W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: terapia

  • 52. Zeszłam z piedestału – sen o uzdrawianiu kobiecości. 

    17/18.12.2025 

    Byłam w domu. We śnie była 5.18 lub 5.16. 

    Przed moim domem rosną dwa piękne, rozłożyste dęby. Siedziałam przy stole, z tego miejsca mam najlepszy widok na nie. Zauważyłam, że ktoś wychyla się z liści na czubku drzewa. Mężczyzna. Zdziwiło mnie to, bo to bardzo wysoko. Chciałam mu zrobić zdjęcie telefonem, bo to byłby idealny kadr, ale telefon nie poradził sobie i zdjęcie wyszło albo prześwietlone, albo niedoświetlone. 

    Byłam w koszuli nocnej. Takiej „starodawnej”, długiej do ziemi, z długimi rękawami, białej. 

    Coś robiłam w domu. Nagle spojrzałam na drzewo. Było pocięte, ale nie tak „pielęgnacyjnie”, tylko brzydko poharatane. Wyszłam na balkon i zaczęłam krzyczeć, żeby natychmiast przestali. 

    Pomyślałam, że wybrałam to mieszkanie właśnie dla tych dębów, a teraz uschną za kilka lat po takiej „pielęgnacji” i będę musiała się wyprowadzić. 

    Kiedy jeden z mężczyzn mnie usłyszał, podniósł ogromną gałąź, wspiął się po balkonach i pokazał mi maleńkie dziurki w gałęzi. Tłumaczył mi, że nie było wyjścia, że drzewo było zainfekowane jakimiś owadami. 

    Weszłam do mieszkania, nadal zła na to, co się stało, ale przestali już ciąć, a to, co narobili, było nie do odwrócenia, więc byłam bezsilna i zostawiłam ich już w spokoju. 

    Drzewo wyglądało strasznie, poczułam ogromny smutek. Zwróciłam uwagę na moją koszulę nocną. Zasłaniała mnie całą, ale kiedy przylegała do mojego ciała, stawała się niemal przejrzysta. Zastanawiałam się, czy ten mężczyzna mógł mnie zobaczyć taką półnagą? 

    Pokazałam drzewo mojemu synowi, też go to zasmuciło. 

    Na balkonie leżał pies, ogromny, kremowy, niemal biały, taki w typie molosów. To był obcy pies. Syn się go wystraszył. Zastanawialiśmy się, skąd wziął się na trzecim piętrze. 

    Postanowiłam, że trzeba go wpuścić. Miałam lekkie obawy, ale otworzyłam drzwi. Pies wszedł do środka, położył się na podłodze. Zaczęłam go głaskać, przytuliłam się do niego, a on otworzył paszczę, objął nią moją głowę i leciutko, delikatnie mnie podgryzał, niemal z czułością. 

    Nie bałam się, że mnie skrzywdzi, ale troszkę mnie to zdziwiło. Psy lekko żujące ręce spotkałam w swoim życiu, ale głowę? Wydało mi się to trochę dziwne, ale nie niepokojące. 

    Do mieszkania weszła jakaś kobieta. Powiedziała, że źle się czuje i musi zrobić sobie przystanek w podróży. Dlatego wynajmuje sobie łóżko w naszym mieszkaniu. Sama przygotowała sobie pościel. 

    Łóżko było takie surowe, metalowe, trochę jak kiedyś w szpitalach i stało jakby oddzielnie. Przyjrzałam się pościeli. Nie była idealnie czysta, trochę się zawstydziłam. Była biała, ale miała parę plamek. 

    Wzięła też sobie małą poduszkę, jaśka. Ta była nowa, ale zobaczyłam, że ma dwa skośne przecięcia. Pomyślałam, że to moje koty zniszczyły ją pazurami. 

    Kobieta mówiła, że jest chora, ale nie wyglądała na taką. Mimo wszystko postanowiłam iść po leki dla niej. 

    Poszłam do domu moich rodziców, żeby zabrać coś stamtąd (nie wiem, czy chodziło o leki). Było tam dużo ludzi. Chciałam umyć ręce albo je ogrzać w ciepłej wodzie. Pamiętam, że zanurzałam je prawie po łokcie w dużej, metalowej, pomalowanej na biało umywalce. 

    Woda płynęła z kranu nawet wtedy, kiedy odeszłam od umywalki. Chciałam ją zakręcić, ale moja bratowa powiedziała, że można to tak zostawić. 

    Spojrzałam na swoje stopy. Były całe w błocie. Miałam na sobie sandały, więc nie tylko buty były brudne, ale stopy również. 

    Wszystko to działo się jakby na zewnątrz, ale wewnątrz (kiedy teraz o tym myślę, to można to porównać do hangaru, w którym jest plan filmowy). Było tam sporo ludzi. 

    Nagle wjechał samochód, kabriolet, duży, w takim amerykańskim, rozdmuchanym stylu. Siedzieli w środku trzej mężczyźni i nastolatka. 

    Pomyślałam, że ta dziewczyna jest już zgubiona, że niczego nie uda się jej w życiu osiągnąć. Dopóki jest młoda, będą ją tak wozić jak zabawkę, a później zostawią. 

    Dziewczyna wysiadła z samochodu i podeszła do mnie. Siedziałam na jakimś wysokim podeście albo kamiennej „poręczy” schodów. Patrzyłam na nią z góry. 

    Powiedziała, że bardzo jej się zawsze podobałam w sensie seksualnym, ale też bardzo ceni mnie za osobowość. 

    Bardzo mnie to zaskoczyło. W pierwszej chwili poczułam coś między odrazą a zmieszaniem. Spojrzałam na siebie. Byłam ubrana w bardzo krótką spódniczkę. Pomyślałam, że tak naprawdę niczym się nie różnimy. 

    Zeszłam na ziemię. Przytuliłam ją z wdzięcznością za jej miłe słowa. 

    Pojawiła się nagle jej matka i powiedziała, że ten gest wiele znaczy dla jej córki. 

    Bardzo długo zastanawiałam się, co ten sen próbuje mi pokazać. Którą salę w mojej szkole na drodze transformacji, przyszło mi otworzyć. 

    Wiem już… Seksualność. 

    Moja była okaleczona jak moje dęby. 

    Kiedy byłam nastolatką, mój ojciec opowiadał mi z dumą o swoich podbojach i erotycznych spotkaniach w altance na działce, w której sypiał latem. Mówił o tych kobietach jak o przedmiotach, które się używa. Deprecjonował je i instrumentalizował sam seks. Seksualność wydawała mi się uprzedmiotawiająca, a mężczyzna w moich wyobrażeniach pełnił rolę dominującą. Moje pierwsze doświadczenia w tej dziedzinie obarczone były napięciem, wstydem i poczuciem winy.  

    Nawet w małżeństwie czułam, że seks nie jest czymś, w czym można się zapomnieć. Wszystko przeżywałam bardziej w głowie niż w ciele. 

    Teraz wiem, że mężczyzna może być jednocześnie czuły, silny i wcale nie musi to oznaczać dominacji. Wręcz przeciwnie, może być i powinna w tym olbrzymia dawka bezpieczeństwa, szacunku i opieki, jaką niesie prawdziwa męska energia w związku. 

    Umyłam więc symbolicznie dłonie po same łokcie i zeszłam z piedestału do tego dziecka, któremu tak bardzo zakrzywiono obraz tego, co może być w życiu źródłem tego, co najpiękniejsze. 

    Przytulam więc dziś moją nastolatkę, bo wiem, że niczym się nie różnimy. 

    Ja też – coraz bardziej w to wierzę – dojrzeję do tego, by czerpać prawdziwą radość z seksu. 

  • 51. Trzymając właściwy koniec liny – sen o wyjściu w podskokach z roli ratownika. 

    14/15.12.2025 

    Sen trochę z tych: „coś tam pamiętam, a coś tam umknęło”. 

    Byłam chyba uwięziona w jakimś pokoju. Nie mogłam wyjść, ale do mnie można było wchodzić. Weszły jakieś dziewczyny, nie pamiętam po co. Pojawiał się też mężczyzna. Chyba znajomy nauczyciel ze szkoły muzycznej. Przychodził do mnie często. Tym razem chciał, żebym wyszła na zewnątrz. 

    Byłam niekompletnie ubrana. Miałam na sobie krótki fartuszek i nic więcej. Założyłam sweter, chyba brązowy a fartuch wyglądał jak spódniczka. 

    Byłam na zewnątrz. Uliczka miasteczka, wąska kamienista. Z tego samego kamienia zbudowane były budynki. Trzymałam linę, ktoś mi pomagał. Miałam uwolnić kobietę (albo dwie kobiety) z jakichś lochów. Były tam uwięzione. ON je uwięził. Nie wiem, kim był ON, ale to jakby głowa rodziny. Dużej rodziny. Prawie wszyscy we śnie byliśmy jej członkami. 

    Trzymałam linę i ciągnęłam. I wyciągnęłam (hi, hi) starego, pulchnego jogina. Kiedy wyskakiwał, zrobił fikołka lub dwa i zaświecił gołym tyłkiem. 

    Trochę rozbawiona, a trochę zażenowana zajrzałam do środka. Czekała tam już na linę moja koleżanka z realnego życia (jest po bardzo poważnym wypadku, uczy się chodzić na nowo, chociaż lekarze nie dawali jej wielkich szans, porusza się już o kulach, na razie z wielkim trudem). Stała na dwóch nogach. Zapytałam, czy sobie poradzi. Poradziła sobie świetnie. Była w pełni sprawna. 

    Kiedy się wspinała, była ubrana w jeansy i T-shirt. Ale kiedy była już na górze, miała na sobie sari. Wszystkie miałyśmy na sobie sari. 

    We trzy musiałyśmy uciekać. Nie wiem, czy ta trzecia to była również wyciągnięta, czy to ta, która mi pomagała. 

    Weszłyśmy razem do piwnicy. Dużej, rozległej, wysokiej i dość jasnej. Ja musiałam się ukrywać bardziej niż one, bo wystąpiłam przeciw NIEMU, ratując je. 

    Czekałyśmy do zmroku, żeby uciec. One zabierały jakieś potrzebne w drodze rzeczy. Ja ukrywałam się pod schodami. 

    Przechodzili moi bracia. Nie byłam pewna ich lojalności. Byli wojownikami, mieli za chwilę wyruszyć w drogę. ON miał dla nich jakieś zadanie. 

    Nie bałam się. Wiedziałam, że sobie poradzę w razie czego. Nie chciałam po prostu robić zamieszania i ewentualnych kłopotów z ucieczką. Wiedziałam, że jestem bezpieczna, że nie zrobią mi krzywdy. Bałam się raczej, że ucieczka się nie uda. 

    Kiedy jesteś ratownikiem czujesz, że jeśli czegoś  nie zrobisz świat się rozsypie. Rodzina się rozpadnie. Ludzie w potrzebie bez ciebie się nie podniosą. I tak niesiesz na swoich plecach cudzy ciężar, w dodatku myślisz sobie, że to szlachetne. 

    To trochę tak, jakby przywiązać linę, zejść do lochu, w którym ktoś tkwi, wziąć go na plecy i próbować się wspinać. To trudne a często wprost niewykonalne. Bo wspiąć się samemu to wielka sztuka. A wspinać się za dwoje… bez sensu. 

    Jeśli zrobisz coś za kogoś, podejmiesz decyzję, zmusisz do właściwego kierunku, odbierasz komuś nie tylko poczucie sprawczości, ale też godność. Mój były mąż nigdy nie chciał się leczyć. A ja przecież nie wyleczę się za niego. Bardzo dużo czasu i energii zainwestowałam w to jego “leczenie”, zamiast skupić się na własnym. Było w tym tyle lęku i napięcia. 

    A mogłam zrzucić linę i pozwolić mu się wspinać, zamiast robić to za niego. 

    Zawodowo byłam skuteczna, ale płaciłam za to bardzo wysoką cenę. Chłonęłam jak gąbka ludzkie emocje, ciężary, traumy, trudności. 

    Dokonała się we mnie niedawno wielka zmiana. Nadal jestem empatyczna, wciąż zależy mi na pomocy innym, ale nie noszę już ich ciężaru. Skuteczność przez to nie zmalała. Wręcz przeciwnie – pojawiła się lekkość, która poprawia komfort pracy i budzi większe zaufanie. Trudno mi to wytłumaczyć. Sprawy ludzi przepływają przeze mnie osiadają na chwilę, która jest nam potrzebna a później płyną dalej. Nie kumulują się już we mnie. Nie odbierają siły. 

    Nie żyję już cudzym życiem. 

    Ja tylko trzymam linę i pozwalam ludziom wspinać się powoli.  

    A moja koleżanka? Ona naprawdę potrafi się wspinać.  

    Dziś po dwóch latach od wypadku, kilku poważnych operacjach i wielu trudnych miesiącach rehabilitacji, moja koleżanka porusza się już bez kul. Jest nieprawdopodobnie zdeterminowana i już niemal w pełni sprawna. Poradziła sobie świetnie. 

  • 50.  Gołąb i buława – sen o mocy, która nie odbiera wolności. 

    10/11.12.2025 

    Początku nie pamiętam. Byłam w swoim mieszkaniu, stałam na balkonie. Był ktoś ze mną, nie pamiętam kto. Zobaczyliśmy nadlatującego gołębia. Trzymał w łapkach kij. Wyglądał jak okorowana gałąź długa na jakieś półtora, może dwa metry. Byłam zdziwiona, że taki mały ptak potrafi unieść taki ciężar. 

    Podleciał bliżej, na wyciągnięcie ręki. Okazało się, że jego nóżki są przywiązane do kija. Chciałam go chwycić, żeby go uwolnić, ale odleciał, bardzo nieporadnie. Uderzył o koronę drzewa na podwórku i spadł na ziemię. 

    Zbiegłam na dół. Spotykałam kogoś po drodze, chyba sąsiadów. Kiedy byłam na podwórku, zobaczyłam, jak dwie młode osoby (studentki, które wynajmują mieszkanie w mojej kamienicy) trzymają gołębia, jedna miała go na kolanach. Nie wiedziały, jak mu pomóc. 

    Powiedziałam, że mam nożyk do tapet, więc przetniemy sznurki. Ale zamiast tego zaczęłam wyciągać pióra gołębia, a później włosy z obrączki, dużej, złotej (miała wygrawerowane jakieś symbole), która ptaka więziła. 

    Tylko że to już nie był ptak, tylko około 10-letnia dziewczynka. Kiedy usunęłam włosy, zrobiła się przestrzeń i dziecko mogło się uwolnić. 

    Opowiadała, jak to się stało, że została uwięziona. Mówiła o człowieku, który coś jej obiecał (lody?), ale oszukał ją i zaczarował. 

    Chciałam odnaleźć tego człowieka i sprawić, żeby już nie doszło do podobnej sytuacji, ale nie pamiętam, czy cokolwiek jeszcze w tym śnie się wydarzyło. 

    Bardzo mnie ten sen poruszył. Wrócił bowiem do źródła mojej nadodpowiedzialności. 

    Kiedy miałam dziesięć lat, moi rodzice byli na balu sylwestrowym. Wrócili nad ranem. W południe jeszcze spali. Bracia byli głodni, więc postanowiłam ugotować obiad. 

    Wiedziałam, jak to się robi. Ugotowałam rosół i ziemniaki, starłam na tarce marchewkę, a mięso wyciągnęłam z zupy i podzieliłam na porcje. Pomagałam prababci robić makaron, więc nawet z tym nie było problemu. Pokroiłam ciasto na paski szerokości około centymetra, bo takie lubiłam najbardziej. 

    Bracia pomogli mi nakryć do stołu i obudziliśmy rodziców. 

    Byli bardzo zadowoleni. Ojciec trochę marudził, że to „kluchy grube jak palec”, a nie makaron, ale uratowałam sytuację. 

    I tak już zostało. 

    Od tej chwili miałam nowe obowiązki. 

    W myśl zasady: „Najgorzej to pokazać, że potrafisz”. 

    Ale po raz pierwszy poczułam się ważna, potrzebna, chwalona i — w moim dziecięcym odczuciu — w końcu kochana. 

    Tak zrodziło się we mnie zasługiwanie na miłość. 

    I wielka moc, którą przywiązano do nóg dziecka. 

    Moc ponad siły, której żadna dziesięcioletnia dziewczynka nie byłaby w stanie sama unieść. 

    Te pióra i włosy, którymi związane było dziecko, wyciągałam po jednym przez wszystkie lata terapii i pracy nad sobą. 

    Teraz gołąb jest już wolny. 

    I sam może wybrać, czy nieść swoją moc, czy odlecieć. 

    Ale na pewno nie pozwoli się już do niej przywiązać. 

    Motyw buławy — bo właśnie tak wyglądał kij ze snu — przewija się w moich snach już od dawna, pojawił się też poza nimi. 

    W tym śnie dziecko zostało przywiązane do mocy. 

    W śnie z lipca 2025 roku ( https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/ ) buławę trzymałam już w dłoniach i to ona mnie chroniła. 

    Ostatnio, podczas przesilenia letniego, wyciągnęłam karty tarota i zadałam jedno proste pytanie: 

    Kim jestem? 

    Wyciągnęłam jedną kartę. 

    Była to Królowa Buław

    A Królowa do swojej buławy nie jest przywiązana. 

    Trzyma swoją moc z lekkością. 

    W każdej chwili może ją odłożyć i cieszyć się mruczącym u stóp kotem oraz światłem, które niesie w dłoni. 

    Patrząc z ciekawością i radością w przyszłość. 

  • 48. Nadwaga – sen o uwolnieniu od nadodpowiedzialności.

    5/6.12.2025 

    Pamiętam niewielki fragment snu. Sypialnia, łóżko pościelone, mój partner (nie mam pewności, czy to ktoś mi znany – może były mąż, ale nie jestem pewna). 

    Coś robiłam w tym pomieszczeniu, ale to chyba nie jest ważne, relacja była istotna. Czułam, że ten mężczyzna odsuwa się ode mnie, chodzi po mieszkaniu, czymś się zajmuje, nie zwraca na mnie uwagi. 

    Jednak przychodzi. Podchodzimy do łóżka, kładziemy się. Nie ma w tym jednak czułości ani miłości. Splatamy się ze sobą tak, jakbyśmy chcieli sprawdzić „dopasowanie”. Pada zdanie: „Kiedy ty jesteś za gruba, ja jestem za chudy”. Jestem zawstydzona, że tak bardzo przytyłam. We śnie jestem grubsza niż w rzeczywistości. 

    Jesteśmy ubrani i nie ma w tym, co robimy, nic erotycznego. Mimo wszystko mężczyzna ściąga spodnie, ponieważ penis nie mieści się w nich, jest duży i sztywny. Mężczyzna próbuje go ułożyć tak, aby mógł ubrać się i wyjść. 

    Wchodzi mój syn, coś zabiera i niespecjalnie dziwi go ten widok. Mnie natomiast dziwi, że mężczyzna nie czuje się skrępowany. Jestem zażenowana, że syn jest świadkiem tego gmerania w rozporku. 

    Mężczyzna ma do mnie pretensje, że spóźni się do pracy, bo tak przecież nie może wyjść. Patrzę na to wszystko trochę z boku i z niesmakiem. Wcale nie czuję się winna. Ale po głowie chodzi mi myśl, że muszę trochę schudnąć. 

    Bardzo trudno było mi podejść do przemyśleń na temat tego, co niesie w sobie ten przebogaty sen, z należytą powagą. Bo sytuacja jest absurdalna: facet się miota, ja — w absolutnym braku kontaktu — zajęta własną tuszą, jestem lekko zażenowana i delikatnie zawstydzona. Ot, chleb powszedni 😉. 

    Tyle że naprawdę był to chleb powszedni. Mój syn przez całe swoje życie obserwował, jak byłam obwiniana za wszystkie pomyłki, niedociągnięcia, chybione pomysły i inwestycje jego ojca. To ja brałam na siebie odpowiedzialność, wszystkie pretensje i co najważniejsze, konsekwencje nie swoich błędów. 

    W tym śnie zachowałam się inaczej niż kiedyś w rzeczywistości. 

    Teraz zasady mam inne:

    Twój penis — twój problem. 

    Ja skupię się na moich kilogramach. 

  • 42. Klucze – sen o tym, co dała mi matka. 

    Byłam w szkole, w której kiedyś pracowałam. Na pierwszym piętrze mieściła się moja obecna firma, chociaż w rzeczywistości jest w biurowcu w centrum miasta. Zeszłam do piwnicy. Lokal właśnie opuszczała moja znajoma (ta, która prowadzi zajęcia wokalne dla dzieci), choć właściwie nie jestem pewna, czy to była ona. Może ta druga znajoma, fotografka. A może we śnie były jedną osobą. 

    Kiedyś naprawdę miałam w piwnicy tej szkoły małe pomieszczenie, w którym zaczęłam robić dokładnie to, czym zajmuję się dziś zawodowo. Opowiadałam jej o tym. Pomyślałam, że przejmę ten lokal i przeniosę tam firmę. W sumie taki pomysł chodzi za mną również na jawie, choć obecna lokalizacja jest świetna, więc na razie nic z tym nie robię. 

    Chodziłam po tych pomieszczeniach. Były duże, ciemne i prawie puste. Wszystkie rzeczy zostały już zabrane. W kątach zalegały tylko jakieś stare graty, takie, które wyglądały, jakby leżały tam od dziesięcioleci. 

    Przeszłam dalej, przez piwnice, do sali, w której kiedyś prowadziłam zajęcia dla dzieci. Teraz był tam składzik pełen niepotrzebnych sprzętów. Brudno, wszystko zakurzone, miejscami jeszcze jakieś ślady dawnych czasów i moich pierwszych zajęć. Pomyślałam, że życie zatoczyło koło. Że wróciłam do początku, do miejsca, od którego wszystko się zaczęło. I że właśnie tutaj zostanę. Posprzątam to wszystko i urządzę po swojemu. 

    Wróciłam do lokalu po znajomej. Już ustawiałam w głowie stoły i planowałam przestrzeń. Sprawdziłam światło. Było kiepskie — punktowe, ciemne, niewystarczające. Ale uznałam, że to da się zmienić. 

    Pod sufitem były małe piwniczne okna. W jednym siedział chłopiec i zaglądał do środka. Pomyślałam, że pewnie tak samo będzie później — dzieciaki będą przysiadać w oknach i podglądać zajęcia, rozpraszając moje dzieci. Ale od razu pomyślałam też, że dam sobie z tym radę. 

    Kręcił się tam jakiś mężczyzna. Może woźny, może konserwator. Powiedziałam mu, że biorę ten lokal. 

    Potem znalazłam się na parterze. Było tam małe mieszkanie, w którym mieszkałam z rodziną: matką, ojcem i siostrą. Możliwe, że także z bratem, bo później się pojawił. Wszyscy spaliśmy w jednym pokoju. Łóżko matki stykało się z naszym — spałam razem z siostrą — tworząc coś w rodzaju odwróconej litery L. Łóżko ojca stało niżej, równolegle do naszego. Blisko. 

    Siostra leżała trochę niżej ode mnie. Chyba jęknęła. Poczułam rękę ojca. Wiedziałam, że dotyka jej miejsc intymnych. Żeby do niej sięgnąć, musiał najpierw przejechać ręką po moich nogach, bo leżałam z brzegu. Zorientowałam się, co robi. Zaczęłam więc poruszać nogami, wierzgałam intensywnie jakbym miała zły sen, ale nie chciałam, żeby wiedział, że rozumiem co się dzieje. 

    Cofnął rękę. 

    Miałam pewność, że matka to widziała i nic nie zrobiła. Leżałyśmy chwilę w ciszy. Wiedziałam już, że muszę zabrać siostrę i wyciągnąć ją z tego domu. 

    Ojciec poszedł do łazienki. Wiedziałyśmy, że trzeba się spieszyć. Nie mogłam znaleźć swoich rzeczy, ale w końcu się ubrałam. Chciałyśmy zabrać psa, tylko nigdzie nie było smyczy. To był bardzo posłuszny pies, więc uznałam, że jakoś sobie poradzimy. Po drodze znajdziemy choćby kawałek sznurka. 

    Wtedy pojawił się brat. Nie mój prawdziwy brat — tak samo jak nie mam siostry w rzeczywistości. Czekał za drzwiami. Tłumaczyłam mu, co się dzieje. Powiedział, że teraz rozumie jej dziwne zachowanie w szkole. 

    Chcieliśmy uciekać od razu, ale był weekend i wszystkie wyjścia ze szkoły były pozamykane. Przeszliśmy więc przez piwnice do drugiego skrzydła budynku. Po drodze spotkaliśmy tego woźnego albo konserwatora. Ciągnął jakąś maszynę do załadunku węgla. Pomyślałam, że skoro tamtędy przejechał, to drzwi na boisko muszą być otwarte. 

    Prowadziłam ich szkolnymi korytarzami do wyjścia. Musieliśmy minąć otwarte drzwi naszego mieszkania. Ojciec nadal siedział w łazience. Matka zobaczyła nas z pokoju. Od razu zrozumiała, co robimy i rzuciła nam kluczyki do samochodu. To brat miał prowadzić. 

    Uciekliśmy. 

    Za budynkiem stał duży jeep. Obok kierowcy były dwa miejsca. Jedno zajmowała już dziewczyna brata. Drugie było wolne, ale postanowiłam, że usiądę z siostrą i psem z tyłu. 

    Ten sen zatrzymał mnie dłużej przy mojej matce.  

    W czasie terapii grupowej jedną z najcenniejszych dla mnie technik, której się poddałam było napisanie życiorysu i omówienie go z grupą. To co dla mnie było normą moje “lustra” uznały za koszmar. Pamiętam jak bardzo to mną wstrząsnęło. Nie zdawałam sobie sprawy, że byłam ofiarą przemocy na tylu płaszczyznach.  

    To zadziwiające jak wiele doświadczeń, które przeżyliśmy i uznaliśmy za normę, kiedy spotyka inną osobę, a szczególnie dziecko bez wahania nazywamy przemocą, przestępstwem, złem. Współczujemy, staramy się pomóc, reagować, ratować, naprawić. Jednocześnie… ja wyparłam, że jako dziecko byłam ofiarą. Byłam zaradna, sprawcza, decyzyjna, ratowałam innych, dawałam radę. W czym problem? Pamiętam moje szeroko otwarte ze zdziwienia oczy, kiedy zobaczyłam łzy płynące po policzkach tych kobiet, żon alkoholików, które widziały i przeżyły niejedno. Płakały, kiedy czytałam. 

    Te kobiety zauważyły coś bardzo ważnego w moim życiorysie. Brakowało w nim…  Matki! 

    Tak też było w moim życiu. Brakowało mi matki.  

    Poświęciłam jej więc wiele czasu w trakcie terapii. Chciałam zrozumieć i wybaczyć.

    Nie potrafiła zajmować się domem ani dziećmi. Nie umiała o nas zadbać ani nas obronić. Nie uczyła nas nawet prostych nawyków higienicznych. Nie interesowało jej, kiedy myliśmy zęby jedną szczoteczką, a nawet czy w ogóle myjemy zęby. To ona wymagała ochrony, wsparcia, rady od własnego dziecka, małego domowego terapeuty, kucharki, sprzątaczki, organizatorki życia rodzinnego. Uczyłam się od sąsiadek, mam i babć koleżanek i kolegów. Uczyłam się od wszystkich, których spotkałam po drodze. Byłam naprawdę pilną uczennicą, bo nie chciałam być jak matka. Nie chciałam być SŁABA. 

    Przez całe życie myślałam, że matka nie nauczyła mnie niczego co byłoby istotne. A jednak nauczyła mnie WSZYSTKIEGO.  Dała mi klucze i z nimi mogę iść przez życie. Bo wszystko już było, nic mnie chyba nie zaskoczy i już niemal niczego się nie boję. 

  • 30. Sam Sen. 

    Jak już pisałam wcześniej, w ciszy, której miałam wielką potrzebę doświadczyć, kiedy byłam bliżej siebie niż kiedykolwiek mogłam usłyszeć wreszcie to czego nie słyszałam wcześniej a może nie byłam gotowa usłyszeć. I nie ma znaczenia jak to nazwę. Mogę powiedzieć, że ja i moja dusza, podświadomość a może i wyższa jaźń znalazłyśmy drogę do siebie. Mogę też tego w ogóle nie nazywać a i tak będzie działać. 

    Któregoś poranka po przebudzeniu i zapisaniu kolejnego bardzo ważnego snu, piłam kawę i długo patrzyłam na zdjęcie, które przysłał mi Darek. I już wiedziałam. Sny poprowadzą mnie dalej. To był ten etap, w którym mogłam: powiedzieć teraz SAM SEN wystarczy.  

    Ale tutaj muszę powiedzieć coś ważnego. Moja droga do tego etapu była naprawdę długa. Jeśli kiedyś, kiedy będziecie potrzebować pomocy lub wsparcia, jeśli znajdziecie się w kryzysie, jeśli wasze zdrowie psychiczne, emocjonalne wymagać będzie zaopiekowania a ktoś powie wam, że uleczy was ceremonia, warsztat duchowy, nie daj Boże egzorcyzmy lub inne doświadczenia, które w cudowny sposób zdejmą z was cierpienie i uwolnią od traum.  Uciekajcie!!! Droga zawsze prowadzi od ciała, przez umysł do duszy. Nigdy w przeciwnym kierunku. I nie jest to łatwa droga. Jest bolesna i wymagająca ciężkiej pracy. Tu nie pomogą zaklęcia i cudze obietnice. Moim lekiem na początku była determinacja i odwaga patrzenia na siebie bez filtrów, oczami lustra (lekarza, terapeuty, dziewczyn z terapii grupowej). Z zaciśniętymi zębami i łzami w oczach szłam dalej i dalej i nie chciałam się cofać. Pomogła mi też miłość do świata i ludzi, którą zawsze w sobie miałam i ta, którą Darek pomógł mi uruchomić – własna. Żegnając się ze mną po skończonej terapii, moja terapeutka powiedziała “Ma pani niesamowitą zdolność. Nawet kiedy stoi pani po kolana w gównie odnajduje pani w nim diamenty, zbiera je pani po kawałeczku a potem ściska je pani w dłoni i oświeca sobie nimi drogę”. Uwielbiałam tą kobietę. Co ciekawe nie pomogła mi sama wiedza, owszem stanowi punkt wyjścia, ale tak naprawdę nie ma znaczenia, ile książek przeczytasz, ilu wykładów wysłuchasz, ile zdasz teoretycznych egzaminów, jeśli nie rozbroisz mechanizmów obronnych i nie wpuścisz tej wiedzy do doświadczenia a to trudno zrobić samemu. Potrzebny jest doświadczony psychoterapeuta, psycholog a czasem lekarz, ktoś kto będzie czuwał a z czasem stanie się lustrem, w którym dostrzeżecie to co dla uzdrowienia trzeba koniecznie w sobie zobaczyć. Później jest miejsce dla duchowości, dla szamana, przewodnika duchowego czy kogokolwiek potrzebujecie.

    Po dziesięciu latach pracy nad sobą, układania siebie kawałek po kawałku dotarłam do miejsca, w którym mogłam i umiałam już SAMA.  Teraz nie potrzebuję już terapeuty, nie potrzebuję katalizatora ani nawet szamana. Teraz bardzo brakuje mi świadka. Kogoś kto usiądzie przy mnie i powie: Tak. Też tam byłem.

    SAM SEN na tym etapie na razie mi wystarczy. 

  • 24. HIPNOZA REGRESYJNA V- integracja.

    Moja hipnoterapeutka na zakończenie sesji powiedziała, że gdyby coś mnie niepokoiło mogę dzwonić lub pisać, ponieważ około miesiąc po hipnozie mogą dziać się we mnie rzeczy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. Umysł będzie próbował to doświadczenie zintegrować i nikt nie odpowie mi teraz w jaki sposób. 

    Poza wszechogarniającą miłością obudziło się we mnie wtedy coś jeszcze… 

    Wiedziałam już wcześniej, że Darek nie jest przypadkową osobą w moim życiu. Teraz wiedziałam już na pewno, że jest “moją bratnią duszą”. W końcu zapytałam właśnie o niego i taka piękna przyszła odpowiedź. No cóż, z perspektywy czasu mogę powiedzieć… Może jest, a może nie.  W tamtym okresie, byłam tego pewna, dziś… nie wiem, ale dopuszczam myśl, że może to jeszcze nie koniec, że może mamy coś jeszcze do zrobienia dla siebie na wzajem. Przechodziłam tamtego lata trudny czas transformacji, kiedy to wszystkie odmrożone emocje zdawały się niemal krzyczeć jednocześnie a ciało zalane oksytocyną mówiło “MÓJ CI ON” i pragnęło więcej i na zawsze. Tylko gdzieś pod skórą czułam, że coś tu jest nie tak. Bo to co było między nami to dużo więcej niż bliska znajomość i o wiele mniej niż relacja. Nie potrafiłam tego nawet nazwać. Działo się we mnie tyle na raz i wszystko było nowe i intensywne. Zadziwiające było to, że byłam pełna zachwytu i miłości, ale nigdy nie powiedziałam wprost co czuję. Wcale nie spotykaliśmy się często a we mnie działy się tak OGROMNE RZECZY. 

    Wtedy przyszedł sen: 

    17/18.08.2025 

    Byłam w mieście o dziwnej konstrukcji. Sześciany połączone ze sobą mostami. Wszędzie dużo trawy. Przed domami, na mostach i dachach domów. Miasto z trawy i betonu. Cała ta olbrzymia konstrukcja zawieszona była w powietrzu. Opiekowałam się dziećmi lub wnukami człowieka, który był najważniejszą osobą w mieście. Taki szef wszystkich szefów. Dzieci biegały w soczystej trawie, bawiły się z psami (wyżły lub któreś z gończych). Psy nagle zniknęły a dzieci zaczęły ukrywać się w ciemnych zakamarkach, klasyczna zabawa w chowanego. Zeszliśmy w ten sposób do piwnic. Tam w niemal całkowitej ciemności spotkałam Darka, bałam się go. Wepchnęłam go do jednej z piwnic i szybko zamknęłam ciężkie, hermetyczne, pancerne drzwi. W pośpiechu z szybko bijącym sercem (czułam je w całym ciele, jakbym to ja była sercem) wybiegłam na górę zbierając po drodze wszystkie dzieci i psy, które czekały na trawniku. Usiedliśmy w trawie, psy leżały obok. Na niebie pojawiły się fajerwerki. Wszyscy w mieście oczekiwali na ważny koncert. Ludzie z podekscytowaniem rozmawiali o jakimś artyście światowej sławy, czuć było wszechogarniającą radość. Pomyślałam wtedy z przerażeniem, że Darek tam umrze z braku tlenu. Odprowadziłam dzieci do domu i zbiegłam do piwnic, żeby go uwolnić. Po korytarzach przemieszczały się dziwne postaci. Ludzie z twarzami zwierząt, trochę jak z hinduistycznych eposów. Ognisty rydwan zaprzężony w olbrzymie białe konie z woźnicą o twarzy pomalowanej na czerwono z wielkimi wytrzeszczonymi oczami. Miałam w ręku przedmiot przypominający drewnianą ciężką buławę lub berło. Był to rodzaj ochronnej broni, dzięki któremu udało mi się przedrzeć do piwnicy, w której za pancernymi drzwiami zamknęłam Darka. Drzwi zamknięte były na zamek przypominający taki w łodziach podwodnych. Nie mogłam ich otworzyć. Próbowałam kilkukrotnie. W końcu zamek puścił. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Darka. Stał pośrodku pustej, ciemnej piwnicy i obiema dłońmi bardzo wolnym ruchem dotknął twarzy. Stał tak jeszcze chwilę. Po czym energiczne zdarł ją jak maskę. Zobaczyłam inną twarz, zupełnie inną osobę. Szatyn, o delikatniejszych rysach, ale nadal był to Darek. Nie bałam się, nie byłam też zaskoczona. Poczułam ulgę jakby całe napięcie nagle odpłynęło. 

    To był pierwszy z wielu naprawdę ważnych snów, które zaczęły mnie prowadzić ku uzdrowieniu. Jeszcze wtedy go nie rozumiałam, teraz wiem, że psychika próbowała poprzez te obrazy oddzielić człowieka od symbolu, katalizatora od mężczyzny. Ten sen zrobił też wiele, wiele więcej. Rozpoczął proces, ale tego też wtedy jeszcze nie wiedziałam. Sny są mądre i czasem trzeba czasu, żeby za nimi nadążyć, ale nigdy nie przynoszą czegoś czego nie potrafimy unieść. Tym razem unieść miałam rozstanie, konieczne na tym etapie dla mojego rozwoju… ale tego też jeszcze nie wiedziałam. 

    Hipnoza regresyjna chyba otworzyła we mnie piękny kanał rozmów z podświadomością. Kiedyś przeraziłoby mnie na bank, gdybym zobaczyła siebie przed zaśnięciem i usłyszała, jak szepczę w ciemności “Pokaż mi moja duszo, wszystko to, co powinnam zobaczyć”.

    I pokazuje. Pokazuje bardzo precyzyjnie. 

  • 19. Lęk

    Po wypadku w pociągu wiedziałam już, że musze zejść głębiej. Nie potrzebowałam kolejnej terapii, zresztą w moim mieście wyczerpałam już terapeutyczne możliwości. Poza psychoterapią behawioralno-poznawczą, później psychodynamiczną, wreszcie psychoterapią współuzależnienia poddałam się terapii manualnej (krzyżowo-czaszkowej) i praktyce 5 Rytmów. Teraz wiedziałam, że żeby się uleczyć muszę zejść jeszcze głębiej. Muszę spotkać się ze sobą. Darek opowiadał mi o roślinach mocy i wszelkich innych ceremoniach, którym się poddawał, ale nie przekonuje mnie wprowadzanie do swojego organizmu, żadnych obcych substancji. Nawet niewielkie dawki alkoholu bardziej mnie rozstrajały niż rozluźniały, więc żadne substancje nie wchodziły w grę w moim przypadku. To zwyczajnie nie jest moja droga. Darek kilka tygodni wcześniej przeszedł hipnozę regresyjną, kiedy myślałam o głębi, której potrzebuje na swojej drodze doświadczyć, ta forma wydała mi się dopuszczalna. Postanowiłam umówić się na sesję i po ustaleniu terminu przyszedł sen. 

    11/12.07.2025 

    W całkowitej, absolutnej ciemności byliśmy: ja, Darek i młodszy brat Darka, którego nigdy w realu nie poznałam. Staliśmy bardzo blisko siebie. Wyczuwałam ich obecność, wiedziałam, że stoją obok, że są ze mną po to, żeby mnie chronić. Mimo to byłam zaniepokojona. Jakbym bała się, że ich obecność może nie wystarczyć. 

  • 18. BRAMA 7.07.2025

    To miał być cudowny dzień.

    Od kiedy kruki stanęły na mojej drodze czułam w kontakcie z nimi coś co dodawało mi sił. Co sprawiało, że czułam się częścią czegoś większego ode mnie, że czułam opiekę i wsparcie. Za ich pomocą byłam w stanie symbolicznie przejść przez zablokowane wcześniej emocje jednocześnie malując i nazywając je w sobie. Obrazy pojawiały się wcześniej niż byłam wstanie je nazwać, zrozumienie przychodziło zwykle po czasie. Moja przyjaciółka wiedząc o mojej kruczej fascynacji zaprosiła mnie do stadniny, w której mieszka jej koń. Stadnina otoczona jest przepięknym parkiem krajobrazowym. W lesie nieopodal mieszkają kruki. Miałyśmy w planie spotkać je spacerując i pojeździć konno po lesie. 

    Wsiadłam do pociągu i stanęłam tam, gdzie znalazłam trochę wolnej przestrzeni, czyli przy drzwiach toalety😉. Po zastanowieniu uznałam, że tutaj nie będzie tak spokojnie jak przy drzwiach wyjściowych z pociągu a właśnie to miejsce zwolnił jakiś człowiek, więc ustawiłam się przy drzwiach. Pociąg ruszył. Kiedy nabrał prędkości, w pełnym pędzie drzwi otworzyły się nagle na całą szerokość. Nie wiem ani kiedy ani jak moja głowa znalazła się na zewnątrz a podmuch zdarł mi okulary przeciwsłoneczne z twarzy. Widziałam jak zahipnotyzowana jak odlatują i poczułam czyjąś dłoń na ramieniu. To była chwila. Byłam zupełnie oszołomiona, przesunęłam się na drugą stronę drzwi, ale nadal stałam blisko, nie czułam absolutnie nic. W korytarzu zamarły wszelkie rozmowy. Jakiś mężczyzna zaczął siłować się z drzwiami, bezskutecznie. Pomyślałam, że trzeba przycisnąć dolną część drzwi, która przy otwieraniu podnosi się do góry. Kiedy on przyciągał drzwi ja nadepnęłam tą część. Drzwi zostały zamknięte. Do stacji, na której na szczęście musiałam już wysiąść panowała w korytarzu absolutna cisza. Wyciągnęłam telefon i niewiele myśląc napisałam do Darka. Chciałam go usłyszeć, przytulić i ukryć się przed całym światem w jego ramionach. Nie pamiętam dokładnie co napisałam, ale było to na tyle niepokojące, że chciał żebym zadzwoniła natychmiast… ale tam było tak cicho. Nie śmiałam wypowiedzieć słowa. To tak jakbym miała złamać jakąś umowę między mną a tymi ludźmi. Nie potrafiłam. Wyszłam z pociągu bez słowa i poszłam przed dworzec. Szłam jak robot licząc kroki. Podjechał samochód przyjaciółki. Wsiadłam. Bez słowa. I zaczęłam płakać. Nie byłam wstanie powiedzieć co się stało. Widziałam odlatujące okulary… I myślałam tylko, że ja mogłam być na ich miejscu, tam… w powietrzu i zniknąć jak one pod kołami. Myślałam, że nikt nie wie, gdzie jestem. Myślałam, że w domu są zwierzęta a mój syn wraca dopiero za dwa tygodnie, że one umarłyby z głodu przeze mnie. Bo stanęłam nie tam, gdzie trzeba, bo nie wykupiłam miejscówki. Darek pisał, że się martwi, żebym zadzwoniła. A ja nie mogłam wydobyć z siebie głosu. Przyjaciółka powiedziała, że nie wie co robić. Zapytała, czy chcę jechać do konia. Kiwnęłam głową, że tak. Jechałyśmy w milczeniu, przez całą drogę płakałam. Kiedy dojechałyśmy poszłam polną drogą w stronę lasu i położyłam się w trawie, kropiło, trwa była wilgotna. Zadzwoniłam i przez chwilę jeszcze nie mogłam mówić. Płakałam a on mówił, spokojnie, ciepło jakby chciał mnie ukołysać. I wtedy, jakby coś pękło, zaczęłam mówić szlochając nie pamiętam co, chyba był to kompletny chaos. Pamiętam, że byłam bardzo rozżalona. Pamiętam, że powiedział, że to nie był przypadek, że to mi miało coś powiedzieć, że to “strzał w potylicę” od wszechświata, że muszę coś zmienić, może naprawić, może przepracować. Byłam zła, bo co jeszcze? Ukończone dwie terapie indywidualne, terapia grupowa, zmiany, uważność na siebie, na innych… Czego jeszcze chce ode mnie wszechświat?  Nie rozumiałam wtedy wielu rzeczy. Dlaczego nie chciałam słyszeć mojego syna, tylko właśnie jego? Co właściwie robi w moim życiu? Tylu rzeczy nie rozumiałam, tyle wtedy chciałam się dowiedzieć. A on mówił… Nie wiem co, nie wiem o czym. Pamiętam, kiedy po pół godzinie rozmowy jeszcze roztrzęsiona zauważyłam, że powinien teraz być w pracy, że nie powinnam zabierać mu czasu. A on ze spokojem i niezwykłą czułością wymienił moje imię i zapytał, “czy ty chociaż raz możesz pomyśleć o sobie?”. I mówił dalej a ja z każdym słowem stawałam się spokojniejsza. Zaopiekowana, z prawem do wszystkich przeplatających się chaotycznie emocji. Pierwszy raz pozwoliłam komuś sobie pomóc. Po raz pierwszy byłam po TEJ stronie, zwykle z racji wykonywanego zawodu to ja często przeprowadzałam ludzi przez trudne doświadczenia. Pierwszy raz przy mężczyźnie czułam się bezpieczna. I wylało się wszystko i mówiłam…nie pamiętam co, ale było to ważne. Wiem, że postanowiłam wtedy kilka rzeczy.  Wiem, że narodziłam się tego dnia ponownie a kruki głośno żegnały się ze mną w oddali. Odprowadziły mnie już do światła i nie były dłużej potrzebne.

    Tego dnia nie poszłam już do lasu. Wróciłam do przyjaciółki i długo stałam przytulając jej wspaniałą klacz. A moja przyjaciółka powiedziała coś czego nigdy nie zapomnę. Nie obraziła się, że nie chciałam od niej wsparcia, że odtrąciłam jej pomoc, że poszłam niemal bez słowa w krzaczory i rozmawiałam przez godzinę z kimś innym. Powiedziała “Zaimponowałaś mi. Wiedziałaś czego potrzebujesz i bez wahania to wzięłaś, zamiast przyjąć z grzeczności coś co by ci nie pomogło tak skutecznie”. 

    7.07. Darek cierpliwie i z czułością przeprowadził mnie przez próg. Odtąd nic już nie było takie jak wcześniej. 

    Bo nawet jeśli wszystko co możliwe zostało przepracowane w terapii, nawet jeśli umysł zdawał się wszystko ogarniać, terapia to nie koniec drogi. Ona otwiera przestrzeń na to co naprawdę ważne… na spotkanie ciała, umysłu i duszy. Bo tylko takie połączenie pozwala na dotknięcie tego co ukryte w nas najgłębiej. Pozwala nam dojść do ściany, przy której spotykamy to co najbardziej bolesne i co po wielu dziesięcioleciach dane nam będzie nareszcie przytulić z czułością. 

  • 14. List. Tu wszystko się zaczęło.

    Na początku 2025 roku na wernisażu moich prac pewna kobieta poruszona obrazem, tym, który namalowałam po spotkaniu z Darkiem. Spotkaniu, które uruchomiło we mnie zamrożony smutek. Kobieta zapytała co było inspiracją do powstania tak bardzo emocjonalnego dzieła. Kiedy odpowiadałam zrodziła się we mnie bardzo silna potrzeba, aby Darkowi opowiedzieć jak wiele spotkanie z nim zmieniło w moim życiu i żeby mu zwyczajnie podziękować. 

    Nie widzieliśmy się od lipca, nie było okazji, Darek zamknął firmę nie było więc powodu do spotkań. Późną wiosną byłam szczególnie szczęśliwa, w moim życiu pojawiać zaczęły się całkowicie nowe osoby z zupełnie inną energią, również co zaskakujące mężczyźni, ale nie byłam jeszcze gotowa na relację. Nie miałam takiej potrzeby. Sprawy zawodowe układały się świetnie, a materialne co najmniej zadowalająco. W moim życiu pojawiło się więcej światła i lekkości. Wydawało mi się, że nie może być lepiej, bo przecież nigdy nie było tak dobrze. Nigdy nie czułam się tak bezpiecznie. Przyszła wtedy refleksja, że gdyby nie Darek nie byłoby mnie w tym pięknym miejscu. I powtórnie pojawiła się we mnie silna potrzeba, żeby okazać Darkowi wdzięczność. Napisałam mail. Opisałam szczerze, ale dość ogólnie, pomijając te “najdziwniejsze” w mojej ocenie doświadczenia proces jaki we mnie dzięki temu spotkaniu zaszedł. Podziękowałam pięknie i nie spodziewając się więcej niż “Super, cieszę się, że mogłem pomóc”, uznałam, że mogę iść dalej w życie. Nie wiedziałam wtedy, że to nie był koniec naszej wspólnej drogi. To był dopiero początek. Początek mojej transformacji, w której Darek był katalizatorem zmian i strażnikiem progu. Po raz drugi dzięki naszej relacji zauważyłam, że to “dobre miejsce” w którym byłam było zaledwie przedpokojem domu, w którym chciałam zamieszkać.