W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: wewnętrzne dziecko

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 52. Zeszłam z piedestału – sen o uzdrawianiu kobiecości. 

    17/18.12.2025 

    Byłam w domu. We śnie była 5.18 lub 5.16. 

    Przed moim domem rosną dwa piękne, rozłożyste dęby. Siedziałam przy stole, z tego miejsca mam najlepszy widok na nie. Zauważyłam, że ktoś wychyla się z liści na czubku drzewa. Mężczyzna. Zdziwiło mnie to, bo to bardzo wysoko. Chciałam mu zrobić zdjęcie telefonem, bo to byłby idealny kadr, ale telefon nie poradził sobie i zdjęcie wyszło albo prześwietlone, albo niedoświetlone. 

    Byłam w koszuli nocnej. Takiej „starodawnej”, długiej do ziemi, z długimi rękawami, białej. 

    Coś robiłam w domu. Nagle spojrzałam na drzewo. Było pocięte, ale nie tak „pielęgnacyjnie”, tylko brzydko poharatane. Wyszłam na balkon i zaczęłam krzyczeć, żeby natychmiast przestali. 

    Pomyślałam, że wybrałam to mieszkanie właśnie dla tych dębów, a teraz uschną za kilka lat po takiej „pielęgnacji” i będę musiała się wyprowadzić. 

    Kiedy jeden z mężczyzn mnie usłyszał, podniósł ogromną gałąź, wspiął się po balkonach i pokazał mi maleńkie dziurki w gałęzi. Tłumaczył mi, że nie było wyjścia, że drzewo było zainfekowane jakimiś owadami. 

    Weszłam do mieszkania, nadal zła na to, co się stało, ale przestali już ciąć, a to, co narobili, było nie do odwrócenia, więc byłam bezsilna i zostawiłam ich już w spokoju. 

    Drzewo wyglądało strasznie, poczułam ogromny smutek. Zwróciłam uwagę na moją koszulę nocną. Zasłaniała mnie całą, ale kiedy przylegała do mojego ciała, stawała się niemal przejrzysta. Zastanawiałam się, czy ten mężczyzna mógł mnie zobaczyć taką półnagą? 

    Pokazałam drzewo mojemu synowi, też go to zasmuciło. 

    Na balkonie leżał pies, ogromny, kremowy, niemal biały, taki w typie molosów. To był obcy pies. Syn się go wystraszył. Zastanawialiśmy się, skąd wziął się na trzecim piętrze. 

    Postanowiłam, że trzeba go wpuścić. Miałam lekkie obawy, ale otworzyłam drzwi. Pies wszedł do środka, położył się na podłodze. Zaczęłam go głaskać, przytuliłam się do niego, a on otworzył paszczę, objął nią moją głowę i leciutko, delikatnie mnie podgryzał, niemal z czułością. 

    Nie bałam się, że mnie skrzywdzi, ale troszkę mnie to zdziwiło. Psy lekko żujące ręce spotkałam w swoim życiu, ale głowę? Wydało mi się to trochę dziwne, ale nie niepokojące. 

    Do mieszkania weszła jakaś kobieta. Powiedziała, że źle się czuje i musi zrobić sobie przystanek w podróży. Dlatego wynajmuje sobie łóżko w naszym mieszkaniu. Sama przygotowała sobie pościel. 

    Łóżko było takie surowe, metalowe, trochę jak kiedyś w szpitalach i stało jakby oddzielnie. Przyjrzałam się pościeli. Nie była idealnie czysta, trochę się zawstydziłam. Była biała, ale miała parę plamek. 

    Wzięła też sobie małą poduszkę, jaśka. Ta była nowa, ale zobaczyłam, że ma dwa skośne przecięcia. Pomyślałam, że to moje koty zniszczyły ją pazurami. 

    Kobieta mówiła, że jest chora, ale nie wyglądała na taką. Mimo wszystko postanowiłam iść po leki dla niej. 

    Poszłam do domu moich rodziców, żeby zabrać coś stamtąd (nie wiem, czy chodziło o leki). Było tam dużo ludzi. Chciałam umyć ręce albo je ogrzać w ciepłej wodzie. Pamiętam, że zanurzałam je prawie po łokcie w dużej, metalowej, pomalowanej na biało umywalce. 

    Woda płynęła z kranu nawet wtedy, kiedy odeszłam od umywalki. Chciałam ją zakręcić, ale moja bratowa powiedziała, że można to tak zostawić. 

    Spojrzałam na swoje stopy. Były całe w błocie. Miałam na sobie sandały, więc nie tylko buty były brudne, ale stopy również. 

    Wszystko to działo się jakby na zewnątrz, ale wewnątrz (kiedy teraz o tym myślę, to można to porównać do hangaru, w którym jest plan filmowy). Było tam sporo ludzi. 

    Nagle wjechał samochód, kabriolet, duży, w takim amerykańskim, rozdmuchanym stylu. Siedzieli w środku trzej mężczyźni i nastolatka. 

    Pomyślałam, że ta dziewczyna jest już zgubiona, że niczego nie uda się jej w życiu osiągnąć. Dopóki jest młoda, będą ją tak wozić jak zabawkę, a później zostawią. 

    Dziewczyna wysiadła z samochodu i podeszła do mnie. Siedziałam na jakimś wysokim podeście albo kamiennej „poręczy” schodów. Patrzyłam na nią z góry. 

    Powiedziała, że bardzo jej się zawsze podobałam w sensie seksualnym, ale też bardzo ceni mnie za osobowość. 

    Bardzo mnie to zaskoczyło. W pierwszej chwili poczułam coś między odrazą a zmieszaniem. Spojrzałam na siebie. Byłam ubrana w bardzo krótką spódniczkę. Pomyślałam, że tak naprawdę niczym się nie różnimy. 

    Zeszłam na ziemię. Przytuliłam ją z wdzięcznością za jej miłe słowa. 

    Pojawiła się nagle jej matka i powiedziała, że ten gest wiele znaczy dla jej córki. 

    Bardzo długo zastanawiałam się, co ten sen próbuje mi pokazać. Którą salę w mojej szkole na drodze transformacji, przyszło mi otworzyć. 

    Wiem już… Seksualność. 

    Moja była okaleczona jak moje dęby. 

    Kiedy byłam nastolatką, mój ojciec opowiadał mi z dumą o swoich podbojach i erotycznych spotkaniach w altance na działce, w której sypiał latem. Mówił o tych kobietach jak o przedmiotach, które się używa. Deprecjonował je i instrumentalizował sam seks. Seksualność wydawała mi się uprzedmiotawiająca, a mężczyzna w moich wyobrażeniach pełnił rolę dominującą. Moje pierwsze doświadczenia w tej dziedzinie obarczone były napięciem, wstydem i poczuciem winy.  

    Nawet w małżeństwie czułam, że seks nie jest czymś, w czym można się zapomnieć. Wszystko przeżywałam bardziej w głowie niż w ciele. 

    Teraz wiem, że mężczyzna może być jednocześnie czuły, silny i wcale nie musi to oznaczać dominacji. Wręcz przeciwnie, może być i powinna w tym olbrzymia dawka bezpieczeństwa, szacunku i opieki, jaką niesie prawdziwa męska energia w związku. 

    Umyłam więc symbolicznie dłonie po same łokcie i zeszłam z piedestału do tego dziecka, któremu tak bardzo zakrzywiono obraz tego, co może być w życiu źródłem tego, co najpiękniejsze. 

    Przytulam więc dziś moją nastolatkę, bo wiem, że niczym się nie różnimy. 

    Ja też – coraz bardziej w to wierzę – dojrzeję do tego, by czerpać prawdziwą radość z seksu. 

  • 47. Nie bój się wilka – sen o oswajaniu własnej dzikości. 

    4/5.12.2025 

    Byłam w sporym budynku i dość wysokim. Nie panował tam chaos, nie było brudno, ale stylu stanowczo tam brakowało. Tak trochę boho, mało elegancko, trochę przytłaczająco. Ale kolory raczej przytłumione. 

    To była moja firma, w której pracować miałam z dziećmi. Dostałam ten budynek (od miasta?). Wcześniej była tam stołówka jakiejś instytucji. Wszystko zostało po starych najemcach. Przy drzwiach wisiała stara, zniszczona tabliczka. 

    Jacyś rodzice, którzy zostawili u mnie dwoje, może troje dzieci, próbowali pomóc mi uporządkować przestrzeń przed wejściem. Zdarli tę tabliczkę razem z przymocowanym do niej zniszczonym pluszakiem i ustawili przed wejściem jakieś pudełka, które miały jakoby zachęcić ludzi do przyjścia. Nie byłam przekonana, ale machnęłam na to ręką i wróciłam do dzieci. Miały na oko 6–8 lat. 

    Budynek w środku był podzielony na trzy części. 

    Malutkie mieszkanko, jakby wbudowane zaraz przy wejściu, może z 15 m². Tylko łóżko i niewiele więcej. Domek ze zbitych desek, jak dom jakiegoś trapera. 

    Pośrodku budynku była duża, przestronna przestrzeń, a drugi koniec można było oddzielić, przesuwając ściankę, która po zamknięciu tworzyła mały pokój. 

    W tym dużym pomieszczeniu na półce siedziała żaba. Rzekotka szmaragdowa. Przepiękna. Do niej cienkimi sznurkami lub nicią przywiązany był robal, naprawdę duża zielona gąsienica. Najpierw myślałam, że robal zżera żabę, chciałam go wyciągnąć, ale kiedy zobaczyłam te nici, pomyślałam, że nie jest to niebezpieczne i może spokojnie zaczekać, aż znajdę jakieś cieniutkie nożyczki. 

    Wyszłam z dziećmi na zewnątrz. Łąka, ścieżki, zieleń w oddali. Ale przestrzeń zamknięta roślinnością i możliwe, że budynkami. Niezbyt rozległa. 

    Widzieliśmy, jak ścieżką idzie grupka ludzi, chyba rodzina z kilkorgiem dzieci. Biegały koło nich niedźwiedzie. Czarne, niewielkie, wyglądały jak himalajskie. Pomyślałam, że to sympatyczne zwierzęta, takie radosne. Zauważyłam, że ta rodzina wcale nie kontroluje zwierzaków, a ja miałam pod opieką cudze dzieci, więc postanowiłam, że jednak schowamy się w budynku. 

    Ale nie było we mnie lęku, raczej odpowiedzialność i świadomość, że nie wiedziałam, czy rodzice byliby zadowoleni ze spotkania dzikiego zwierzęcia przez ich dzieci. 

    Weszliśmy do środka, ale za nami do budynku wszedł dorosły, ale jeszcze młody wilk. Schowaliśmy się w tym domku w środku budynku. Niestety deski były uszkodzone albo źle zbite, wilk dostał się do środka. Nie był agresywny. Zachowywał się, jakby chciał się bawić. 

    Wyszliśmy z „domku” i poszliśmy do ostatniej części, którą można było przegrodzić ścianką. Ścianka okazała się niewysoka, dokładnie 110 cm. I miękka, jak zrobiona z tapicerowanych sztuczną skórą elementów. 

    Wilk bardzo chciał się przedostać. Nie było we mnie lęku. Tylko ta powinność, że dzieci nie mogą mieć z dzikim zwierzęciem kontaktu. Ale robiłam wszystko bez przekonania. Dzieci też się go nie bały i udawały tylko, że pomagają mi przesuwać ścianę 😉 

    W tym śnie było tyle luzu i prawdziwej dziecięcej radości. Kiedy teraz, po wielu miesiącach, przypominam sobie tę niby ucieczkę przed dzikim zwierzęciem, radosne chichoty i ukradkowe głaskanie wilka z miną mówiącą „to nie moja ręka”, nie mogę powstrzymać uśmiechu. 

    W tamtym okresie przeżywałam trudny czas. Mój syn właśnie wrócił do domu po rozstaniu z dziewczyną, w pracy organizowałam olbrzymią imprezę, a jej przygotowanie zajęło mi kilka tygodni intensywnej, dodatkowej pracy pro bono. Na szczęście rodzice moich dzieci sami oferowali pomoc i po raz pierwszy w moim życiu czułam, że nie jestem sama. Martwiła mnie też kwestia mojej duchowości. Nie miałam na nią czasu. Bałam się, że codzienność ją pochłonie. Nic takiego na szczęście nie miało miejsca. Bo moja duchowość mieszka właśnie w codzienności, wśród dzieci, zwierząt, pracy i w naturze. 

    Często zastanawiam się, co by na to czy owo powiedział mój ulubiony Szaman. Choć zwykle sama znajduję odpowiedzi.

    W tym wypadku mój Szaman powiedziałby na pewno: Nie bój się, nie wszystko, co wydaje się groźne, okazuje się niebezpieczne. Wpuść własną dzikość do życia. Nie bój się wilka, ciesz się jego obecnością. Radość nie kłóci się z odpowiedzialnością. 

    I nie martw się, nie jesteś sama. 

    I choć wcale go już nie potrzebuję, tęsknię czasem za moim Szamanem 😉 

  • 38. Sen – Po drugiej stronie ściany.

    10/11.11.2025 

    Drugi sen tej nocy i kolejny etap mojej drogi, po drugiej stronie ściany.  

    Ten sen pozostawił mnie na jakiś czas w niemym zachwycie a jednocześnie w ogromnym przerażeniu, kiedy dotarło do mnie po kilku dniach co ze sobą (jako gratis) przyniósł, bo przyniósł, nie tylko imię duszy. 

    Ten sen spowodował, że obudziłam się wzruszona i dźwięczało mi w głowie… nie wiem, może imię. Był letni dzień, ale światło było takie lekko przytłumione, ciepłe, złotawe. Byłam na wakacjach, miałam ze sobą dziecko, mojego syna, ale nie był to mój syn z realnego życia. Chłopiec miał może 5 lat może mniej. Najpierw byłam gdzieś w okolicach domu mojej teściowej na kresach, bardzo piękny teren. Później przenieśliśmy się, nie wiem, może to był rodzaj wycieczki, do centrum niewielkiego miasteczka. Był tam mały ryneczek z uroczymi, malutkimi kamieniczkami. W jednej z kamieniczek moja najstarsza przyjaciółka wynajmowała pokój. Tam zostawiliśmy swoje rzeczy i oglądaliśmy świat dookoła. Za budynkiem jakby w podwórku kamienicy rosło drzewo, na którym przysiadły ptaki, przeróżne. Było ich mnóstwo, może setka a może więcej. Były piękne i kolorowe. Pod drzewem spacerował ptak przypominający trzewikodzoba. Wysoki i smukły. W Zdałam sobie sprawę, że w ogóle nie znam niektórych gatunków. Pomyślałam, że niektóre może sobie wymyśliłam. Nagle nad drzewem po lewej stronie zobaczyłam nadlatującego dudka. Był olbrzymi i przepiękny. Chciałam go koniecznie sfotografować, ale trzymałam w rękach plecak, do którego włożyłam mojego syna tyle że w plecaku był psem, niewielkim i bardzo sympatycznym kundelkiem. Tam miał być bezpieczny. Wyjęłam go z plecaka i postawiłam delikatnie na bardzo dużym łóżku z niskich poduszek takim w orientalnym stylu. Na tym łóżku mąż mojej przyjaciółki i chyba ich syn. Mąż przyjaciółki przyglądał się mojemu psu jak rozkosznie skacze na materacach i uskarżał się, że reszta moja przyjaciółka źle traktuje ich psa, że tak naprawdę go nie chce. Moja przyjaciółka zdawała się być bardzo zawstydzona. Jakaś dziewczynka porozrzucała szpilki i spoglądając w stronę psa, który znów był dzieckiem zapytałam, czy chce jej pomóc je pozbierać. Chłopiec zszedł z łóżka i zaczął jej pomagać. Dziewczynka wyjęła kilka szpilek z ust. Martwiłam się czy w jej ustach nie została jakaś, ale zdawało się, że wyjęła wszystkie. Dzieci wkładały szpilki do pudełka. Postanowiliśmy już wracać. Poszłam do pokoju przyjaciółki, żeby zabrać nasze rzeczy. Pozabierałam to co znalazłam, panował tam potworny bałagan. Zapytałam przyjaciółkę czy nie chciałaby posprzątać, ale odmówiła.  Na stole leżały kromki chleba lub bułki. Były w różnych kształtach, przykładałam je do siebie, żeby je dopasować i stworzyć kanapkę. Były posmarowane czymś co przypominało wegański smalczyk z cebulą. Stwierdziłam, że musimy wracać, bo mamy dużo prania, a nie wyobrażałam sobie, żebyśmy robili pranie u rodziny mojego byłego męża, bo nie byliby w stanie zrozumieć, że rzeczy kolorowe i białe trzeba prać osobno, żeby nie zniszczyć ubrań. Nie mamy już ciuchów na zmianę, więc postanowiłam, że już wrócimy z wakacji. Idąc do miejsca, w którym mieszkaliśmy, jeszcze wstąpiliśmy do szkoły, w której kiedyś pracowałam. Byliśmy na korytarzu. Ja weszłam do klasy, żeby porozmawiać z byłą koleżanką z pracy. Opowiadałam jej właśnie o tym, że musimy wracać. I pomyślałam, że zostawiłam za drzwiami małe dziecko, że może mu coś zagrażać, że w szkole roi się od małych łobuziaków. Otworzyłam drzwi i spojrzałam na korytarz. Był tam. Mój mały syn był ubrany w pewnego rodzaju kaftan taki jaki noszą mieszkańcy Tybetu a może mnisi. Był w białych skarpetkach, promieniowało z niego czyste dobro. Bawił się z chłopcami większymi od siebie. Poszturchiwali go trochę, najpierw się wystraszyłam, że go skrzywdzą, ale zobaczyłam, że świetnie sobie radzi. Ma takie spokojne ruchy, pełne dobra i miłości. Widziałam jakby jego oczami jak padają ciosy i do jego klatki piersiowej zbliża się pieść, wszystko działo się w zwolnionym tempie widziałam jak łagodnie blokuje cios i delikatnie odsuwa od siebie dłoń. Spojrzałam na niego z góry, wszystko co robił, robił z subtelnym pełnym miłości uśmiechem. Chłopcy wcale nie byli agresywni. A on sprawił, że podążali za nim, to była grupka szkolnych łobuziaków a szli za nim jak jego drużyna. Byłam wzruszona, bo zostawiłam go tylko na dwie minuty i już znalazł przyjaciół. Patrzyłam zafascynowana na jego postawę. Taką miękką, pełną miłości, czułości i spokoju w wielkim kontraście z tymi łobuziakami a jednak szli za nim. Było ich kilku, może pięciu, sześciu. Powiedziałam mu, że już musimy iść, bo może pójdziemy na frytki. A on wymienił imię jednego chłopca i powiedział, że on też bardzo lubi frytki. I inni chłopcy również je lubią, więc może im wszystkim kupimy frytki. Bardzo mnie to rozczuliło. Był w nim taki spokój i czułość. Szliśmy więc wszyscy szkolnym korytarzem na frytki. Później coś jeszcze zobaczyłam nie pamiętam dokładnie co, chyba kobietę jadącą rowerem wąską ścieżką i dużo zieleni, z ciepłym, pięknym światłem. Stałam samotnie na górze i patrzyłam na pola herbaty w dolinie. Piękny rozległy krajobraz. Wtedy usłyszałam głos. Dźwięczał mi w głowie głos „……..” imię wypowiedziane w sanskrycie. Ten chłopiec był jak mały  Bóg, cudowny wręcz rozświetlony. Niesamowity sen. Długo po przebudzeniu słyszałam to imię i bardzo długo czułam ogromne wzruszenie. 

    Podobno nie powinno się zdradzać imienia duszy. Nie wiem czy to właśnie to imię przyniósł mi sen, ale niesie ze sobą jakość, do której chcę dążyć, więc wierzę, że tak, dlatego w razie czego go nie podam. 

    Kilka dni później spotkałam się z przyjaciółką, o której śniłam. Opowiedziałam jej sen i bardzo ją poruszył. Okazało się, że w nerwach bardzo źle, okrutnie potraktowała swojego starego psa. Została bardzo zawstydzona przez męża.

    Wystraszyłam się wtedy. Bardzo bałam się, że teraz tak już będę miała, że sny będą pokazywały mi przyszłość, że zatopię się w przepowiedniach, że moje życie stanie się teraz koszmarem. Niepotrzebnie się bałam, rozpoznałam wkrótce wzorzec, dzięki któremu wiedziałam, czy sen wejdzie w rzeczywistość czy ma służyć jedynie moim potrzebom.

    A duchowość?

    Moja ma być prosta. Ma płynąć z serca do ludzi i…

    Komu frytkę?

    🤗

  • 17. Meblowanie barłogu

    Spotkałam się z Darkiem inaczej niż zwykle. Nie w firmie, ale na długim spacerze. Ten spacer uznałam za kompletną porażkę. Upał, ja wyszłam prosto z pracy, bardzo zmęczona, ubrana trochę „niewystarczająco”. On natomiast był piękny… jak chabry i maki. Ja trochę jak siódme dziecko dozorcy. Wokół nas tłumy, trzeba się było przedzierać, wciąż ochraniał mnie, to przed rowerem jadącym chodnikiem, to przed ludźmi wchodzącymi w moją przestrzeń. Czułam się niezręcznie i ta rozmowa inna niż zwykle… Matko! O pracy, zarobkach (nie byłam pewna, czy potrafiłabym zapisać prawidłowo zera w sumie na jaką opiewał kontrakt Darka). Mówił o podróżach, tych byłych i planowanych na za chwilę. Ja wyjechałam w te wakacje na jeden dzień i planowałam jeszcze dwa podobne wypady co było wtedy maksimum moich możliwości. Poczułam, że tego nie przeskoczę, że to nie moja liga. Że przy nim jestem nikim. Tej nocy 5/6.07.2025  przyszedł sen:

    Śniło mi się spotkanie w szerszym gronie. Takie z nocowaniem. Czułam się całkiem dobrze, były rozmowy, obdarowywanie prezentami, wspólne przygotowanie posiłku. Słoneczny ciepły dzień, dużo kolorów. Dobry, piękny czas. Do chwili, w której nie zobaczyłam, gdzie mam spać. Miejsce, które przeznaczone było dla mnie, to był żuli barłóg. Były tam porzucone deski, powykręcane blachy, plandeki, stare śmierdzące ciuchy, mnóstwo śmieci. Byłam przerażona, zaczęłam to miejsce w panice porządkować tak, żeby można tam było w ogóle bezpiecznie przebywać. 

    Czasem myślimy, że miejsce, w którym żyjemy jest dobre i bezpieczne. Do chwili, w której iluzja opada i okazuje się, że to w czym tkwimy to tylko “żuli barłóg”. I nie chodziło o to co posiadam. Chodziło o to kim czuję, że jestem i jaką wagę ma dla mnie to co mam.

    Bo mentalnie, wtedy nadal byłam dziewczynką, która jest niewystarczająca. Inni są lepsi, bogatsi, mądrzejsi. Dla innych życie przygotowało lepsze miejsca do spania. Moje wydawało się żałosną prowizorką stworzoną z czegoś w czym nie da się zamieszkać. Nieważne, ile fakultetów skończę, ile obrazów sprzedam, jak wiele dzieci przyjdzie do mojej firmy i ile pięknych zmian się w nich dokona. Zawsze będzie to niewystarczające.

    Bo ja jestem niewystarczająca.

    Ale sen pokazał mi coś ważnego, że te przekonania można zmienić. Wystarczy dokładnie posprzątać. Kolejny dzień postawił na mojej drodze BRAMĘ, której przekroczenie sprawiło, że nie było już odwrotu. Bo jeśli naprawdę zobaczysz… to już nie odzobaczysz i nie masz wyjścia, musisz zacząć sprzątać. Bo widzisz, że jesteś w miejscu urągającym ludzkiej godności i zamiast wyjść i zobaczyć prawdziwą wartość swojego życia… jeszcze się w tym ciemnym miejscu w panice meblujesz.