
16/17.05.2026
Nów Księżyca. Noc spędziłam w hotelu na zamku położonym na południu Polski.
Sen.
Większości nie pamiętam. Sen miał logiczny ciąg, ale dużo się zatarło.
Pamiętam tylko obrazy.
W mieszkaniu był jakiś ptak. Nie wiem, jakiego gatunku, wtedy było to nieważne. Wiedziałam, że nie powinien tam być. Chciałam go złapać i wypuścić na zewnątrz. Udało mi się.
Weszłam do drugiego pokoju. Tam była jaskółka uwięziona w firance, też ją uwolniłam. Jaskółka miała zaplątany zielony sznurek wokół skrzydła, odplątałam go przed wypuszczeniem.
Po wszystkim zaczęłam się dopiero zastanawiać, jakiego gatunku był pierwszy ptak. Powiedziałam, że to samica kopciuszka, ale nie wiedziałam sama, czy czasem nie upraszczam, bo mógł być to inny ptak.
Weszłam do kolejnego pokoju, a tam, na niewysokiej szafce lub może biurku, stał wielki słój. Był plastikowy.
Były w nim „jaszczurki”. Nie wiem, czy jest taki gatunek, czy tylko mi się przyśniło, ale widziałam już takiego kształtu otyłe, ciastowate, wielkie salamandry, tylko w kolorze błotnisto-zielonym.
Jedna z nich była wielka, zajmowała niemal całą przestrzeń. Siedziała smutno w słoju ze zwieszoną nisko głową. Musiała bardzo się zgarbić, żeby się tam w ogóle zmieścić. Czułam, że przebywa w tym słoju wiele lat, że rosła tam porzucona, a teraz jest zbyt wielka, żeby mogła sama się wydostać. Wiedziałam, że jest uwięziona i samotna pomimo obecności uwijających się na dnie słoja i biegających po niej drobniejszych istot.
Poruszały się tam zwinnie jakieś malutkie, kolorowe jaszczureczki. Ona nie zwracała na nie uwagi. Miała półprzymknięte niewidzące oczy.
To był szokujący obraz.
Myślałam, że trzeba natychmiast uwolnić to zwierzę. Widziałam, że odkręcenie zakrętki nic nie da, że to zwierzę jest już za wielkie, nie zmieści się w otwór. Wymyśliłam, że wystarczy wziąć nożyk do tapet i ostrożnie przeciąć słój.
Było mi jej żal. Nie ja byłam właścicielem słoja. Mówiłam tej osobie, że musi te zwierzęta natychmiast uwolnić, że to znęcanie się, brak troski, że nie można tak porzucać żywej istoty, ale nic nie zrobiłam.
Ten sen zostawił mnie z trudnym do wyjaśnienia bólem. Z olbrzymim ciężarem.
Zaczęły wracać obrazy ze snów z przeszłości: zapomniane żaby, porzucone akwaria, odkrycia, że w akwarium przetrwały jakieś stworzenia, że musiały zjadać siebie nawzajem, żeby przetrwać.
Ogromne poczucie winy, że zostawiłam je na pastwę losu i nikt się nimi nie zajmował. Że były zupełnie same, porzucone i głodne. Że o nich zapomniałam, że myślałam, że ich nie ma. A one czekały latami, bez opieki.
To podłość. To okrucieństwo.
Wiedziałam już, że ten sen jest inny, że nie mogę go zostawić, żeby dojrzewał tygodniami.
Bardzo chciałam uwolnić salamandrę. Musiałam to zrobić natychmiast. Nie chciałam jej zostawiać zamkniętej ani chwili dłużej.
I zrobiłam to.
Otwarcie tego słoja było najtrudniejszą rzeczą, jakiej podjęłam się w drodze do siebie.
To, co dzięki temu odkryłam, układa się we mnie do dziś.
Nadal boli, ale wiem już DLACZEGO. Poznałam wszystkie DLACZEGO, o które pytałam przez lata.
I wtedy właśnie otworzyłam drzwi do ostatniego pokoju w mojej wewnętrznej szkole.
A w jego środku byłam – JA

