W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: wdzięczność

  • 47. Nie bój się wilka – sen o oswajaniu własnej dzikości. 

    4/5.12.2025 

    Byłam w sporym budynku i dość wysokim. Nie panował tam chaos, nie było brudno, ale stylu stanowczo tam brakowało. Tak trochę boho, mało elegancko, trochę przytłaczająco. Ale kolory raczej przytłumione. 

    To była moja firma, w której pracować miałam z dziećmi. Dostałam ten budynek (od miasta?). Wcześniej była tam stołówka jakiejś instytucji. Wszystko zostało po starych najemcach. Przy drzwiach wisiała stara, zniszczona tabliczka. 

    Jacyś rodzice, którzy zostawili u mnie dwoje, może troje dzieci, próbowali pomóc mi uporządkować przestrzeń przed wejściem. Zdarli tę tabliczkę razem z przymocowanym do niej zniszczonym pluszakiem i ustawili przed wejściem jakieś pudełka, które miały jakoby zachęcić ludzi do przyjścia. Nie byłam przekonana, ale machnęłam na to ręką i wróciłam do dzieci. Miały na oko 6–8 lat. 

    Budynek w środku był podzielony na trzy części. 

    Malutkie mieszkanko, jakby wbudowane zaraz przy wejściu, może z 15 m². Tylko łóżko i niewiele więcej. Domek ze zbitych desek, jak dom jakiegoś trapera. 

    Pośrodku budynku była duża, przestronna przestrzeń, a drugi koniec można było oddzielić, przesuwając ściankę, która po zamknięciu tworzyła mały pokój. 

    W tym dużym pomieszczeniu na półce siedziała żaba. Rzekotka szmaragdowa. Przepiękna. Do niej cienkimi sznurkami lub nicią przywiązany był robal, naprawdę duża zielona gąsienica. Najpierw myślałam, że robal zżera żabę, chciałam go wyciągnąć, ale kiedy zobaczyłam te nici, pomyślałam, że nie jest to niebezpieczne i może spokojnie zaczekać, aż znajdę jakieś cieniutkie nożyczki. 

    Wyszłam z dziećmi na zewnątrz. Łąka, ścieżki, zieleń w oddali. Ale przestrzeń zamknięta roślinnością i możliwe, że budynkami. Niezbyt rozległa. 

    Widzieliśmy, jak ścieżką idzie grupka ludzi, chyba rodzina z kilkorgiem dzieci. Biegały koło nich niedźwiedzie. Czarne, niewielkie, wyglądały jak himalajskie. Pomyślałam, że to sympatyczne zwierzęta, takie radosne. Zauważyłam, że ta rodzina wcale nie kontroluje zwierzaków, a ja miałam pod opieką cudze dzieci, więc postanowiłam, że jednak schowamy się w budynku. 

    Ale nie było we mnie lęku, raczej odpowiedzialność i świadomość, że nie wiedziałam, czy rodzice byliby zadowoleni ze spotkania dzikiego zwierzęcia przez ich dzieci. 

    Weszliśmy do środka, ale za nami do budynku wszedł dorosły, ale jeszcze młody wilk. Schowaliśmy się w tym domku w środku budynku. Niestety deski były uszkodzone albo źle zbite, wilk dostał się do środka. Nie był agresywny. Zachowywał się, jakby chciał się bawić. 

    Wyszliśmy z „domku” i poszliśmy do ostatniej części, którą można było przegrodzić ścianką. Ścianka okazała się niewysoka, dokładnie 110 cm. I miękka, jak zrobiona z tapicerowanych sztuczną skórą elementów. 

    Wilk bardzo chciał się przedostać. Nie było we mnie lęku. Tylko ta powinność, że dzieci nie mogą mieć z dzikim zwierzęciem kontaktu. Ale robiłam wszystko bez przekonania. Dzieci też się go nie bały i udawały tylko, że pomagają mi przesuwać ścianę 😉 

    W tym śnie było tyle luzu i prawdziwej dziecięcej radości. Kiedy teraz, po wielu miesiącach, przypominam sobie tę niby ucieczkę przed dzikim zwierzęciem, radosne chichoty i ukradkowe głaskanie wilka z miną mówiącą „to nie moja ręka”, nie mogę powstrzymać uśmiechu. 

    W tamtym okresie przeżywałam trudny czas. Mój syn właśnie wrócił do domu po rozstaniu z dziewczyną, w pracy organizowałam olbrzymią imprezę, a jej przygotowanie zajęło mi kilka tygodni intensywnej, dodatkowej pracy pro bono. Na szczęście rodzice moich dzieci sami oferowali pomoc i po raz pierwszy w moim życiu czułam, że nie jestem sama. Martwiła mnie też kwestia mojej duchowości. Nie miałam na nią czasu. Bałam się, że codzienność ją pochłonie. Nic takiego na szczęście nie miało miejsca. Bo moja duchowość mieszka właśnie w codzienności, wśród dzieci, zwierząt, pracy i w naturze. 

    Często zastanawiam się, co by na to czy owo powiedział mój ulubiony Szaman. Choć zwykle sama znajduję odpowiedzi.

    W tym wypadku mój Szaman powiedziałby na pewno: Nie bój się, nie wszystko, co wydaje się groźne, okazuje się niebezpieczne. Wpuść własną dzikość do życia. Nie bój się wilka, ciesz się jego obecnością. Radość nie kłóci się z odpowiedzialnością. 

    I nie martw się, nie jesteś sama. 

    I choć wcale go już nie potrzebuję, tęsknię czasem za moim Szamanem 😉 

  • 45. Rób wszystko po swojemu – sen o tym, że nie trzeba idealnie. 

    22/23.11.2025  

    Dwa sny tej nocy.  

    Sen pierwszy. Niczego nie pamiętam, wiem, że dotyczył pracy. Przebudziłam się ze zdaniem: „rób wszystko po swojemu” (i zazwyczaj tak właśnie w pracy robię😉)  

    Sen drugi. Byłam w domu (nie z realnego życia). Był tam też mój brat, przekonywał mnie, że powinien ze mną zamieszkać, ale na szczęście nie nalegał (wczoraj wieczorem spotkałam na klatce sąsiada chorego na schizofrenię, wystraszył mnie trochę, bardzo źle funkcjonuje, często trafia do szpitala. Mój brat też jest chory na schizofrenię, ale choroba mojego brata jest pod kontrolą i ma łagodniejszy przebieg).  

    Pisałam jakiś wpis na bloga, o tematyce wychowawczo-dydaktycznej, dołączyłam tam listę dzieci, których to dotyczyło. Niechcący kliknęłam coś, co spowodowało, że opublikowałam ten wpis, a nazwiska dzieci pojawiły się w miejscu, które było przeznaczone dla autora. Wystraszyłam się, bo nie miałam zgody rodziców na użycie danych osobowych dzieci. (w realu również coś piszę i dotyczy to dzieci, nie mam jeszcze fizycznie wszystkich zgód rodziców, dzisiaj muszę o to zadbać). Próbowałam to odkręcić, ale nigdzie nie znalazłam napisu “edycja”.  

    Odeszłam od komputera, żeby skupić się na bracie. Nagle zaaferowany pokazał mi, że na ścianie porusza się malutki świetlisty punkt. Powiedział, że to starlinki. Mówił, że są prawdziwe, nie urojone. Przyglądałam się ze spokojem, ale zaciekawiona. Chciałam wiedzieć skąd się to wzięło. Po chwili zaczęły się pojawiać inne obrazy jak wyskakujące okna w komputerze. Domyśliłam się, że to mój komputer odbija obraz na ścianie.  

    Nagle usłyszałam głos Darka mówiący coś o komputerach, coś bardzo technicznego i obraz jakichś płytek z układów scalonych. Powiedziałam zdziwiona „O! To Darek”. (Zdarzało się w realu, że bywał zapraszany do radia lub telewizji regionalnej jako ekspert w swojej dziedzinie). Pojawiła się twarz. Nie była to jednak twarz Darka, choć fryzura i broda w tym samym stylu, z tym, że jaśniejsze. 

    Poszłam piętro wyżej. Tam czekała na mnie matka mojego zawodowego dziecka (zostałyśmy bardzo dobrymi koleżankami w realu). Przyszli na umówioną godzinę, ale nie ja, tylko ona pokazała synowi, co ma robić, mnie pytała tylko o instrukcje.  

    Powiedziałam, że jeśli jej tak dobrze poszło (malowali coś na koszulce 😉) to powinna to teraz wyprasować. Poszłam po żelazko. Wracając na górę spotkałam syna. Miał na oko 10 lat. Był z przyjacielem. Bardzo mnie zagadywali a ja chciałam koniecznie do toalety. Zobaczyłam, że mam spodnie opuszczone do połowy uda. Na szczęście długą koszulę, która mnie okrywała. Problem w tym, że zrobiłam kupę🫣. I stałam tak naprzeciw nich z brudnymi pośladkami rozmawiając jakby nigdy nic. Kiedy tylko udało mi się ich zbyć wyczyściłam się mokrymi chusteczkami, założyłam spodnie i zaniosłam żelazko czekającej na mnie mamie ucznia.  

    W domu było czysto, ale fotel, który rozłożyłyśmy, żeby powstała deska do prasowania był cały w trocinach. Czyściłam go. Kiedy wszystko było przygotowane do prasowania zostawiłam ją z tym i poszłam na dół. Tam ktoś poprosił mnie o kakao (zwykle robię je moim zawodowym dzieciom). Tym razem przyniosłam mleko, kakao i czajnik. Chciałam, żeby sami sobie je przygotowali, ale czegoś brakowało, może kubków a może czegoś innego.  

    Szłam z moimi zawodowymi dziećmi ulicą. Było bardzo dużo ludzi. Szliśmy i wesoło nuciliśmy jakąś kolędę. Nagle zatrzymała mnie jakaś kobieta. Chwyciła mnie za głowę z tyłu po lewej stronie, wyczuła jakiś guzek i trzymała mi dłoń w tym miejscu przez dłuższą chwilę. Jakby chciała mnie uleczyć. Podziękowałam jej najpiękniej jak umiałam, chciałam jej zapłacić, tyle że nie miałam pieniędzy. Pomyślałam, że jej chociaż zaśpiewamy. Usiedliśmy na czym się dało, ja na wysokim krawężniku i nuciliśmy. Jedna z dziewczynek na regale z książkami, który stał na ulicy obok kobiety postawiła telefon włączyła tę samą kolędę i zaczęła śpiewać po angielsku, my nuciłyśmy dalej. Kobieta podziękowała nam, ale powiedziała, że telefon był za głośno.  

    Odprowadziła nas kawałek. Rozmawiałyśmy o reakcjach ludzi na jej pomoc. Jakaś kobieta zareagowała podobno histerycznym śmiechem i krzykami, kiedy usłyszała, że leczy ludzi z miłości. Byłam zdziwiona taką reakcją, jak można nie wiedzieć, że wypełnia nas miłość i wszystko co robimy powinniśmy robić z miłości.  

    Ten sen pokazał mi, że zawsze chciałam perfekcyjnie. Tak, żeby nie narazić się na krytykę, żeby niczego nie zaniedbać, bo jeśli ktoś zauważy, że idealnie nie jest to…

    No właśnie co? Nic przecież nie wybuchnie.  

    A dobro którego doświadczamy? No cóż… jeśli nie masz się czym odwdzięczyć za bezinteresowne dobro, nie szkodzi. Przecież było bezinteresowne. Podziękuj najpiękniej jak potrafisz i ponieś to dobro dalej. Bądź bezinteresownie dobry dla kogoś innego. Może teraz inna osoba bardziej potrzebuje twojego serca. 

    A jak życie się zesra. Bo czasem się zesra. Nie przejmuj się, wytrzyj tyłek i rób swoje.  

    Rób po swojemu.  

    Z miłością. 

  • 28. Cisza

    To była dla mnie absolutna nowość. Nie wiem czy dlatego, że w moim życiu nie było nigdy miejsca na własne potrzeby, czy dlatego, że wychowałam się w domu z braćmi, gdzie jedynie słuszna była cisza nocna a w pracy z dziećmi czasem hałas tak potężny jak w czasie startu na lotniskowcu. A może dlatego, że trzeba było “do przodu” a stopień pobudzenia świetnie reguluje muzyka prosto w ucho. Kiedy byłam sama zawsze słuchałam muzyki, podcastów, audiobooków. Bo szkoda czasu. Myjąc naczynia można się przecież wiele nauczyć. Zawsze miałam słuchawki w uszach, chyba że byłam z ludźmi. A im większe napięcie, zmęczenie, poczucie samotności czy pustki tym więcej dźwięku, głośniej, intensywniej. 

    Aż tu nagle zapragnęłam ciszy. Przeżywając trudne emocje po rozstaniu, w smutku, rozpaczy, przeplatających się emocjach, chciałam NIC. Na początek ofiarą ciszy padła muzyka, nie mogłam jej znieść, później książki, te czytane i słuchane. Kocham kino bywam w nim kilka razy w miesiącu. Przestałam. Zrezygnowałam z siłowni i basenu. Robiłam NIC. A może prawie nic. Dużo spacerowałam, chciałam być blisko natury. Na słońcu i pod księżycem. Nad rzeką i między drzewami.  Oczywiście chodziłam do pracy, ale pozwalałam tam mówić innym. I nie miało to nic wspólnego ze stanami depresyjnymi. Wiem, czym jest depresja, przeżyłam ją. Może nie był to ciężki epizod,  bo pozwoliłam sobie pomóc stosunkowo wcześnie. Byłam wtedy odpowiedzialna za małe dziecko i nie mogłam pozwolić sobie na zapadnięcie się w ciemność. Wiem co to depresja a to był stan jakiego nigdy nie przeżyłam. Cisza i spokój połączona z czułością i zgodą na smutek. Łzy płynęły mi po twarzy w momentach zupełnie niestosownych i co? Nie interesowało mnie czy komuś to przeszkadza. Ja przeżywałam i chroniłam swoje prawo do przeżywania. Nie odbierałam telefonów, nie byłam dostępna, byłam smutna, bo opłakiwałam stratę. Dla mnie OGROMNĄ. I nie obchodziło mnie zdanie innych a na pewno zdanie kogoś, kto nie przeżył tego co ja. Ja czułam prawdziwe połączenie z drugą osobą. Kochałam naprawdę. Za sprawą tej relacji odzyskałam dostęp do emocji i ciała, choć nigdy nie przekroczyliśmy granicy seksualności moje ciało obudziło się z naprawdę długiej zimy. Dlatego miałam prawo i dałam sobie wszystko czego potrzebowałam w tym czasie. Dałam sobie 40 dni na pustyni.  

    Głównie wtedy spacerowałam, medytowałam i kontemplowałam. Moje ulubione miejsce do kontemplacji jest szczególne, bo wcale nie ma tam ciszy, a po ciszę tam przecież przychodziłam. To odludna ławka, rzadko ktoś się tam pojawia. To punkt, w którym rzeka łączy się z kanałem płynącym przez miasto. Mieszka tam liczna kolonia żab, które rechocząc rytmicznie kołysały mnie niejako do wyciszenia. Mój mózg w tym hałasie  zwyczajnie odpoczywał i często odpoczywa nadal bo odwiedzam to miejsce niemal codziennie. 

    Po około miesiącu odosobnienia, w którym byłam tak bardzo blisko siebie, zaczęły przychodzić ważne sny i zaskakujące wglądy. 

    Siedziałam wtedy w połowie października w tym miejscu nad brzegiem żabiej rzeki, nie wiem jak długo. To taka chwila jakby czas się zatrzymał. Promienie słońca cudownie ogrzewały mi twarz. Wsłuchiwałam się w śpiew żab i czułam się absolutnie rozluźniona. Usłyszałam wtedy lub poczułam: Potrafię dostrzec to co ukryte, nazwać i zaopiekować się tym. Łzy same płynęły mi po policzkach, ale nie ze smutku, to było takie uczucie pomiędzy ulgą a wdzięcznością a może po prostu wzruszenie. 

  • 14. List. Tu wszystko się zaczęło.

    Na początku 2025 roku na wernisażu moich prac pewna kobieta poruszona obrazem, tym, który namalowałam po spotkaniu z Darkiem. Spotkaniu, które uruchomiło we mnie zamrożony smutek. Kobieta zapytała co było inspiracją do powstania tak bardzo emocjonalnego dzieła. Kiedy odpowiadałam zrodziła się we mnie bardzo silna potrzeba, aby Darkowi opowiedzieć jak wiele spotkanie z nim zmieniło w moim życiu i żeby mu zwyczajnie podziękować. 

    Nie widzieliśmy się od lipca, nie było okazji, Darek zamknął firmę nie było więc powodu do spotkań. Późną wiosną byłam szczególnie szczęśliwa, w moim życiu pojawiać zaczęły się całkowicie nowe osoby z zupełnie inną energią, również co zaskakujące mężczyźni, ale nie byłam jeszcze gotowa na relację. Nie miałam takiej potrzeby. Sprawy zawodowe układały się świetnie, a materialne co najmniej zadowalająco. W moim życiu pojawiło się więcej światła i lekkości. Wydawało mi się, że nie może być lepiej, bo przecież nigdy nie było tak dobrze. Nigdy nie czułam się tak bezpiecznie. Przyszła wtedy refleksja, że gdyby nie Darek nie byłoby mnie w tym pięknym miejscu. I powtórnie pojawiła się we mnie silna potrzeba, żeby okazać Darkowi wdzięczność. Napisałam mail. Opisałam szczerze, ale dość ogólnie, pomijając te “najdziwniejsze” w mojej ocenie doświadczenia proces jaki we mnie dzięki temu spotkaniu zaszedł. Podziękowałam pięknie i nie spodziewając się więcej niż “Super, cieszę się, że mogłem pomóc”, uznałam, że mogę iść dalej w życie. Nie wiedziałam wtedy, że to nie był koniec naszej wspólnej drogi. To był dopiero początek. Początek mojej transformacji, w której Darek był katalizatorem zmian i strażnikiem progu. Po raz drugi dzięki naszej relacji zauważyłam, że to “dobre miejsce” w którym byłam było zaledwie przedpokojem domu, w którym chciałam zamieszkać.  

  • 10. Pod skrzydłem Kruka

    Dokładnie 8 marca 2022, mój mąż odpuścił. Wiedział już, że nigdy już nie będzie tak “jak było”, nie był w stanie wziąć odpowiedzialności za siebie i za swoją część naszej relacji. Miał kolejny nawrót choroby alkoholowej i “przyjaciółkę” o podobnych zainteresowaniach. Wiedział, że ze mną to już nie przejdzie, więc wspólne życie nie było teraz możliwe. Ale jednocześnie nie zamierzał się wyprowadzić. Chciał… mieć ciastko i zjeść ciastko. Atmosfera była ciężka, więc zabrałam najpotrzebniejsze rzeczy i wyniosłam się do mojej firmy. Dwa pokoje w biurowcu, bez łazienki były lepsze niż moje dotychczasowe życie. I tu po raz pierwszy wkroczył mój 17-letni syn (zadbał bardziej o siebie niż o mnie), nie chciał mieszkać z ojcem i zawstydził go tak bardzo, że to on spał na materacu w moim gabinecie i w ciągu miesiąca znalazł sobie w końcu mieszkanie. W tym samym czasie, bo jak się sypie to po całości, dramatycznie pogłębiła się choroba mojej matki. Wtedy też zrozumiałam naprawdę dynamikę rodzinną. Że to ojciec manipulował i przekierowywał na matkę winę za to co de facto sam robił rodzinie. To były bardzo trudne miesiące, bezpośrednio po rozstaniu z mężem. W obciążeniu kłopotami materialnymi, po pracy, w której nie mogłam pokazać słabości czy smutku jechałam do matki, żeby ją umyć, zadbać o nią i walczyć z ojcem, który był podły i opiekę udawał jedynie przy obcych. Przez walkę z systemem medycznym i prawidłową diagnostyką. Przez zderzenie z sądownictwem, które działało na tyle opieszale, że matka nie doczekała postanowienia sądu w sprawie ubezwłasnowolnienia, które dawało mi prawo do znalezienia dla niej lepszego miejsca na ostatnie dni. Bardzo traumatyczne chwile. Od kwietnia poddałam się i zaczęłam brać leki przeciwdepresyjne i regulujące sen. Spałam, ale nie śniłam przez dwa lata. Kiedy zdawało się, że nie dam już rady… w czerwcu pierwszy raz przyszedł kruk. Pisałam coś i nie mogłam zebrać myśli i nagle zaczęłam rysować, nigdy dotąd nie miałam na to czasu. Nie myślałam wtedy co robię i dlaczego, nie miałam planu ani kierunku. ON w pewnym sensie sam się narysował. Piękny, dumny, bardzo elegancki. To niezwykle kojące doświadczenie było, jak sądzę zastępstwem za sny. Rysunki były na tyle symboliczne, że odpowiadały nawet na niepostawione jeszcze pytania. Tak naprawdę wtedy dopiero zaczęłam naprawdę TWORZYĆ. Kruki w pewnym stopniu niosły mnie aż do 2025 były motywem większości z moich obrazów. Mówi się, że kruk to ptak przejścia, wyjścia z ciemności do światła. Obejrzałam niedawno “Czas kruka” z Benedictem Cumberbatchem w roli głównej. Poszłam, bo pomyślałam, że zobaczę tu mój proces innymi oczami. Co do idei, wszystko było jak u mnie, kruk przeprowadził bohatera przez ciemność, ale moje kruki były inne. Moje kruki były ciche, łagodne, porządkujące emocje, dające chwile kontemplacji i nieprawdopodobne wglądy. Dodawały mi siły i nie potrafiłam tego wtedy do końca wytłumaczyć, ale czułam opiekę, miałam silne przeczucie, że nie jestem sama, nawet kiedy jestem sama. Kruki odprowadziły mnie aż do progu 7.07.2025. I zniknęły nagle, bo nie były już potrzebne. Pożegnały się pięknie i kiedy myślę o nich w tamtym właśnie granicznym momencie, też były ze mną. One i Darek moi strażnicy przejścia. Zawsze myślę o nich z miłością i wdzięcznością i nawet teraz kiedy w moim życiu króluje spokój i bezpieczeństwo, przychodzą czasem takie chwile, że tęsknie i za NIM i za NIMI. Bardzo.  

    A film polecam, jest naprawdę niezwykły.