W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: wewnętrzne dziecko

  • Po drugiej stronie – I, że cię nie opuszczę…

    Kiedyś, skrolując leniwie i bezmyślnie Instagram, zatrzymały mnie słowa pewnego mężczyzny. Przytoczę z pamięci jedynie fragment, ponieważ nie potrafię niestety odnaleźć tego postu, więc nie zacytuję całości: 

    „Chciałbym, żeby był przy mnie ktoś, kto, gdy będę najgorszą wersją siebie, powie mi: JESTEM. Nie zostawię cię.” 

    Pamiętam, że bardzo mnie te słowa poruszyły. Też chciałabym mieć przy sobie kogoś takiego. Kogoś, przy kim nie będę musiała być „jakaś”. Kto nie będzie mnie oceniał, a po prostu będzie przy mnie takiej, jaka w danej chwili będę. I nie będzie miało znaczenia, czy jestem słaba, czy silna, wesoła czy smutna, zdrowa czy chora. Ważne, że będę sobą. 

    A po chwili pomyślałam, że może ważniejsze od tego, aby KTOŚ był, jest BYĆ dla siebie samej kimś właśnie takim. I wtedy po raz pierwszy dotarło do mnie, że po całej drodze, jaką przeszłam, uwolniłam właśnie tę moc zostawania przy sobie bez względu na okoliczności. 

    Teraz, kiedy zakończył się we mnie proces transformacji, w trudnych chwilach (które przecież nie zaczną mnie nagle magicznie omijać) mam siebie. 

    I nigdy już siebie nie zostawię. 

    A Wszechświat, jak to Wszechświat, testuje. 

    Jeśli nie znasz historii Arisa, znajdziesz ją tutaj:  

    Jeden z najtrudniejszych testów właśnie zdałam, choć wyobrażałam sobie, że ten egzamin będzie wyglądał zupełnie inaczej. Będzie wielki, spektakularny, jak krwawa bitwa, którą trzeba stoczyć. Myślałam, że jeśli kiedyś dojdzie do prawdziwej konfrontacji z moim ojcem, przejadę przez nią na białym koniu z mieczem w ręku, który ciąć będzie bezlitośnie i ważny będzie jedynie triumf. Ojciec będzie musiał uznać moją krzywdę i swoje sprawstwo, i błagać o wybaczenie. 

    Tylko że dziś już mnie nie interesuje ani to, co on myśli, ani nawet czy kiedykolwiek przeprosi. Możliwe, że zostawiłabym sprawę mojej największej traumy i szłabym dalej, nie oglądając się za siebie… 

    Tylko że Wszechświat wystawił mi na tacy możliwość konfrontacji i dał mi wybór, czy z niej skorzystam, czy nie. 

    Skorzystałam. 

    Mój starszy brat jest najlepszym człowiekiem, jakiego znam. Choruje na schizofrenię, ale dobrze sobie radzi. Mieszka z ojcem. Czasem mam wrażenie, że potrafi wyłączyć się z tego, co dzieje się wokół niego i schować we własnym świecie. Być może właśnie dlatego potrafią mieszkać razem. 

    Rzadko odwiedzam ojca, unikam tego, jeśli mogę. Z bratem rozmawiam częściej, pomagam mu w podejmowaniu ważnych decyzji, współpracuję z lekarzem, ale staram się nie bywać w przestrzeni, którą zajmuje ojciec. 

    Kiedy brat zaprosił mnie na urodziny, nie mogłam odmówić. 

    Kupiłam tort i prezent. 

    Usiedliśmy w trójkę przy stole. Brat poprosił mnie o podzielenie tortu. Kiedy kładłam porcje na talerzach, słuchałam ojca. Mówił o sobie. Kiedy brat nalewał kawę, ojciec mówił o sobie. Kiedy kończyliśmy deser, ojciec mówił o sobie. 

    Przerwałam mu w końcu w pół słowa i powiedziałam, że przyszłam tu dziś, żeby świętować urodziny. Urodziny mojego brata, więc chciałabym ten czas poświęcić głównie jemu. 

    Porozmawialiśmy chwilę o starych komputerach i programowaniu. Nie znam się na tym, ale mój brat to kocha, więc opanowałam kilka haseł źródłowych, które mój brat z rozkoszą rozwinął. Całkiem dobrze spędziliśmy ten czas, dopóki ojciec się nie wtrącił. 

    Mówił, że nie ma już siły, jest stary, schorowany i nie może liczyć na pomoc mojego brata w ogrodzie. Zaproponowałam, że pomogę bratu i wspólnie przytniemy róże. Faktycznie były już monstrualne i zagrażały konstrukcji dachu, wrastając pod dachówki, skąd musieliśmy niektóre pędy wyszarpać. 

    Ojciec stał nad nami i gderał, obrażając na zmianę mnie lub mojego brata. Oboje udawaliśmy, że nie słyszymy. Nawet kiedy zauważył, że przytyłam, tylko mnie to rozbawiło (bo żyjąc całe życie w przetrwaniu, miałam silną niedowagę, teraz moja waga plasuje się w normie, co faktycznie może wywołać szok 😉). 

    Kiedy przycinaliśmy ostatni krzak, przypomniało mi się, że pod nim pochowany jest mój pies. Niewielki, kudłaty, zabawny, wieczny szczeniak. 

    I wtedy, stojąc na grobie jednego psa, postanowiłam zapytać o los innego. 

    I pomimo ściśnięcia w gardle i łez napływających do oczu nie mogłam się już cofnąć. Zapytałam ojca, co zrobił z Arisem. 

    Przez chwilę się zawahał, zanim odpowiedział: 

    – No jak to co? Tutaj jest pochowany. 

    I wskazał dłonią pod krzak, przy którym staliśmy. 

    – Nie mówię o tym psie, mówię o Arisie. Co się z nim stało? 

    Patrzyłam ojcu prosto w oczy, poważna i zdecydowana. 

    – Myśliwy, któremu go pokazałem, był nim zachwycony, od razu zaprowadziliśmy go do tego chłopca. Gdybyś tylko zobaczyła tego biednego, chorego chłopca… 

    Przerwałam mu natychmiast wiedziałam że nie powie mi prawdy ale ja mogę powiedzieć nareszcie głośno i wyraźnie własną. 

    – Nie interesuje mnie ten biedny chłopiec. Interesuje mnie natomiast ta biedna, mała dziewczynka, KTÓRA STRACIŁA KOGOŚ, KOGO BEZGRANICZNIE KOCHAŁA – powiedziałam, dotykając swojej klatki piersiowej. 

    Ojciec patrzył na mnie bez słowa. Miałam wrażenie, jakby się skurczył. Jakby nagle stał się mniejszy. 

    – Czy ktoś zobaczył kiedyś to dziecko? Czy ktoś zobaczył kiedyś tę dziewczynkę? 

    Mówiłam z niezwykłym spokojem, jakby to było zwykłe, naturalne pytanie. Nic niezwykłego. Żadna bitwa. 

    Po prostu nie zgodziłam się już na opowiadanie tej historii za mnie. 

    Nie potrzebowałam niczego więcej. Nie potrzebowałam kary, zemsty czy gromów z nieba. Potrzebowałam prawdy. 

    – To był mój pies! – powiedziałam, odchodząc. 

    Poprosiłam brata, żeby odwiózł mnie do domu. 

    Ojciec stał chwilę oszołomiony, odprowadził nas do samochodu i pożegnał bez słowa. Pomachał bez uśmiechu, nie patrząc mi w oczy. 

    Nie wiem, czy ta rozmowa otworzyła coś w moim ojcu. To nie ma znaczenia. 

    Wiem natomiast, co dała nam, jego dzieciom. 

    Kiedy znaleźliśmy się w samochodzie, mój brat powiedział: 

    – On wtedy zadzwonił do babci Radka (nie mieliśmy telefonu, babia Radka to sąsiadka). Razem z Radkiem zaprowadziliśmy Arisa do pracy ojca. To ja go tam zostawiłem. – powiedział ze smutkiem. 

    To było rozdzierające serce wyznanie. Mój brat nosił przez dziesięciolecia nie swój ciężar. To nie on odebrał mi psa. Nie był za to odpowiedzialny. A nosił w sobie ogromne poczucie winy. Nareszcie ten ciężar mogłam z niego zdjąć.

    – Mieliśmy straszne dzieciństwo – stwierdziłam ze łzami w oczach. – On jest po prostu zły. 

    – Gorzej… on jest gorszy. 

    – To psychopata – powiedziałam, patrząc na brata z czułością. 

    – To potwór – powiedział mój brat. 

    A potem wspominaliśmy koleżanki, kolegów i … co dobrego nas spotkało. 

    I potrafiliśmy znaleźć parę naprawdę dobrych historii. 

  • 83. KONIEC – TERAZ IDĘ ŻYĆ! 

    Pogrążona w starej traumie, w żałobie przeżywanej po kilkudziesięciu latach zamrożenia, miałam jedną przewagę nad tym trzynastoletnim dzieckiem, które doznało straty. Mam siebie, doświadczenie i zaufanie we własne możliwości. 

    Obiecałam sobie, że w tym blogu nie będę używała terminów psychologicznych, ale zrobię wyjątek, bo tę moją cechę/umiejętność cenię najbardziej. Rezyliencja to coś, co pomogło mi przetrwać i wciąż na nowo dodaje mi skrzydeł. I w tym wypadku również mi pomogła. 

    Kiedy siedziałam na mojej ulubionej żabiej ławeczce, płacząc i tuląc to skrzywdzone dziecko w sobie, pomyślałam: „Zaraz… ale przecież wszystko jest po coś”. 

    Gdyby nie Aris i jego strata, gdzie bym teraz była? 

    Tylko ja z trójki rodzeństwa wyprowadziłam się z domu. Tylko ja skończyłam studia, kupiłam mieszkanie, założyłam firmę, radzę sobie sama. Na pewno, gdybym urodziła się we wspierającej rodzinie, dostałabym na tacy to, co sama musiałam sobie wyszarpać, ale… wyszarpałam. Moi bracia nie mieli zasobu, który ja miałam. 

    Kiedy miałam czternaście lat, mój ojciec uderzył mnie po raz ostatni. Nie myślałam wtedy, nie analizowałam. Moja ręka automatycznie ułożyła się w pięść i poszybowała w kierunku jego twarzy. 

    To był mój Aris. To była moja granica. Nienegocjowalna. 

    Ojciec nie odzywał się do mnie przez pół roku, ale nigdy więcej mnie nie dotknął i zawsze już traktował z szacunkiem. Bardziej jako partnerkę niż córkę, co również było chore, bo deprecjonował przy tym moją matkę, ale dzięki temu mogłam iść w świat. 

    Spotkanie z Arisem pozwoliło mi znaleźć w sobie odwagę, aby bronić słabych, aby pomagać i otaczać opieką tych, którzy tego potrzebują. W mojej pracy okazało się to niezbędne. 

    W domu przesadzałam trochę, bo mój syn nie musiał nigdy konfrontować się z agresywnym ojcem. Wyczuwałam napięcie, zanim się jeszcze jawnie pojawiło i wkraczałam zdecydowanie, stając między nimi jak Aris między mną a ojcem. Mój syn dopiero teraz uczy się stawiać granice. Z różnym skutkiem, ale wiem już, że tym musi zająć się sam. 

    Teraz myślę o odkryciu tych trudnych wydarzeń z mojego dzieciństwa jak o BRAMIE przez którą przeszłam na drugą stronę. Dotąd miałam SIŁĘ, żyłam w przetrwaniu, chroniąc wszystko, co miękkie we mnie, przed zranieniem. Teraz odzyskałam MOC. Bo mogę nareszcie połączyć to, co delikatne z tym, co twarde. I jedno drugiego nie wyklucza. 

    Szukałam w życiu znaków, symboli, ludzi, znaczeń. Kiedyś prowadziły mnie kruki i to dobrze, bo przeprowadziły mnie przez ciemność. Potem poprowadził mnie Darek i zawsze będę mu za to wdzięczna. Pokazał mi sny, które mnie poniosły i otworzyły we mnie to, co zamknięte. 

    Szukałam na zewnątrz tego, co miałam w środku. 

    Teraz mam dwa zwierzęta mocy. Moją SALAMANDRĘ – delikatną, nieefektowną, taką rozlaną i trochę rozbebłaną, ale czułą i kochającą. I SZNAUCERA – silnego, odważnego, zdecydowanego obrońcę. Kochającego i pełnego czułości jak mój Aris. 

    Teraz dopiero mogę powiedzieć z pełną stanowczością coś, co powtarzałam od jakiegoś czasu jak mantrę: JESTEM MIŁOŚCIĄ. Bo miłość bez granic jest tylko emocjonalnym uzależnieniem. 

    Ostatnio rzadko miewam sny, nie są mi już tak bardzo potrzebne. Choć zdarzają się bardzo ważne i wspierające. Nie wiem, czy je opiszę. Jeszcze nie wiem, czy nadal będę pisać. 

    Dokopałam się już do źródła. 

    Na dziś ogłaszam koniec objawień.

    Koniec kopania.

    Teraz idę żyć!!! 

  • 82.8. Nieswoja historia – o odzyskaniu prawdy

    Zdałam sobie sprawę, że przez dziesięciolecia opowiadałam o tym niezwykłym psie nieswoją historię, a wieloletnia terapia, medytacje, kontemplacje, zgoda na usłyszenie prawdy o sobie i zdarzenia ostatniego miesiąca wytworzyły przestrzeń na bezpieczne rozszczelnienie słoja z salamandrą.

    To tak, jakby wszechświat podsuwał mi pod nos to, co miałam zobaczyć i poczuć. Historia z rannym Yorkiem („Wytrzymam wszystko” – jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym) uruchomiła we mnie najpierw niepowstrzymany, wręcz irracjonalny szloch, później wspomnienie traumatycznych wydarzeń dotyczących mojej suczki, a w końcu trwający kilka tygodni ból kręgosłupa w odcinku lędźwiowym. Wiedziałam wtedy, że muszę się sobą zająć z czułością, nie wiedziałam jednak, że „psia trauma” jest aż tak głęboka i sięga dzieciństwa.

    Nie ma przypadków. Gdyby nie York, nie zobaczyłabym mojej salamandry.

    W czasie mojego procesu dochodzenia do siebie nauczyłam się, że cokolwiek przychodzi — czy to wspomnienie, czy wydarzenie, czy dziwne lub niewygodne doświadczenie — powinno zostać przyjęte, zauważone, docenione i zintegrowane. Bo wszystko, co przychodzi, nie przychodzi bez powodu.

    Wiedziałam, że jeśli tak bardzo poruszyło mnie cierpienie Yorka, że zeszło do ciała, to poruszyło coś bardzo ważnego i pierwotnego. Psychika wiedziała jednak, że na zobaczenie tego potrzeba czasu, że otwarcie słoja to nie jest tylko kosmetyczna zmiana.

    Trzeba się przygotować, bo kiedy otworzy się słój i wypuści salamandrę, nie będzie już możliwości powrotu. Nie można będzie wtłoczyć tego zwierzęcia z powrotem do ciasnego pojemnika i udawać, że niczego się nie widziało. Trzeba zobaczyć i przyjąć prawdę taką, jaka jest, bez względu na to, jak jest bolesna.

    Zapisywałam więc wtedy przemyślenia, pojawiające się wspomnienia, obrazy, odczucia w ciele. I wszystko mówiło mi, że to coś, czego nie wolno mi zagłuszyć. Że nie „zaczytam” tego kolejną książką rozwojową, nie „zasłucham” kolejnym wykładem, kursem czy szkoleniem.

    A kiedy dotarłam do prawdy, wiedziałam, że muszę ją pierwszy raz naprawdę poczuć. Muszę poczuć złość, smutek, rozpacz. Muszę przeżyć żałobę, której nie wolno mi było przeżywać, kiedy miałam trzynaście lat.

    Musiałam uznać cierpienie tej małej dziewczynki i pozwolić sobie nareszcie je nazwać i przeżyć. Bo to nie była tylko strata psa. To było brutalne rozerwanie więzi. Zamknięcie w dziecku doświadczenia bezpiecznej miłości i opieki w imię status quo chorego systemu rodzinnego.

    Miałam olbrzymi żal do ojca, bo już wiedziałam, dlaczego wybrałam sobie na partnera życiowego mężczyznę niedostępnego emocjonalnie, uzależnionego, który nigdy mnie nie wspierał, nigdy nie stanął w mojej obronie. Skąd moje przekonanie, że „wytrzymam wszystko”, że moje potrzeby nie są istotne, że to ja muszę dawać radę. Dlaczego czułam się zaniepokojona, gdy jakiś mężczyzna próbował otoczyć mnie opieką. Dlaczego tak trudno było mi przyjmować, a tak łatwo dawać.

    Przeżywałam więc i nadal pozwalam sobie przeżywać tę odłożoną w czasie żałobę, bo wiem, że psychika dojrzewa do uwalniania siebie nie przez wielką, gwałtowną rewolucję, ale przez możliwość zobaczenia prawdy.

    Czystej, żywej prawdy bez pakowania jej w ozdobne folie.

    P.s. nie wiem na jakiej zasadzie działa moja podświadomość konstruując sny, ale po napisaniu tego wpisu zdałam sobie sprawę, że we śnie: 68. Jeszcze nie dziś – sen o spotkaniu z najgłębsza raną, odganiam okaleczonego węża filią budowlaną… ciekawe…

  • 82.5 KRÓLOWA MIECZY – strażniczka, która musiała się narodzić 

    Słowo „bezpiecznie” czułam całą sobą. Poruszyło we mnie wszystkie emocje, złość, lęk, smutek i jednocześnie coś niezwykle miękkiego, ciepłego. 

    Pomyślałam, że muszę zabawić się w detektywa. Bo w moim domu nigdy nie było bezpiecznie, więc skąd ta czułość, dlaczego smutek… Dlaczego zobaczyłam we wspomnieniach, jak w tym właśnie mieszkaniu, w tym właśnie czasie, siedzę nocą pod stołem w kuchni i przyciskam ostrze do nadgarstka?  

    Dlaczego?  

    Przecież nigdy czegoś takiego nie zrobiłam.  

    Nigdy.  

    W żadnej, nawet najczarniejszej chwili mojego życia a było ich niemało.  

    Nigdy nie chciałabym zrobić czegoś podobnego.  

    Nigdy. Nawet w epizodzie depresyjnym, którego doświadczyłam mając 32 lata nie przyszło mi coś takiego do głowy.  

    Zawsze widziałam światło tam, gdzie inni go nie dostrzegali.  

    Zawsze byłam silna.  

    Zawsze radziłam sobie sama.  

    Zawsze byłam SAMA.  

    Nigdy nikt mnie nie bronił. 

    Nikt mnie nie bronił. 

    Nie bronił. 

    BRONIŁ. 

    Wtedy wróciło wszystko. I rozdarło mnie od środka. Leżałam w wannie i szlochałam tak, jakby nigdy nie miało się to skończyć. Czułam jakby pękła tama i wylała się ze mnie z taką gwałtownością, której nie da się już zatrzymać. Zanurzyłam się pod wodę i leżąc na dnie wanny krzyczałam, aż opadłam z sił. 

    I tuliłam moją salamandrę i rozumiałam już, dlaczego musiała zamknąć oczy, żebym ja mogła przetrwać. 

    Tej nocy, gdy jako dziecko trzymałam ostrze przy nadgarstku narodziła się we mnie KRÓLOWA MIECZY- ta, którą przez długi czas, uparcie pokazywał mi tarot. 

    Nie dlatego, że miękkość była czymś złym, ale dlatego, że została bez strażnika. A wtedy ta trzynastoletnia dziewczynka sama musiała stać się wojowniczką. 

    Wtedy też powstały niszczące mnie wzorce i przekonania. 

    To jedno wydarzenie było kamieniem, który uruchomił lawinę głazów, pod którą to, co we mnie najpiękniejsze, zostało uwięzione na dziesięciolecia. 

  • 82.4. BEZPIECZNIE – słowo, które otworzyło drzwi 

    Trzeciego dnia przypomniało mi się, że kilka dni wcześniej, zanim przyśniła mi się salamandra myślałam o Darku. Nigdy nie myślałam o nim w ten sposób. Dla mnie był tym, który mnie poniósł.  Bardziej symbolem niż człowiekiem. Tego wieczoru zobaczyłam go szerzej, poczułam niemal jak mógł się czuć jako odtrącony, pomijany syn swojego zimnego, nieobecnego emocjonalnie ojca. Niosący w sobie dzieciństwo, z którego niewiele pamięta, poza „nie teraz”, „zaczekaj”, „później”. Jego silne poczucie samotności, które odczuwał nawet wśród tłumu bliskich mu ludzi.

    Poczułam wtedy, że bardzo pragnę jako dorosła przeprosić to smutne dziecko w nim za krzywdy jakich doznał od tych, którzy powinni go kochać i chronić. 

    I przypomniał mi się sen, w którym ratuję Darka (z lipca 2024). Kilka dni wcześniej opowiadał mi o swojej relacji z ojcem. Dopiero teraz, po dwóch latach zrozumiałam ten sen. I bardzo, bardzo chciałam móc przeprosić to małe dziecko. Chciałam gładząc mu włosy powiedzieć z czułością: „Widzę twoje cierpienie. Widzę twoje zmęczenie. Jestem. Nie zostawię Cię. Śpij teraz. Będę tu, kiedy się obudzisz”.  

    Niestety nigdy tego nie zrobię. 

    I żałuję tego jak niczego na świecie.   

    Dotarło do mnie wtedy, że mogę objąć empatią tak mocno ukrytej rany drugiego człowieka, tylko dlatego, że sama noszę głęboko ukrytą ranę.  

    Kiedy myślałam o zranionym małym Darku, instynktownie wiedziałam, że nie jest to coś co potrzebuje intelektualnej analizy, czy duchowej interpretacji. To miejsce w człowieku wymagało przede wszystkim obecności, delikatności, uznania krzywdy. A wiedziałam to, bo na najgłębszym poziomie dotykało to mojego doświadczenia. 

    Tak chyba działa głęboka empatia. Nie dlatego, że potrzebujemy uratować innych, ale dlatego, że znamy ten „krajobraz” od środka. 

    I nagle, kiedy przyszła świadomość, ta czułość zaczęła płynąć nie tylko na zewnątrz, ku drugiemu człowiekowi. 

    Był to jeden z najważniejszych momentów mojego procesu, ponieważ pozwolił mi na to, aby ta energia mogła już wrócić do źródła. 

    Zdałam sobie wtedy sprawę, że ta mała JA również zasługuje na słowo „PRZEPRASZAM”. Te przemyślenia stworzyły przestrzeń, w której pierwszy raz poczułam się na tyle bezpiecznie, aby sen z salamandrą mógł mi się w ogóle przyśnić. 

    To tak jakby psychika powiedziała mi: „Dobrze. Jeśli jest już trochę bezpieczniej… mogę ci pokazać ten pokój” 

    Poczułam wtedy całą sobą, że kluczem do rozwiązania zagadki uwięzienia SALAMANDRY jest słowo „BEZPIECZNIE”.

  • 82.2. „Wszystko (…) jest piękne” 

    Chodziłam z tą salamandrą cały dzień i myślałam o tym, jak wygląda.  

    O tym, że może dla kogoś mogłaby wydawać się odrażająca. Dla mnie była smutna, samotna, zapomniana i niekochana. A zasługuje na przytulenie, zauważenie i uznanie cierpienia. W ogóle nie przeszkadza mi to, że wygląda jak wygląda. 

    Kiedyś Darek odpowiedział mi, na moją krytykę spłaszczenia symbolu smoka na podstawie tego co zrobiono ze smokiem w Krakowie. Jakie komercyjne badziewie ludzie stworzyli z tego pięknego symbolu. Darek powiedział „… wszystko we wszechświecie jest piękne”. Potraktowałam to jak duchowe pierdolety. A myśląc o mojej salamandrze… wtedy, właśnie w tej jednej chwili naprawdę to poczułam.  

    Ta salamandra jest piękna. Po prostu piękna, taka, jaka jest. To jak została potraktowana nie jest w porządku, ale ona jest doskonała.  

    Chciałam ją wtedy jak najszybciej odpakować i mocno przytulić. 

    Bardzo żałowałam, że nie mogę wymusić kontynuacji tego snu. Chciałam zobaczyć, jak siedzę z olbrzymią salamandrą na kolanach i tulę ją do siebie z miłością. 

    Wiedziałam, że to jest chyba najważniejszy sen w moim życiu.  

    Bo pokazał mi, że muszę zmienić perspektywę… 

    Łatwo jest kochać siebie, kiedy wyglądasz całkiem nieźle, jesteś niegłupia, błyskotliwa, z poczuciem humoru, wzbudzająca zaufanie, opiekuńcza, silna, sprawcza, zdolna, potrafiąca poświęcić się dla innych, kochająca i długo by jeszcze wymieniać… A w środku, na tym bardzo, bardzo głębokim poziomie… tam trudniej się pokochać. 

    Poczułam, że teraz kocham, kocham siebie naprawdę. Również tę smutną, skrzywdzoną, zrezygnowaną, nieefektowną i skrajnie bezradną.  

    I wtedy pojawiła się we mnie złość, bo uzmysłowiłam sobie, że jakaś miękka, bezbronna część mnie musiała zostać zamknięta, żebym ja ta sprawcza i silna mogła przetrwać. 

    Złość kocham już w sobie od dawna, za moc jaką z sobą niesie.  

    Dzięki złości i miłości, którą odkryłam w sobie potrafiłam zejść głębiej. 

    Do samego źródła.  

  • 73. Nie zapłacę mandatu – sen o powrocie do przerwanego procesu. 

    11/12.04.2026 

    Niewiele pamiętam z tego snu… Byłam z koleżanką. Namówiłam ją do czegoś głupiego. Wsiadłyśmy do jakiegoś środka lokomocji, ukrywając się pod podłogą. Było to coś pomiędzy żartem a przygodą i miało być zabawne. Okazało się, że kierowca lub kapitan (nie wiem, czym miałyśmy się przemieszczać) miał chyba podgląd miejsca, w którym się ukryłyśmy i znalazł nas. Ja jakimś cudem się wykręciłam, ale koleżanka miała zapłacić karę w wysokości 500 zł. To było bardzo dużo, nie miałyśmy takich pieniędzy. Zostałyśmy wyrzucone z tego środka lokomocji. Po drodze ukradłam jakieś papiery. Miałam nadzieję, że to coś ważnego. Zmięłam je w kulkę i wrzuciłam do wody. To była rzeka lub jezioro. Siedziałam na pomoście z rękami zanurzonymi w wodzie, czekałam, aż kartki rozmiękną i myślałam, że to całkiem fajny kawał. Zachowywałam się jak dzieciak, taki mały łobuziak, ale byłam dorosła. 

    Scena druga 

    Za moim domem, przy sąsiedniej kamienicy, są działki. Robotnicy przekopywali wszystko jak leci. 

    Zależało im, żeby szybko skończyć pracę. To była firma wynajęta przez kogoś z miasta. Chciałam, żeby przerwali pracę. Chyba bałam się, że to miejsce nie będzie już takie jak dawniej. 

    Kiedy wycinali roślinność w kępie, która pozostała, zauważyłam duże ptaki (jakiś rodzaj grzebiących). To była para i młode. Robotnicy nie chcieli się zatrzymać. Chociaż tłumaczyłam im, że to okres lęgowy i muszą wrócić, kiedy młode opuszczą gniazdo, że teraz nie można ich niepokoić, uparli się. Zadzwonili do kogoś, kto powiedział im, że ptaki można złapać i gdzieś przenieść. 

    Nie chciałam ich oddać. Wiedziałam, że to jest ich miejsce. 

    Jeden z robotników wręczył mi duże plastikowe pudło z ptakami, a ja szukałam im tymczasowego miejsca, jakiejś woliery, w której byłoby im wygodnie do czasu zakończenia remontu. 

    Mój wewnętrzny remont przerwało pewne wydarzenie, które na chwilę rozchwiało mnie do tego stopnia, że zatrzymało we mnie wszystko. 

    To wydarzenie zadziałało na dwóch poziomach. Najpierw spowodowało we mnie chaos emocjonalny, który dzielnie wystałam, a później obudziło we mnie małego filutka, który, gdy nadarzy się okazja, nie ręczę, że nie zapłaci mandatu od życia… Chociaż… możliwe, że w porę się wycofa. 😉 

    Spotkałam Darka. 

    Jadłam z przyjaciółką śniadanie na mieście. Zwykle nasze śniadania przedłużają się do obiadu. Tak też było tym razem. Przyjaciółka zna szczegóły mojej skomplikowanej, duchowej, transformacyjnej relacji z Darkiem. Wie, jak wiele kosztowało mnie pożegnanie z nim i ni w ząb nie rozumiała, dlaczego musiałam to zrobić. Wiedziała też, jak wiele czasu zajęło mi dojście do siebie i uporanie się ze zwykłą ludzką tęsknotą. 

    Ja uważałam tę relację za definitywnie zakończoną, choć nie było dnia, w którym Darek zniknąłby z moich myśli. Uznałam, że tak po prostu jest, i przestałam z tym walczyć. Myśli przychodziły i odchodziły w swoim rytmie. 

    Kiedy rozmawiałyśmy, spojrzałam w okno. W tej samej chwili spojrzał w okno Darek, przechodzący ulicą. To było tak elektryzujące spotkanie. Najpierw zaskoczenie na naszych twarzach, a później promienny uśmiech po obu stronach. 

    Patrzyliśmy na siebie z taką… mogę mówić tylko za siebie… radością. Świat na chwilę się zatrzymał. Patrzyłam w te wypełnione radością oczy i… zapomniałam o oddechu. 😍 

    Trwało to może piętnaście sekund. 

    Odchodząc, machał i przez chwilę szedł bokiem, patrząc na mnie, jakby chciał jak najdłużej utrzymać kontakt wzrokowy. 

    Kiedy zniknął mi z oczu, odwróciłam się w stronę przyjaciółki. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i równie szerokim uśmiechem. 

    Po chwili odezwała się: 

    — Ale to w Tobie jeszcze siedzi. 

    Siedzi. 😋 

    Ale to nic. 

    Poczułam w sobie lekkość po tym pięknym spotkaniu. Poczułam się trochę jak dzieciak. 

    Do chwili, w której przyjaciółka powiedziała: 

    — Zadzwoń do niego. Ja bym zadzwoniła. 

    A ja nie zadzwonię. 

    Nie dlatego, że nie chcę. 

    Dlatego, że chcę w relacji czuć się na tyle bezpiecznie, żeby móc być jak dzieciak. Radosna i niepohamowana. Ale do tego potrzebuję SMOKA (wyjaśnię innym razem), a do SMOKA nie muszę dzwonić. 

    On sam to zrobi. 

    Zabezpieczyłam swoje pisklęta i, kiedy opanowałam emocje, wróciłam do mojego wewnętrznego remontu. 

    Zostało mi jeszcze sporo do zrobienia. 

  • 55. Brama – sen o tym, że już niczego nie muszę udowadniać. 

    29/30.12.2025 

    Byłam w domu moich pradziadków, to był dom mojego wczesnego dzieciństwa. Nie byłam w środku, byłam na podwórzu. 

    Nie pamiętam, w jakim celu szłam przez ogród lub łąkę w stronę drogi. Minęłam jakiegoś mężczyznę, był to chyba mój rówieśnik, znajomy z dzieciństwa. Zamieniłam z nim kilka słów, ale nie wiem, czego dotyczyła rozmowa. Mam silne przekonanie, że go nie lubiłam. 

    Chciałam pobiegać. To dziwne, bo bardzo nie lubię biegać. We śnie też to chyba poczułam, bo zamiast obiec okolicę drogą, zobaczyłam skrót i zapragnęłam z niego skorzystać. Nie wiem, czy taki skrót istniał w realu. Chyba nie, bo stały tam zawsze jakieś budynki, a tu ścieżka prowadziła wprost z drogi, z górki, przez łąkę, prosto do uliczki, przy której stał dom pradziadków. 

    Po mojej lewej stronie widziałam jakieś budynki. Wyglądały jak niewielkie, zamknięte osiedle apartamentowców. Znajdowałam się na terenie przynależącym do tego osiedla. Ścieżka była kręta, wydeptana w wysokiej zielonej trawie. Był piękny letni wieczór. 

    Zauważyłam, że ścieżka kończy się olbrzymią metalową bramą, wykonaną ze zdobionych sztachet. Nie byłam pewna, czy przejdę. Postanowiłam spróbować. Pobiegłam tym skrótem. 

    Wielka, na jakieś pięć metrów wysokości, ciężka metalowa furta była zamknięta. Nie było klamki, ale wystawał z zamka gruby, również metalowy, kwadratowy bolec, który przekręciłam bez najmniejszego wysiłku. 

    Po drugiej stronie stała kobieta. Niosła torby z zakupami. Zapytała mnie, co tu robię. Zamiast się tłumaczyć, powiedziałam jej, że ostatni raz byłam tu jakieś czterdzieści lat temu, że niewiele się tu zmieniło. Zapytała mnie o rodziców i o to, gdzie teraz mieszkam. Wymieniłam nazwę mojego miasta, ale podałam też nazwy dwóch innych. Nie wiem, czy kłamałam, czy we śnie faktycznie również tam mieszkałam. 

    Koniecznie chciała wpaść na kawę. Pojawił się też jakiś mężczyzna (jej partner?). 

    Szliśmy do domu moich pradziadków. Na budynku po drodze był wielki mural. Nie pamiętam, co przedstawiał, był chyba abstrakcyjny. Powiedziałam, że wykonał go mój ojciec. Wtedy dopiero kobieta zrozumiała, kim jestem, ale nie pamiętała mnie jako dziecka. 

    Otworzyłam drzwi do domu pradziadków i zrozumiałam, że muszę przełożyć tę wizytę, ponieważ moi pradziadkowie są w agonalnym stanie. Leżeli w łóżkach, każde w swoim. Nie było już z nimi kontaktu. Pożegnałam się więc z tymi spotkanymi po drodze ludźmi i weszłam do środka. 

    Pradziadkowie zniknęli. Ich pokój zamienił się w plan filmowy. Był tam mój partner (nie wiem, kto to był), a ja byłam reżyserem. 

    Chciałam udowodnić wszystkim, że mój związek jest stabilny. Chyba czułam we śnie, że wcale tak nie jest. Reżyserowałam scenę, w której tańczyliśmy (jakiś taniec nowoczesny) w trójkę razem z choreografką, która miała nas wspierać. W czasie tańca okazało się, że „chemia” jest między nimi, a nie między mną i moim partnerem. 

    Wycofałam się i weszłam tylko w rolę reżysera. Miałam świadomość, że cały świat widział tę scenę, bo film leciał „na żywo”, ale nie byłam zdruzgotana czy zawstydzona. Czułam się raczej rozczarowana. 

    We śnie miałam silne przeświadczenie, że jestem w tym miasteczku tylko gościem, że jedynie odwiedzam miejsce, w którym mieszkałam jako dziecko. 

    W tamtym czasie (w dzieciństwie) czułam się kimś gorszym od innych. Teraz, we śnie, byłam sobą i odczuwałam dokładnie tę wielką różnicę. Nie byłam dumna, nic z tych rzeczy. Byłam po prostu pewna siebie i miałam tego świadomość. 

    Ten sen zakończył moją potrzebę “mieszkania w dzieciństwie”. Pokazał mi, że dawno już wyrosłam z moich dziecięcych kompleksów. Nie czuję się gorsza od innych. Nie czuję się też lepsza. Czuję się po prostu SOBĄ. 

    Dlatego mogę już odwiedzać to miejsce bez lęku czy smutku. Mój ojciec jest już tylko obrazem w mojej historii i nie czuję ciężaru wracając wspomnieniami do tego domu. Wczesne dzieciństwo mam już poukładane. Później, za prawie pół roku, moje sny przeczołgają mnie jeszcze przez jedno naprawdę traumatyczne wydarzenie, ale ten etap mam za sobą. 

    A pewność siebie, którą zyskałam po drodze pozwala mi patrzeć z innego miejsca na ewentualną zdradę. 

    Kiedy zdradził mnie mąż myślałam “w czym ona jest lepsza?”, “co ze mną nie tak?”, “czy jestem aż tak beznadziejna?”. 

    Dziś wiem, że zadawałam niewłaściwe pytania. 

    Mam ochotę (nawiązując do książki Katarzyny Miller) kupić kochance męża kwiaty i pięknie jej podziękować za to, że pokazała mi, kim ten człowiek naprawdę jest. 

    A nie jest ani zły, ani dobry. On jest zwyczajnie NIE DLA MNIE.

  • 52. Zeszłam z piedestału – sen o uzdrawianiu kobiecości. 

    17/18.12.2025 

    Byłam w domu. We śnie była 5.18 lub 5.16. 

    Przed moim domem rosną dwa piękne, rozłożyste dęby. Siedziałam przy stole, z tego miejsca mam najlepszy widok na nie. Zauważyłam, że ktoś wychyla się z liści na czubku drzewa. Mężczyzna. Zdziwiło mnie to, bo to bardzo wysoko. Chciałam mu zrobić zdjęcie telefonem, bo to byłby idealny kadr, ale telefon nie poradził sobie i zdjęcie wyszło albo prześwietlone, albo niedoświetlone. 

    Byłam w koszuli nocnej. Takiej „starodawnej”, długiej do ziemi, z długimi rękawami, białej. 

    Coś robiłam w domu. Nagle spojrzałam na drzewo. Było pocięte, ale nie tak „pielęgnacyjnie”, tylko brzydko poharatane. Wyszłam na balkon i zaczęłam krzyczeć, żeby natychmiast przestali. 

    Pomyślałam, że wybrałam to mieszkanie właśnie dla tych dębów, a teraz uschną za kilka lat po takiej „pielęgnacji” i będę musiała się wyprowadzić. 

    Kiedy jeden z mężczyzn mnie usłyszał, podniósł ogromną gałąź, wspiął się po balkonach i pokazał mi maleńkie dziurki w gałęzi. Tłumaczył mi, że nie było wyjścia, że drzewo było zainfekowane jakimiś owadami. 

    Weszłam do mieszkania, nadal zła na to, co się stało, ale przestali już ciąć, a to, co narobili, było nie do odwrócenia, więc byłam bezsilna i zostawiłam ich już w spokoju. 

    Drzewo wyglądało strasznie, poczułam ogromny smutek. Zwróciłam uwagę na moją koszulę nocną. Zasłaniała mnie całą, ale kiedy przylegała do mojego ciała, stawała się niemal przejrzysta. Zastanawiałam się, czy ten mężczyzna mógł mnie zobaczyć taką półnagą? 

    Pokazałam drzewo mojemu synowi, też go to zasmuciło. 

    Na balkonie leżał pies, ogromny, kremowy, niemal biały, taki w typie molosów. To był obcy pies. Syn się go wystraszył. Zastanawialiśmy się, skąd wziął się na trzecim piętrze. 

    Postanowiłam, że trzeba go wpuścić. Miałam lekkie obawy, ale otworzyłam drzwi. Pies wszedł do środka, położył się na podłodze. Zaczęłam go głaskać, przytuliłam się do niego, a on otworzył paszczę, objął nią moją głowę i leciutko, delikatnie mnie podgryzał, niemal z czułością. 

    Nie bałam się, że mnie skrzywdzi, ale troszkę mnie to zdziwiło. Psy lekko żujące ręce spotkałam w swoim życiu, ale głowę? Wydało mi się to trochę dziwne, ale nie niepokojące. 

    Do mieszkania weszła jakaś kobieta. Powiedziała, że źle się czuje i musi zrobić sobie przystanek w podróży. Dlatego wynajmuje sobie łóżko w naszym mieszkaniu. Sama przygotowała sobie pościel. 

    Łóżko było takie surowe, metalowe, trochę jak kiedyś w szpitalach i stało jakby oddzielnie. Przyjrzałam się pościeli. Nie była idealnie czysta, trochę się zawstydziłam. Była biała, ale miała parę plamek. 

    Wzięła też sobie małą poduszkę, jaśka. Ta była nowa, ale zobaczyłam, że ma dwa skośne przecięcia. Pomyślałam, że to moje koty zniszczyły ją pazurami. 

    Kobieta mówiła, że jest chora, ale nie wyglądała na taką. Mimo wszystko postanowiłam iść po leki dla niej. 

    Poszłam do domu moich rodziców, żeby zabrać coś stamtąd (nie wiem, czy chodziło o leki). Było tam dużo ludzi. Chciałam umyć ręce albo je ogrzać w ciepłej wodzie. Pamiętam, że zanurzałam je prawie po łokcie w dużej, metalowej, pomalowanej na biało umywalce. 

    Woda płynęła z kranu nawet wtedy, kiedy odeszłam od umywalki. Chciałam ją zakręcić, ale moja bratowa powiedziała, że można to tak zostawić. 

    Spojrzałam na swoje stopy. Były całe w błocie. Miałam na sobie sandały, więc nie tylko buty były brudne, ale stopy również. 

    Wszystko to działo się jakby na zewnątrz, ale wewnątrz (kiedy teraz o tym myślę, to można to porównać do hangaru, w którym jest plan filmowy). Było tam sporo ludzi. 

    Nagle wjechał samochód, kabriolet, duży, w takim amerykańskim, rozdmuchanym stylu. Siedzieli w środku trzej mężczyźni i nastolatka. 

    Pomyślałam, że ta dziewczyna jest już zgubiona, że niczego nie uda się jej w życiu osiągnąć. Dopóki jest młoda, będą ją tak wozić jak zabawkę, a później zostawią. 

    Dziewczyna wysiadła z samochodu i podeszła do mnie. Siedziałam na jakimś wysokim podeście albo kamiennej „poręczy” schodów. Patrzyłam na nią z góry. 

    Powiedziała, że bardzo jej się zawsze podobałam w sensie seksualnym, ale też bardzo ceni mnie za osobowość. 

    Bardzo mnie to zaskoczyło. W pierwszej chwili poczułam coś między odrazą a zmieszaniem. Spojrzałam na siebie. Byłam ubrana w bardzo krótką spódniczkę. Pomyślałam, że tak naprawdę niczym się nie różnimy. 

    Zeszłam na ziemię. Przytuliłam ją z wdzięcznością za jej miłe słowa. 

    Pojawiła się nagle jej matka i powiedziała, że ten gest wiele znaczy dla jej córki. 

    Bardzo długo zastanawiałam się, co ten sen próbuje mi pokazać. Którą salę w mojej szkole na drodze transformacji, przyszło mi otworzyć. 

    Wiem już… Seksualność. 

    Moja była okaleczona jak moje dęby. 

    Kiedy byłam nastolatką, mój ojciec opowiadał mi z dumą o swoich podbojach i erotycznych spotkaniach w altance na działce, w której sypiał latem. Mówił o tych kobietach jak o przedmiotach, które się używa. Deprecjonował je i instrumentalizował sam seks. Seksualność wydawała mi się uprzedmiotawiająca, a mężczyzna w moich wyobrażeniach pełnił rolę dominującą. Moje pierwsze doświadczenia w tej dziedzinie obarczone były napięciem, wstydem i poczuciem winy.  

    Nawet w małżeństwie czułam, że seks nie jest czymś, w czym można się zapomnieć. Wszystko przeżywałam bardziej w głowie niż w ciele. 

    Teraz wiem, że mężczyzna może być jednocześnie czuły, silny i wcale nie musi to oznaczać dominacji. Wręcz przeciwnie, może być i powinna w tym olbrzymia dawka bezpieczeństwa, szacunku i opieki, jaką niesie prawdziwa męska energia w związku. 

    Umyłam więc symbolicznie dłonie po same łokcie i zeszłam z piedestału do tego dziecka, któremu tak bardzo zakrzywiono obraz tego, co może być w życiu źródłem tego, co najpiękniejsze. 

    Przytulam więc dziś moją nastolatkę, bo wiem, że niczym się nie różnimy. 

    Ja też – coraz bardziej w to wierzę – dojrzeję do tego, by czerpać prawdziwą radość z seksu. 

  • 47. Nie bój się wilka – sen o oswajaniu własnej dzikości. 

    4/5.12.2025 

    Byłam w sporym budynku i dość wysokim. Nie panował tam chaos, nie było brudno, ale stylu stanowczo tam brakowało. Tak trochę boho, mało elegancko, trochę przytłaczająco. Ale kolory raczej przytłumione. 

    To była moja firma, w której pracować miałam z dziećmi. Dostałam ten budynek (od miasta?). Wcześniej była tam stołówka jakiejś instytucji. Wszystko zostało po starych najemcach. Przy drzwiach wisiała stara, zniszczona tabliczka. 

    Jacyś rodzice, którzy zostawili u mnie dwoje, może troje dzieci, próbowali pomóc mi uporządkować przestrzeń przed wejściem. Zdarli tę tabliczkę razem z przymocowanym do niej zniszczonym pluszakiem i ustawili przed wejściem jakieś pudełka, które miały jakoby zachęcić ludzi do przyjścia. Nie byłam przekonana, ale machnęłam na to ręką i wróciłam do dzieci. Miały na oko 6–8 lat. 

    Budynek w środku był podzielony na trzy części. 

    Malutkie mieszkanko, jakby wbudowane zaraz przy wejściu, może z 15 m². Tylko łóżko i niewiele więcej. Domek ze zbitych desek, jak dom jakiegoś trapera. 

    Pośrodku budynku była duża, przestronna przestrzeń, a drugi koniec można było oddzielić, przesuwając ściankę, która po zamknięciu tworzyła mały pokój. 

    W tym dużym pomieszczeniu na półce siedziała żaba. Rzekotka szmaragdowa. Przepiękna. Do niej cienkimi sznurkami lub nicią przywiązany był robal, naprawdę duża zielona gąsienica. Najpierw myślałam, że robal zżera żabę, chciałam go wyciągnąć, ale kiedy zobaczyłam te nici, pomyślałam, że nie jest to niebezpieczne i może spokojnie zaczekać, aż znajdę jakieś cieniutkie nożyczki. 

    Wyszłam z dziećmi na zewnątrz. Łąka, ścieżki, zieleń w oddali. Ale przestrzeń zamknięta roślinnością i możliwe, że budynkami. Niezbyt rozległa. 

    Widzieliśmy, jak ścieżką idzie grupka ludzi, chyba rodzina z kilkorgiem dzieci. Biegały koło nich niedźwiedzie. Czarne, niewielkie, wyglądały jak himalajskie. Pomyślałam, że to sympatyczne zwierzęta, takie radosne. Zauważyłam, że ta rodzina wcale nie kontroluje zwierzaków, a ja miałam pod opieką cudze dzieci, więc postanowiłam, że jednak schowamy się w budynku. 

    Ale nie było we mnie lęku, raczej odpowiedzialność i świadomość, że nie wiedziałam, czy rodzice byliby zadowoleni ze spotkania dzikiego zwierzęcia przez ich dzieci. 

    Weszliśmy do środka, ale za nami do budynku wszedł dorosły, ale jeszcze młody wilk. Schowaliśmy się w tym domku w środku budynku. Niestety deski były uszkodzone albo źle zbite, wilk dostał się do środka. Nie był agresywny. Zachowywał się, jakby chciał się bawić. 

    Wyszliśmy z „domku” i poszliśmy do ostatniej części, którą można było przegrodzić ścianką. Ścianka okazała się niewysoka, dokładnie 110 cm. I miękka, jak zrobiona z tapicerowanych sztuczną skórą elementów. 

    Wilk bardzo chciał się przedostać. Nie było we mnie lęku. Tylko ta powinność, że dzieci nie mogą mieć z dzikim zwierzęciem kontaktu. Ale robiłam wszystko bez przekonania. Dzieci też się go nie bały i udawały tylko, że pomagają mi przesuwać ścianę 😉 

    W tym śnie było tyle luzu i prawdziwej dziecięcej radości. Kiedy teraz, po wielu miesiącach, przypominam sobie tę niby ucieczkę przed dzikim zwierzęciem, radosne chichoty i ukradkowe głaskanie wilka z miną mówiącą „to nie moja ręka”, nie mogę powstrzymać uśmiechu. 

    W tamtym okresie przeżywałam trudny czas. Mój syn właśnie wrócił do domu po rozstaniu z dziewczyną, w pracy organizowałam olbrzymią imprezę, a jej przygotowanie zajęło mi kilka tygodni intensywnej, dodatkowej pracy pro bono. Na szczęście rodzice moich dzieci sami oferowali pomoc i po raz pierwszy w moim życiu czułam, że nie jestem sama. Martwiła mnie też kwestia mojej duchowości. Nie miałam na nią czasu. Bałam się, że codzienność ją pochłonie. Nic takiego na szczęście nie miało miejsca. Bo moja duchowość mieszka właśnie w codzienności, wśród dzieci, zwierząt, pracy i w naturze. 

    Często zastanawiam się, co by na to czy owo powiedział mój ulubiony Szaman. Choć zwykle sama znajduję odpowiedzi.

    W tym wypadku mój Szaman powiedziałby na pewno: Nie bój się, nie wszystko, co wydaje się groźne, okazuje się niebezpieczne. Wpuść własną dzikość do życia. Nie bój się wilka, ciesz się jego obecnością. Radość nie kłóci się z odpowiedzialnością. 

    I nie martw się, nie jesteś sama. 

    I choć wcale go już nie potrzebuję, tęsknię czasem za moim Szamanem 😉