W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: współuzależnienie

  • 33. Sen o tym, że… NIE ODDAM MOJEJ BUŁKI!!! 

    6 / 7.11.2025 

    Byłam w dużym budynku przypominającym blok lub kamienicę w pomieszczeniach na parterze. Było tam dużo ludzi jakieś spotkanie chyba o charakterze zawodowym, ale „po pracy”. Przyszła tam również moja koleżanka, która odeszła do innego wydziału. Byłyśmy policjantkami. Ona wcześniej była moją partnerką razem prowadziłyśmy śledztwa. Siedziałyśmy w niewielkim pokoju były tam też inne osoby. Młodzi mężczyźni tacy w typie starszych harcerzy roznosili jedzenie. Weszli do naszego pokoju w czasie, kiedy żartowałam z koleżanką, mówiłam, że teraz już nie muszę opowiadać jej o sprawach, nad którymi pracuję.  Podeszli z pieczywem, nie byłam głodna, ale zabrałam długą bułkę i wkładając ją do kaptura powiedziałam -żartobliwie, że muszę ją zabrać, bo to moja ulubiona bułka, a jeśli tego nie zrobię koleżanka na pewno ją „podprowadzi”. Wyszliśmy na korytarz tam było dużo ludzi. Przyglądali się eksmisji, to było chyba piętro wyżej. Starsza kobieta, alkoholiczka na oko około 70, ale silna chociaż zniszczona. Bardzo nieprzyjemna, z takim zaciętym wyrazem twarzy. To nie był dobry człowiek. Okazało się, że była matką mojego partnera. Stanęłam przed nią i powiedziałam, że mogę ją nakarmić, że zapraszam ją na obiad, ale nie mogę dać jej miejsca w moim domu. Musi radzić sobie inaczej i że gdyby nie była taka złośliwa i podła dla ludzi łatwiej byłoby jej uzyskać pomoc i wsparcie. Przez cały czas miałam w kapturze bułkę. Nie podzieliłam się z nią. Ktoś wyniósł z jej mieszkania stare, brudne, zasikane, śmierdzące łóżko. Warunkiem jej powrotu do mieszkania było kupno nowego. Powiedziałam partnerowi, że można kupić tanie, wąskie łóżko, znalazłam w Internecie korzystne oferty i pokazałam mu. Później tańczyłam, ale tak jakby nie było grawitacji. Czułam lekkość, byłam pod samym sufitem. Partner poprosił mnie wtedy żebym pomogła mu wybrać nowe łóżko dla jego matki, mój Taniec oglądało kilku starszych mężczyzn chyba z rodziny. Powiedziałam: „No i koniec przedstawienia chłopaki. Już się na tańczyłam” i zeszłam na ziemię. Poszłam z partnerem na zakupy. Gdzieś w międzyczasie pojawiła się moja koleżanka (z terapii dla współuzależnionych realnego życia). Chyba idąc na wyższe piętro zajrzałam do jej mieszkania (w realu odeszła z dziećmi niedawno od swojego partnera agresywnego alkoholika) byłam w jej mieszkaniu było ładne jasne i czyste tylko dwa elementy nie pasowały do całości. Były to nieudolnie zbite z jakiejś starej dykty dwa niewielkie podesty, około 30 cm długości. Nierówne, niepasujące do siebie. Zapytałam co to? Powiedziała, że jej mąż to zrobił, że pomaga jej meblować mieszkanie. Zdenerwowałam się, bo wspieram ją od 3 lat, zdobyła się już na taki trudny krok, odeszła od człowieka, który bił ją przy dzieciach a teraz wpuszcza go do swojego życia i pozwala mu „meblować swoje mieszkanie. 

    Po śnie głodzie i atrapach, które nigdy mnie nie nakarmią pojawił się sen o tym jak mam karmić siebie i troszczyć się o swoje zasoby. Teraz wiem co jest moją kompetencją a co cudzą. Kiedyś oddałabym nie tylko bułkę. Oddawałam ludziom, pieniądze, rzeczy, jedzenie, wysiłek, zaangażowanie, czas i siebie całą do tego stopnia, że nie wystarczało mi energii na nic co moje. Teraz pomagam, bo tak trzeba, bo to ludzkie, bo jest to częścią miłości z jaką idę przez świat. Ale potrafię już nie brać na siebie cudzej odpowiedzialności i przede wszystkim chronię już moje zasoby. 

    Jednym słowem: najpierw zjem ja!!! 

  • 12. Smutek – początek powrotu do SIEBIE 

    Nigdy nie płakałam.

    Bo przecież “chłopaki nie płaczą” a ja byłam najlepszym synem mojego ojca. To ja wkręcałam śrubki, wbijałam gwoździe i regulowałam telewizor, gdy śnieżył. W moim domu nie płakaliśmy, bo i po co? Trzeba było dzielnie znosić. Znosić WSZYSTKO. Płacz był słabością a my nie mogliśmy być słabi. Słabi muszą zginąć a my… musieliśmy przetrwać.  

    Kiedy rozstałam się z mężem, byłam pewna, że przetrwam. Musiałam tylko rozwieść się z godnością, nie pozwolić odebrać sobie i dziecku mieszkania oraz utrzymać wszystko (dziecko, dom, zwierzęta i siebie oczywiście). Trudne, ale dam radę, przecież nie ma innego wyjścia. 

    Darek, którego znałam tylko na stopie czysto zawodowej zaprosił mnie na kakao. 

    Trochę dziwne to było zaproszenie.

    Przeczytał mój wpis na fb lub Instagramie. Zdawało mi się, że post był zupełnie neutralny, o równowadze w życiu i potrzebach jakie w sobie dostrzegam. Zaproszenie na kakao bardzo mnie zdziwiło, bo dopisek “nie martw się wszystko będzie dobrze” bardzo mnie zaskoczył.  Słowem w poście nie pisnęłam, że coś może nie być dobrze. Konsultowałam nawet z przyjaciółką, czy można wyczytać tam cokolwiek, co świadczyłoby o tym, że potrzebuje pocieszenia lub wsparcia. Niczego takiego nie zauważyła.

    Bardzo dbałam zawsze o to, żeby się nad sobą nie użalać i nie daj Boże nie sugerować komukolwiek, że może czegoś potrzebuję. A prośba o pomoc nigdy nie przeszłaby mi przez gardło. A tu ledwo znany mi człowiek, do którego co prawda czułam pewną słabość, sugeruje, że nie jest u mnie “dobrze”.

    No jak nie jest? Jak jest!

    Radzę sobie przecież. Pracuję po12 –14 godzin na dobę, na szczęście w połowie w domu, więc dziecko, które przygotowuje się do matury może na mnie liczyć. Rozwód -bardzo trudny- ogarniam. Chodzę na terapię indywidualną i grupową.

    Jakie “…będzie dobrze”?

    JEST DOBRZE!!! 

    Nie poszłabym na to kakao, gdybym nie miała z Darkiem do ustalenia kilku zawodowych kwestii.  

    To było najważniejsze kakao w moim życiu. Poszliśmy (ze względów zawodowych) do oddzielnej sali. Tam nikt nam nie przeszkadzał. Pijąc kakao załatwiliśmy co mieliśmy do załatwienia a później… rozmawialiśmy o duchowości, szokujących nieco ceremoniach i szamanizmie. Już sama ceremonia kakao była dla mnie lekko odrealniona, lubię ludzi autentycznych i kolorowych wiec słuchałam z uwagą, ale i lekką rezerwą. Potraktowałam to jak ciekawą opowieść, która mnie umiarkowanie wciągnęła, bo stojąc mocno na ziemi nie miałam nigdy potrzeby duchowych poszukiwań. Nawet w kościele mnie nie widywano, poza epizodem, w którym to mój syn postanowił śpiewać w kościelnym chórze dziecięcym i musiałam mu towarzyszyć. Uznałam to za fanaberie kolorowego chłopca po czterdziestce, który ma potrzebę mocnych doświadczeń, ale w końcu, kto bogatemu zabroni? Słuchałam trochę jak opowieści z “Rio Anakondy” Cejrowskiego, zupełnie inny świat, całkowicie nie mój. 

    Nie wiem, kiedy rozmowa zeszła na mój temat. Właściwie to nie pamiętam dokładnie czego dotyczyła. Pamiętam, że mówił o drzwiach. O tym, że czasem wystarczy chwycić za klamkę, a czasem drzwi same się otwierają lub mijamy je i widzimy uchylone i od nas zależy, czy przejdziemy przez nie, czy nie. 

    W jakim kontekście mnie to dotyczyło… nie pamiętam. Pamiętam drzwi w ciemnym korytarzu, które sobie wtedy wyobraziłam i cienką stróżkę światła snującą się na podłodze.  

    Niemal biegłam do domu ze ściśniętym gardłem. A kiedy dobiegłam, przekręcając klucz w zamku już płakałam. Płakałam i nie mogłam przestać. Łzy lały się ze mnie strumieniami, nie mogłam ich powstrzymać. Trwało to nieskończenie długo. Po dwóch godzinach nieprzerwanego płaczu, postanowiłam, że czas najwyższy to przerwać. Zdecydowałam, że malowanie będzie ukojeniem. Malowałam więc, malowałam obraz na zamówienie i… namalowałam inny. Namalowałam coś czego nie chciałam namalować i łzy płynęły mi w tym czasie po policzkach, choć byłam spokojna i skupiona. Tych łez nie dało się zatrzymać, one musiały się wylać, do końca. Płakałam ponad cztery godziny, a obraz… to pełnia emocji, emocji, do których nareszcie miałam prawo.  

    Po kilku dniach przyszedł sen. Pierwszy sen od dwóch lat. 

    22/23.01.2024 

    Kupiłam owoce w sklepie usytuowanym na parterze wysokiego budynku. Jakiś czas później (nie pamiętam co się działo pomiędzy) znalazłam się na dachu tegoż budynku. Trwała tam w najlepsze jakaś impreza, w której brałam udział.  Muzyka, rozmowy, żarty.

    Nagle spostrzegłam moją sprzedawczynię, która wypiła coś i krzycząc, że zawsze chciała to zrobić wzięła długi rozbieg i skoczyła z dachu.

    Mówili, że się zabiła. Nie patrzyłam w dół. Zeszłam po schodach i wyjrzałam na podwórze. Leżała na swego rodzaju płachcie. Wyglądającej jak szpitalny podkład higieniczny, ale większy niż zwykle. Na mój widok podniosła głowę. Zaniepokoiłam się, bo wymagała pomocy medycznej a pogotowie odjechało już stwierdziwszy wcześniej zgon. Próbowałam wezwać pomoc. Dzwoniłam na 112, ale zanim wpisałam kolejną cyfrę w telefon poprzednia znikała. Próbowałam wiele razy, uznałam, że w ten sposób jej nie pomogę i wyruszyłam w drogę poszukując lekarza. Przypomniałam sobie, że niedaleko jest przychodnia lekarska. Tam próbowałam znaleźć pomoc, ale nikt nie chciał jej udzielić. Wymyśliłam, że użyję innego numeru i zadzwonię do ratowników medycznych. Wróciłam do tej biednej kobiety, zadzwoniłam do ratowników i przekazałam im stan chorej. Sina opuchnięta twarz, ból karku i kręgosłupa, niedowład w kończynach górnych, przykurcze w dolnych. Mężczyzna w słuchawce powiedział, że jedzie. Znalazłam pomoc. 

    Potem nic już nie było jak dawniej a duchowość zaczęła powoli wchodziłć do mojego życia przez delikatnie uchylone drzwi. 

  • 11. WYTRZYMAM WSZYSTKO!!! Jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym. 

    Wczoraj wracając do domu byłam świadkiem wypadku, w którym ucierpiał maleńki piesek. Okoliczności wypadku w sensie winy i odpowiedzialności były niejasne, ale nie one są przedmiotem tych rozważań. Widok małego, trzęsącego się i dyszącego z szoku zakrwawionego psa, był impulsem, który uruchomił we mnie prawdziwą emocjonalną lawinę. Piesek był zaopiekowany, kiedy byłam już blisko widziałam kilka zakrwawionych chusteczek i dwie kobiety na kolanach pochylone z troską nad pieskiem. Nic tu po mnie, szłam dalej.

    Po kilku krokach poczułam się strasznie. Jakbym to ja klęczała nad krwawiącym psem i w dodatku miała związane ręce. Jakbym była kompletnie słaba i bezradna. Poczułam wzbierający we mnie szloch. I jedyne czego chciałam to wtulić się w Darka i płakać. Niemal dobiegłam do domu i płakałam najpierw z żalu, że takie maleństwo doznało krzywdy, potem z tęsknoty za silnymi, bezpiecznymi ramionami Darka. Chciałam móc mu powiedzieć co widziałam, jak mną to wydarzenie wstrząsnęło, jak silnie to przeżyłam, jak wielki lęk w sobie poczułam. Już raz przeprowadził mnie przez potężne graniczne doświadczenie. Przyjął wszystko, łzy, emocje, pytania, twierdzenia i wszystko inne czego w ogóle nie pamiętam. I był! i nie opuścił mnie nawet na chwilę, dopóki nie upewnił się, że jestem spokojna i bezpieczna. Potrzebowałam go teraz bardzo. Nie miałam przy sobie nikogo, a już w ogóle nikogo kto mógłby mi zapewnić choć przybliżoną jakość obecności.

    To wydarzenie uruchomiło we mnie dwa ważne tematy. Nieprzeżytą traumatyczną sytuację dotyczącą mojego własnego psa i wzorzec relacyjny który leżał u podstaw 26 lat mojego małżeństwa. 
     

    1.  Pies

    Mojego psa zaatakował amstaff. Mój piętnastoletni syn prowadził naszą suczkę na smyczy ja z byłym mężem szliśmy jakieś 30 m za nimi. Amstaff pojawił się dosłownie znikąd. Chwycił naszego solidnej budowy 17 kg teriera i zaczął wywijać nim w powietrzu jak szmacianą lalką. Mój syn obracał się dookoła z psem na smyczy, mój mąż krzyczał a ja bez słowa, bez analizy, bez czucia absolutnie żadnej emocji pobiegłam w stronę psów i syna.

    Kiedy dziś o tym myślę, była to tylko sekwencja kolejnych ruchów, bez myśli, czysta, po kolei i konsekwentnie. Kiedy dobiegłam do psów, zdecydowanie włożyłam dłoń pod kolczatkę amstaffa przekręciłam ją obracając obrożę w ósemkę i uniosłam przyduszonego psa do góry. Natychmiast puścił moją suczkę. Trwałam w tej pozycji z psem, dopóki nie przybiegł właściciel. Oddałam mu psa. Kobieta współwłaścicielka psa przekrzykiwała się z moim byłym mężem. Zobaczyłam moją zakrwawioną suczkę. Zdecydowanie przerwałam wrzaski i wydawałam dyspozycje. Pani zabiera psa. Pan organizuje transport i wiezie nas do weterynarza. Pan płaci za leczenie. Ja zadzwoniłam do przychodni, wzięłam psa na ręce i szłam za mężczyzną. W samochodzie trzymałam na kolanach zakrwawioną suczkę. Uciskając mocno najbardziej krwawiącą ranę. U weterynarza zadawałam rzeczowe pytania, pomagałam lekarzowi w pierwszych czynnościach. W czasie zabiegu pojechałam do domu przygotowałam nowe miękkie posłanie, bo suczka spała na wiklinowym koszu, wiedziałam, że przez jakiś czas nie wskoczy na górę. Wróciłam do weterynarza, odebrałam psa. W domu położyłam się obok niej na podłodze i zasnęłam. Spałam jak kamień razem z nią, nie chciałam odejść nawet na chwilę. Następnego dnia bolało mnie całe ciało, każdy chyba mięsień. 

    Przeszłam w tryb zadaniowy. Normalne obowiązki rodzinne i zawodowe, poza tym opieka nad psem, leki, czyszczenie drenów, zmiany opatrunków noszenie na krótki spacer. Wszystko sama. Nie było czasu na emocje był tryb zadaniowy. Nie uroniłam nawet jednej łzy. Od początku do końca byłam tylko skuteczna. Troskliwa, opiekuńcza, ale przede wszystkim SKUTECZNA.  

    Nie było tu czasu na analizę, było tylko działanie i zwykłe dla mnie, znane mi od zawsze przetrwanie.  

    2.  SEN 80.

    Zdziwiło mnie trochę, kiedy przyszedł dzisiejszej nocy trudny sen. Obudziłam się bardzo zmęczona i przybita. Jak często bywa, główną postacią pokazującą mi trudny relacyjny wzorzec był bogu ducha winny Darek. Jako mój osobisty katalizator pracuje we mnie nadal choć nie widzieliśmy się już prawie 10 miesięcy i nigdy nasza relacja nie była nawet zbliżona do tej ze snu. A jednak to jego moja podświadomość wybiera, aby pokazać mi wszystko co potrzebuję w sobie uzdrowić. 

    8/9.05.2026 

    Oglądałam jakby z zewnątrz (ani to przez ekran, ani zaglądając do ich pokoju, trudno mi to wytłumaczyć) życie pary absolutnie stukniętej na punkcie swoich psów. Psów było mnóstwo chyba kilkadziesiąt, małych, głównie były to chihuahua.  

    Z moimi zawodowymi dziećmi poszliśmy do nowej firmy Darka (stara firma nie istnieje już w rzeczywistości). Przyprowadziła mnie tam moja koleżanka. Przywitałam się z Darkiem z dużą rezerwą. Nie wiedziałam, że to miejsce istnieje. Nie wiedziałam, że stworzył nowe miejsce na wzór zamkniętego. Było mi trochę przykro, że mi o nim nie powiedział. Ale pomyślałam, że w ogóle tego nie ogłosił, że o tym miejscu wiedzą tylko nieliczni. 

    Nieliczni, ale mnie wśród nich nie było. 

    Zapytałam, czy planuje oficjalne otwarcie. Nie był pewien. To były cztery duże przestronne pokoje w kamienicy, atrybutów tego miejsca było dużo więcej niż w poprzednim. Oceniałyśmy z koleżanką przestrzeń pod kątem potrzeb dzieci i zauważyłyśmy, że nie ma toalety. Chciałam też wiedzieć tak trochę w formie żartu, czy jeśli komuś zrobi się nagle niedobrze to ma miejsce, żeby sobie spokojnie np.  zwymiotować ;). Powiedział, że nie, więc na szybko przygotowałam raczej symboliczną spluwaczko/rzygaczkę z gliny opakowaną z folię aluminiową postawiłam na stole i powiedziałam, że „to w razie czego” . Puszczając przy tym oczko. Przytulił mnie jednym ramieniem, było potężniejsze niż pamiętam. Pomimo tego, że mnie przytulił nie czułam bliskości, którą czułam kiedyś. Był trochę zdystansowany. Nie wiem, czy to wyczułam, czy to powiedział, czy dał mi tylko do zrozumienia, ale pomyślałam, że on nigdy nie dojrzeje do prawdziwego związku.

    Wyszłam na duży taras i położyłam się na podłodze była zrobiona ze starych drewnianych desek. Leżałam tak na boku zmęczona i zrezygnowana. Okazało się, że wzięłam jakąś tabletkę poronną i właśnie na tym dachu straciłam dziecko. Przyszła moja koleżanka i zawołała Darka. Powiedziała, że to przez niego, że to przez jego niedojrzałość. Był przerażony, nie wiedział o ciąży. Całą tę scenę oglądałam z boku, patrząc również na siebie. Byłam w tej scenie bardzo młoda i nadal leżałam na drewnianych deskach. Wyglądałam jakbym spała w pozycji embrionalnej. Pierwszy raz w tym śnie Darek zachowywał się jakby mu naprawdę zależało, jakby potrzebował wstrząsu, żeby poczuć coś do mnie. Ja byłam rozczarowana, myślałam we śnie, że jak to? Że spotykaliśmy się przecież, że ciąża nie wzięła się z powietrza a jednak nie wpuszczał mnie do swojego życia. Nie wiedziałam nawet o nowej firmie i dopiero tragedia go otworzyła na uczucie. Wyszłam, ale nie wiem czy ta ja obserwująca, czy ja z podłogi również.

    Wchodziłam do pewnej instytucji kultury (współpracuję z nią w realu) drzwi były nowo zamontowane i portier chciał mi tłumaczyć, jak działają, ale przerwałam mu w pół słowa, ja doskonale wiedziałam JAK. Był ze mną mój nie żyjący od dwudziestu lat pies. Miałam z jakąś inną firmą współtworzyć pewne wydarzenie. Mężczyzna, z którym współpracowałam powiedział, że napisał projekt, który zakłada, że wszystkie podobne do naszych firmy w mieście mają tworzyć tu teraz podobne wydarzenia. Byłam zła, bo wpuściłam tego człowieka w moją przestrzeń a on chce ściągnąć tłumy innych. W pewnym sensie zagarnął miejsce, które było niemal wyłącznie moje i rozdaje je na lewo i prawo.  

    Przez całe życie wiązałam miłość z wytrzymywaniem. Wytrzymywałam wszystko – bezradność wobec niedojrzałość męża, niewidzenie mnie i moich potrzeb, brak zaangażowania i odpowiedzialności. Wytrzymywałam moje przeciążenie emocjonalne i często również fizyczne wynikłe ze stałego reagowania na cudze potrzeby i ignorowanie własnych, stałą czujność i nadodpowiedzialność. Co ciekawe sen pokazał mi, że mimo, że byłam w związku nigdy nie zostałam tak naprawdę wpuszczona do świata mojego partnera. Nie było w jego życiu miejsca na mnie prawdziwą, na moją słabość czy emocje. Ja miałam ogarniać, zabezpieczać, unosić za dwoje. 

    Teraz jestem w innym miejscu. Dzięki Darkowi i wizji z hipnozy regresyjnej wiem czym jest prawdziwa męska obecność. Dlatego we śnie nie mogłam rozwijać czegoś co nie ma przestrzeni do życia. Nie mogłam trwać z kimś, kto dostrzega mnie tylko wtedy, gdy wydarzy się katastrofa.  Mogłam spokojnie porzucić to miejsce i relację.

    Rozpoznałam wzorzec, znam mechanizm, portier nie musi mi go tłumaczyć. To bardzo stare miejsce we mnie: żeby ktoś naprawdę mnie zobaczył, musi się coś stać. Spokój nigdy nie wystarczy. Moje zwykłe istnienie nie uruchomi obecności drugiego człowieka. Dopiero potężny kryzys może otworzyć emocje innych. 

    To trudne. Bardzo bolesne, ale pomimo wszystko niezmiernie cieszę się, że i to miejsce w sobie zobaczyłam tak wyraźnie. Bo teraz mogę powoli i z czułością zacząć je w sobie uzdrawiać.  

  • 10. Pod skrzydłem Kruka

    Dokładnie 8 marca 2022, mój mąż odpuścił. Wiedział już, że nigdy nie będzie tak “jak było”, nie był w stanie wziąć odpowiedzialności za siebie i za swoją część naszej relacji. Miał kolejny nawrót choroby alkoholowej i “przyjaciółkę” o podobnych zainteresowaniach. Wiedział, że ze mną to już nie przejdzie, więc wspólne życie nie było teraz możliwe. Ale jednocześnie nie zamierzał się wyprowadzić. Chciał… mieć ciastko i zjeść ciastko. 

    Atmosfera była ciężka, więc zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyniosłam się do mojej firmy. Dwa pokoje w biurowcu, bez łazienki były lepsze niż moje dotychczasowe życie. I tu po raz pierwszy wkroczył mój 17-letni syn (zadbał bardziej o siebie niż o mnie), nie chciał mieszkać z ojcem i zawstydził go tak bardzo, że to on spał na materacu w moim gabinecie i w ciągu miesiąca znalazł sobie w końcu mieszkanie. 

    W tym samym czasie, bo jak się sypie to po całości, dramatycznie pogłębiła się choroba mojej matki. Wtedy też zrozumiałam naprawdę dynamikę rodzinną. To, że ojciec manipulował i przekierowywał na matkę winę za to, co de facto sam robił rodzinie. To były bardzo trudne miesiące, bezpośrednio po rozstaniu z mężem. W obciążeniu kłopotami materialnymi, po pracy, w której nie mogłam pokazać słabości czy smutku jechałam do matki, żeby ją umyć, zadbać o nią i walczyć z ojcem, który był podły i opiekę udawał jedynie przy obcych. Przez walkę z systemem medycznym i prawidłową diagnostyką. Przez zderzenie z sądownictwem, które działało na tyle opieszale, że matka nie doczekała postanowienia sądu w sprawie ubezwłasnowolnienia, które dawało mi prawo do znalezienia dla niej lepszego miejsca na ostatnie dni. Bardzo traumatyczne chwile. 

    Od kwietnia poddałam się i zaczęłam brać leki przeciwdepresyjne i regulujące sen. Spałam, ale nie śniłam przez dwa lata. Kiedy zdawało się, że nie dam już rady… w czerwcu pierwszy raz przyszedł kruk. Pisałam coś i nie mogłam zebrać myśli i… nagle zaczęłam rysować. Nigdy dotąd nie miałam na to czasu. Nie myślałam wtedy co robię i dlaczego, nie miałam planu ani kierunku. ON w pewnym sensie sam się narysował. Piękny, dumny, bardzo elegancki. To niezwykle kojące doświadczenie było, jak sądzę zastępstwem za sny. Rysunki były na tyle symboliczne, że odpowiadały nawet na niepostawione jeszcze pytania. 

    Tak naprawdę wtedy dopiero zaczęłam naprawdę TWORZYĆ.

    Kruki w pewnym stopniu niosły mnie aż do 2025 były motywem większości z moich obrazów. Mówi się, że kruk to ptak przejścia, wyjścia z ciemności do światła.

    Obejrzałam niedawno “Czas kruka” z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej. Poszłam, bo pomyślałam, że zobaczę tu mój proces innymi oczami. Co do idei, wszystko było jak u mnie, kruk przeprowadził bohatera przez ciemność, ale moje kruki były inne. Moje kruki były ciche, łagodne, porządkujące emocje, dające chwile kontemplacji i nieprawdopodobne wglądy. Dodawały mi siły i nie potrafiłam tego wtedy do końca wytłumaczyć, ale czułam opiekę. Miałam silne przeczucie, że nie jestem sama, nawet kiedy jestem sama. 

    Kruki odprowadziły mnie aż do progu 7.07.2025. I zniknęły nagle, bo nie były już potrzebne. Pożegnały się pięknie i kiedy myślę o nich w tamtym właśnie granicznym momencie, też były ze mną. One i Darek moi strażnicy przejścia. Zawsze myślę o nich z miłością i wdzięcznością i nawet teraz kiedy w moim życiu króluje spokój i bezpieczeństwo, przychodzą czasem takie chwile, że tęsknie i za NIM i za NIMI. Bardzo.  

    A film polecam, jest naprawdę niezwykły.