W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: żałoba, śmierć, pożegnanie, odchodzenie, ostatnie pożegnanie, czerwone drzwi, czerwone buty, próg, ogień, kremacja, znaki, synchroniczność, przedsen, ćma, przyjaźń, pamięć, kobiecość,

  • Trzeba już odejść od stolika II — Czerwone drzwi 

    Dziś muszę wrócić do historii przerwanej w PIĄTEK 28 sierpnia. 

    Po zwolnieniu Darka z funkcji, jaką pełnił w moim życiu i naprawdę pod każdym względem dobrym lunchu wróciłam do domu, zabrałam ze sobą dwie pary butów kupionych poprzedniego wieczora i poszłam do szpitala. 

    Bardzo chciałam, żeby moja przyjaciółka sama wybrała te, w których wyruszy w ostatnią drogę. 

    Spała, kiedy weszłam do sali. Przyszła nasza koleżanka z pracy. Rozmawiałyśmy chwilę i wtedy przebudziła się na moment, ale nie było już z nią pełnego kontaktu. Koleżanka mówiła, żeby nie odchodziła, że nie może nas zostawić, że jeszcze nie teraz. 

    Zdenerwowało mnie to bardzo, bo wydało mi się egoistyczne. Ona chciała już odejść. Miała do kogo. Po drugiej stronie czekały na nią matka i córka. Tu było już tylko cierpienie. Rak jajnika z przerzutami do całej jamy brzusznej i ból. 

    Poiłam ją butelką dla dzieci z wesołym leniwcem zwisającym beztrosko z gałęzi. Dotarło do mnie, że to może być ostatni moment i wyprosiłam koleżankę na chwilę. Kiedy się zbierała, pomyślałam, że nie chcę szeptać, więc wyprosiłam również pacjentkę leżącą na drugim łóżku. 

    Wyszły. 

    Podziękowałam wtedy mojej drugiej matce za całe dobro, jakie wniosła do mojego życia. Powiedziałam, że sobie poradzę. Opowiedziałam o lunchu i o tym, że poznałam dziś naprawdę fajnego faceta. Poprosiłam, żeby nie martwiła się o nas. Powiedziałam, że zostawia ten świat w lepszej kondycji, niż go zastała, i że zabiorę ze sobą wszystko, czego mnie nauczyła. 

    SOBOTA 

    Od piątku wszędzie już i we wszystkim widziałam znaki. 

    Kiedy jak co dzień piłam poranną kawę na balkonie, na śniadanie przyleciał mój zaprzyjaźniony gołąb. Karmiłam go ziarnami, odwrócona tyłem do stolika, kiedy usłyszałam za plecami szum skrzydeł. 

    Przyleciał zupełnie obcy gołąb i wylądował, obejmując łapkami brzegi mojego ulubionego kubka. Po chwili wzbił się w powietrze, zrzucając jednocześnie kubek na podłogę. 

    Patrzyłam na rozlaną kawę i kawałki rozbitej porcelany i widziałam już tylko nadchodzącą śmierć. 

    Moja przyjaciółka już się nie obudziła. Nie piła. Pielęgniarka zapytała, czy podam jej leki. Pytanie było dla mnie zupełnie absurdalne. Patrzyłam na nią oszołomiona. Bo jak? Jakim cudem podać tabletkę nieprzytomnej osobie? 

    Poprosiłam, żeby podano leki w kroplówce. Po godzinie podano jej paracetamol. Wydawało mi się, że to wystarczyło. Oddychała już spokojniej. 

    Po pracy przyszłam jeszcze na chwilę. Zastałam je wszystkie. 

    Mówiła, że musi nas sobie przedstawić. Podobno wiele nas ze sobą łączyło. 

    Było nas pięć. One stały po dwie po obu stronach łóżka, ja stanęłam pośrodku. 

    Jedna z nich odezwała się wreszcie: 

    „Wyglądamy jak czarownice”. 

    „Ale dobre” — odpowiedziałam. 

    Pomyślałam wtedy, że gdybyśmy chwyciły się za ręce i myślały intensywnie o tym, jak ONA wchodzi do wyśnionego przez siebie różanego ogrodu i wita się z oczekującymi na nią matką i córką, może pomogłybyśmy jej odejść. Nie miałam jednak śmiałości, żeby wypowiedzieć tę myśl na głos. 

    Wyszłyśmy na korytarz. Przedstawiłam się. Wiedziały, kim jestem i ja wiedziałam, kim one są. Słyszałyśmy już przecież o sobie nawzajem. Wymieniłyśmy się telefonami i ustaliłyśmy dyżury. 

    NIEDZIELA 

    Wychodząc rano z domu, na klatce schodowej zobaczyłam piękną, olbrzymią ćmę. Tłukła skrzydłami o szybę, migocząc czerwono nakrapianymi skrzydłami. Pomyślałam wtedy o butach. Moja przyjaciółka nie była na tyle przytomna, żeby móc samodzielnie je wybrać. Wybrałyśmy za nią. Czerwone czółenka z eleganckim paskiem na niewysokim, zgrabnym obcasie. Wyglądały, jakby miała tańczyć w nich flamenco. 

    Kiedyś, kiedy siedziałyśmy w naszej ulubionej kawiarni, opowiadała mi o swojej matce. Za pierwsze zarobione pieniądze kupiła sobie buty. Była szczęśliwa, kiedy przyniosła je do domu. Położyła pudełko na stole i otworzyła, pokazując swojej matce (babci mojej przyjaciółki) piękne czerwone półbuty na niewysokim obcasie. Kobieta otworzyła szeroko oczy i powiedziała: 

    „Dziecko. Ty nie możesz tego założyć. Ty wiesz, kto chodzi w takich butach? W TAKICH butach chodzą tylko ARTYSTKI!” 

    Mama mojej przyjaciółki zmuszona była oddać buty do sklepu, a historia ta była przekazywana z pokolenia na pokolenie w ich rodzinie jako barwna anegdota. Dla mojej przyjaciółki czerwone buty stały się symbolem kobiecego wyzwolenia. Wtedy właśnie, przy kawiarnianym stoliku, usłyszałam od niej po raz pierwszy, w jakim obuwiu chce przekroczyć ostatni próg. Obiecałam, że tego dopilnuję. Wtedy wydało mi się to całkiem zabawne — taki rodowy bunt z przytupem. Taki bunt wymagał porządnego obcasa. 

    Ale w chwili, kiedy wypuszczałam ćmę na wolność, nie widziałam w tym nic zabawnego. Bałam się, że po przyjściu do szpitala zastanę puste łóżko. 

    Była tam jeszcze. Nie otworzyła już oczu. Miałam wrażenie, że jest zniecierpliwiona zabiegami wokół niej, przypinaniem kroplówki, dotykiem, zwilżaniem ust. Miała taki wyraz twarzy, jakby chciała powiedzieć: „Zostawcie mnie już w spokoju”, a może tylko mi się wydawało. 

    PONIEDZIAŁEK 

    Wcześnie rano prasowałam koszulki, które zabrałam wczoraj ze szpitala, żeby je wyprać, kiedy przyszedł SMS. Tego dnia nie płakałam po raz pierwszy od czwartku. Dokończyłam prasowanie, poskładałam koszulki i zamknęłam je w kartonowym pudełku. Schowałam je w garderobie. 

    Miała zwyczaj noszenia ubrań „do końca”, a i wtedy dało się coś jeszcze zrobić i przynosiła je do mnie. Zszywałyśmy sprute brzegi, naszywałyśmy łaty na przetarcia. Mówiła: „Ja te spodnie tak lubię”. 

    Turkusowa koszulka w maleńkie czarne jaskółki. Pakując ją do pudełka, myślałam o tym, że trafiłaby już niedługo do mojego domowego warsztatu. 

    Nie pamiętam wiele z tego dnia. Jakieś ustalenia: kto co robi, co potrzeba, kto gdzie jedzie. Po podziale wypadły mi tylko wspomnienia, rajstopy, dostarczenie ubrań i dopilnowanie czy zakład pogrzebowy należycie przygotował ją do pożegnania przed kremacją. 

    Czułam, że to mało. Dużo za mało. 

    WTOREK 

    Pogrzeb ustalony na sobotę. Nic do zrobienia. Dziewczyny chciały złożyć się ze mną na buty. Odmówiłam. Poprosiłam, żeby kupiły sukienkę do kompletu. 

    ŚRODA 

    Miałam kupić rajstopy i zawieźć ubrania do zakładu pogrzebowego. Nie byłam pewna czy to właściwe. Ona bardzo nie lubiła nosić rajstop. Tylko że zawsze chodziła w spodniach. 

    Stojąc nad półką z rajstopami w Rossmannie, biłam się z myślami. Pomyślałam, że jak szaleć, to szaleć. Jest obcas, to i rajstopy powinny być najlepsze. Kupiłam dwie pary. Tak w razie czego. 

    Przekazałam do zakładu pogrzebowego ubrania i ostatnie instrukcje. 

    CZWARTEK 

    Mam sprawdzić, czy wszystko przygotowane. Stoję przed drzwiami do sali pożegnań. Stoję i czytam napis wygrawerowany na złotej tabliczce. Czytam już któryś z kolei raz… POŻEGNAŃ… 

    Wchodzę w końcu. 

    I nagle okazuje się, że mam problem z rozpoznaniem w tej osobie mojej przyjaciółki. Włosy się zgadzają, wzrost się zgadza, dłonie są znajome, ale niczego więcej nie rozpoznaję. Rysy twarzy zmienione, na rękach siniaki po wenflonach. Pomyślałam, że powinni to jakoś zapudrować. A później przyszło mi do głowy, że ona kochała prawdę. Żadnego więc pudrowania. 

    Trumna była niewielka, wnętrze jasne, chyba kremowe. Wokół ciała białe i różowe kwiaty i… nogi. Patrzyłam na nogi. Nie były ułożone „na baczność”. Sprawiały wrażenie, jakby zastygła w półkroku. Pomyślałam, że jest w drodze i że tego też nie trzeba zmieniać. 

    Buty i sukienka były niemal idealnie w tym samym odcieniu ciemnomalinowej czerwieni. Wyglądały pięknie. Wyobraziłam sobie, jak wchodzi do różanego ogrodu, a jej matka i córka witają ją z entuzjazmem. Ona rozkłada ręce na boki i obraca się z dumą i śmieją się z tego jak z rodowego dowcipu. 

    I wtedy… 

    Wtedy zobaczyłam czerwone, ciężkie metalowe drzwi i przypomniało mi się to, co zobaczyłam w marcu, leżąc zapłakana w wannie wypełnionej ciepłą wodą. I przypomniałam sobie wirujący ogień. 

    I pomyślałam. Dziś kremacja. 

    Wtedy, w marcu, myślałam o prababci. Nie wiedziałam jeszcze, co znaczą czerwone drzwi. Później odczytałam je jako kolejny próg prowadzący mnie ku życiu, a ogień jako coś, co odnalazłam w sobie. 

    Stojąc teraz nad czerwienią w trumnie, wiedziałam, że bardzo się pomyliłam. Że dziś oddaję ogniu tę czerwień, która leży przede mną. I nie o moje życie wtedy chodziło. 

    I nie o mój próg.