W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Kategoria: Z dzisiaj

To, co dzieje się tu i teraz. Bieżące doświadczenia, sytuacje i spotkania z codzienności, które coś we mnie poruszają, pokazują lub uczą.

  • Trzeba już odejść od stolika II — Czerwone drzwi 

    Dziś muszę wrócić do historii przerwanej w PIĄTEK 28 sierpnia. 

    Po zwolnieniu Darka z funkcji, jaką pełnił w moim życiu i naprawdę pod każdym względem dobrym lunchu wróciłam do domu, zabrałam ze sobą dwie pary butów kupionych poprzedniego wieczora i poszłam do szpitala. 

    Bardzo chciałam, żeby moja przyjaciółka sama wybrała te, w których wyruszy w ostatnią drogę. 

    Spała, kiedy weszłam do sali. Przyszła nasza koleżanka z pracy. Rozmawiałyśmy chwilę i wtedy przebudziła się na moment, ale nie było już z nią pełnego kontaktu. Koleżanka mówiła, żeby nie odchodziła, że nie może nas zostawić, że jeszcze nie teraz. 

    Zdenerwowało mnie to bardzo, bo wydało mi się egoistyczne. Ona chciała już odejść. Miała do kogo. Po drugiej stronie czekały na nią matka i córka. Tu było już tylko cierpienie. Rak jajnika z przerzutami do całej jamy brzusznej i ból. 

    Poiłam ją butelką dla dzieci z wesołym leniwcem zwisającym beztrosko z gałęzi. Dotarło do mnie, że to może być ostatni moment i wyprosiłam koleżankę na chwilę. Kiedy się zbierała, pomyślałam, że nie chcę szeptać, więc wyprosiłam również pacjentkę leżącą na drugim łóżku. 

    Wyszły. 

    Podziękowałam wtedy mojej drugiej matce za całe dobro, jakie wniosła do mojego życia. Powiedziałam, że sobie poradzę. Opowiedziałam o lunchu i o tym, że poznałam dziś naprawdę fajnego faceta. Poprosiłam, żeby nie martwiła się o nas. Powiedziałam, że zostawia ten świat w lepszej kondycji, niż go zastała, i że zabiorę ze sobą wszystko, czego mnie nauczyła. 

    SOBOTA 

    Od piątku wszędzie już i we wszystkim widziałam znaki. 

    Kiedy jak co dzień piłam poranną kawę na balkonie, na śniadanie przyleciał mój zaprzyjaźniony gołąb. Karmiłam go ziarnami, odwrócona tyłem do stolika, kiedy usłyszałam za plecami szum skrzydeł. 

    Przyleciał zupełnie obcy gołąb i wylądował, obejmując łapkami brzegi mojego ulubionego kubka. Po chwili wzbił się w powietrze, zrzucając jednocześnie kubek na podłogę. 

    Patrzyłam na rozlaną kawę i kawałki rozbitej porcelany i widziałam już tylko nadchodzącą śmierć. 

    Moja przyjaciółka już się nie obudziła. Nie piła. Pielęgniarka zapytała, czy podam jej leki. Pytanie było dla mnie zupełnie absurdalne. Patrzyłam na nią oszołomiona. Bo jak? Jakim cudem podać tabletkę nieprzytomnej osobie? 

    Poprosiłam, żeby podano leki w kroplówce. Po godzinie podano jej paracetamol. Wydawało mi się, że to wystarczyło. Oddychała już spokojniej. 

    Po pracy przyszłam jeszcze na chwilę. Zastałam je wszystkie. 

    Mówiła, że musi nas sobie przedstawić. Podobno wiele nas ze sobą łączyło. 

    Było nas pięć. One stały po dwie po obu stronach łóżka, ja stanęłam pośrodku. 

    Jedna z nich odezwała się wreszcie: 

    „Wyglądamy jak czarownice”. 

    „Ale dobre” — odpowiedziałam. 

    Pomyślałam wtedy, że gdybyśmy chwyciły się za ręce i myślały intensywnie o tym, jak ONA wchodzi do wyśnionego przez siebie różanego ogrodu i wita się z oczekującymi na nią matką i córką, może pomogłybyśmy jej odejść. Nie miałam jednak śmiałości, żeby wypowiedzieć tę myśl na głos. 

    Wyszłyśmy na korytarz. Przedstawiłam się. Wiedziały, kim jestem i ja wiedziałam, kim one są. Słyszałyśmy już przecież o sobie nawzajem. Wymieniłyśmy się telefonami i ustaliłyśmy dyżury. 

    NIEDZIELA 

    Wychodząc rano z domu, na klatce schodowej zobaczyłam piękną, olbrzymią ćmę. Tłukła skrzydłami o szybę, migocząc czerwono nakrapianymi skrzydłami. Pomyślałam wtedy o butach. Moja przyjaciółka nie była na tyle przytomna, żeby móc samodzielnie je wybrać. Wybrałyśmy za nią. Czerwone czółenka z eleganckim paskiem na niewysokim, zgrabnym obcasie. Wyglądały, jakby miała tańczyć w nich flamenco. 

    Kiedyś, kiedy siedziałyśmy w naszej ulubionej kawiarni, opowiadała mi o swojej matce. Za pierwsze zarobione pieniądze kupiła sobie buty. Była szczęśliwa, kiedy przyniosła je do domu. Położyła pudełko na stole i otworzyła, pokazując swojej matce (babci mojej przyjaciółki) piękne czerwone półbuty na niewysokim obcasie. Kobieta otworzyła szeroko oczy i powiedziała: 

    „Dziecko. Ty nie możesz tego założyć. Ty wiesz, kto chodzi w takich butach? W TAKICH butach chodzą tylko ARTYSTKI!” 

    Mama mojej przyjaciółki zmuszona była oddać buty do sklepu, a historia ta była przekazywana z pokolenia na pokolenie w ich rodzinie jako barwna anegdota. Dla mojej przyjaciółki czerwone buty stały się symbolem kobiecego wyzwolenia. Wtedy właśnie, przy kawiarnianym stoliku, usłyszałam od niej po raz pierwszy, w jakim obuwiu chce przekroczyć ostatni próg. Obiecałam, że tego dopilnuję. Wtedy wydało mi się to całkiem zabawne — taki rodowy bunt z przytupem. Taki bunt wymagał porządnego obcasa. 

    Ale w chwili, kiedy wypuszczałam ćmę na wolność, nie widziałam w tym nic zabawnego. Bałam się, że po przyjściu do szpitala zastanę puste łóżko. 

    Była tam jeszcze. Nie otworzyła już oczu. Miałam wrażenie, że jest zniecierpliwiona zabiegami wokół niej, przypinaniem kroplówki, dotykiem, zwilżaniem ust. Miała taki wyraz twarzy, jakby chciała powiedzieć: „Zostawcie mnie już w spokoju”, a może tylko mi się wydawało. 

    PONIEDZIAŁEK 

    Wcześnie rano prasowałam koszulki, które zabrałam wczoraj ze szpitala, żeby je wyprać, kiedy przyszedł SMS. Tego dnia nie płakałam po raz pierwszy od czwartku. Dokończyłam prasowanie, poskładałam koszulki i zamknęłam je w kartonowym pudełku. Schowałam je w garderobie. 

    Miała zwyczaj noszenia ubrań „do końca”, a i wtedy dało się coś jeszcze zrobić i przynosiła je do mnie. Zszywałyśmy sprute brzegi, naszywałyśmy łaty na przetarcia. Mówiła: „Ja te spodnie tak lubię”. 

    Turkusowa koszulka w maleńkie czarne jaskółki. Pakując ją do pudełka, myślałam o tym, że trafiłaby już niedługo do mojego domowego warsztatu. 

    Nie pamiętam wiele z tego dnia. Jakieś ustalenia: kto co robi, co potrzeba, kto gdzie jedzie. Po podziale wypadły mi tylko wspomnienia, rajstopy, dostarczenie ubrań i dopilnowanie czy zakład pogrzebowy należycie przygotował ją do pożegnania przed kremacją. 

    Czułam, że to mało. Dużo za mało. 

    WTOREK 

    Pogrzeb ustalony na sobotę. Nic do zrobienia. Dziewczyny chciały złożyć się ze mną na buty. Odmówiłam. Poprosiłam, żeby kupiły sukienkę do kompletu. 

    ŚRODA 

    Miałam kupić rajstopy i zawieźć ubrania do zakładu pogrzebowego. Nie byłam pewna czy to właściwe. Ona bardzo nie lubiła nosić rajstop. Tylko że zawsze chodziła w spodniach. 

    Stojąc nad półką z rajstopami w Rossmannie, biłam się z myślami. Pomyślałam, że jak szaleć, to szaleć. Jest obcas, to i rajstopy powinny być najlepsze. Kupiłam dwie pary. Tak w razie czego. 

    Przekazałam do zakładu pogrzebowego ubrania i ostatnie instrukcje. 

    CZWARTEK 

    Mam sprawdzić, czy wszystko przygotowane. Stoję przed drzwiami do sali pożegnań. Stoję i czytam napis wygrawerowany na złotej tabliczce. Czytam już któryś z kolei raz… POŻEGNAŃ… 

    Wchodzę w końcu. 

    I nagle okazuje się, że mam problem z rozpoznaniem w tej osobie mojej przyjaciółki. Włosy się zgadzają, wzrost się zgadza, dłonie są znajome, ale niczego więcej nie rozpoznaję. Rysy twarzy zmienione, na rękach siniaki po wenflonach. Pomyślałam, że powinni to jakoś zapudrować. A później przyszło mi do głowy, że ona kochała prawdę. Żadnego więc pudrowania. 

    Trumna była niewielka, wnętrze jasne, chyba kremowe. Wokół ciała białe i różowe kwiaty i… nogi. Patrzyłam na nogi. Nie były ułożone „na baczność”. Sprawiały wrażenie, jakby zastygła w półkroku. Pomyślałam, że jest w drodze i że tego też nie trzeba zmieniać. 

    Buty i sukienka były niemal idealnie w tym samym odcieniu ciemnomalinowej czerwieni. Wyglądały pięknie. Wyobraziłam sobie, jak wchodzi do różanego ogrodu, a jej matka i córka witają ją z entuzjazmem. Ona rozkłada ręce na boki i obraca się z dumą i śmieją się z tego jak z rodowego dowcipu. 

    I wtedy… 

    Wtedy zobaczyłam czerwone, ciężkie metalowe drzwi i przypomniało mi się to, co zobaczyłam w marcu, leżąc zapłakana w wannie wypełnionej ciepłą wodą. I przypomniałam sobie wirujący ogień. 

    I pomyślałam. Dziś kremacja. 

    Wtedy, w marcu, myślałam o prababci. Nie wiedziałam jeszcze, co znaczą czerwone drzwi. Później odczytałam je jako kolejny próg prowadzący mnie ku życiu, a ogień jako coś, co odnalazłam w sobie. 

    Stojąc teraz nad czerwienią w trumnie, wiedziałam, że bardzo się pomyliłam. Że dziś oddaję ogniu tę czerwień, która leży przede mną. I nie o moje życie wtedy chodziło. 

    I nie o mój próg. 

  • Trzeba już odejść od stolika I — Pamiętam

    2/3.10.2026 

    Byłam w mieszkaniu, które zamierzał wynająć mój syn i jego dziewczyna, z którą w rzeczywistości się już rozstał. We śnie wrócili do siebie i postanowili zamieszkać razem. Zaprosili mnie tam, żeby pokazać mi ich przyszłe gniazdko. Do mieszkania wszedł Darek. Przedstawiłam go synowi i zostawiłam ich pogrążonych w rozmowie. Wychodząc pomyślałam, że znów będę mieszkać sama. Nie pamiętam czy bardziej byłam zadowolona z tego faktu, czy zmartwiona, że mój syn popełnia błąd wiążąc się z dziewczyną, która już raz udowodniła mu, że nie potrafi utrzymać relacji. 

    Znalazłam się w kawiarni. Na miękkiej kanapie lub fotelu, przy niskim kwadratowym stoliku siedziała moja zmarła przed miesiącem przyjaciółka. Usiadłam naprzeciwko. Obok siedziała któraś z przyjaciółek jej nieżyjącej od kilku lat córki. Miałyśmy spisać wspomnienia o niej. Wyciągnęłam swoje notatki i pamiątki jakie mi po niej zostały. Nie było tego wiele, wszystko mogłoby się zmieścić w kieszeni. Najpierw czytałam na głos wszystko co miałam zapisane, a przyjaciółka, którą czasem nazywałam moją zastępczą mamą potwierdzała wszystko, co jest ważne. Później pokazałam jej wszystkie pamiątki, jakie po niej zgromadziłam. Szczególnie zainteresowała ją biżuteria (nie istnieje w rzeczywistości). Kolczyki misternie plecione z cieniutkich, srebrnych, oksydowanych nici, w kształcie maleńkich prostokątnych sześcianów i zawieszka lub broszka do kompletu. Skupiłyśmy uwagę na kolczykach. Były maluśkie i nieprawdopodobnie precyzyjnie wykonane. Do kawiarni wszedł Darek. Zobaczył mnie, ale nie podszedł. Wiedziałam, że nie chce nam przeszkadzać. Usiadł blisko wejścia do kawiarni. 

    Powiedziałam przyjaciółce kim jest. Użyłam słów: ” to ten dobry człowiek, o którym Ci opowiadałam. Myślałam, że się pomyliłam, że Cię oszukałam. Ale on naprawdę okazał się dobrym człowiekiem.” 

    Byłam trochę zniecierpliwiona, że moja przyjaciółka tak długo ogląda te drobiazgi. Chciałam już do niego iść. Zauważyła to chyba bo albo powiedziała, albo dała mi do zrozumienia, że powinnam wstać od stołu, że powinnam już odejść. 

    Wstałam i odchodząc zastanawiałam się, czy Darek ją widział, bo przecież rozmawiałam ze zmarłą, więc nie było to takie oczywiste. 

    Podeszłam do niego i usiadłam mu na kolanach. Odwrócona przodem do niego oplotłam go nogami i rękoma. Byłam w niego absolutnie wtulona. On też objął mnie z wielką czułością i trwaliśmy tak długą chwilę. Darek był odwrócony tyłem do drzwi, nie widział pary, która weszła do środka. To byli jego rodzice. Matka na nasz widok zatrzymała się w półkroku i miała cudownie rozczulony wyraz twarzy, ojciec uśmiechał się i wyglądał na zadowolonego. Wyszliśmy z nimi z kawiarni, ale wydaje mi się, że Darek mnie niósł. Miałam iść z nimi, ale postanowiłam, że najpierw musimy wrócić do mnie po buty, których nie miałam na stopach. Mama Darka namawiała mnie, żebym szła boso, że bez butów będzie mi wygodniej, ale uparłam się. Zabrałam czarne baleriny i powiedziałam, że teraz już mogę z nimi iść. 

    To bardzo trudny dla mnie sen. Po przebudzeniu dotarło do mnie, dlaczego przez tak długi czas nie byłam w stanie opisać ostatnich wydarzeń. Czułam, że kiedy napiszę o niej, to będzie jak ostateczne pożegnanie. Będę musiała w pewnym sensie puścić rękaw, za który ją trzymam z nadzieją, że dzięki temu nie odejdzie. Ale odeszła przecież i niczego w tej sprawie nie jestem w stanie zrobić. Mogę jednak uporządkować wspomnienia i pamiątki, a później wrócić do życia, bo tego zawsze dla mnie chciała. Chciała, żebym żyła w pełni. 

    Poznałyśmy się dwadzieścia sześć lat temu. Zatrudniłam się w szkole podstawowej. To była moja pierwsza praca bezpośrednio po studiach. Byłam wystraszona. Nigdy nie chciałam pracować z dziećmi, wydawały mi się większym wyzwaniem niż przestępcy w więzieniu o zaostrzonym rygorze. Marzyłam o tym, że będę przywracać społeczeństwu te mocno zabłąkane owce, ale dzieci? Dzieci to ja się naprawdę bałam. 😉 

    Przez pierwsze dni obserwowałam JĄ z rosnącym z dnia na dzień podziwem. Rozmawiała z dzieciakami w sposób, który mnie zachwycił i z czasem stał się również moim sposobem rozmowy z nimi. Do każdego dziecka podchodziła bowiem z takim samym szacunkiem, uwagą i troską jak do każdej osoby, bez względu na wiek. W zwykłej rozmowie z uczniem na szkolnym korytarzu była ciekawa człowieka. Pytała, co myśli, co czuje, jak to czy coś innego widzi. Interesowało ją zdanie dziecka i zawsze słuchała z uwagą. W jej towarzystwie człowiek czuł, że jest najzwyczajniej w świecie ważny. 

    I wiedziałam już, że w pracy z dziećmi najważniejsze nie są metody i techniki, ale szacunek i uważność. To była pierwsza lekcja, jakiej mi udzieliła. 

    Zaprzyjaźniłyśmy się szybko. Było w niej coś tak dla mnie znajomego, że nie zwracając uwagi na trzydzieści lat różnicy wieku, szybko stała się częścią mojego życia. Łączyła nas nie tylko miłość do pracy z dziećmi, ale miłość w ogóle. Do świata, sztuki, muzyki, kina, literatury i całego piękna, które nas otacza. 

    Szczególnie ukochałyśmy kontakt ze zwierzętami. Mogłyśmy godzinami rozmawiać o sikorkach, które odwiedzały jej balkon. Dzwoniła czasem i mówiła: „Odwiedził mnie ptaszek, miał czarną czapeczkę, szarawe piórka…”. Dopytywałam o wielkość, długość ogona, kształt dzioba. Czasem otwierałam przewodnik Collinsa, zanim ustaliłyśmy, kto wpadł na słonecznik. 

    Dwa tygodnie przed śmiercią stała smutna nad zwłokami ptaka leżącego na drodze przed jej blokiem. Chciała wiedzieć, co to za piękne stworzenie straciło życie pod kołami. Ustaliłyśmy, że to pustułka. Bardzo żałowała, że nie widzi jej w locie. 

    Kiedy odeszła na emeryturę, nic już nie było takie jak dawniej. Zmieniła się nie tylko atmosfera w pracy. Zmieniły się zasady. Pozostanie sobą stało się codzienną walką o przetrwanie. A jej: „Dziecko, ty się w tej szkole marnujesz” pozwoliło mi uwierzyć, że świat czeka na mnie i moje pomysły, jak upiększać go codziennie. Jak tworzyć dobro, zachowując jednocześnie wolność. 

    To nigdy nie było łatwe, ale zawsze mogłam na nią liczyć. Jej „dasz radę” nigdy nie było pustym hasłem. Zawsze popierała je wspomnieniem tego, co już mi się udało. „A pamiętasz, jak byłaś bez grosza…”, „Pamiętasz, jak świat się zawalił, a ty szłaś dalej z podniesioną głową…”, „Z tyloma trudnościami sobie poradziłaś, dlaczego teraz miałoby być inaczej?”. 

    Nauczyła mnie też, jak być dobrą matką. Moja mama nie miała zasobów, żeby mnie tego nauczyć. Zawsze byłam troskliwa i opiekuńcza, ale pewne subtelne naleciałości z mojego własnego dzieciństwa wkradały się czasem do mojej relacji z dzieckiem. 

    Mój syn miał może dwa latka, może mniej. Popełnił jakiś dziecięcy błąd, zupełnie nieistotny, a ja żartowałam z niego tak, jak robił to mój ojciec, kiedy byłam mała. Nie zauważyłam nawet, że to robię. Ona ze spokojem i troską powiedziała wtedy: 

    „Nie rób tego, skarbie. On to słyszy i zapamięta”. 

    I zdałam sobie sprawę, że ja pamiętam. I że nadal boli. 

    Czasem przyłapywałam się później na tym, że reaguję w sposób, który znałam z rodzinnego domu. Dzięki temu jednemu zdaniu, wypowiedzianemu w odpowiednim czasie, mogłam się zatrzymać. A jeśli z jakiegoś powodu mi się nie udało — mogłam przeprosić swoje dziecko. 

    Kiedy trafiłam na terapię dla współuzależnionych i przestałam się wstydzić mówić o tym, z czym na co dzień muszę się mierzyć, ona była pierwszą osobą, której o tym opowiedziałam. Nie bałam się, że mnie oceni. Bałam się, że będzie jej przykro, że nie powiedziałam jej o tym wcześniej. 

    Siedziałyśmy w naszej ulubionej kawiarni, a ona zamiast mnie pocieszać, opowiedziała mi o sobie i swoim krótkim małżeństwie. I wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, czym jest głęboka empatia. 

    Można współczuć, można pochylać się nad kimś, można nawet przytulić i nadal tylko współczuć. Ale jeśli przez chwilę chociaż byłeś w tym samym miejscu, wtedy możesz również naprawdę rozumieć. A to jest bezcenne. 

    W trudnym dla mnie czasie, w którym musiałam poradzić sobie z rozstaniem, rozwodem i walką o przetrwanie, była dla mnie bezcennym skarbem. Nie tylko współczuła. Naprawdę wspierała i rozumiała, bo była kiedyś w tej samej ciemności, przez którą ja musiałam przejść. Powtarzała zawsze: „Ty i dziecko. Tylko wasze dobro się liczy”. 

    Ona walczyła o siebie i córkę, wiedziałam więc, że mnie również się uda. Wychowała swoje dziecko na bardzo mądrą, świadomą i silną kobietę. Świat nie miał dla niej granic. Miały cudowną relację, pełną miłości, szacunku i wiary w siebie nawzajem. 

    Jej córka zmarła nagle. Nie znaleziono przyczyny. Zatrzymało się serce. 

    Moja przyjaciółka nigdy w pełni nie podniosła się po śmierci jedynego dziecka. Przeżyła jeszcze cztery lata. Żyła naszym życiem. Moim i mojego dziecka, życiem najbliższych przyjaciółek swojej córki i życiem ich rodzin. Ale to już nie było to samo. Nie mogło być. 

    Zawsze powtarzała, że dobry nauczyciel choruje tylko w święta, ferie i wakacje. 

    Była najlepszym z nauczycieli. 

    Zmarła w nocy z 30 na 31 sierpnia. 

  • 83. KONIEC – TERAZ IDĘ ŻYĆ! 

    Pogrążona w starej traumie, w żałobie przeżywanej po kilkudziesięciu latach zamrożenia, miałam jedną przewagę nad tym trzynastoletnim dzieckiem, które doznało straty. Mam siebie, doświadczenie i zaufanie we własne możliwości. 

    Obiecałam sobie, że w tym blogu nie będę używała terminów psychologicznych, ale zrobię wyjątek, bo tę moją cechę/umiejętność cenię najbardziej. Rezyliencja to coś, co pomogło mi przetrwać i wciąż na nowo dodaje mi skrzydeł. I w tym wypadku również mi pomogła. 

    Kiedy siedziałam na mojej ulubionej żabiej ławeczce, płacząc i tuląc to skrzywdzone dziecko w sobie, pomyślałam: „Zaraz… ale przecież wszystko jest po coś”. 

    Gdyby nie Aris i jego strata, gdzie bym teraz była? 

    Tylko ja z trójki rodzeństwa wyprowadziłam się z domu. Tylko ja skończyłam studia, kupiłam mieszkanie, założyłam firmę, radzę sobie sama. Na pewno, gdybym urodziła się we wspierającej rodzinie, dostałabym na tacy to, co sama musiałam sobie wyszarpać, ale… wyszarpałam. Moi bracia nie mieli zasobu, który ja miałam. 

    Kiedy miałam czternaście lat, mój ojciec uderzył mnie po raz ostatni. Nie myślałam wtedy, nie analizowałam. Moja ręka automatycznie ułożyła się w pięść i poszybowała w kierunku jego twarzy. 

    To był mój Aris. To była moja granica. Nienegocjowalna. 

    Ojciec nie odzywał się do mnie przez pół roku, ale nigdy więcej mnie nie dotknął i zawsze już traktował z szacunkiem. Bardziej jako partnerkę niż córkę, co również było chore, bo deprecjonował przy tym moją matkę, ale dzięki temu mogłam iść w świat. 

    Spotkanie z Arisem pozwoliło mi znaleźć w sobie odwagę, aby bronić słabych, aby pomagać i otaczać opieką tych, którzy tego potrzebują. W mojej pracy okazało się to niezbędne. 

    W domu przesadzałam trochę, bo mój syn nie musiał nigdy konfrontować się z agresywnym ojcem. Wyczuwałam napięcie, zanim się jeszcze jawnie pojawiło i wkraczałam zdecydowanie, stając między nimi jak Aris między mną a ojcem. Mój syn dopiero teraz uczy się stawiać granice. Z różnym skutkiem, ale wiem już, że tym musi zająć się sam. 

    Teraz myślę o odkryciu tych trudnych wydarzeń z mojego dzieciństwa jak o BRAMIE przez którą przeszłam na drugą stronę. Dotąd miałam SIŁĘ, żyłam w przetrwaniu, chroniąc wszystko, co miękkie we mnie, przed zranieniem. Teraz odzyskałam MOC. Bo mogę nareszcie połączyć to, co delikatne z tym, co twarde. I jedno drugiego nie wyklucza. 

    Szukałam w życiu znaków, symboli, ludzi, znaczeń. Kiedyś prowadziły mnie kruki i to dobrze, bo przeprowadziły mnie przez ciemność. Potem poprowadził mnie Darek i zawsze będę mu za to wdzięczna. Pokazał mi sny, które mnie poniosły i otworzyły we mnie to, co zamknięte. 

    Szukałam na zewnątrz tego, co miałam w środku. 

    Teraz mam dwa zwierzęta mocy. Moją SALAMANDRĘ – delikatną, nieefektowną, taką rozlaną i trochę rozbebłaną, ale czułą i kochającą. I SZNAUCERA – silnego, odważnego, zdecydowanego obrońcę. Kochającego i pełnego czułości jak mój Aris. 

    Teraz dopiero mogę powiedzieć z pełną stanowczością coś, co powtarzałam od jakiegoś czasu jak mantrę: JESTEM MIŁOŚCIĄ. Bo miłość bez granic jest tylko emocjonalnym uzależnieniem. 

    Ostatnio rzadko miewam sny, nie są mi już tak bardzo potrzebne. Choć zdarzają się bardzo ważne i wspierające. Nie wiem, czy je opiszę. Jeszcze nie wiem, czy nadal będę pisać. 

    Dokopałam się już do źródła. 

    Na dziś ogłaszam koniec objawień.

    Koniec kopania.

    Teraz idę żyć!!! 

  • 82.8. Nieswoja historia – o odzyskaniu prawdy

    Zdałam sobie sprawę, że przez dziesięciolecia opowiadałam o tym niezwykłym psie nieswoją historię, a wieloletnia terapia, medytacje, kontemplacje, zgoda na usłyszenie prawdy o sobie i zdarzenia ostatniego miesiąca wytworzyły przestrzeń na bezpieczne rozszczelnienie słoja z salamandrą.

    To tak, jakby wszechświat podsuwał mi pod nos to, co miałam zobaczyć i poczuć. Historia z rannym Yorkiem („Wytrzymam wszystko” – jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym) uruchomiła we mnie najpierw niepowstrzymany, wręcz irracjonalny szloch, później wspomnienie traumatycznych wydarzeń dotyczących mojej suczki, a w końcu trwający kilka tygodni ból kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Wiedziałam wtedy, że muszę się sobą zająć z czułością, nie wiedziałam jednak, że „psia trauma” jest aż tak głęboka i sięga dzieciństwa.

    Nie ma przypadków. Gdyby nie York, nie zobaczyłabym mojej salamandry.

    W czasie mojego procesu dochodzenia do siebie nauczyłam się, że cokolwiek przychodzi — czy to wspomnienie, czy wydarzenie, czy dziwne lub niewygodne doświadczenie — powinno zostać przyjęte, zauważone, docenione i zintegrowane. Bo wszystko, co przychodzi, nie przychodzi bez powodu.

    Wiedziałam, że jeśli tak bardzo poruszyło mnie cierpienie Yorka, że zeszło do ciała, to poruszyło coś bardzo ważnego i pierwotnego. Psychika wiedziała jednak, że na zobaczenie tego potrzeba czasu, że otwarcie słoja to nie jest tylko kosmetyczna zmiana.

    Trzeba się przygotować, bo kiedy otworzy się słój i wypuści salamandrę, nie będzie już możliwości powrotu. Nie można będzie wtłoczyć tego zwierzęcia z powrotem do ciasnego pojemnika i udawać, że niczego się nie widziało. Trzeba zobaczyć i przyjąć prawdę taką, jaka jest, bez względu na to, jak jest bolesna.

    Zapisywałam więc wtedy przemyślenia, pojawiające się wspomnienia, obrazy, odczucia w ciele. I wszystko mówiło mi, że to coś, czego nie wolno mi zagłuszyć. Że nie „zaczytam” tego kolejną książką rozwojową, nie „zasłucham” kolejnym wykładem, kursem czy szkoleniem.

    A kiedy dotarłam do prawdy, wiedziałam, że muszę ją pierwszy raz naprawdę poczuć. Muszę poczuć złość, smutek, rozpacz. Muszę przeżyć żałobę, której nie wolno mi było przeżywać, kiedy miałam trzynaście lat.

    Musiałam uznać cierpienie tej małej dziewczynki i pozwolić sobie nareszcie je nazwać i przeżyć. Bo to nie była tylko strata psa. To było brutalne rozerwanie więzi. Zamknięcie w dziecku doświadczenia bezpiecznej miłości i opieki w imię status quo chorego systemu rodzinnego.

    Miałam olbrzymi żal do ojca, bo już wiedziałam, dlaczego wybrałam sobie na partnera życiowego mężczyznę niedostępnego emocjonalnie, uzależnionego, który nigdy mnie nie wspierał, nigdy nie stanął w mojej obronie. Skąd moje przekonanie, że „wytrzymam wszystko”, że moje potrzeby nie są istotne, że to ja muszę dawać radę. Dlaczego czułam się zaniepokojona, gdy jakiś mężczyzna próbował otoczyć mnie opieką. Dlaczego tak trudno było mi przyjmować, a tak łatwo dawać.

    Przeżywałam więc i nadal pozwalam sobie przeżywać tę odłożoną w czasie żałobę, bo wiem, że psychika dojrzewa do uwalniania siebie nie przez wielką, gwałtowną rewolucję, ale przez możliwość zobaczenia prawdy.

    Czystej, żywej prawdy bez pakowania jej w ozdobne folie.

    P.s. nie wiem na jakiej zasadzie działa moja podświadomość konstruując sny, ale po napisaniu tego wpisu zdałam sobie sprawę, że we śnie: 68. Jeszcze nie dziś – sen o spotkaniu z najgłębsza raną, odganiam okaleczonego węża filią budowlaną… ciekawe…

  • 82.5 KRÓLOWA MIECZY – strażniczka, która musiała się narodzić 

    Słowo „bezpiecznie” czułam całą sobą. Poruszyło we mnie wszystkie emocje, złość, lęk, smutek i jednocześnie coś niezwykle miękkiego, ciepłego. 

    Pomyślałam, że muszę zabawić się w detektywa. Bo w moim domu nigdy nie było bezpiecznie, więc skąd ta czułość, dlaczego smutek… Dlaczego zobaczyłam we wspomnieniach, jak w tym właśnie mieszkaniu, w tym właśnie czasie, siedzę nocą pod stołem w kuchni i przyciskam ostrze do nadgarstka?  

    Dlaczego?  

    Przecież nigdy czegoś takiego nie zrobiłam.  

    Nigdy.  

    W żadnej, nawet najczarniejszej chwili mojego życia a było ich niemało.  

    Nigdy nie chciałabym zrobić czegoś podobnego.  

    Nigdy. Nawet w epizodzie depresyjnym, którego doświadczyłam mając 32 lata nie przyszło mi coś takiego do głowy.  

    Zawsze widziałam światło tam, gdzie inni go nie dostrzegali.  

    Zawsze byłam silna.  

    Zawsze radziłam sobie sama.  

    Zawsze byłam SAMA.  

    Nigdy nikt mnie nie bronił. 

    Nikt mnie nie bronił. 

    Nie bronił. 

    BRONIŁ. 

    Wtedy wróciło wszystko. I rozdarło mnie od środka. Leżałam w wannie i szlochałam tak, jakby nigdy nie miało się to skończyć. Czułam jakby pękła tama i wylała się ze mnie z taką gwałtownością, której nie da się już zatrzymać. Zanurzyłam się pod wodę i leżąc na dnie wanny krzyczałam, aż opadłam z sił. 

    I tuliłam moją salamandrę i rozumiałam już, dlaczego musiała zamknąć oczy, żebym ja mogła przetrwać. 

    Tej nocy, gdy jako dziecko trzymałam ostrze przy nadgarstku narodziła się we mnie KRÓLOWA MIECZY- ta, którą przez długi czas, uparcie pokazywał mi tarot. 

    Nie dlatego, że miękkość była czymś złym, ale dlatego, że została bez strażnika. A wtedy ta trzynastoletnia dziewczynka sama musiała stać się wojowniczką. 

    Wtedy też powstały niszczące mnie wzorce i przekonania. 

    To jedno wydarzenie było kamieniem, który uruchomił lawinę głazów, pod którą to, co we mnie najpiękniejsze, zostało uwięzione na dziesięciolecia. 

  • 82.4. BEZPIECZNIE – słowo, które otworzyło drzwi 

    Trzeciego dnia przypomniało mi się, że kilka dni wcześniej, zanim przyśniła mi się salamandra myślałam o Darku. Nigdy nie myślałam o nim w ten sposób. Dla mnie był tym, który mnie poniósł.  Bardziej symbolem niż człowiekiem. Tego wieczoru zobaczyłam go szerzej, poczułam niemal jak mógł się czuć jako odtrącony, pomijany syn swojego zimnego, nieobecnego emocjonalnie ojca. Niosący w sobie dzieciństwo, z którego niewiele pamięta, poza „nie teraz”, „zaczekaj”, „później”. Jego silne poczucie samotności, które odczuwał nawet wśród tłumu bliskich mu ludzi.

    Poczułam wtedy, że bardzo pragnę jako dorosła przeprosić to smutne dziecko w nim za krzywdy jakich doznał od tych, którzy powinni go kochać i chronić. 

    I przypomniał mi się sen, w którym ratuję Darka (z lipca 2024). Kilka dni wcześniej opowiadał mi o swojej relacji z ojcem. Dopiero teraz, po dwóch latach zrozumiałam ten sen. I bardzo, bardzo chciałam móc przeprosić to małe dziecko. Chciałam gładząc mu włosy powiedzieć z czułością: „Widzę twoje cierpienie. Widzę twoje zmęczenie. Jestem. Nie zostawię Cię. Śpij teraz. Będę tu, kiedy się obudzisz”.  

    Niestety nigdy tego nie zrobię. 

    I żałuję tego jak niczego na świecie.   

    Dotarło do mnie wtedy, że mogę objąć empatią tak mocno ukrytej rany drugiego człowieka, tylko dlatego, że sama noszę głęboko ukrytą ranę.  

    Kiedy myślałam o zranionym małym Darku, instynktownie wiedziałam, że nie jest to coś co potrzebuje intelektualnej analizy, czy duchowej interpretacji. To miejsce w człowieku wymagało przede wszystkim obecności, delikatności, uznania krzywdy. A wiedziałam to, bo na najgłębszym poziomie dotykało to mojego doświadczenia. 

    Tak chyba działa głęboka empatia. Nie dlatego, że potrzebujemy uratować innych, ale dlatego, że znamy ten „krajobraz” od środka. 

    I nagle, kiedy przyszła świadomość, ta czułość zaczęła płynąć nie tylko na zewnątrz, ku drugiemu człowiekowi. 

    Był to jeden z najważniejszych momentów mojego procesu, ponieważ pozwolił mi na to, aby ta energia mogła już wrócić do źródła. 

    Zdałam sobie wtedy sprawę, że ta mała JA również zasługuje na słowo „PRZEPRASZAM”. Te przemyślenia stworzyły przestrzeń, w której pierwszy raz poczułam się na tyle bezpiecznie, aby sen z salamandrą mógł mi się w ogóle przyśnić. 

    To tak jakby psychika powiedziała mi: „Dobrze. Jeśli jest już trochę bezpieczniej… mogę ci pokazać ten pokój” 

    Poczułam wtedy całą sobą, że kluczem do rozwiązania zagadki uwięzienia SALAMANDRY jest słowo „BEZPIECZNIE”.

  • 82.3. Żeby nie przestraszyć bardziej – o czułości wobec siebie 

    Dziś, kiedy to piszę odnoszę wrażenie, że jeśli ktoś kiedyś przeczyta mój blog może sobie pomyśleć, że nie przybijam do brzegu, tylko kluczę i meandruję, dla taniej sensacji. 

    Nic bardziej mylnego. Od pierwszego wpisu próbuję opisać proces jaki we mnie zachodził. A po śnie z salamandrą proces ten przyspieszył i zwolnił jednocześnie. Byłam skupiona na dojściu do źródła i jednocześnie miałam świadomość jak delikatny jest to moment. 

    Intuicyjnie czułam, że istota uwięziona przez tak długi okres nie może zostać brutalnie wyrwana na światło dzienne. Nie można jej uzdrawiać „na siłę”, byłaby to kolejna forma przemocy jakiej doznała. Nie chodzi przecież o to, żeby naprawić. Teraz chodzi o to, żeby nie przestraszyć bardziej. 

    Trzeba delikatnie. Trzeba powoli. Najpierw potrzebna jest iskra, mikroskopijne poruszenie, odrobina zaufania, odrobina bezpieczeństwa. 

    To trochę tak, jak z dzikim, straumatyzowanym zwierzęciem. Nie można wyciągnąć go na siłę z kryjówki. Najpierw należy stworzyć warunki, aby samo zaczęło oddychać swobodniej, podnosić powieki i rozglądać się wokoło. Może wtedy samo zdecyduje, że można już podnieść głowę. A wtedy możliwe będzie więcej… 

    Czułam, że życie tli się jeszcze w mojej salamandrze.  

    Trwałam przy niej kolejne dni, trzymając wyśniony słój na kolanach i szepcząc do mojej salamandry. Z czułością otwierałam powoli to, co zamknięte bardzo dbając w tym czasie… 

    O siebie. 

  • 78. Fotografie – sen dokumentujący przejście

    25/26.04.2026 

    Byłam w niewielkim nowo otwartym sklepie, w którym sprzedawano między innymi filcowe torebkami, biżuterią, dodatki i koraliki z minerałów, w realu ten sklep nie istnieje, ale w tym miejscu był kiedyś podobny, w którym na prawdę kupowałam minerały do wyrobu biżuterii.  

    Byłam tam chyba z partnerem (w realu jestem sama), kupiłam czarny spękany agat, płaski owal.  

    Później wróciłam do tego sklepu sama, oglądałam rzeczy leżące na półkach, były tam filcowe broszki, dokładnie takie jakie ja kiedyś robiłam i pomyślałam, że nie ma sprawy, nie będę dochodzić praw autorskich, bo nie zajmuję się już rękodziełem, niech je sobie ta pani spokojnie tworzy.  

    W kurtce miałam plastikowe pudełko, w którym trzymałam kamienie, ten który kupiłam wcześniej i podobny agat, stary który zabrałam z domu. Chciałam koniecznie kupić turmalin, wiedziałam, że go potrzebuję, ale nie wiedziałam, jak wygląda. Kobieta zapytała czego szukam? Okazało się, że nie ma tego minerału, ale zamówi go dla mnie. Zapytała o kolor, powiedziałam, że chcę różowofioletowy, ale oczami wyobraźni widziałam też zieleń o tym jednak nie wspomniałam.  

    Odeszła na zaplecze i zamawiała kamienie przez telefon mówiąc płynnie po chińsku. Zdawało mi się, że znam tą kobietę i że kilka lat wcześniej prowadziła tu już sklep. Okazało się, że to nieprawda, to pierwszy sklep jaki prowadzi.  

    Minerały do odbioru miały być jutro.  

    Wyszłam ze sklepu, szłam ulicą. Spotkałam jakieś kobiety, poszłam z nimi.  

    Miałam ze sobą pudełko z minerałami w kieszeni kurtki i jakiś suplement w półlitrowym plastikowym słoiku w plecaku.  

    Trafiłyśmy do poradni leczenia uzależnień. Chodziłam tam kiedyś na terapię dla współuzależnionych. Teraz było zupełnie inaczej, pacjenci byli dziwni, chorzy psychicznie, zaburzeni lub wrogo do mnie nastawieni. Czułam, że to już nie jest to samo miejsce.  

    Weszłam z tymi kobietami na ich terapię. Terapeuta zaczął się nad sobą użalać, że jego największą traumą z dzieciństwa było to, że jego ukochana drużyna piłkarska w jakiś sposób go zawiodła, mówił o tym długo i z wielkimi emocjami, ale nie pamiętam co było źródłem zawodu.  

    Chciałam podzielić się suplementami z jedną z kobiet, ale terapeuta napadł na mnie, mówił, że tam są dodatki, których ona nie potrzebuje, mówił o kredzie lub talku i że ja też nie mogę tego brać. Zachowywał się okropnie. Wstałam i w emocjach powiedziałam, że szczeniak płaczący nad przegranym meczem nie będzie mi mówił co mam robić z życiem.  

    Wybiegłam stamtąd tak jak stałam. Wróciłam w okolicę mojego domu i sklepu, było już jutro, ale pomyślałam, że jest rano, więc nie będę jeszcze pytać o zamówienie, zaczekam do popołudnia.  

    Zauważyłam nieodebrane połączenie w telefonie. Oddzwoniłam, okazało się, że dzwonili z poradni, w której byłam. Oddzwaniając, połączyłam się z filią poradni i kobieta nie wiedziała czego dotyczyła sprawa, w której do mnie dzwoniono. Pomyślałam, że chodzi o pozostawione przeze mnie rzeczy. Zostawiłam tam wczoraj kurtkę i plecak. Postanowiłam, że wrócę tam i odbiorę swoje rzeczy, ale odciągałam się z tym.  

    Spotkałam kobietę ze sklepu i przypomniało mi się kim jest. Chodziłyśmy razem na zajęcia wokalne. Nie pamiętała mnie, przyłożyłam rękę do czoła, żeby pokazać jej jaką krótką grzywkę wtedy miałam, rozpoznała mnie natychmiast.  

    Szłyśmy razem ulicą. Zauważyłam, że w studzienkach kanalizacyjnych zamiast kratki wetknięte były dziecięce samochody (takie duże wywrotki do piaskownicy). Powiedziałam mojej towarzyszce, że tu musi mieszkać moja koleżanka z terapii, bo tylko ona mogła tak ozdobić ulicę przed domem.  

    Podeszłyśmy do niewielkiego muru, był mojego wzrostu. Wdrapałam się na górę, koleżanka nie dała rady, podałam jej rękę i przeciągnęłam ją na drugą stronę jednocześnie robiąc zdjęcia, bo uznałam, że to będą super ujęcia na których widać, jak ona przeskakuje. Taka dokumentacja fotograficzna przejścia. Zamiast koleżanki na drugiej stronie wylądował mój syn. Powiedziałam mu o zdjęciach i chciałam pokazać, jak wyszły.  

    Zdjęcia były na papierze, nie cyfrowe. Pokazywałam jedno po drugim i nie było tam mojego syna. Ze zdziwieniem zauważyłam, że jestem na nich ja przechodząca przez mur. Zastanawiałam się jak to możliwe, że przecież nie robiłam zdjęć sobie miałam przecież zajęte ręce. Mój syn był rozczarowany, że nie było tam jego wizerunku. 

    Dziś ten sen odczytuję wyjątkowo jasno. 

    Mam poczucie, że przeszłam już swoją drogę. Czuję, że jestem wolna od współuzależnienia. Czy rzeczywiście tak jest? Czas pokaże. 

    Mój syn wciąż jeszcze czasem wikła się w ratowanie swojej byłej dziewczyny, ale widzi coraz więcej i nie wiąże już z tą relacją swojej przyszłości. 

    Mam też koleżankę, której podaję rękę. Nie wiem jednak, czy uda jej się przejść na drugą stronę. Na razie przegrywa walkę o siebie. 

    I nie wynika to wyłącznie z jej słabości. To także jej decyzja. 

    Najbardziej poruszył mnie jednak ostatni obraz. W wielu moich snach pojawiał się już wcześniej motyw, aparatu lub telefonu, którym próbowałam zrobić zdjęcie. Nigdy wcześniej się to nie udało.  Aż do teraz. Zrobiłam zdjęcia i to jakie… Byłam przekonana, że dokumentuję czyjąś drogę. Tymczasem na wszystkich zdjęciach zobaczyłam siebie. 

    Chyba naprawdę kupię ten turmalin. 

    Podobno chroni. 

  • 69. Dom większy niż dom – sen o fundamentach 

     

    2/3.03.2026 
    (Dziś w południe pełnia i zaćmienie jednocześnie). 

    Byłam w jakimś hipermarkecie. Próbowałam kupić sobie bieliznę, szukałam podkoszulki, później stanika. Nic mi się nie podobało albo było nieodpowiedniej jakości. Jedyne, co kupiłam, to duża torba szpinaku. 

    Przyszłam na urodziny mojej 17-letniej wówczas uczennicy razem z inną, o rok starszą dziewczyną. I znów motyw półotwartej przestrzeni domu. Jej pokój od domu rodziców oddzielało podwórko pokryte trawą. Będąc tam, czułam, że nie jestem potrzebna. Jubilatka zajmowała się swoimi sprawami. 

    W pewnej chwili postanowiła przebudować swój pokój. Wzięła w rękę duży pług i wbiła go w parkiet na podłodze, następnie przejechała nim przez pokój i połowę podwórka. Pod podłogą i trawą były cegły. Wyglądało to tak, jakby odkryła fundament. Zostawiła pracę na takim „rozgrzebanym” etapie i wróciła do swoich spraw. 

    Przyszły psy, a może tylko jeden. Wyglądał jak mieszaniec golden retrievera. Był stary i miał coś z sierścią. Miejscami była… może sfilcowana, skołtuniona lub jakaś dziwnie kędzierzawa. Głaskałam tego psa. Był bardzo przyjazny. 

    Uczennica, z którą przyszłam, czuła się równie niepotrzebna jak ja. Spojrzała na mnie wymownie i powiedziała, że już 16.30. Zrozumiałam i powiedziałam, że musimy już iść. 

    Przyszli rodzice jubilatki, zszokowani stanem podłogi i podwórka, ale bardziej zdziwieni niż zdenerwowani. Chcieli, żebyśmy zostały z innymi gośćmi (były tam jeszcze chyba dwie nastolatki), ale byłyśmy zdecydowane wyjść. 

    Opuściłam już pokój, ale wróciłam jeszcze do środka, bo zapomniałam zabrać mój szpinak. Wzięłam torbę w ręce i wtedy dopiero wyszłam. 

    Bardzo lubię ten sen. Niesie ze sobą spokój. 

    Aby móc kontynuować moją podróż w głąb siebie i móc zajrzeć do ciemnej nory z poprzedniego snu, musiałam zobaczyć, jak solidne są moje wewnętrzne fundamenty. 

    A moje fundamenty wychodzą poza dom. Jeśli zatrzymałyby się w obrębie pierwotnych rodzinnych murów, byłoby to stanowczo za mało. 

    To, na czym dziś opieram to, kim jestem, to nie tylko rodzina pochodzenia. 

    To szeroko pojęta rodzina, na którą składają się nie tylko bliscy mi ludzie. Również te dziewczynki i ich rodzice są częścią tego świata. Dzięki ich obecności mogę budować moje poczucie przynależności, bezpieczeństwa, troski, czułości, akceptacji i wsparcia. 

    Moje fundamenty wyrastają ze współistnienia wszystkiego, czym się otaczam. Nie są to tylko bliscy mi ludzie: mój syn, rodzina, Darek, dzieci i ich rodzice, przyjaciele i znajomi. To również moje zwierzęta, przyroda, sztuka, literatura i nauka. 

    To cały mój świat. 

    I jednym z głównych składników moich fundamentów jest wolność. Zawsze mogę zabrać mój szpinak i wyjść, a to, że nie czuję się czasem potrzebna, nie umniejsza żadnej z tych więzi. 

    Co ciekawe, tydzień temu (4 miesiące po śnie) otrzymałam zaproszenie na rodzinną część imprezy urodzinowej z okazji osiemnastki tej właśnie uczennicy. 

    Jeszcze nie wiem, czy się wybiorę. 

    Będzie tam cała rodzina. 

    Nie wiem, czy jestem tam potrzebna. 😉 

  • 66. NAMASTE – sen o pożegnaniu. 

    16/17.02.2026 

    Byłam w mojej kamienicy na parterze. Słyszałam sąsiadów, którzy się kłócą, czy może raczej jednego sąsiada, który na kogoś krzyczy. Myślę nawet, że to była piwnica, nie parter, ale nie mam pewności. Ten krzyczący sąsiad to stary ubek, który ciągle się awanturuje i wszystkich dookoła zastrasza, więc w ogóle mnie to nie zdziwiło. 

    Weszłam na górę. Przy moich drzwiach spotkałam sprzątaczkę. Zamiatał jednak jakiś młody chłopiec, wyglądał, jakby się przyuczał. Zaprosiłam ich do siebie, chciałam zrobić im kawę. Ale nie mogłam znaleźć odpowiednich filiżanek, bo nie chciałam podawać im kawy w byle jakich. Chciałam podać ją w takich wyjątkowo ładnych. Szukałam, czy nie ma takich, które nie są ani w zmywarce, ani w szafce, tylko gdzieś sobie stoją zapomniane, bo te w szafce i zmywarce były beznadziejne. 

    Te poszukiwania strasznie długo trwały i trochę byłam zdenerwowana, że każę im czekać. A oni w międzyczasie sprzątali. To ciekawe, bo ta pani nie sprząta u mnie (nie zatrudniam sprzątaczki), tylko na klatce schodowej. 

    Szukając, weszłam do jakiegoś pokoju. To było bardzo dziwne miejsce, trochę jak zrobione z kamienia (grota?) czy z jakiejś starej cegły. Bez okien, pełno tam było kurzu i pajęczyn. Przyczepiła się do mnie pajęczyna. Zwinęłam ją w kulkę, rzuciłam z obrzydzeniem na ziemię, a pajęczynowa kulka sobie poszła, zahaczając o podłogę cienką nogą i czołgając się, czyli w środku był pająk. To było straszne. Ja bardzo nie lubię pająków. 

    Wyszłam stamtąd. Nie jestem pewna, czy właśnie w tym pomieszczeniu, ale udało mi się znaleźć filiżanki i w końcu podałam im kawę. Chłopiec sam znalazł sobie kubek. Nie byłam zadowolona, że wybrał właśnie ten. Był brzydki, krzykliwy i trochę infantylny, ale nie sprzeczałam się. 

    Sprzątałam… Była tam szyba w otwieranej komodzie. Szyba była całkowicie zamglona. Ściągnęłam z niej coś, co pokrywało ją w całości, też rodzaj pajęczyny czy czegoś takiego… To była dosłownie tafla przylegająca do szkła. Ściągnęłam ją w całości. Trochę mi było wstyd, że mam taki bałagan. 

    Przyszedł chłopak. Nie wiem do końca, kto to był, nie będę wymyślać, ale chciał, żebym zapisała go do fryzjera, którego podobno znam osobiście. Tak naprawdę nie znałam go osobiście, znałam jedynie kobietę fryzjerkę, która u niego pracuje. Obiecałam jednak pomóc i powiedziałam, że go zapiszę. 

    Bardzo się śpieszyłam, bo było tuż przed zamknięciem. Blisko mojego domu jest budynek przychodni. Zamiast iść dookoła, chciałam przejść tak, jakbym poruszała się palcem po mapie w linii prostej. Żeby dotrzeć do salonu fryzjerskiego, musiałam przejść przez ten budynek. Wspięłam się i szłam po dachu. Nagle zrobiło się stromo. Pomyślałam, że to nie jest bezpieczne, i zdecydowałam, że jednak nie będę szła górą. Postanowiłam wejść do budynku drzwiami, które zauważyłam pod dachem. Wystarczyło zeskoczyć, nie było wysoko. 

    Zeskoczyłam, weszłam do przychodni i nagle przybiegło do mnie kilka osób. Same kobiety: dwie panie doktor, które znam z tej przychodni, jakieś pielęgniarki. Chyba wszyscy pracownicy do mnie przybiegli, bo okazało się, że włączył się jakiś alarm. To ja go uruchomiłam i wszyscy przyszli zobaczyć, co wydarzyło się na dachu. Próbowali się dowiedzieć, bo mnie znają, co mi strzeliło do głowy, żeby chodzić po dachu. 

    Powiedziałam im, że mój brat zmarł wczorajszej nocy (to niestety prawda) i jego przyjaciel chciał koniecznie do fryzjera, więc chciałam go zapisać i zdążyć przed zamknięciem, ale… chyba już nie zdążyłam. 

    Zabrały mnie do pokoju socjalnego. Rozmawiałyśmy ze sobą tak normalnie, zwyczajnie. Czułam się zaopiekowana. Okazało się, że jest to dosyć duży gmach i znajdują się tam różne olbrzymie sale. 

    Weszłam do jednej z nich i zobaczyłam kwiat w donicy, ale nie było jeszcze widać w pełni rozkwitniętego kwiatostanu, jakby skrzydłokwiatu. Widać było tylko nitki podobne do tych, które okalają na przykład kolbę kukurydzy. Było to niesamowite, bo jak na filmie poklatkowym mogłam obserwować, jak niezwykła roślina rośnie. Kwiat zdawał się tańczyć w charakterystyczny sposób. 

    Nitki zaczęły falować. Były dosyć długie, a cały kwiat był znacznie większy niż mógłby być w rzeczywistości. Nitki miały może ze trzydzieści centymetrów długości. Zaczęły się składać i rozkładać jak poruszający się płomyk. Następnie podzieliły się na trzy części. W środku była większa, tańcząca łezka z nitek, a po bokach dwie mniejsze. Te boczne wyglądały jak rączki. 

    Kwiat nagle zaczął składać te rączki w geście NAMASTE. Poruszał się tak, jakby się kłaniał. 

    Pamiętam, że zwróciłam czyjąś uwagę na ten moment i powiedziałam, że to jest wyjątkowy czas, bo możemy właśnie teraz obserwować, jak ta niezwykła roślina rośnie. Byłam wzruszona i zachwycona, że mogę uczestniczyć w tym pięknym procesie. 

    Wróciłam do kobiet, które się mną zaopiekowały, i rozmawiałam z nimi jeszcze przez chwilę. To był czas, kiedy miały już iść do domów. Ich zmiana właśnie się zakończyła. Zaczęli pojawiać się mężczyźni. Przebierali się w ubrania do pracy. 

    Jeden z mężczyzn wyszedł z przebieralni w cienkim dresie. Jego męskość odciskała się pod materiałem. Była ogromna, wręcz monstrualna, grubsza niż przedramię dobrze zbudowanego mężczyzny, z wyraźnie zaznaczonym żołędziem. Pomyślałam, że taki rozmiar musi być kłopotliwy pod każdym względem. 

    Chciałam już iść do domu, ale pragnęłam jeszcze raz zobaczyć ten nieprawdopodobny kwiat. Niestety nie mogłam już znaleźć tej sali. 

    Kiedy wracam myślami do czasu bezpośrednio po śmierci brata, zaskakuje mnie to, że czułam spokój. Pierwszego dnia życie płynęło normalnie, jakby wiadomość o tragedii w ogóle do mnie nie dotarła. Byłam cichsza, bardziej skupiona niż zwykle, ale wykonywałam wszystkie swoje obowiązki bez trudności. 

    Zaskakujące było jedno… Nie mogłam wypowiedzieć słów kluczy: śmierć, brat, pogrzeb. Pamiętam, że kiedy wyjaśniałam, dlaczego muszę zamknąć firmę na jeden dzień, nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Jakby te słowa nie mogły przejść mi przez gardło. Było to niemal fizyczne odczucie blokady. 

    Wyjaśnić musiałam, więc zrobiłam to za pomocą rebusu: „podróż bez możliwości powrotu” i „nie siostra”. To wystarczyło. Przyjaciółka zrozumiała i pomogła mi w wielu kwestiach. 

    Kiedy jednak musiałam powiększyć zdjęcie brata w zaprzyjaźnionym zakładzie poligraficznym, całkowicie się rozsypałam. Tu rebusy już nie wystarczyły, bo musiałam doprecyzować, czego potrzebuję, a zdjęcie miało pasować do ramy o konkretnych wymiarach. Kobiety pracujące w tym miejscu otoczyły mnie opieką. Nie znałyśmy się na tyle, a jednak tuliły mnie do siebie na zmianę, a zdjęcia dostałam za darmo. Nie chciały przyjąć zapłaty. 

    Wiele osób, nienależących do rodziny, okazało mi troskę i wsparcie. Wieńce od znajomej kwiaciarki – niemal po kosztach. Obiad na stypę z olbrzymią zniżką. Miejsca parkingowe dla moich gości zabezpieczył portier z budynku, w którym wynajmuję lokal. Jedna z mam moich zawodowych dzieci, nieproszona, zapłaciła za wszystkie zajęcia do końca roku szkolnego. To nie były puste wyrazy współczucia. To było realne, praktyczne wsparcie. Dzięki niemu udało mi się zorganizować wszystko, co było potrzebne, aby godnie pożegnać brata. 

    W samotności płakałam oczywiście niemal bez przerwy, ale nie było w tym niezgody. Choć brat był młodszy ode mnie o pięć lat, miał trójkę dzieci i nie zdążył na przeszczep serca. Nowe serce spóźniło się zaledwie o kilka dni. Była we mnie niezrozumiała akceptacja i silne przekonanie, że tak miało być. Pozwalałam sobie na płacz, na żałobę, na rozpacz i wiedziałam, że tak właśnie powinno być. Że jest to naturalne. Przy ludziach jednak wystarczyło nie używać słów kluczy i… robiłam swoje. Moja rozpacz nie ciążyła na cudzym życiu. 

    A sen… Wiedziałam wówczas, że mój brat jest już w lepszym miejscu, ale jeszcze nie docelowym. Myślałam o tym jak o momencie przejścia i zastanawiałam się, czy sen był jedynie pięknym, symbolicznym pożegnaniem. Czy może czymś więcej? Bo NAMASTE jest uznaniem boskiego pierwiastka w drugim człowieku a ja widziałam przecież to, co po drugiej stronie. Co prawda była to jedynie wizja z hipnozy regresyjnej, ale zapisała się we mnie tak silnie, że wiem, że niesiemy w sobie światło.  

    Od tamtej pory, ilekroć z miłością składam pokłon drugiemu człowiekowi, mam poczucie, że cały wszechświat rozpala się świetlistymi nićmi.  

    I taki pokłon składam dziś mojemu bratu.