
1/2.05.2026
Dzisiejszej nocy była pełnia.
Byłam w jakimś domu. Nie był moją własnością. Nie mam pewności, ale chyba nie byłam tam z własnej woli. Były tam również inne osoby. Sprzątałam na podwórzu. Niedawno położono grubą warstwę betonu przy schodach i na jakiejś platformie obok nich. Mój starszy brat wszedł niechcący w ten beton i ugrzązł po kolana. Kiedy próbował się wydostać, zsunął połowę betonu z podestu. Beton zwisał z jednej strony jak kawał grubej gąbki. Nie spadł i nie rozlał się, tylko częściowo spłynął i wygiął się w dół pod wpływem grawitacji.
Brat przejął się, że będzie musiał ponieść konsekwencje, bo zniszczył tę dziwną strukturę. Powiedziałam, żeby się tym w ogóle nie przejmował.
Była tam moja koleżanka (jest również znajomą Darka). Wsiadła do samochodu z dwoma mężczyznami. Wiedziałam, że sobie poradzi, choć to głównie oni byli zagrożeniem w tym domu. Nie była dla mnie miła. To znaczy zachowywała takie pozory, ale żegnając się ze mną, po zwykłych słowach pożegnania, powiedziała pod nosem do siebie zdanie, w którym stanowczo źle mi życzyła. Dotyczyło ono moich narządów rodnych, bo padło słowo „pochwa”. Nie pamiętam niestety pełnego zdania, które wypowiedziała.
Nie przejęłam się tym. Wróciłam do swojej pracy. Chciałam w tym domu kogoś ochronić (dzieci?). Ciekawe jest to, że nie wchodziłam do środka. Byłam stale na podwórzu.
Uczelnia. Wychodziłam z zajęć. Wiedziałam, że ON skończył swoje zajęcia jakieś dwa, trzy piętra wyżej. We śnie byliśmy chyba wcześniej parą, ale rozstaliśmy się, nie wiem czemu. Chciałam go tylko zobaczyć, bo spotykał się już z kimś innym, z moją koleżanką ze studiów. Ona poszła już dokądś, bo skończyłyśmy zajęcia wcześniej.
Wchodziłam na górę po schodach i usłyszałam kroki piętro wyżej oraz dźwięk otwieranej windy. Winda ruszyła w dół. Wiedziałam, że to ON. Zbiegłam na dół. Weszłam w korytarz na „moim” piętrze i zobaczyłam go. Szedł korytarzem. Miał ogoloną głowę. Bardzo mnie to zdziwiło. Uśmiechnął się na mój widok, ale tak trochę smutno. Odwzajemniłam uśmiech i wyszłam z budynku. Idąc, myślałam o jego uśmiechu i zastanawiałam się, skąd smutek w jego oczach. Myślałam, że jest szczęśliwy.
Szłam w stronę barów i jadłodajni. Dogonił mnie. Zapytał, czy możemy zacząć od nowa. Nie byłam pewna, ale powiedziałam, że musiałoby tym razem być zupełnie inaczej, że nie może być tak jak było. Patrzył mi długo w oczy, a potem przytulił mnie z wyraźną ulgą, jakby zeszło z niego napięcie, i pocałował mnie raczej czule niż namiętnie.
Poszliśmy w stronę jadłodajni. Restauracja/bar, do którego podeszliśmy, była usytuowana na powietrzu. Lada była lekko półokrągła. My byliśmy po wewnętrznej stronie tego „okręgu”. Stojąc w kolejce, rozmawialiśmy o tym, że super byłoby, gdyby wszystkie jadłodajnie na tym terenie ustawione były na planie dużego koła. Zastanawialiśmy się, czy to możliwe w tej przestrzeni.
Przed nami była rodzina Chińczyków. W ogóle knajpka była chyba chińska. Dwie kobiety przygotowywały posiłki, nakładając jedzenie na tace. Na blacie leżały już tace z jedzeniem. ON zamówił dla nas posiłek, ale kobiety nie zwróciły na to w ogóle uwagi. Dotknęłam wtedy jego ręki (trzymał ją cały czas na moim ramieniu) i powiedziałam, że musimy zaczekać, że kobiety nie przyjmą nowego zamówienia, dopóki tace są na blacie. Musimy czekać.
Powiedział zdziwiony, że o tym nie wiedział. Z uśmiechem stwierdziłam:
„Widzisz, ja też mogę cię czegoś nauczyć”.
Nad naszymi głowami zwisały jakieś kwiaty. Były białe, trochę takie pierzaste, zebrane w kiść. Chyba były to kwiaty kasztanowca.
Zauważyłam, że moje sny z czasu pełni i nowiu niosą dla mnie szczególne przesłania i nauczyłam się nie interpretować ich od razu, bo często ich znaczenie przychodzi z czasem i nigdy nie są w moim procesie mało istotnym zestawem obrazów.
Dziś wiem więcej niż w pierwszych dniach po tej pełni, ale opiszę to przy okazji kolejnych snów. Ten sen miał mnie przygotować na to, co dopiero zobaczę.
Po pierwsze pokazał mi, że to, w czym tkwi mój brat, nie jest monolitem. Jest czymś, co udaje fundament, ale pod naciskiem z lekkością się przesuwa. Pokazał też, że mój stosunek do tego, co mnie spotyka, nacechowany jest już spokojem i pewnością, ale chronię jeszcze coś, co jest w domu, do którego na razie nie jestem gotowa wejść.
To dobry sen. Lubię siebie taką wyważoną, nie pozwalam wciągać się w cudzy chaos, nie odpowiadam na agresję bez znaczenia i stawiam jasne granice, nie zamykając się na ludzi. Od jakiegoś czasu obserwuję siebie taką w rzeczywistości, a ostatnio przychodzi mi to zaskakująco naturalnie.
Co ciekawe, w śnie pojawił się Darek (byłam przekonana, że to on), ale ciało miał inne. Wyglądał jak ten mężczyzna, który w śnie, w którym uwolniłam Darka z piwnicy, w której sama go wcześniej zamknęłam, ściąga z twarzy maskę i staje się kimś innym. (https://wcieniukruka.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/)
A granica, którą postawiłam mu w śnie, brzmi jak niepostawione nigdy pytanie.
„Bo musiałoby tym razem być zupełnie inaczej”.
To znaczy… inaczej niż…?
Na to pytanie odpowiada sen, który przyśnił mi się tydzień później.
Na taką pseudo relację, jaką sen 80 pokazał już nigdy się nie zgodzę.


