W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: trauma pokoleniowa

  • 42. Klucze – sen o tym, co dała mi matka. 

    Byłam w szkole, w której kiedyś pracowałam. Na pierwszym piętrze mieściła się moja obecna firma, chociaż w rzeczywistości jest w biurowcu w centrum miasta. Zeszłam do piwnicy. Lokal właśnie opuszczała moja znajoma (ta, która prowadzi zajęcia wokalne dla dzieci), choć właściwie nie jestem pewna, czy to była ona. Może ta druga znajoma, fotografka. A może we śnie były jedną osobą. 

    Kiedyś naprawdę miałam w piwnicy tej szkoły małe pomieszczenie, w którym zaczęłam robić dokładnie to, czym zajmuję się dziś zawodowo. Opowiadałam jej o tym. Pomyślałam, że przejmę ten lokal i przeniosę tam firmę. W sumie taki pomysł chodzi za mną również na jawie, choć obecna lokalizacja jest świetna, więc na razie nic z tym nie robię. 

    Chodziłam po tych pomieszczeniach. Były duże, ciemne i prawie puste. Wszystkie rzeczy zostały już zabrane. W kątach zalegały tylko jakieś stare graty, takie, które wyglądały, jakby leżały tam od dziesięcioleci. 

    Przeszłam dalej, przez piwnice, do sali, w której kiedyś prowadziłam zajęcia dla dzieci. Teraz był tam składzik pełen niepotrzebnych sprzętów. Brudno, wszystko zakurzone, miejscami jeszcze jakieś ślady dawnych czasów i moich pierwszych zajęć. Pomyślałam, że życie zatoczyło koło. Że wróciłam do początku, do miejsca, od którego wszystko się zaczęło. I że właśnie tutaj zostanę. Posprzątam to wszystko i urządzę po swojemu. 

    Wróciłam do lokalu po znajomej. Już ustawiałam w głowie stoły i planowałam przestrzeń. Sprawdziłam światło. Było kiepskie — punktowe, ciemne, niewystarczające. Ale uznałam, że to da się zmienić. 

    Pod sufitem były małe piwniczne okna. W jednym siedział chłopiec i zaglądał do środka. Pomyślałam, że pewnie tak samo będzie później — dzieciaki będą przysiadać w oknach i podglądać zajęcia, rozpraszając moje dzieci. Ale od razu pomyślałam też, że dam sobie z tym radę. 

    Kręcił się tam jakiś mężczyzna. Może woźny, może konserwator. Powiedziałam mu, że biorę ten lokal. 

    Potem znalazłam się na parterze. Było tam małe mieszkanie, w którym mieszkałam z rodziną: matką, ojcem i siostrą. Możliwe, że także z bratem, bo później się pojawił. Wszyscy spaliśmy w jednym pokoju. Łóżko matki stykało się z naszym — spałam razem z siostrą — tworząc coś w rodzaju odwróconej litery L. Łóżko ojca stało niżej, równolegle do naszego. Blisko. 

    Siostra leżała trochę niżej ode mnie. Chyba jęknęła. Poczułam rękę ojca. Wiedziałam, że dotyka jej miejsc intymnych. Żeby do niej sięgnąć, musiał najpierw przejechać ręką po moich nogach, bo leżałam z brzegu. Zorientowałam się, co robi. Zaczęłam więc poruszać nogami, wierzgałam intensywnie jakbym miała zły sen, ale nie chciałam, żeby wiedział, że rozumiem co się dzieje. 

    Cofnął rękę. 

    Miałam pewność, że matka to widziała i nic nie zrobiła. Leżałyśmy chwilę w ciszy. Wiedziałam już, że muszę zabrać siostrę i wyciągnąć ją z tego domu. 

    Ojciec poszedł do łazienki. Wiedziałyśmy, że trzeba się spieszyć. Nie mogłam znaleźć swoich rzeczy, ale w końcu się ubrałam. Chciałyśmy zabrać psa, tylko nigdzie nie było smyczy. To był bardzo posłuszny pies, więc uznałam, że jakoś sobie poradzimy. Po drodze znajdziemy choćby kawałek sznurka. 

    Wtedy pojawił się brat. Nie mój prawdziwy brat — tak samo jak nie mam siostry w rzeczywistości. Czekał za drzwiami. Tłumaczyłam mu, co się dzieje. Powiedział, że teraz rozumie jej dziwne zachowanie w szkole. 

    Chcieliśmy uciekać od razu, ale był weekend i wszystkie wyjścia ze szkoły były pozamykane. Przeszliśmy więc przez piwnice do drugiego skrzydła budynku. Po drodze spotkaliśmy tego woźnego albo konserwatora. Ciągnął jakąś maszynę do załadunku węgla. Pomyślałam, że skoro tamtędy przejechał, to drzwi na boisko muszą być otwarte. 

    Prowadziłam ich szkolnymi korytarzami do wyjścia. Musieliśmy minąć otwarte drzwi naszego mieszkania. Ojciec nadal siedział w łazience. Matka zobaczyła nas z pokoju. Od razu zrozumiała, co robimy i rzuciła nam kluczyki do samochodu. To brat miał prowadzić. 

    Uciekliśmy. 

    Za budynkiem stał duży jeep. Obok kierowcy były dwa miejsca. Jedno zajmowała już dziewczyna brata. Drugie było wolne, ale postanowiłam, że usiądę z siostrą i psem z tyłu. 

    Ten sen zatrzymał mnie dłużej przy mojej matce.  

    W czasie terapii grupowej jedną z najcenniejszych dla mnie technik, której się poddałam było napisanie życiorysu i omówienie go z grupą. To co dla mnie było normą moje “lustra” uznały za koszmar. Pamiętam jak bardzo to mną wstrząsnęło. Nie zdawałam sobie sprawy, że byłam ofiarą przemocy na tylu płaszczyznach.  

    To zadziwiające jak wiele doświadczeń, które przeżyliśmy i uznaliśmy za normę, kiedy spotyka inną osobę, a szczególnie dziecko bez wahania nazywamy przemocą, przestępstwem, złem. Współczujemy, staramy się pomóc, reagować, ratować, naprawić. Jednocześnie… ja wyparłam, że jako dziecko byłam ofiarą. Byłam zaradna, sprawcza, decyzyjna, ratowałam innych, dawałam radę. W czym problem? Pamiętam moje szeroko otwarte ze zdziwienia oczy, kiedy zobaczyłam łzy płynące po policzkach tych kobiet, żon alkoholików, które widziały i przeżyły niejedno. Płakały, kiedy czytałam. 

    Te kobiety zauważyły coś bardzo ważnego w moim życiorysie. Brakowało w nim…  Matki! 

    Tak też było w moim życiu. Brakowało mi matki.  

    Poświęciłam jej więc wiele czasu w trakcie terapii. Chciałam zrozumieć i wybaczyć.

    Nie potrafiła zajmować się domem ani dziećmi. Nie umiała o nas zadbać ani nas obronić. Nie uczyła nas nawet prostych nawyków higienicznych. Nie interesowało jej, kiedy myliśmy zęby jedną szczoteczką, a nawet czy w ogóle myjemy zęby. To ona wymagała ochrony, wsparcia, rady od własnego dziecka, małego domowego terapeuty, kucharki, sprzątaczki, organizatorki życia rodzinnego. Uczyłam się od sąsiadek, mam i babć koleżanek i kolegów. Uczyłam się od wszystkich, których spotkałam po drodze. Byłam naprawdę pilną uczennicą, bo nie chciałam być jak matka. Nie chciałam być SŁABA. 

    Przez całe życie myślałam, że matka nie nauczyła mnie niczego co byłoby istotne. A jednak nauczyła mnie WSZYSTKIEGO.  Dała mi klucze i z nimi mogę iść przez życie. Bo wszystko już było, nic mnie chyba nie zaskoczy i już niemal niczego się nie boję. 

  • 15. Wierzba, która leczy

    Zaczęliśmy pisać do siebie regularnie. Dzięki tym listom udało mi się dostrzec, między innymi to, że nigdy nie było przestrzeni na to, żebym mogła przeżyć żałobę po śmierci mojej mamy. Opisałam w odpowiedzi na jego wiadomość o rodowych traumach ciągnących się przez pokoleniach moją “rozmowę” z nieprzytomną już, konającą matką, w której obiecywałam, że nigdy nie dopuszczę do tego, że skrzywdzi mnie jeszcze kiedyś jakikolwiek mężczyzna, tak jak krzywdził mnie mój mąż, jej mąż krzywdził ją, a jej matkę krzywdził jej ojciec a mój dziadek. Obiecałam mojej mamie na łożu śmierci, że już nigdy więcej nie pojawi się przemoc w naszej rodzinie. Zdążyłam opowiedzieć jej to wszystko do czego nie mogłam się przyznać, kiedy żyła, udało mi się podziękować i za wszystko przeprosić. Kiedy napisałam do Darka, wyszłam z psem na długi spacer, myślałam o tej chwili, w której, żegnałam moją mamę, o pogrzebie który był walką z ojcem o szacunek dla niej. O organizacji pogrzebu i stypy, którą wzięłam na siebie, bo chciałam, żeby jej ostatnia droga była tak piękna jak to tylko możliwe. Po pogrzebie, walka o przetrwanie, matura syna, rozwód… żałoba musiała zaczekać. I spotkałam ją pod wierzbą, trzy lata później, dzięki rozmowie z Arkiem, w której jak to zwykle bywało w czasie naszych rozmów USŁYSZAŁAM nareszcie CO MÓWIĘ. Szłam skrajem rzeki na wałach rosła samotna wierzba, kiedy do niej dotarłam zrozumiałam, że nie zrobię ani jednego kroku więcej. Po prostu nie mam już siły. Upadłam na trawę i leżałam tak mając smycz oplecioną wokół nadgarstka. Nie wiem co robił pies. Ja płakałam. Długo… a wierzba szumiała nam nad głową uspokajająco. Podobno wierzba to szczególne drzewo, podobno leczy. Mnie wtedy uleczyła. 

    Kilka dni później miałam sen. 

    Moja mama wstała z łóżka, w którym spędziła swoje ostatnie dni w domu rodziców. Było tam ze mną kilka osób wszyscy z rodziny. Podeszła do mnie i widziałam, że jest zdezorientowana. Powiedziała mi, że się boi, że nie jest pewna czy może iść. Powiedziałam jej uspakajająco, że wszystko jest w porządku, że nie musi się już bać, że jest teraz bezpieczna i spokojnie może odejść. Wyszła tak jak stała w koszuli nocnej i na boso. A ja czułam spokój, wiedziałam, że tak musi być. Że teraz już jest dobrze.