W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: wybór siebie

  • 25. Rozstanie 

    Darek wyruszył w długą podróż po Azji. Niemal codziennie otrzymywałam od niego zdjęcia i filmy z podróży. Czułam się jakbym podróżowała razem z nim.  Oczywiście nie byłam jedyną osobą, która mogła zobaczyć te zdjęcia, ale część z nich była zrobiona specjalnie dla mnie. Filmował i fotografował również rzeczy, zwierzęta i miejsca związane bezpośrednio z moimi zainteresowaniami. Dawało mi to dużo, bardzo dużo. Czułam się nareszcie dla kogoś ważna. W ciągu tych kilku letnich spotkań otrzymałam więcej czułości niż wciągu całego mojego życia a teraz oglądałam zdjęcia z końca świata i wiedziałam, że tam, bardzo daleko Darek robi coś specjalnie dla mnie. Poświęca swój czas i uwagę rzeczom, które go nie interesują, rzeczom, które interesują MNIE. No i wpadłam. Wtedy byłam oszołomiona, przeszczęśliwa, chłonąca wszystko i zalana odzyskanymi emocjami. Teraz widzę to tak. Odmrożone emocje, otwartość i poczucie bezpieczeństwa połączone z byciem widzianą. Najpierw zalewana oksytocyną w czasie sporadycznych spotkań, później brak kontaktu, za chwilę ciepły sms, albo mail, znów cisza, spotkanie na chwilę po to, żeby się przytulić, chwila rozmowy… Chaos i koktajl hormonalny. Ciągłe analizowanie, co napisał, co miał na myśli. Intensywność i życie w przetrwaniu. Czyli… czułam miłość!!! 

    A jednocześnie byłam pewna, że to nie ma sensu, że to wcale nie jest relacja. Bo w relacji jest po równo, a ja czułam, że nie mam prawa oczekiwać. I to nie była jego wina. Ja nie dawałam sobie do tego prawa. Dopiero wtedy zaczynałam rozumieć, że miłość bez prawa do własnych potrzeb nie jest bliskością. Jest tęsknotą za nią. A ja wolałam iluzję, bo prawda wymagałaby konfrontacji. Bo jeśli to ja chciałabym kontaktu mógłby odmówić, mógłby mieć lepsze rzeczy do zrobienia. Z lęku przed odrzuceniem zadowalała mnie iluzja. No właśnie. Dotarło to do mnie boleśnie razem z jednym arcyważnym zdjęciem z Azji. Zdjęcie całkowicie niepozorne. Darek wysłał mi kilka tysięcy zdjęć i filmów, piękna architektura, krajobrazy, rośliny, zwierzęta, ptaki, ludzie, autoportrety a ja bez chwili zastanowienia zrobiłam zrzut ekranu zdjęcia hotelu. Nie robiłam tego nigdy wcześniej. To zdjęcie zrzuciłam, wydrukowałam i oprawiłam. Kilka godzin później stało już w mojej sypialni. I stoi tam do dziś. Hotel nazywa się SAMSEN. Odczytałam: Sam Sen. Tylko ja zobaczyłam to w ten sposób. Darek tego nie zauważył, zdziwił się nawet, że można zobaczyć to w ten sposób.  

    A ja patrząc na to zdjęcie myślałam o Darku. Myślałam, że to piękne spotkanie jest jak sen. Sam Sen. Iluzja. 

    W połowie września już wiedziałam, że muszę rozstać się z Darkiem, ale jeszcze tego nie zrobiłam. Było w tej “prawie relacji” tak wiele dobra i miłości, które czułam.  

    Wtedy przyszedł przedsen. 

    I to nie był sen, to był ten moment na granicy snu i jawy. Zobaczyłam taki obraz: jestem w ciemnym pomieszczeniu, tłukę pięściami o zamknięte, metalowe, ciężkie, wielkie drzwi i wołam Darka. Jestem przerażona. Śmiertelnie przerażona. Myślałam, że to on zatrzasnął te drzwi. Bałam się, że mnie tam zostawi.  

    Przez dłuższy czas nie mogłam dojść do siebie. Bardzo się bałam, że stało się coś niedobrego. Dokładnie w tym czasie Darek wracał do Polski wiedziałam, że najprawdopodobniej jest w powietrzu, nie wiedziałam, gdzie dokładnie. Kiedy byłam naprawdę zaniepokojona wysłał mi wiadomość (często odzywał się wtedy, kiedy intensywnie o nim myślałam) z najpiękniejszym, zrobionym z samolotu zdjęciem chmur jaki widziałam. Przepiękne jak wata cukrowa rozsypana tysiącami po sam horyzont. Odetchnęłam z ulgą. Nie powiedziałam mu co zobaczyłam. Nie chciałam go martwić. Napisałam tylko, że miałam “debilny sen” – nie pytał jaki. 

    Po powrocie nie odezwał się od razu.  

    Po kilku dniach znalazłam pretekst i rozstałam się z Darkiem wysyłając maila. Nie spotkaliśmy się już aż do pewnej zaczarowanej chwili 10 miesięcy później, ale o tym innym razem. 

    A Sam Sen… okazało się wkrótce, że miał zupełnie inne, ważniejsze znaczenie. 

  • 7. NIEWYBIERALNA II

    Poprzedni wpis przeleżał w moim komputerze jakieś dwa tygodnie, nie zamierzałam go publikować, bo wydał mi  się niewystarczająco istotny. Ale dużo zastanawiałam się nad moimi nietrafionymi życiowymi wyborami i wtedy przyszło jedno z moich zawodowych dzieci z poważnym problemem relacyjnym, z traumą odrzucenia jakiej doświadczyło w szkole. Zwykle tak się dzieje, że dzieci przynoszą do mnie rzeczy, które znam dzięki temu łatwiej mi im pomóc. I wtedy kliknęło… Przypomniało mi się pewne doświadczenie z dzieciństwa, które zaważyło na moich relacyjnych losach bardziej niż mogłam kiedykolwiek przypuszczać.  

    Miałam może 11 może 12 lat. Odwiedziłam koleżankę z klasy, wisiałyśmy głową w dół na trzepaku przed jej blokiem, kiedy przed nami stanął chłopiec z piłką. Zamienił z moją koleżanką dwa słowa i zniknął w drzwiach klatki schodowej. Znałam go ze szkoły, chodził do równoległej klasy. Koleżanka zaczęła opowiadać o nim, że są przyjaciółmi, mieszkają obok siebie, często rozmawiają, że jest bardzo miły i.… zwierzył jej się ostatnio, że zakochał się we mnie, ale ze względu na swoją nieśmiałość nie potrafi mi tego wyznać. Na pewno zbierze się wkrótce na odwagę. Wystarczy zaczekać. Pamiętam jakby to było dziś jak wszystko nagle rozśpiewało się dokoła. Ktoś mnie kochał!!! Mnie!!! To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Przez kilka tygodni czekałam cierpliwie. Nie mogłam się jednak powstrzymać i za każdym razem, kiedy pojawiał się na szkolnym korytarzu patrzyłam w jego kierunku z zachęcającym, ale subtelnym jak mi się wydawało uśmiechem. Jakiegoś podłego zimowego dnia, pamiętam przemoczone buty i śliską chlapę pod nogami. Wracałam ze szkoły, kiedy zatrzymały mnie dwie dziewczynki z klasy tego chłopca. Chciały przekazać mi od niego liścik. Powiedziałam, że dziękuję, ale wiem już wszystko i kartka nie jest potrzebna, ale upierały się, żebym jednak przeczytała. Wzięłam kartkę, otworzyłam ją i zamarłam. Odczytałam ją, złożyłam wolno, podziękowałam dziewczynkom i poszłam w stronę domu. Długo stałam pod klatką w topniejącym śniegu i nie mogłam wejść do środka.  Byłam pewna, że cała szkoła znała treść listu. Nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Jak mam żyć.  Zmarznięte stopy, pamiętam to dokładnie, bardzo bolały mnie z zimna a w dłoni ściskałam kartkę z koślawo zapisanym “Co się tak gapisz?”. 

    To nie jest tylko wspomnienie z dzieciństwa, to jest moment, w którym powstał wzorzec. 

    Mała JA, pełna nadziei na coś niezwykle pięknego, otwarta, ufna, cierpliwa, wybrana i nareszcie pierwszy raz w życiu kochana. I co dostało to małe dziecko? Publiczne zawstydzenie, odrzucenie w postaci kpiny i przede wszystkim podważenie własnego odczytu rzeczywistości. Co zapisało się w tej dziewczynce? Jakie przekonania wytworzyła i szła przez życie wiele dziesięcioleci? Po pierwsze – mogę się bardzo pomylić, po drugie – kiedy się otwieram mogę zostać odrzucona lub ośmieszona i przede wszystkim – NIE MOGĘ UFAĆ TEMU CO CZUJĘ I WIDZĘ.  

    I co mi to dorosłej robi?  

    Kiedy spotykam kogoś, kto okazuje mi zainteresowanie (a podobno jestem całkiem atrakcyjna i wyglądam średnio 5-10 lat młodziej, zależnie od dnia😉). Taki mężczyzna na przykład patrzy, w specjalny sposób i uśmiecha się ciepło a ja robię dwie zaskakujące rzeczy. Natychmiast podważam interpretację i zamykam się dla bezpieczeństwa. Bo moje ciało mówi: O! Coś jest na rzeczy! A stary zapis natychmiast wrzeszczy: Uważaj, bo możesz się ośmieszyć! I nieświadomie wykonuję mikro ruch wycofania. Maleńki, delikatny, odwracam wzrok, nie odwzajemniam uśmiechu, nie wchodzę w kontakt. I tu paradoks, jestem otwarta, żywy kontakt z drugim człowiekiem jest absolutną podstawą mojej pracy. Nie mam problemu z sytuacjami wymagającymi ekspozycji społecznej, jestem autentyczna i na luzie potrafię poprowadzić imprezę masową, a jednocześnie jedno męskie spojrzenie wyrażające zainteresowanie potrafi sprawić, że czuje się NIEWYBIERALNA. Czujecie ten absurd?  

    Głupi, okrutny kawał jaki zrobiły mi dzieciaki nie mówił przecież o mojej wartości, ale o ich braku empatii i niedojrzałości. Umówmy się, dwunastoletni chłopiec nie jest zdolny do uczuciowego zaangażowania. Strategia przetrwania jaką wytworzyłam sobie na bazie tego doświadczenia, jest w tej chwili dalece nieadaptacyjna. 26 lat spędziłam z człowiekiem, który traktował mnie w sposób czysto użytkowy, dla którego nigdy nie byłam priorytetem (prawdziwą relację utworzyć potrafił jedynie z alkoholem) a czułość i bliskość jakiej doświadczyłam z Darkiem sprawiła, że zwiałam zanim naprawdę go poznałam, wystraszona intensywnością własnych uczuć, niepewnością pomieszaną z lękiem. Bo nawet w czułych objęciach nigdy nie czułam  się naprawdę wybrana. 

    Teraz kiedy już to wiem i potrafię ten wzorzec odczytać, zobaczymy jak daleko mnie ta wiedza zaprowadzi, na pewno bliżej siebie… a może dużo, dużo dalej 💗 

  • 6. NIEWYBIERALNA I

    Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego jest tak, że jestem sama. Jest na to obco brzmiące a dodające rzekomego splendoru określenie – singielka. Ja tam wolę SAMA, bo lubię bez woalu. Pierwszy raz w życiu jestem sama i bardzo sobie ten stan chwalę w wielu aspektach. Jest wygodny, daje mi pełną wolność, mogę realizować się, odnosić sukcesy, rozwijać zgodnie z moimi potrzebami, przyjąć pod dach trzeciego kota i nie pytać nikogo o zgodę. Jestem sprawcza, decyzyjna, samowystarczalna. Otaczam się tylko tymi ludźmi, którzy naprawdę dobrze mi życzą. Kocham moje dziecko, moich ludzi, moją pracę, moje zwierzęta te domowe i te, które same mnie wybrały i przylatują codziennie, bo chcą. Kocham moje drzewa za oknem, rzekę, która leniwie płynie i ziemię, po której stąpam. Każdą komórką mojego ciała i duszy jestem miłością. A jednak jestem sama. W zasadzie jestem szczęśliwa, jest we mnie spokój, którego nigdy wcześniej nie zaznałam a jednak ostatnio odzywa się we mnie… tęsknota. Nie rozumiałam za czym tęsknię naprawdę, za Darkiem? To nie do końca prawda, chociaż po niemal roku po rozstaniu nadal nie mam w sobie przestrzeni na nikogo innego. Bo to co mnie przy nim spotkało było pierwszym bezpiecznym silnym i prawdziwym uczuciem jakie przeżyłam. Było moim przebudzeniem do czucia, odpuszczenia kontroli, wsłuchania się w ciało i emocje. A uwolnione emocje zalały mnie z taką siłą, że nie byłam w stanie unieść tej relacji i musiałam się z niej pilnie ewakuować. Czułam wtedy coś czego nie czułam nigdy wcześniej. Nieprawdopodobnie silną potrzebę absolutnej ciszy. Nie słuchałam muzyki, przestałam chodzić do kina, na siłownię, ściankę, przestałam się spotykać z przyjaciółkami, nie odbierałam telefonów, nie włączałam komputera. Chodziłam do pracy, bo trzeba. Spacerowałam dużo, siedziałam nad rzeką, spałam więcej, nawet w dzień. To nie była zwykła rozpacz po rozstaniu to było moje 40 dni na pustyni, które otworzyło przede mną prawdziwy świat. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale nadal czuję się z Darkiem w jakimś stopniu połączona, jakby rozstania nigdy nie było. To był rok poznawania siebie na nowo, osadzania emocji w ciele, nauki słuchania siebie, medytacji, nieprawdopodobnych wglądów i przede wszystkim spotkania ze snami, które wchodząc w życie, pięknie i bardzo mądrze mnie prowadzą. Dopiero teraz kiedy jestem naprawdę ze sobą zatęskniłam za relacją. Tylko że teraz zmieniło się wszystko. Skończyłam z oczekiwaniami. Nie oczekuję już ze mężczyzna będzie obecny, stały, lojalny, czuły, dający poczucie bezpieczeństwa. Ja nie oczekuję. Ja WYMAGAM. Bo nie pragnę już, żeby ktoś mnie wybrał. A tak właśnie było z moim mężem alkoholikiem. Byłam szczęśliwa, bo nareszcie zostałam wybrana. To była iluzja, bo nie wybrał mnie, tylko moją empatię, komfort i opiekę. Teraz to ja chcę wybierać. Pierwszy raz wybieram i teraz chcę wybrać prawdziwą jakość. Wiem, że to na razie niestety nie jest możliwe, bo jest we mnie coś czego nie rozumiem. Dlatego na razie wolę być sama, bo jeszcze jestem czujna i reaguję lękiem nawet na prawdopodobieństwo pojawienia się głębokiej relacji, za którą tak bardzo tęsknię. Kiedy dowiem się, dlaczego tak jest, że nadal się boję, pomimo wielkiej pracy jaką włożyłam w poznanie siebie, terapii i transformacji jaką przeszłam z pewnością moje życie po raz kolejny zmieni się na lepsze. Wiem, że to przyjdzie. Bo zawsze przychodzi to co ma przyjść.