkiego życia. Po czym wysiadła na stacji w mieście mojej przyjaciółki, dokładnie tam, gdzie ja miałam początkowo dotrzeć. 

    Spojrzałam na cukierek, był uroczy, miał w środku małe czerwone serduszko. Wtedy zrozumiałam. Moja transformacja zatoczyła koło. Zaczęła się w pociągu “tam”, a zakończyła w pociągu „z powrotem”. A ten mały cukierek jest jak pieczęć. Maleńki, ale ważny jak kropka nad i. 

    I wiedziałam już co napiszę na blogu. Opiszę całą moją drogę. Od początku, kiedy jako pięcioletnie dziecko siedziałam w szafie bojąc się o życie aż do teraz kiedy z uśmiechem ściskam małe słodkie serce w dłoni z ufnością patrząc w przyszłość.