W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: wewnętrzny spokój

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 41. Procesja dogów niemieckich- sen o mocy spokoju i spokoju dzięki mocy. 

    13/14.11.2025 

    Początku nie pamiętam… 

    Nad moją ukochaną rzeką, ciepły letni wieczór. Mój syn jako wczesny nastolatek i były sąsiad, starszy ode mnie, byli umówieni na jakiś posiłek. Chyba chciałam donieść im coś do jedzenia, ale nie mam pewności. Siedzieli na ławce i jedli coś, co ten człowiek wyciągnął z reklamówki. Nie pamiętam, co to było, ale nie było to nic niepokojącego. Wręcz przeciwnie – patrzyłam z aprobatą na to, co je moje dziecko. 

    Kiedy się zbliżyłam, zauważyłam, że siedzi z nimi ktoś jeszcze. Ze zdziwieniem rozpoznałam, że to mój były mąż. Siedział tyłem, nie widziałam jego twarzy. Pomyślałam, że pomimo tego, iż nie utrzymujemy kontaktu, siedział właśnie z moim dzieckiem, więc postanowiłam podejść. 

    Jednak syn zauważył mnie wcześniej. Odszedł od mężczyzn i podszedł do mnie. Chciał iść do domu, ale zatrzymaliśmy się jeszcze, patrząc na rzekę. 

    Po drugiej stronie, na brzegu, stał olbrzymi dog niemiecki o moim ulubionym srebrnym umaszczeniu. Był zachwycający. Silny, spokojny, łagodny. Majestatyczny. 

    Za chwilę podszedł do niego kolejny pies tej samej rasy i koloru. 

    Słyszałam, jak mój były mąż kłóci się z kimś. Zwróciłam na to uwagę, ale nie przejęłam się. To mnie nie dotyczyło. 

    Patrzyliśmy z synem na drugi brzeg rzeki. Tam, jeden za drugim, nadchodziły kolejne dogi, identyczne, tym razem prowadzone przez właścicieli. Wyglądało to jak procesja. Czuć było niezwykły spokój. Psy poruszały się dostojnym krokiem, z uniesionymi głowami, jakby wyczuwały powagę i niezwykłość tej chwili. 

    W sumie psów było dziewięć. Wszystkie były piękne, majestatyczne, spokojne i przyjazne. 

    Te dwa pierwsze bawiły się ze sobą, biegając i wchodząc czasem do rzeki przy samym brzegu. 

    Ostatnie sny prowadziły mnie przez lęk o syna. Zawsze bałam się, że może podążyć drogą, którą wybrał jego ojciec, dziadkowie i część dalszej rodziny mojego byłego męża.  Ten sen zostawił we mnie spokój. Zobaczyłam w nim siłę mojego syna. Zobaczyłam moc, która go poniesie. Spokojną, łagodną i wystarczającą, aby dokonać własnych wyborów.  

    Ten sen uświadomił mi ważną rzecz. Przez całe życie jesteśmy karmieni przez innych ludzi. Nie tylko rodzina jest źródłem tego na czym możemy opierać nasz rozwój i z czego możemy czerpać wzorce. Na mojej drodze spotkałam wiele wspaniałych osób i z każdego spotkania mogłam wziąć to co mi było potrzebne. Teraz mój syn idąc przez życie może czerpać w podobny sposób. I robi to – często mi o tym opowiada. Dlatego z aprobatą patrzę, jak sąsiad karmi moje dziecko. 

    Mój syn ma w sobie moc. Moc płynącą również z wielu pokoleń mężczyzn spotkanych po drodze. 

    Dlatego ten sen pozostawił we mnie spokój. 

  • 39. Sen o lataniu i braku podstaw do amputacji. 

    12 /13. 11.2025 

    Pierwszy sen tej nocy: Nie pamiętam początku, w jakimś celu latałam nad miastem. Często zdarzało mi się śnić o lataniu. Zwykle nad lasami lub otwartą przestrzenią. Tym razem było to miasto. Chyba gdzieś się śpieszyłam a może latałam tak sobie bez celu. Wróciłam do domu, gdzie zostawiłam małego pulchnego szczeniaka. Kiedy widziałam go przed wyjściem miał maleńką rankę na palcu przedniej łapki. Taką kropkę jak po ukłuciu. Kiedy wróciłam palec był czerwony i bardzo opuchnięty. Bałam się, że trzeba będzie go  amputować. Dzwoniłam do znajomej weterynarz, żeby umówić się na pilną wizytę. Kiedy opowiadałam jej o stanie szczeniaka przyglądałam się mu z uwagą. Chodził nie utykając, był radosny. Zachowywał się jak zdrowy piesek. Trochę mnie to uspokoiło.  

    To był pierwszy sen, ale jeszcze nie pokój na mapie-śnie mojej transformacji. Na razie była to wyśniona wcześniej jazda motorem przez las. Prawdziwa szkoła zaczęła się jakiś czas później, kiedy byłam już na to gotowa. 

    Ten sen pokazywał mi, że nie wszystko co wydaje się tragedią faktycznie się nią okazuje. Teraz z perspektywy czasu widzę, jak bardzo zmieniła się moja postawa wobec wszystkiego co niepokojące. Wychowując się w zagrażającym środowisku w ułamku sekundy skanujesz otoczenie i zauważasz to co umyka innym. Widzisz mikro zmiany w mimice, tonie głosu, subtelne drgnienie mięśni. Wydaje ci się czasem tylko, że coś jest „nie tak”, bo masz zamontowaną fabrycznie hiperczujność. Kiedyś więc żeby przetrwać działałam z automatu. Bodziec – reakcja – natychmiast. Pamiętam, jak przyszłam z moim dwuletnim dzieckiem do pediatry, był chory. Tylko ja to wiedziałam. Nasza pani doktor, cudowna kobieta (bardzo się lubiłyśmy) poprosiła, żebym przyszła jutro, bo dziś nie ma jeszcze objawów, które pozwalałyby jej postawić diagnozę. Następnego dnia wróciliśmy z jelitówką.  

    Teraz spokojnie obserwuję i większość niepokojących sytuacji, po takim zatrzymaniu okazuje się zwyczajnie neutralna. A opuchnięty palec widziany z szerszej perspektywy nie okazuje się wcale katastrofą tylko czymś czemu warto spokojnie się przyjrzeć.  

    Dziś jest we mnie duży spokój i widzę, jak bardzo przytłaczające i wycieńczające było ciągłe napięcie, w jakim kiedyś żyłam. A moja hiperczujność to teraz tajna moc, którą wykorzystuję w pracy. Już nie z lęku a zwyczajnie z chęci niesienia pomocy.

    Ciekawe, że sen zaczął się lataniem. Zwykle sny o lataniu lub pływaniu/nurkowaniu/tańcu w głębinach miałam w sytuacjach największych życiowych kryzysów. To były sny ratunkowe, kojące układ nerwowy, pozwalające przetrwać. 

    Ten sen był zwyczajnie dobry. Mówił jasno i wyraźnie: Droga, którą zmierzasz zaczyna się od znalezienia w sobie niezbędnego spokoju, więc…  

    Wrzuć na luz!!! 

  • 21. HIPNOZA REGRESYJNA II — Dom na łące (20.07.2025) 

    1. 

    Stoję naprzeciw ogromnej rozległej łąki, trawy są suche, możliwe, że to koniec lata. Piękne ciepłe światło, taka złota godzina. Patrząc w dal czuję lekki niepokój jakbym bała się, że ta kraina nie zdoła mnie wyżywić i ochronić. I wtedy zjawia się ON. Stoi za mną, obejmuje mnie w pasie prawą ręką, lewą unosi nad moim ramieniem pokazując w dal. To piękna silna ręka, wskazuje z niezwykłą stanowczością wodząc łagodnie po horyzoncie. Tam będzie stał nasz dom, obok zbuduję stodołę, tam zagroda, studnia. Mówił… wiedziałam, że szepcze mi do ucha, ale nie słyszałam głosu. Ja wiedziałam lub czułam każde słowo i z każdym słowem znikała niepewność. To była bardzo intymna chwila, pełna miłości, czułości, pewności i poczucia bezpieczeństwa. Oparłam się o NIEGO placami i wiedziałam, że będzie dokładnie tak jak mówi. Byłam szczęśliwa i wzruszona. Łzy same płynęły mi po policzkach. 

    2. 

    Na duży bardzo prosty, ale stworzony ze starannością, drewniany stół położyłam chleb. Duży, okrągły na lnianej serwecie. Upiekłam go dla NIEGO. Stałam naprzeciw okna patrząc na tą samą rozległą łąkę. Stamtąd nadejdzie. Nie mogłam się doczekać, kiedy wróci i zjemy chleb razem. To prawdopodobnie pierwszy chleb jaki upiekłam w nowym domu. W naszym domu. Byłam tak szczęśliwa i dumna. Byłam przepełniona miłością. Nigdy nikogo nie oczekiwałam w ten sposób, ze spokojem, pewnością, miłością i nieprawdopodobną czułością. 

    3. 

    Szliśmy polną drogą, słońce zachodziło i oświecało JEGO włosy złotym blaskiem. Szedł przede mną. Wysoki, potężny a jednocześnie smukły. Miał piękne plecy, takie silne. Na prawym barku niósł chłopca około dwuletniego. Łaskotał go i rozśmieszał rozmawiając jednocześnie ze mną. Co chwilę odwracał się przez lewe ramię, uśmiechał się, jakby chciał sprawdzić czy na pewno jestem. Jakby bał się, że zniknę. Jakby stały kontakt był wyznacznikiem miłości, czułości i intymności. Niosłam na rękach maleńkie dziecko, chyba dziewczynkę. Było w NAS tyle zwykłej, pięknej radości. Ten obraz bardzo mnie wzrusza.  

    4. 

    ON siedzi przy stole w kuchni. Jest ciemno, pomieszczenie oświetla tylko słabe światło, lampy naftowej lub świecy.  Stało się coś złego jest bardzo smutny. Trzyma głowę w dłoniach, łokcie oparte o blat stołu. Całą sobą czuję JEGO smutek. Zbliżam się powoli i pochylam nad NIM, obejmuję GO i wtulam twarz w JEGO włosy. Wtedy ON krzyżując ręce na piersi chwyta mnie mocno za ramiona i tak trwamy w smutku. RAZEM. 

    5.  

    Jest wieczór lub noc, jest ciemno. Stoję w koszuli nocnej takiej standardowej sprzed około 200 lat. Włosy mam rozpuszczone, w kompletnym nieładzie. Jestem wściekła. Krzyczę coś, ale cała scena jak wszystkie poprzednie wygląda jak w niemym kinie tyle, że w kolorze. Nie wiem o co ta awantura, ale to nie ma znaczenia. Czuję wściekłość całym ciałem. Nigdy nie czułam niczego podobnego.  Trzymam coś w ręku i w apogeum wściekłości rzucam tym przedmiotem o ścianę. Wtedy podchodzi ON, bardzo zdecydowanym krokiem i mocno mnie przytula. Przytrzymuje wręcz z wielką siłą i stanowczością, i szepcze mi coś uspokajająco do ucha. Ta siła i spokój dają mi poczucie bezpieczeństwa i ukojenia. Uspokajam się a ON kołysze mnie w ramionach. Tak stoimy kołysząc się lekko a ja czuję już jedynie miłość. 

    6. 

    Mamy gości. Jakaś kobieta z dzieckiem. Siedzę z nią przy stole, łamię długie strąki fasoli na mniejsze części i wkładam do miski. Lubię ją i cieszę się, że nas odwiedziła. Rozmawiamy, śmiejemy się. ON stoi przy oknie. Nie bierze udziału w rozmowie. W milczeniu patrzy na mnie z czułym uśmiechem. Cieszy GO moje szczęście. Patrzy z taką miłością. Nie mogę się powstrzymać i co chwilę zerkam na niego z uśmiechem. Kocham go bardzo. Wiem, że nie muszę być “jakaś”, że “taka” jestem wystarczająca. Wiem, że nie muszę mieć żadnych talentów, zdolności, nie muszę, niczego nie muszę. Dzieci bawią się na podłodzie. 

    7. 

    Jestem stara. Siedzę na ławce przed domem i patrzę na łąkę. Na tą samą łąkę, na którą spoglądałam czekając na NIEGO. Tym razem jest inaczej. Wiem, że się nie pojawi. Siedzę i wspominam z uśmiechem. Nie mogę się doczekać, kiedy w końcu znów się spotkamy. Łąka wygląda pięknie, cudownie oświetlona zachodzącym słońcem. 

  • 15. Wierzba, która leczy

    Zaczęliśmy pisać do siebie regularnie. Dzięki tym listom udało mi się dostrzec, między innymi to, że nigdy nie było przestrzeni na to, żebym mogła przeżyć żałobę po śmierci mojej mamy. Opisałam w odpowiedzi na jego wiadomość o rodowych traumach ciągnących się przez pokoleniach moją “rozmowę” z nieprzytomną już, konającą matką, w której obiecywałam, że nigdy nie dopuszczę do tego, że skrzywdzi mnie jeszcze kiedyś jakikolwiek mężczyzna, tak jak krzywdził mnie mój mąż, jej mąż krzywdził ją, a jej matkę krzywdził jej ojciec a mój dziadek. Obiecałam mojej mamie na łożu śmierci, że już nigdy więcej nie pojawi się przemoc w naszej rodzinie. Zdążyłam opowiedzieć jej to wszystko do czego nie mogłam się przyznać, kiedy żyła, udało mi się podziękować i za wszystko przeprosić. Kiedy napisałam do Darka, wyszłam z psem na długi spacer, myślałam o tej chwili, w której, żegnałam moją mamę, o pogrzebie który był walką z ojcem o szacunek dla niej. O organizacji pogrzebu i stypy, którą wzięłam na siebie, bo chciałam, żeby jej ostatnia droga była tak piękna jak to tylko możliwe. Po pogrzebie, walka o przetrwanie, matura syna, rozwód… żałoba musiała zaczekać. I spotkałam ją pod wierzbą, trzy lata później, dzięki rozmowie z Arkiem, w której jak to zwykle bywało w czasie naszych rozmów USŁYSZAŁAM nareszcie CO MÓWIĘ. Szłam skrajem rzeki na wałach rosła samotna wierzba, kiedy do niej dotarłam zrozumiałam, że nie zrobię ani jednego kroku więcej. Po prostu nie mam już siły. Upadłam na trawę i leżałam tak mając smycz oplecioną wokół nadgarstka. Nie wiem co robił pies. Ja płakałam. Długo… a wierzba szumiała nam nad głową uspokajająco. Podobno wierzba to szczególne drzewo, podobno leczy. Mnie wtedy uleczyła. 

    Kilka dni później miałam sen. 

    Moja mama wstała z łóżka, w którym spędziła swoje ostatnie dni w domu rodziców. Było tam ze mną kilka osób wszyscy z rodziny. Podeszła do mnie i widziałam, że jest zdezorientowana. Powiedziała mi, że się boi, że nie jest pewna czy może iść. Powiedziałam jej uspakajająco, że wszystko jest w porządku, że nie musi się już bać, że jest teraz bezpieczna i spokojnie może odejść. Wyszła tak jak stała w koszuli nocnej i na boso. A ja czułam spokój, wiedziałam, że tak musi być. Że teraz już jest dobrze.