W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: trauma relacyjna

  • 13. Czułość. Sen o ratowaniu. 

    Raczej nie jestem osobą skłonną do bliskiego kontaktu i zażyłości z ludźmi, nawet z najbliższymi, tylko moje dziecko było przytulane i całowane zupełnie naturalnie. Mój były mąż bliskość automatycznie wiązał z seksem. Ojciec nie był czuły a kontakt fizyczny kojarzył mi się jedynie z przemocą z jego strony. Matka czułość okazywała międląc moje ucho, co mnie tylko denerwowało, więc unikałam tego jak tylko mogłam. Z zasady więc nie dotykam ludzi, chyba, że oni wyjdą z tym pierwsi. Moje zawodowe dzieci często chcą się przytulać, z tym nie mam problemu, bo to dzieci. A dzieci mają wielką potrzebę przytulania ludzi, których uznają za ważnych. Czuję się więc zaszczycona i z radością przytulam.  

    Kiedyś Darek zorganizował dla moich zawodowych dzieci specjalną imprezę, zaproszeni byli też rodzice.  Miało mnie tam nie być, choć byłam zaproszona (nie chciałam uczestniczyć w tym wydarzeniu, uważałam, że to rodzice powinni byli tam być ze swoimi pociechami, nie chciałam zakłócać tego spotkania moją obecnością, była to pierwsza okazja, kiedy udało się zaangażować rodziców w życie naszej małej społeczności) ale nie miał kto przyprowadzić chłopca z domu dziecka, więc musiałam jednak być obecna. Wydarzenie było przepięknym świętem dla moich dzieci. Cudowne kakao, pyszne ciasto i zabawa bez granic. Patrzyłam na radość moich podopiecznych, na uśmiechnięte twarze rodziców. Byłam Darkowi bezgranicznie wdzięczna. Kiedy wszyscy już wyszli podeszłam do Darka, żeby mu podziękować i spontanicznie, zupełnie naturalnie go przytuliłam. Zdarzało mi się już przytulać ludzi w podobnych sytuacjach, to taki towarzyski gest “dziękuję”, absolutnie nic osobistego. W tym wypadku było inaczej. Darek przytulił mnie w bardzo czuły i absolutnie nieprzekraczający sposób, dotykając jednocześnie policzkiem mojego policzka. Poczułam ciepło, co ja mówię… gorąco na mojej twarzy. Jego policzek był bardzo ciepły i miałam dziwne uczucie jakby to ciepło we mnie wniknęło i pozostało. Kiedy tylko pomyślałam o tej chwili, przez dobre dwa tygodnie czułam ciepło na policzku i … byłam tak bardzo pogubiona. Nie wiedziałam co mam o tym myśleć. Nigdy nie czułam czegoś podobnego. Otworzyła się we mnie dzięki temu wydarzeniu, jakaś bardzo długo zamknięta część. Pojawiło się we mnie nieoczekiwanie miejsce na bezpieczną czułość w relacji z mężczyzną. To było coś OGROMNEGO. Nie byłam wtedy na to gotowa, ale otworzyło to swego rodzaju “kanał czułości”, który dojrzewał we mnie przez najbliższy rok. A ciepło rosło i stawało się powoli naturalne i bezpieczne. Kilka tygodni po tym wydarzeniu  przyszedł sen: 

     Sen o ratowaniu Darka, lipiec 2024 

    Przechodziłam obok firmy Darka. Może chciałam iść do pobliskiego zakładu usługowego, nie pamiętam. W każdym razie nie planowałam wejść do środka. Po prostu przechodziłam obok. Zaniepokoiły mnie jednak jakieś dziwne hałasy, podniesione głosy, dźwięki jakby uderzania ciężkimi przedmiotami. Było to bardzo niepokojące. Weszłam do środka i zobaczyłam go. Stał pośrodku największego z pomieszczeń i chwiał się na nogach. Nie miał siły zrobić nawet jednego kroku. Podbiegłam i przytrzymałam go w ostatniej chwili. Próbowałam zaprowadzić go do łóżka. Do firmy przylegało mieszkanie, wyglądało na “służbowe”. Bardzo surowe w wystroju, ale było bezpiecznym miejscem. Darek był bardzo ciężki i bez przerwy mnie za to przepraszał. Byli tam też dwaj  mężczyźni,  współpracownicy Darka. Jednego z nich poznałam osobiście i bardzo polubiłam w realnym życiu, drugiego widziałam tylko raz, kiedyś w przelocie. Ten drugi w śnie był bardzo agresywny, wrzeszczał na Darka “masz natychmiast wracać”, “w dupie mam, jak się czujesz” i inne w tym stylu mocno okraszone przekleństwami. Chciał nas zatrzymać siłą. Ten Pierwszy próbował go odciągnąć, szarpali się, przewracali sprzęty, na podłogę spadały elementy wyposażenia bardzo charakterystyczne dla tego miejsca. Zapytałam Pierwszego czy uda mu się ustawić z tych sprzętów mur, który nas ochroni? Musiałam obiecać, że dopilnuję, żeby Darek wrócił. Skłamałam wtedy z premedytacją, że TAK. Ale nie miałam zamiaru obiecywać za niego. Pomógł mi przeprowadzić Darka budując mur. Temu Drugiemu wydałam jakieś absurdalne dyspozycje, żeby odwrócić jego uwagę od Pierwszego. Przeszliśmy. Zatrzasnęłam drzwi i ułożyłam Darka na łóżku. Było cicho i spokojnie. Klęczałam obok jego łóżka. Pocałowałam go w czoło i gładziłam włosy a on mamrotał wciąż, że jesteś ciężki i że przeprasza. Miałam wrażenie, że już śpi, kiedy to mówi. Upewniłam się, że śpi i dopiero wtedy się rozpłakałam. 

    Kiedy nasze policzki się spotkały, mój układ nerwowy dostał coś, czego wcześniej nie znał. 
    Doświadczenie, że kontakt z mężczyzną może być ciepły, delikatny, czuły, nieprzemocowy i niewymagający. 
    Może być BEZPIECZNY. 

    Nigdy nie powiedziałam Darkowi, co wtedy poczułam, a mimo wszystko rok później CZUŁOŚĆ była głównym uczuciem, z jakim kojarzyłam naszą relację. A sen sprzed roku okazał się cichą zapowiedzią przyszłej bliskości.

  • 11. WYTRZYMAM WSZYSTKO!!! Jak sen rozprawia się z nieadaptacyjnym wzorcem relacyjnym. 

    Wczoraj wracając do domu byłam świadkiem wypadku, w którym ucierpiał maleńki piesek. Okoliczności wypadku w sensie winy i odpowiedzialności były niejasne, ale nie one są przedmiotem tych rozważań. Widok małego, trzęsącego się i dyszącego z szoku zakrwawionego psa, był impulsem, który uruchomił we mnie prawdziwą emocjonalną lawinę. Piesek był zaopiekowany, kiedy byłam już blisko widziałam kilka zakrwawionych chusteczek i dwie kobiety na kolanach pochylone z troską nad pieskiem. Nic tu po mnie, szłam dalej. Po kilku krokach poczułam się strasznie. Jakbym to ja klęczała nad krwawiącym psem i w dodatku miała związane ręce. Jakbym była kompletnie słaba i bezradna. Poczułam wzbierający we mnie szloch. I jedyne czego chciałam to wtulić się w Darka i płakać. Niemal dobiegłam do domu i płakałam najpierw z żalu, że takie maleństwo doznało krzywdy, potem z tęsknoty za silnymi, bezpiecznymi ramionami Darka. Chciałam móc mu powiedzieć co widziałam, jak mną to wydarzenie wstrząsnęło, jak silnie to przeżyłam, jak wielki lęk w sobie poczułam. Już raz przeprowadził mnie przez potężne graniczne doświadczenie. Przyjął wszystko, łzy, emocje, pytania, twierdzenia i wszystko inne czego w ogóle nie pamiętam. I był! i nie opuścił mnie nawet na chwilę, dopóki nie upewnił się, że jestem spokojna i bezpieczna. Potrzebowałam go teraz bardzo. Nie miałam przy sobie nikogo, a już w ogóle nikogo kto mógłby mi zapewnić choć przybliżoną jakość obecności. To wydarzenie uruchomiło we mnie dwa ważne tematy. Nieprzeżytą traumatyczną sytuację dotyczącą mojego własnego psa i wzorzec relacyjny który leżał u podstaw 26 lat mojego małżeństwa. 
     

    1.  Pies

    Mojego psa zaatakował amstaff. Mój piętnastoletni syn prowadził naszą suczkę na smyczy ja z byłym mężem szliśmy jakieś 30 m za nimi. Amstaff pojawił się dosłownie znikąd. Chwycił naszego solidnej budowy 17 kg teriera i zaczął wywijać nim w powietrzu jak szmacianą lalką. Mój syn obracał się dookoła z psem na smyczy, mój mąż krzyczał a ja bez słowa, bez analizy, bez czucia absolutnie żadnej emocji pobiegłam w stronę psów i syna. Kiedy dziś o tym myślę była to tylko sekwencja kolejnych ruchów, bez myśli, czysta, po kolei i konsekwentnie. Kiedy dobiegłam do psów, zdecydowanie włożyłam dłoń pod kolczatkę amstaffa przekręciłam ją obracając obrożę w ósemkę i uniosłam przyduszonego psa do góry. Natychmiast puścił moją suczkę. Trwałam w tej pozycji z psem, dopóki nie przybiegł właściciel. Oddałam mu psa. Kobieta współwłaścicielka psa przekrzykiwała się z moim byłym mężem. Zobaczyłam moją zakrwawioną suczkę. Zdecydowanie przerwałam wrzaski i wydawałam dyspozycje. Pani zabiera psa. Pan organizuje transport i wiezie nas do weterynarza. Pan płaci za leczenie. Ja zadzwoniłam do przychodni, wzięłam psa na ręce i szłam za mężczyzną. W samochodzie trzymałam na kolanach zakrwawioną suczkę. Uciskając mocno najbardziej krwawiącą ranę. U weterynarza zadawałam rzeczowe pytania, pomagałam lekarzowi w pierwszych czynnościach. W czasie zabiegu pojechałam do domu przygotowałam nowe miękkie posłanie, bo suczka spała na wiklinowym koszu, wiedziałam, że przez jakiś czas nie wskoczy na górę. Wróciłam do weterynarza, odebrałam psa. W domu położyłam się obok niej na podłodze i zasnęłam. Spałam jak kamień razem z nią, nie chciałam odejść nawet na chwilę. Następnego dnia bolało mnie całe ciało, każdy chyba mięsień. Przeszłam w tryb zadaniowy. Normalne obowiązki rodzinne i zawodowe, poza tym opieka nad psem, leki czyszczenie drenów, zmiany opatrunków noszenie na krótki spacer. Wszystko sama. Nie było czasu na emocje był tryb zadaniowy. Nie uroniłam nawet jednej łzy. Od początku do końca byłam tylko skuteczna. Troskliwa, opiekuńcza, ale przede wszystkim SKUTECZNA.  

    Nie było tu czasu na analizę, było tylko działanie i zwykłe dla mnie, znane mi od zawsze przetrwanie.  

    2.  SEN

    Zdziwiło mnie trochę, kiedy przyszedł dzisiejszej nocy trudny sen. Obudziłam się bardzo zmęczona i przybita. Jak często bywa, główną postacią pokazującą mi trudny relacyjny wzorzec był bogu ducha winny Darek. Jako mój osobisty katalizator pracuje we mnie nadal choć nie widzieliśmy się już prawie 10 miesięcy i nigdy nasza relacja nie była nawet zbliżona do tej ze snu. A jednak to jego moja podświadomość wybiera, aby pokazać mi wszystko co potrzebuję w sobie uzdrowić. 

    8/9.05.2026 

    Oglądałam jakby z zewnątrz (ani to przez ekran, ani zaglądając do ich pokoju, trudno mi to wytłumaczyć) życie pary absolutnie stukniętej na punkcie swoich psów. Psów było mnóstwo chyba kilkadziesiąt, małych głównie były to chihuahua.  

    Z moimi zawodowymi dziećmi poszliśmy do nowej firmy Darka (stara firma nie istnieje już w rzeczywistości). Przyprowadziła mnie tam moja koleżanka. Przywitałam się z Darkiem z dużą rezerwą. Nie wiedziałam, że to miejsce istnieje. Nie wiedziałam, że stworzył nowe miejsce na wzór zamkniętego. Było mi trochę przykro, że mi o nim nie powiedział. Ale pomyślałam, że w ogóle tego nie ogłosił, że o tym miejscu wiedzą tylko nieliczni. Nieliczni, ale mnie wśród nich nie było. Zapytałam, czy planuje oficjalne otwarcie. Nie był pewien. To były cztery duże przestronne pokoje w kamienicy, atrybutów tego miejsca było dużo więcej niż w poprzednim. Oceniałyśmy z koleżanką przestrzeń pod kątem potrzeb dzieci i zauważyłyśmy, że nie ma toalety. Chciałam też wiedzieć tak trochę w formie żartu, czy jeśli komuś zrobi się nagle niedobrze to ma miejsce, żeby sobie spokojnie np.  zwymiotować ;). Powiedział, że nie, więc na szybko przygotowałam raczej symboliczną spluwaczko/rzygaczkę z gliny opakowaną z folię aluminiową postawiłam na stole i powiedziałam, że „to w razie czego” . Puszczając przy tym oczko. Przytulił mnie jednym ramieniem, było potężniejsze niż pamiętam. Pomimo tego, że przytulił mnie nie czułam bliskości, którą czułam kiedyś. Był trochę zdystansowany. Nie wiem, czy to wyczułam, czy to powiedział, czy dał mi tylko do zrozumienia, ale pomyślałam, że on nigdy nie dojrzeje do prawdziwego związku. Wyszłam na duży taras i położyłam się na podłodze była zrobiona ze starych drewnianych desek. Leżałam tak na boku zmęczona i zrezygnowana. Okazało się, że wzięłam jakąś tabletkę poronną i właśnie na tym dachu straciłam dziecko. Przyszła moja koleżanka i zawołała Darka. Powiedziała, że to przez niego, że to przez jego niedojrzałość. Był przerażony, nie wiedział o ciąży. Całą tą scenę oglądałam z boku, patrząc również na siebie, byłam w tej scenie bardzo młoda i nadal leżałam na drewnianych deskach. Wyglądałam jakbym spała w pozycji embrionalnej. Pierwszy raz w tym śnie Darek zachowywał się jakby mu naprawdę zależało, jakby potrzebował wstrząsu, żeby poczuć coś do mnie. Ja byłam rozczarowana, myślałam we śnie, że jak to? Że spotykaliśmy się przecież, że ciąża nie wzięła się z powietrza a jednak nie wpuszczał mnie do swojego życia. Nie wiedziałam nawet o nowej firmie i dopiero tragedia go otworzyła na uczucie. Wyszłam, ale nie wiem czy ta ja obserwująca, czy ja z podłogi również. Wchodziłam do pewnej instytucji kultury (współpracuję z nią w realu) drzwi były nowo zamontowane i portier chciał mi tłumaczyć, jak działają, ale przerwałam mu w pół słowa, ja doskonale wiedziałam JAK. Był ze mną mój nie żyjący od dwudziestu lat pies. Miałam z jakąś inną firmą współtworzyć pewne wydarzenie. Mężczyzna, z którym współpracowałam powiedział, że napisał projekt, który zakłada, że wszystkie podobne do naszych firmy w mieście mają tworzyć tu teraz podobne wydarzenia. Byłam zła, bo wpuściłam tego człowieka w moją przestrzeń a on chce ściągnąć tłumy innych. W pewnym sensie zagarnął miejsce, które było niemal wyłącznie moje i rozdaje je na lewo i prawo.  

    Przez całe życie wiązałam miłość z wytrzymywaniem. Wytrzymywałam wszystko – bezradność wobec niedojrzałość męża, niewidzenie mnie i moich potrzeb, brak zaangażowania i odpowiedzialności. Wytrzymywałam moje przeciążenie emocjonalne i często również fizyczne wynikłe ze stałego reagowania na cudze potrzeby i ignorowanie własnych, stałą czujność i nadodpowiedzialność. Co ciekawe sen pokazał mi, że mimo, że byłam w związku nigdy nie zostałam tak naprawdę wpuszczona do świata mojego męża. Nie było w jego życiu miejsca na mnie prawdziwą, na moją słabość czy emocje. Ja miałam ogarniać, zabezpieczać, unosić za dwoje. Teraz jestem w innym miejscu. Dzięki Darkowi i wizji z hipnozy regresyjnej wiem czym jest prawdziwa męska obecność. Dlatego we śnie nie mogłam rozwijać czegoś co nie ma przestrzeni do życia. Nie mogłam trwać z kimś, kto dostrzega mnie tylko wtedy, gdy wydarzy się katastrofa.  Mogłam spokojnie porzucić to miejsce i relację. Rozpoznałam wzorzec, znam mechanizm, portier nie musi mi go tłumaczyć. To bardzo stare miejsce we mnie: żeby ktoś naprawdę mnie zobaczył, musi się coś stać, spokój nigdy nie wystarczy. Moje zwykłe istnienie nie uruchomi obecności drugiego człowieka, dopiero potężny kryzys może otworzyć emocje innych. 

    To trudne. Bardzo bolesne, ale pomimo wszystko niezmiernie cieszę się, że i to miejsce w sobie zobaczyłam tak wyraźnie. Bo teraz mogę powoli i z czułością zacząć je w sobie uzdrawiać.