W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: trauma

  • 36. Nieczysta gra – Sen o lęku przed powtórzeniem wzorca. 

    10.11.2025 

    Zasnęłam popołudniu. Początku snu nie pamiętam… Byłam na klatce w bloku, w którym mieszkałam jako nastolatka z rodzicami a później przez kilka lat z byłym mężem. Schodziłam z moim synem (we śnie miał kilka lat, teraz jest dorosły) piętro niżej do kolegi. Umówił się z nim na granie na komputerze. Kiedy otwieraliśmy drzwi prowadzące na schody pojawił się obok nas pies. (Chyba moja suczka). Nie chciała wracać do domu, musiałam ją zanieść. Kiedy bezpiecznie zamknęłam psa w domu zeszliśmy po schodach. Zapukaliśmy do drzwi. Otworzył nam ojciec chłopca. Przywitałam się i poczułam, że muszę wytłumaczyć moją obecność. Bo to trochę dziwne, że matka przychodzi z dzieckiem na takie spotkania, tym bardziej że nie znałam rodziców. Syn i jego kolega zaprosili mnie, bo chcieli koniecznie pokazać mi grę, w którą grają (w życiu realnym syn dzieli się ze mną swoim życiem, doświadczeniami, uczuciami, kłopotami, ale rzadko opowiada w co gra). Chłopcy zaczęli grać. Usiadłam obok nich na podłodze. Opowiadali mi o grze. Ta gra była dziwna, tak jakby przenosiła ich w czasie, ale nie fizycznie tylko mentalnie, byli wtedy oderwani od ciała jakby faktycznie byli w miejscu akcji jednocześnie nie opuszczając pokoju. Chłopcy opowiadali mi, że jak grali poprzedniego dnia gra zaniosła ich w odległą przeszłość chyba do starożytności i tam pili alkohol. Chcieli mi to koniecznie pokazać. Ojciec chłopca (zwracał się do mnie per Ty, zdziwiło mnie to, bo nie znaliśmy się w ogóle, tak jakby to skrócenie dystansu nie było dla mnie komfortowe) przyniósł mi puf i poprosił żebym usiadła na nim. Zauważyłam wtedy, że mam na sobie buty (takie w których chodzę zimą wysokie przypominające glany, ale bardziej eleganckie). Zauważyłam, że są brudne z boku podeszwy, prawdopodobnie na spacerze wdepnęłam w psią kupę. Przeprosiłam, że weszłam w butach i poprosiłam o coś czym dałoby się posprzątać. Dostałam papierowy ręcznik. Zbierałam okruchy kupy z dywanu, a kiedy skończyłam mężczyzna poprosił żebym oddała mu ręcznik. Chwycił go niezdarnie i wszystko co pozbierałam upadło na podłogę. Przyszła matka chłopca z dzieckiem na rękach. Było to małe dziecko takie jeszcze raczkujące. Pomyślałam, że nie może tak być, że dziecko będzie raczkować po dywanie, na którym były przed chwilą psie odchody. Przyniosłam z mojego domu (domu w ogóle nie pamiętam) Dettol i dokładnie spryskiwałam nim dywan i tarłam ręcznikiem papierowym szczególnie te miejsca w których zauważyłam ślady po odchodach. Dywan był bardzo mokry, płyn był czysty, przejrzysty i natychmiast pokazywał wszystkie nieczystości. 

    Sen pokazał mi czego będę bała się najbardziej. 

    Dokładnie miesiąc później bałam się naprawdę. 

    Nadal się boję. 

    Alkohol jest grą, której stawka bywa ogromna, a skutki przegranej ponosi często cała rodzina. 

    Wiem o tym aż za dobrze. 

    Ale wiem też coś jeszcze. 

    Mój syn nie jest swoim ojcem. 

  • 20. HIPNOZA REGRESYJNA I – Początek (20.07.2025) 

    Przed hipnozą należy przygotować kilka pytań. Ja tak naprawdę miałam dwa, po pierwsze chciałam wiedzieć, czy spotkałam już Darka w którymś z poprzednich żyć, czy jest moją “Bratnią duszą”? I bardzo chciałam spotkać się ze sobą. Bałam się, że wrócą traumy z dzieciństwa i będę musiała ponownie stanąć twarzą w twarz z katem, ale właśnie po to tam przyszłam, żeby nareszcie zobaczyć to co głęboko ukryte. Chciałam też spotkać prababcię i wymyśliłam kilka innych praktycznych pytań, ale tak naprawdę, najważniejsze były dwa pierwsze spotkania po tamtej stronie, Darek i ja. Hipnoterapeutka, bardzo przypominała mi moją ostatnią psychoterapeutkę, była obecna, pomocna i w niczym mi nie przeszkadzała. Była obok, ciepła, uważna i serdeczna. 

    Wizja/wspomnienie z dzieciństwa:  

    1. Jest dzień, chyba poranek, mżawka, jest szaro i nieprzyjemnie. Biegamy z moim starszym bratem po łące nieopodal naszego pierwszego domu. Domu naszych pradziadków. Byliśmy boso i w samych majtkach, ściągnęliśmy ze sznura poszewki lub prześcieradła. Tańczyliśmy wywijając nimi i rozpościerając w biegu, robiąc piruety i inne taneczne figury. Było w tym dużo radości. 
    1. Byliśmy z bratem przed domem i bawiliśmy się “balonikami”, były wydłużone i białe. Zabraliśmy je z kieszeni marynarki ojca. Podszedł do nas sąsiad i zapytał, czy wiemy co to jest? -Jak to co? Baloniki!!! Odpowiedzieliśmy i dalej odbijaliśmy prezerwatywy z niewinną radością. 
    1. Leżałam na brzuchu na małym drewnianym mostku nad rzeczką, nazywaliśmy ją “Smródka”. Ręce miałam zanurzone w wodzie. Trzymałam w nich słoik, do którego wpływały maleńkie cierniki. 
    1. W łonie matki: tylko kolor i dźwięk. Kolor jasno brązowy, lekko złocisty i głosy przytłumione jakby z oddali. Jakbym słyszała “spod wody” nie odróżniałam słów. Słyszałam też jakby przelewanie i delikatne bulgotanie. Czułam spokój, ciepło i bezpieczeństwo. 

  • 18. BRAMA 7.07.2025

    To miał być cudowny dzień.

    Od kiedy kruki stanęły na mojej drodze czułam w kontakcie z nimi coś co dodawało mi sił. Co sprawiało, że czułam się częścią czegoś większego ode mnie, że czułam opiekę i wsparcie. Za ich pomocą byłam w stanie symbolicznie przejść przez zablokowane wcześniej emocje jednocześnie malując i nazywając je w sobie. Obrazy pojawiały się wcześniej niż byłam wstanie je nazwać, zrozumienie przychodziło zwykle po czasie. Moja przyjaciółka wiedząc o mojej kruczej fascynacji zaprosiła mnie do stadniny, w której mieszka jej koń. Stadnina otoczona jest przepięknym parkiem krajobrazowym. W lesie nieopodal mieszkają kruki. Miałyśmy w planie spotkać je spacerując i pojeździć konno po lesie. 

    Wsiadłam do pociągu i stanęłam tam, gdzie znalazłam trochę wolnej przestrzeni, czyli przy drzwiach toalety😉. Po zastanowieniu uznałam, że tutaj nie będzie tak spokojnie jak przy drzwiach wyjściowych z pociągu a właśnie to miejsce zwolnił jakiś człowiek, więc ustawiłam się przy drzwiach. Pociąg ruszył. Kiedy nabrał prędkości, w pełnym pędzie drzwi otworzyły się nagle na całą szerokość. Nie wiem ani kiedy ani jak moja głowa znalazła się na zewnątrz a podmuch zdarł mi okulary przeciwsłoneczne z twarzy. Widziałam jak zahipnotyzowana jak odlatują i poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. To była chwila. Byłam zupełnie oszołomiona, przesunęłam się na drugą stronę drzwi, ale nadal stałam blisko, nie czułam absolutnie nic. W korytarzu zamarły wszelkie rozmowy. Jakiś mężczyzna zaczął siłować się z drzwiami, bezskutecznie. Pomyślałam, że trzeba przycisnąć dolną część drzwi, która przy otwieraniu podnosi się do góry. Kiedy on przyciągał drzwi ja nadepnęłam tą część. Drzwi zostały zamknięte. Do stacji, na której na szczęście musiałam już wysiąść panowała w korytarzu absolutna cisza. Wyciągnęłam telefon i niewiele myśląc napisałam do Darka. Chciałam go usłyszeć, przytulić i ukryć się przed całym światem w jego ramionach. Nie pamiętam dokładnie co napisałam, ale było to na tyle niepokojące, że chciał żebym zadzwoniła natychmiast… ale tam było tak cicho. Nie śmiałam wypowiedzieć słowa. To tak jakbym miała złamać jakąś umowę między mną a tymi ludźmi. Nie potrafiłam. Wyszłam z pociągu bez słowa i poszłam przed dworzec. Szłam jak robot licząc kroki. Podjechał samochód przyjaciółki. Wsiadłam. Bez słowa. I zaczęłam płakać. Nie byłam wstanie powiedzieć co się stało. Widziałam odlatujące okulary… I myślałam tylko, że ja mogłam być na ich miejscu, tam… w powietrzu i zniknąć jak one pod kołami. Myślałam, że nikt nie wie, gdzie jestem. Myślałam, że w domu są zwierzęta a mój syn wraca dopiero za dwa tygodnie, że one umarłyby z głodu przeze mnie. Bo stanęłam nie tam, gdzie trzeba, bo nie wykupiłam miejscówki. Darek pisał, że się martwi, żebym zadzwoniła. A ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Przyjaciółka powiedziała, że nie wie co robić. Zapytała, czy chcę jechać do konia. Kiwnęłam głową, że tak. Jechałyśmy w milczeniu, przez całą drogę płakałam. Kiedy dojechałyśmy poszłam polną drogą w stronę lasu i położyłam się w trawie, kropiło, trwa była wilgotna. Zadzwoniłam i przez chwilę jeszcze nie mogłam mówić. Płakałam a on mówił, spokojnie, ciepło jakby chciał mnie ukołysać. I wtedy, jakby coś pękło, zaczęłam mówić szlochając nie pamiętam co, chyba był to kompletny chaos. Pamiętam, że byłam bardzo rozżalona. Pamiętam, że powiedział, że to nie był przypadek, że to mi miało coś powiedzieć, że to “strzał w potylicę” od wszechświata, że muszę coś zmienić, może naprawić, może przepracować. Byłam zła, bo co jeszcze? Ukończone dwie terapie indywidualne, terapia grupowa, zmiany, uważność na siebie, na innych… Czego jeszcze chce ode mnie wszechświat?  Nie rozumiałam wtedy wielu rzeczy. Dlaczego nie chciałam słyszeć mojego syna, tylko właśnie jego? Co właściwie robi w moim życiu? Tylu rzeczy nie rozumiałam, tyle wtedy chciałam się dowiedzieć. A on mówił… Nie wiem co, nie wiem o czym. Pamiętam, kiedy po pół godzinie rozmowy jeszcze roztrzęsiona zauważyłam, że powinien teraz być w pracy, że nie powinnam zabierać mu czasu. A on ze spokojem i niezwykłą czułością wymienił moje imię i zapytał, “czy ty chociaż raz możesz pomyśleć o sobie?”. I mówił dalej a ja z każdym słowem stawałam się spokojniejsza. Zaopiekowana, z prawem do wszystkich przeplatających się chaotycznie emocji. Pierwszy raz pozwoliłam komuś sobie pomóc. Po raz pierwszy byłam po TEJ stronie, zwykle z racji wykonywanego zawodu to ja często przeprowadzałam ludzi przez trudne doświadczenia. Pierwszy raz przy mężczyźnie czułam się bezpieczna. I wylało się wszystko i mówiłam…nie pamiętam co, ale było to ważne. Wiem, że postanowiłam wtedy kilka rzeczy.  Wiem, że narodziłam się tego dnia ponownie a kruki głośno żegnały się ze mną w oddali. Odprowadziły mnie już do światła i nie były dłużej potrzebne.

    Tego dnia nie poszłam już do lasu. Wróciłam do przyjaciółki i długo stałam przytulając jej wspaniałą klacz. A moja przyjaciółka powiedziała coś czego nigdy nie zapomnę. Nie obraziła się, że nie chciałam od niej wsparcia, że odtrąciłam jej pomoc, że poszłam niemal bez słowa w krzaczory i rozmawiałam przez godzinę z kimś innym. Powiedziała “Zaimponowałaś mi. Wiedziałaś czego potrzebujesz i bez wahania to wzięłaś, zamiast przyjąć z grzeczności coś co by ci nie pomogło tak skutecznie”. 

    7.07. Darek cierpliwie i z czułością przeprowadził mnie przez próg. Odtąd nic już nie było takie jak wcześniej. 

    Bo nawet jeśli wszystko co możliwe zostało przepracowane w terapii, nawet jeśli umysł zdawał się wszystko ogarniać, terapia to nie koniec drogi. Ona otwiera przestrzeń na to co naprawdę ważne… na spotkanie ciała, umysłu i duszy. Bo tylko takie połączenie pozwala na dotknięcie tego co ukryte w nas najgłębiej. Pozwala nam dojść do ściany, przy której spotykamy to co najbardziej bolesne i co po wielu dziesięcioleciach dane nam będzie nareszcie przytulić z czułością. 

  • 7. NIEWYBIERALNA II

    Poprzedni wpis przeleżał w moim komputerze jakieś dwa tygodnie, nie zamierzałam go publikować, bo wydał mi  się niewystarczająco istotny. Ale dużo zastanawiałam się nad moimi nietrafionymi życiowymi wyborami i wtedy… 

    Przyszło jedno z moich zawodowych dzieci z poważnym problemem relacyjnym, z traumą odrzucenia jakiej doświadczyło w szkole. Zwykle tak się dzieje, że dzieci przynoszą do mnie rzeczy, które znam dzięki temu łatwiej mi im pomóc. I wtedy kliknęło… Przypomniało mi się pewne doświadczenie z dzieciństwa, które zaważyło na moich relacyjnych losach bardziej niż mogłam kiedykolwiek przypuszczać.  

    Miałam może 11 może 12 lat. Odwiedziłam koleżankę z klasy, wisiałyśmy głową w dół na trzepaku przed jej blokiem, kiedy przed nami stanął chłopiec z piłką. Zamienił z moją koleżanką dwa słowa i zniknął w drzwiach klatki schodowej. Znałam go ze szkoły, chodził do równoległej klasy. Koleżanka zaczęła opowiadać o nim, że są przyjaciółmi, mieszkają obok siebie, często rozmawiają, że jest bardzo miły i.… zwierzył jej się ostatnio, że zakochał się we mnie, ale ze względu na swoją nieśmiałość nie potrafi mi tego wyznać. Na pewno zbierze się wkrótce na odwagę. Wystarczy zaczekać. Pamiętam jakby to było dziś jak wszystko nagle rozśpiewało się dokoła. Ktoś mnie kochał!!! Mnie!!! To był jeden z najszczęśliwszych dni w moim życiu. Przez kilka tygodni czekałam cierpliwie. Nie mogłam się jednak powstrzymać i za każdym razem, kiedy pojawiał się na szkolnym korytarzu patrzyłam w jego kierunku z zachęcającym, ale subtelnym jak mi się wydawało uśmiechem. Jakiegoś podłego zimowego dnia, pamiętam przemoczone buty i śliską chlapę pod nogami. Wracałam ze szkoły, kiedy zatrzymały mnie dwie dziewczynki z klasy tego chłopca. Chciały przekazać mi od niego liścik. Powiedziałam, że dziękuję, ale wiem już wszystko i kartka nie jest potrzebna, ale upierały się, żebym jednak przeczytała. Wzięłam kartkę, otworzyłam ją i zamarłam. Odczytałam ją, złożyłam wolno, podziękowałam dziewczynkom i poszłam w stronę domu. Długo stałam pod klatką w topniejącym śniegu i nie mogłam wejść do środka.  Byłam pewna, że cała szkoła znała treść listu. Nie wiedziałam co mam teraz zrobić. Jak mam żyć.  Zmarznięte stopy, pamiętam to dokładnie, bardzo bolały mnie z zimna a w dłoni ściskałam kartkę z koślawo zapisanym “Co się tak gapisz?”. 

    To nie jest tylko wspomnienie z dzieciństwa, to jest moment, w którym powstał wzorzec. 

    Mała JA, pełna nadziei na coś niezwykle pięknego, otwarta, ufna, cierpliwa, wybrana i nareszcie pierwszy raz w życiu kochana. I co dostało to małe dziecko? Publiczne zawstydzenie, odrzucenie w postaci kpiny i przede wszystkim podważenie własnego odczytu rzeczywistości. Co zapisało się w tej dziewczynce? Jakie przekonania wytworzyła i szła przez życie wiele dziesięcioleci? Po pierwsze – mogę się bardzo pomylić, po drugie – kiedy się otwieram mogę zostać odrzucona lub ośmieszona i przede wszystkim – NIE MOGĘ UFAĆ TEMU CO CZUJĘ I WIDZĘ.  

    I co mi to dorosłej robi?  

    Kiedy spotykam kogoś, kto okazuje mi zainteresowanie (a podobno jestem całkiem atrakcyjna i wyglądam średnio 5-10 lat młodziej, zależnie od dnia😉). Taki mężczyzna na przykład patrzy, w specjalny sposób i uśmiecha się ciepło a ja robię dwie zaskakujące rzeczy. Natychmiast podważam interpretację i zamykam się dla bezpieczeństwa. Bo moje ciało mówi: O! Coś jest na rzeczy! A stary zapis natychmiast wrzeszczy: Uważaj, bo możesz się ośmieszyć! I nieświadomie wykonuję mikro ruch wycofania. Maleńki, delikatny, odwracam wzrok, nie odwzajemniam uśmiechu, nie wchodzę w kontakt. I tu paradoks, jestem otwarta, żywy kontakt z drugim człowiekiem jest absolutną podstawą mojej pracy. Nie mam problemu z sytuacjami wymagającymi ekspozycji społecznej, jestem autentyczna i na luzie potrafię poprowadzić imprezę masową, a jednocześnie jedno męskie spojrzenie wyrażające zainteresowanie potrafi sprawić, że czuje się NIEWYBIERALNA. Czujecie ten absurd?  

    Głupi, okrutny kawał jaki zrobiły mi dzieciaki nie mówił przecież o mojej wartości, ale o ich braku empatii i niedojrzałości. Umówmy się, dwunastoletni chłopiec nie jest zdolny do uczuciowego zaangażowania. Strategia przetrwania jaką wytworzyłam sobie na bazie tego doświadczenia, jest w tej chwili dalece nieadaptacyjna. 26 lat spędziłam z człowiekiem, który traktował mnie w sposób czysto użytkowy, dla którego nigdy nie byłam priorytetem (prawdziwą relację utworzyć potrafił jedynie z alkoholem) a czułość i bliskość jakiej doświadczyłam z Darkiem sprawiła, że zwiałam zanim naprawdę go poznałam, wystraszona intensywnością własnych uczuć, niepewnością pomieszaną z lękiem. Bo nawet w czułych objęciach nigdy nie czułam  się naprawdę wybrana. 

    Teraz kiedy już to wiem i potrafię ten wzorzec odczytać, zobaczymy jak daleko mnie ta wiedza zaprowadzi, na pewno bliżej siebie… a może dużo, dużo dalej 💗 

  • 6. NIEWYBIERALNA I

    Zastanawiałam się ostatnio, dlaczego jest tak, że jestem sama. Jest na to obco brzmiące a dodające rzekomego splendoru określenie – singielka. Ja tam wolę SAMA, bo lubię bez woalu. Pierwszy raz w życiu jestem sama i bardzo sobie ten stan chwalę w wielu aspektach. Jest wygodny, daje mi pełną wolność, mogę realizować się, odnosić sukcesy, rozwijać zgodnie z moimi potrzebami, przyjąć pod dach trzeciego kota i nie pytać nikogo o zgodę. Jestem sprawcza, decyzyjna, samowystarczalna. Otaczam się tylko tymi ludźmi, którzy naprawdę dobrze mi życzą. Kocham moje dziecko, moich ludzi, moją pracę, moje zwierzęta te domowe i te, które same mnie wybrały i przylatują codziennie, bo chcą. Kocham moje drzewa za oknem, rzekę, która leniwie płynie i ziemię, po której stąpam. 

    Każdą komórką mojego ciała i duszy jestem miłością. 

    A jednak jestem sama. 

    W zasadzie jestem szczęśliwa, jest we mnie spokój, którego nigdy wcześniej nie zaznałam a jednak ostatnio odzywa się we mnie… tęsknota. 

    Nie rozumiałam za czym tęsknię naprawdę, za Darkiem? To nie do końca prawda, chociaż po niemal roku po rozstaniu nadal nie mam w sobie przestrzeni na nikogo innego. Bo to co mnie przy nim spotkało było pierwszym bezpiecznym silnym i prawdziwym uczuciem jakie przeżyłam. Było moim przebudzeniem do czucia, odpuszczenia kontroli, wsłuchania się w ciało i emocje. A uwolnione emocje zalały mnie z taką siłą, że nie byłam w stanie unieść tej relacji i musiałam się z niej pilnie ewakuować. Natychmiast po rozstaniu, czułam coś czego nie czułam nigdy wcześniej. Nieprawdopodobnie silną potrzebę absolutnej ciszy. Nie słuchałam muzyki, przestałam chodzić do kina, na siłownię, ściankę. Przestałam spotykać się z przyjaciółkami, nie odbierałam telefonów, nie włączałam komputera. Chodziłam do pracy, bo trzeba. Spacerowałam dużo, siedziałam nad rzeką, spałam więcej, nawet w dzień.

    To nie była zwykła rozpacz po rozstaniu to było moje 40 dni na pustyni, które otworzyło przede mną prawdziwy świat. Nie potrafię tego wytłumaczyć, ale nadal czuję się z Darkiem w jakimś stopniu połączona, jakby rozstania nigdy nie było. 

    To był rok poznawania siebie na nowo, osadzania emocji w ciele, nauki słuchania siebie, medytacji, nieprawdopodobnych wglądów i przede wszystkim spotkania ze snami, które wchodząc w życie, pięknie i bardzo mądrze mnie prowadzą.

    Dopiero teraz kiedy jestem naprawdę ze sobą zatęskniłam za relacją. Tylko że teraz zmieniło się wszystko. Skończyłam z oczekiwaniami. Nie oczekuję już, że mężczyzna będzie obecny, stały, lojalny, czuły, dający poczucie bezpieczeństwa. Ja nie oczekuję. Ja WYMAGAM. Bo nie pragnę już, żeby ktoś mnie wybrał. A tak właśnie było z moim mężem alkoholikiem. Byłam szczęśliwa, bo nareszcie zostałam wybrana. To była iluzja, bo nie wybrał mnie, tylko moją empatię, komfort i opiekę. Teraz to ja chcę wybierać. Pierwszy raz wybieram i teraz chcę wybrać prawdziwą jakość. 

    Wiem, że to na razie niestety nie jest możliwe, bo jest we mnie coś czego nie rozumiem. Dlatego na razie wolę być sama, bo jeszcze jestem czujna i reaguję lękiem nawet na prawdopodobieństwo pojawienia się głębokiej relacji, za którą tak bardzo tęsknię. Kiedy dowiem się, dlaczego tak jest, że nadal się boję, pomimo wielkiej pracy jaką włożyłam w poznanie siebie, terapii i transformacji jaką przeszłam z pewnością moje życie po raz kolejny zmieni się na lepsze.

    Wiem, że to przyjdzie.

    Bo zawsze przychodzi to co ma przyjść.

  • 4. Prababcia i lód w torebce

    Kiedy przypominam sobie małą mnie, widzę siebie na trzepaku, na rowerze lub na drzewie, albo w psiej budzie. Nie ma wokół mnie wielu ludzi, choć przecież byli. Byli bracia, rodzice, rodzina, sąsiedzi, sporadycznie koleżanki, jakiś chłopiec, z którym codziennie szłam do przedszkola w towarzystwie naszych mam. Byli ludzie, ale nawet z nimi byłam sama. 

    Kiedy myślę o dobrych chwilach mojego dzieciństwa nie ma tam ludzi. Są przede wszystkim zwierzęta. Psy przybłędy, które przyprowadzałam do domu a po powrocie moich rodziców z pracy, psy zwykle trafiały znów na ulicę. Oswajałam piwniczne dzikie koty. Przez chwilę gościłam jeża (nie wiem, gdzie sobie poszedł), była młoda kawka, papużki faliste, ślimaki w słoiku, kanarek, patyczaki i długo by wymieniać. Mówili, że mam “rękę do zwierząt”, że zostanę weterynarzem. Nie zostałam – kiedyś napiszę, dlaczego.

    Teraz myślę, że to co miałam w sobie przyciągało w pewien sposób zwierzęta i nadal przyciąga, bo mam ich wiele, łącznie z dzikimi ptakami, które karmię z ręki. To nie jest żadna niezwykła moc. To połączenie spokoju, cierpliwości, wysokiej wrażliwości, empatii i swoistego “szkolenia” w toksycznym środowisku. Byłam jako dziecko skrajnie wyczulona na mikro gesty, mimikę, zmianę w tonie głosu, mikro napięcia w ciele itp. To pozwalało mi przetrwać. Teraz dzięki temu wiem w ułamku sekundy nie tylko jakie kto ma zamiary, ale też czytam nastrój, wiem, czy ktoś kłamie, nawet jeśli okłamuje sam siebie. Czuję to co w ludziach, znam ich potrzeby zanim wypowiedzą je na głos. Zwierzęta czują się w moim towarzystwie bezpiecznie. Szanuję je, nie jestem nachalna, nie dotykam, kiedy tego nie chcą. Wiedzą w jakiś sposób, że mogą przy mnie być. I są. Zawsze są. 

    Mówili, że mam “to” po prababci. “To” i imię. Kiedy była przy mnie czułam, że jestem bezpieczna. Nigdy nie byłam głodna, nigdy nie było mi zimno. Prababcia była wyjątkowa. Mówiła niewiele, ale zawsze to co trzeba. Siadałam z nią w jej kuchni, przy dużym stole i obserwowałam, jak szyje. Pozwalała mi czasem, szyć coś dla siebie, malutki portfelik czy ubranko dla lalki. Na parapecie obok niej spał zwykle kot, który nie odstępował jej na krok. Co rano karmiła dziką wronę i naprawdę cieszyła się jej towarzystwem. Mówiła, że opowiadają sobie nawzajem ciekawe historie. To piękne wspomnienia. Moja prababcia leczyła też ludzi. Nie wiem dokładnie w jaki sposób, byłam za mała, żeby to zrozumieć. Mój ojciec nazywał to “te babci czary mary”. Nie mówił o niej z szacunkiem, z resztą, żadna kobieta nie była chyba jego zdaniem godna szacunku. Nie mniej poddał się raz jej “czary mary”, kiedy po trzech dniach potwornej migreny, któryś już raz wymiotował i nie miał siły się bronić mama przyprowadziła prababcię. Pomogła. Nie wiem jak, ale była skuteczna.

    Niestety zachorowała na demencję i nie cieszyłam się długo jej obecnością. A była jedyną osobą, która naprawdę była dla mnie. Kiedy zachorowała czułam jakby mnie porzuciła. Tylko ona pamiętała o moich urodzinach, więc szóste urodziny były w pewnym sensie moimi ostatnimi. 

    Mój ojciec mówił o niej “babka”.  Wyśmiewał jej wygląd, bo od siedzenie przy szyciu miała zgarbione plecy, powykręcane artretyzmem palce. Sprawił, że wstydziłam się, kiedy szukaliśmy jej w miasteczku, zgubiła się, zapomniała, gdzie mieszka. Ojciec żartował sobie z niej z ludźmi, którzy pomagali jej szukać jakby chciał ich zabawić w trakcie poszukiwań. 

    To była jedna z najlepszych osób na ziemi i jedyna (jak myślałam przez dziesięciolecia) jaką naprawdę skrzywdziłam… 

    Biegałam wtedy z jakimiś dziećmi po głównej ulicy miasteczka, oddalonej od domu o jakieś trzysta metrów. W oddali zobaczyłam prababcię, szła kołyszącym się krokiem opierając się na lasce. Wiedziałam, że mnie zauważyła i zmierza w moim kierunku. Najpierw udawałam, że jej nie widzę, ale wiedziałam, że się zbliża. Bardzo się wstydziłam przed dziećmi, krzywych pleców prababci. Zawołała mnie, a ja zaczęłam uciekać, wołała mnie i goniła jak mogła najszybciej. Widziałam, że bardzo ją to męczy, że nie może złapać tchu a ja nadal uciekałam. Zatrzymałam się dopiero pod domem. Tam zaczekałam. Prababcia podeszła do mnie ze łzami w oczach. Nic nie powiedziała, otworzyła torbę i powiedziała “Proszę”. W torbie był lód, nie pamiętam w jakim smaku, nie pamiętam, czy go w ogóle zjadłam. Pamiętam roztapiający się lód na dnie torebki… i łzy w oczach prababci. 

    Kiedy wiele, wiele lat później, po “prawie wypadku w pociągu” wybrałam się na hipnozę regresyjną chciałam tak naprawdę zobaczyć dwie rzeczy: chciałam wiedzieć, czy spotkałam już wcześniej Darka i zobaczyć prababcię, żeby jej podziękować i bardzo ją przeprosić. Chciałam też spotkać siebie. Prababci nie zobaczyłam, ale moja hipnotyzerka powiedziała, że wcale się temu nie dziwi. Bo moja prababcia wcale nie potrzebuje moich przeprosin. Nie zrozumiałam od razu, trzeba było mi wyjaśnić, że byłam wtedy małym dzieckiem, małe dzieci robią głupie rzeczy i dorośli wcale nie mają im tego za złe. Całe życie nosiłam w sobie poczucie winy, że jako pięciolatka skrzywdziłam prababcię. I że jest to krzywda nie do naprawienia. 

  • 3. SEN PIERWSZY. 

    Od kiedy świadomie zmieniam siebie i swoje życie sen wnosi wielką wartość w samopoznanie, dostrzeżenie miejsca w procesie, regulację emocjonalną i długo by jeszcze wymieniać jakie dobrodziejstwa ze sobą niesie. Jung nie bez powodu uznał sen za symboliczną reprezentację treści nieświadomych. Sen pokazuje to czego nie wiesz i prowadzi, jeśli go posłuchać. Teraz to wiem i świadomie korzystam z tego cudownego narzędzia, ale zastanawiałam się ostatnio jaki pierwszy sen pamiętam i co chciał mi powiedzieć? Jaką funkcję pełnił? Nie musiałam się długo zastanawiać… 

    Miałam w dzieciństwie powtarzający się koszmar, miałam kilka lat, na pewno mniej niż dziesięć, bo mieszkaliśmy jeszcze w domu pradziadków, niektóre elementy się zatarły, ale główny motyw pamiętam bardzo dokładnie. Kiedy przywołuję go z pamięci wciąż widzę szczegóły i mogę przywołać dźwięki, mam wciąż podobne odczucia w ciele: ściśnięcie w okolicy przepony i ciężar w klatce piersiowej i niepokój, jakby moje ciało mówiło “Uważaj!!! Musisz być gotowa!”  

    Brodziłam po bagnie. Bardzo trudno było mi wyciągnąć stopy, za mną z tego bagna wyłonił się potwór. Potwór wyglądał, jakby właśnie z tego bagna był stworzony, czyli z błota, szlamu, wodorostów, które go oblepiały, jakichś traw. Oczywiście potwór mnie gonił. Było mi bardzo trudno uciec, bo jak to w bagnie, ciężko wyciągnąć nogę. Uciekałam z trudem, oglądałam się za siebie, widziałam, że się zbliża. Później nie patrzyłam już za siebie, tylko skupiona byłam na tym, jak idę i słyszałam za sobą takie charakterystyczne plaśnięcia, które mówiły o tym, że ten potwór jest coraz bliżej. Nie pamiętam, czy udawało mi się uciec, czy budziłam się, zanim mnie dopadł. 

    Budziłam się wtedy przerażona i biegłam do łóżka moich rodziców. Paradoksem było, że wchodzę po ochronę do łóżka, w którym de facto śpi “potwór z bagien”. 

    To nie był zwykły koszmar, to był sen, który próbował pomóc mi poradzić sobie z tym, Czego nie potrafiłam jeszcze unieść na jawie. Bo nie umiałam jeszcze się obronić, nazwać tego co się dzieje w moim domu, nie miałam wpływu na to, żeby przemoc zatrzymać. Mój sen pokazał bagno – coś co więzi, wciąga, nie daje oparcia, sprawia, że trudno się poruszać, nie można uciec. A potwór nie przyszedł z zewnątrz, on powstał z tego samego bagna, w którym tkwiłam. Zagrożenie było częścią środowiska, nie czymś obcym. To co mnie przerażało, było jednocześnie tym co mnie otaczało, od czego nie można było uciec. I te zbliżające się “plaśnięcia”.  To w tym śnie było najgorsze, wiedziałam, że zaraz coś się stanie, że muszę być gotowa, ale… i tak nie zdążę. 

    Ten sen robił wiele: mówił to czego mała ja nie mogłam powiedzieć, mogłam w nim “przećwiczyć” ucieczkę, wyciągał zamrożone emocje i pozwalał je rozładować. Tak naprawdę ten sen pomagał mi przeżyć. Bo jako dziecko tkwiłam w czymś bardzo trudnym, w czymś co jednocześnie otacza i goni. 

    Najważniejsze było to, że w tym śnie nie zamarłam, nie ukryłam się, ja szłam. Z trudem, ale SZŁAM. 

    Miałam w maleńkiej sobie siłę, którą mam do dzisiaj. Nie udaję, że potwora nie ma. Ale nie uciekam dziś przed emocjami, nie zamrażam ich w ciele. Dziś nie jest już potrzebne jedynie “przetrwać”. Teraz ważne jest ŻYĆ, bo mam już pewność, że wydostałam się z bagna i tylko ode mnie zależy jaką ścieżką będę podążać. A do tej małej dziewczynki mam wielki szacunek. Bo dała radę i nie zgubiła po drodze miłości, którą zawsze niosła w sobie.