W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: symbole senne

  • 73. Nie zapłacę mandatu – sen o powrocie do przerwanego procesu. 

    11/12.04.2026 

    Niewiele pamiętam z tego snu… Byłam z koleżanką. Namówiłam ją do czegoś głupiego. Wsiadłyśmy do jakiegoś środka lokomocji, ukrywając się pod podłogą. Było to coś pomiędzy żartem a przygodą i miało być zabawne. Okazało się, że kierowca lub kapitan (nie wiem, czym miałyśmy się przemieszczać) miał chyba podgląd miejsca, w którym się ukryłyśmy i znalazł nas. Ja jakimś cudem się wykręciłam, ale koleżanka miała zapłacić karę w wysokości 500 zł. To było bardzo dużo, nie miałyśmy takich pieniędzy. Zostałyśmy wyrzucone z tego środka lokomocji. Po drodze ukradłam jakieś papiery. Miałam nadzieję, że to coś ważnego. Zmięłam je w kulkę i wrzuciłam do wody. To była rzeka lub jezioro. Siedziałam na pomoście z rękami zanurzonymi w wodzie, czekałam, aż kartki rozmiękną i myślałam, że to całkiem fajny kawał. Zachowywałam się jak dzieciak, taki mały łobuziak, ale byłam dorosła. 

    Scena druga 

    Za moim domem, przy sąsiedniej kamienicy, są działki. Robotnicy przekopywali wszystko jak leci. 

    Zależało im, żeby szybko skończyć pracę. To była firma wynajęta przez kogoś z miasta. Chciałam, żeby przerwali pracę. Chyba bałam się, że to miejsce nie będzie już takie jak dawniej. 

    Kiedy wycinali roślinność w kępie, która pozostała, zauważyłam duże ptaki (jakiś rodzaj grzebiących). To była para i młode. Robotnicy nie chcieli się zatrzymać. Chociaż tłumaczyłam im, że to okres lęgowy i muszą wrócić, kiedy młode opuszczą gniazdo, że teraz nie można ich niepokoić, uparli się. Zadzwonili do kogoś, kto powiedział im, że ptaki można złapać i gdzieś przenieść. 

    Nie chciałam ich oddać. Wiedziałam, że to jest ich miejsce. 

    Jeden z robotników wręczył mi duże plastikowe pudło z ptakami, a ja szukałam im tymczasowego miejsca, jakiejś woliery, w której byłoby im wygodnie do czasu zakończenia remontu. 

    Mój wewnętrzny remont przerwało pewne wydarzenie, które na chwilę rozchwiało mnie do tego stopnia, że zatrzymało we mnie wszystko. 

    To wydarzenie zadziałało na dwóch poziomach. Najpierw spowodowało we mnie chaos emocjonalny, który dzielnie wystałam, a później obudziło we mnie małego filutka, który, gdy nadarzy się okazja, nie ręczę, że nie zapłaci mandatu od życia… Chociaż… możliwe, że w porę się wycofa. 😉 

    Spotkałam Darka. 

    Jadłam z przyjaciółką śniadanie na mieście. Zwykle nasze śniadania przedłużają się do obiadu. Tak też było tym razem. Przyjaciółka zna szczegóły mojej skomplikowanej, duchowej, transformacyjnej relacji z Darkiem. Wie, jak wiele kosztowało mnie pożegnanie z nim i ni w ząb nie rozumiała, dlaczego musiałam to zrobić. Wiedziała też, jak wiele czasu zajęło mi dojście do siebie i uporanie się ze zwykłą ludzką tęsknotą. 

    Ja uważałam tę relację za definitywnie zakończoną, choć nie było dnia, w którym Darek zniknąłby z moich myśli. Uznałam, że tak po prostu jest, i przestałam z tym walczyć. Myśli przychodziły i odchodziły w swoim rytmie. 

    Kiedy rozmawiałyśmy, spojrzałam w okno. W tej samej chwili spojrzał w okno Darek, przechodzący ulicą. To było tak elektryzujące spotkanie. Najpierw zaskoczenie na naszych twarzach, a później promienny uśmiech po obu stronach. 

    Patrzyliśmy na siebie z taką… mogę mówić tylko za siebie… radością. Świat na chwilę się zatrzymał. Patrzyłam w te wypełnione radością oczy i… zapomniałam o oddechu. 😍 

    Trwało to może piętnaście sekund. 

    Odchodząc, machał i przez chwilę szedł bokiem, patrząc na mnie, jakby chciał jak najdłużej utrzymać kontakt wzrokowy. 

    Kiedy zniknął mi z oczu, odwróciłam się w stronę przyjaciółki. Patrzyła na mnie z szeroko otwartymi oczami i równie szerokim uśmiechem. 

    Po chwili odezwała się: 

    — Ale to w Tobie jeszcze siedzi. 

    Siedzi. 😋 

    Ale to nic. 

    Poczułam w sobie lekkość po tym pięknym spotkaniu. Poczułam się trochę jak dzieciak. 

    Do chwili, w której przyjaciółka powiedziała: 

    — Zadzwoń do niego. Ja bym zadzwoniła. 

    A ja nie zadzwonię. 

    Nie dlatego, że nie chcę. 

    Dlatego, że chcę w relacji czuć się na tyle bezpiecznie, żeby móc być jak dzieciak. Radosna i niepohamowana. Ale do tego potrzebuję SMOKA (wyjaśnię innym razem), a do SMOKA nie muszę dzwonić. 

    On sam to zrobi. 

    Zabezpieczyłam swoje pisklęta i, kiedy opanowałam emocje, wróciłam do mojego wewnętrznego remontu. 

    Zostało mi jeszcze sporo do zrobienia. 

  • 50.  Gołąb i buława – sen o mocy, która nie odbiera wolności. 

    10/11.12.2025 

    Początku nie pamiętam. Byłam w swoim mieszkaniu, stałam na balkonie. Był ktoś ze mną, nie pamiętam kto. Zobaczyliśmy nadlatującego gołębia. Trzymał w łapkach kij. Wyglądał jak okorowana gałąź długa na jakieś półtora, może dwa metry. Byłam zdziwiona, że taki mały ptak potrafi unieść taki ciężar. 

    Podleciał bliżej, na wyciągnięcie ręki. Okazało się, że jego nóżki są przywiązane do kija. Chciałam go chwycić, żeby go uwolnić, ale odleciał, bardzo nieporadnie. Uderzył o koronę drzewa na podwórku i spadł na ziemię. 

    Zbiegłam na dół. Spotykałam kogoś po drodze, chyba sąsiadów. Kiedy byłam na podwórku, zobaczyłam, jak dwie młode osoby (studentki, które wynajmują mieszkanie w mojej kamienicy) trzymają gołębia, jedna miała go na kolanach. Nie wiedziały, jak mu pomóc. 

    Powiedziałam, że mam nożyk do tapet, więc przetniemy sznurki. Ale zamiast tego zaczęłam wyciągać pióra gołębia, a później włosy z obrączki, dużej, złotej (miała wygrawerowane jakieś symbole), która ptaka więziła. 

    Tylko że to już nie był ptak, tylko około 10-letnia dziewczynka. Kiedy usunęłam włosy, zrobiła się przestrzeń i dziecko mogło się uwolnić. 

    Opowiadała, jak to się stało, że została uwięziona. Mówiła o człowieku, który coś jej obiecał (lody?), ale oszukał ją i zaczarował. 

    Chciałam odnaleźć tego człowieka i sprawić, żeby już nie doszło do podobnej sytuacji, ale nie pamiętam, czy cokolwiek jeszcze w tym śnie się wydarzyło. 

    Bardzo mnie ten sen poruszył. Wrócił bowiem do źródła mojej nadodpowiedzialności. 

    Kiedy miałam dziesięć lat, moi rodzice byli na balu sylwestrowym. Wrócili nad ranem. W południe jeszcze spali. Bracia byli głodni, więc postanowiłam ugotować obiad. 

    Wiedziałam, jak to się robi. Ugotowałam rosół i ziemniaki, starłam na tarce marchewkę, a mięso wyciągnęłam z zupy i podzieliłam na porcje. Pomagałam prababci robić makaron, więc nawet z tym nie było problemu. Pokroiłam ciasto na paski szerokości około centymetra, bo takie lubiłam najbardziej. 

    Bracia pomogli mi nakryć do stołu i obudziliśmy rodziców. 

    Byli bardzo zadowoleni. Ojciec trochę marudził, że to „kluchy grube jak palec”, a nie makaron, ale uratowałam sytuację. 

    I tak już zostało. 

    Od tej chwili miałam nowe obowiązki. 

    W myśl zasady: „Najgorzej to pokazać, że potrafisz”. 

    Ale po raz pierwszy poczułam się ważna, potrzebna, chwalona i — w moim dziecięcym odczuciu — w końcu kochana. 

    Tak zrodziło się we mnie zasługiwanie na miłość. 

    I wielka moc, którą przywiązano do nóg dziecka. 

    Moc ponad siły, której żadna dziesięcioletnia dziewczynka nie byłaby w stanie sama unieść. 

    Te pióra i włosy, którymi związane było dziecko, wyciągałam po jednym przez wszystkie lata terapii i pracy nad sobą. 

    Teraz gołąb jest już wolny. 

    I sam może wybrać, czy nieść swoją moc, czy odlecieć. 

    Ale na pewno nie pozwoli się już do niej przywiązać. 

    Motyw buławy — bo właśnie tak wyglądał kij ze snu — przewija się w moich snach już od dawna, pojawił się też poza nimi. 

    W tym śnie dziecko zostało przywiązane do mocy. 

    W śnie z lipca 2025 roku ( https://wcieniukruka.wordpress.com/2026/06/04/hipnoza-regresyjna-v-integracja/ ) buławę trzymałam już w dłoniach i to ona mnie chroniła. 

    Ostatnio, podczas przesilenia letniego, wyciągnęłam karty tarota i zadałam jedno proste pytanie: 

    Kim jestem? 

    Wyciągnęłam jedną kartę. 

    Była to Królowa Buław

    A Królowa do swojej buławy nie jest przywiązana. 

    Trzyma swoją moc z lekkością. 

    W każdej chwili może ją odłożyć i cieszyć się mruczącym u stóp kotem oraz światłem, które niesie w dłoni. 

    Patrząc z ciekawością i radością w przyszłość. 

  • 49. Kraina Fantazji – sen o tym, że nie zawsze trzeba znać odpowiedź. 

    6/7.12.2025 

    Byłam w szkole podstawowej mojego syna, pracowałam tam. (W realu współpracuję ze szkołą, ale jest to raczej przyjacielska wymiana usług. Nic formalnego). Przygotowywaliśmy jubileusz szkoły (w realu ja przygotowuję dużą imprezę). Były jakieś zebrania, ale w luźnym gronie, jakieś ustalenia. 

    Wychodząc, zerwałam drzwi prowadzące do sekretariatu i gabinetów dyrektorek. Były zamontowane na plastikowe zatrzaski, a całe drzwi były cienkie jak z usztywnionej, laminowanej tkaniny. Próbowałam je przytwierdzić i klikałam tymi zatrzaskami od góry do dołu. Nie zatrzasnęłam wszystkich, dwa dolne zostawiłam, bo coś mi przerwało. 

    Wyszłam na chwilę do przedsionka szkoły. Stała tam kobieta, raczej starsza niż młodsza. Powiedziała mi, że na podłodze przy drzwiach leży torba z mrożonką i mam ją natychmiast posprzątać. Nie spodobał mi się jej ton, ale podniosłam torebkę. Były tam pocięte jak frytki kawałki łososia. Potrząsnęłam torebką, chciałam sprawdzić, czy jest tam coś jeszcze. Kilka łososiowych frytek upadło na podłogę. 

    Kobieta zaczęła na mnie krzyczeć, oskarżała mnie o brudzenie szkoły. To nie spodobało mi się jeszcze bardziej. Bo przecież nie zostawiłabym bałaganu, ale pomyślałam, że „frytki” zaczekają na podłodze i odwróciłam się do tej rozwrzeszczanej baby, idąc wolnym krokiem w jej kierunku. Chciałam zamienić z nią asertywne dwa słowa. 

    Kiedy się zbliżałam, kobieta mówiła coraz ciszej. Kiedy byłam przy niej, szeptała już tylko coś pod nosem. Wtedy powiedziałam bez złości, ale stanowczo: „Nie słyszę, proszę mówić głośniej”, ale w reakcji na moje słowa upadła. Leżała przede mną i dalej tylko szeptała. 

    Powtórzyłam, że nie słyszę, ale skutek był tylko taki, że zaczęła się cofać, unosząc się lekko na łokciach. Pomyślałam, że nie będę się już nad nią znęcać, i podałam jej rękę. Wstała i poszła do gabinetu dyrektora (dyrektorem jest w tej szkole była wychowawczyni mojego syna, z którą się w realu zawodowo bardzo przyjaźnię). Zastanawiałam się, czy pobiegła „na skargę”, ale nie przejmowałam się tym szczególnie. 

    Biegłam do tej samej szkoły, bo uzmysłowiłam sobie, że powinnam być w pracy, ale nie znam swojego grafiku. Nie jestem przyzwyczajona do pracy, w której ktoś inny ustala mi, kiedy mam w niej być, i zapomniałam przyjść. 

    Postanowiłam pójść od razu do dyrektora, omijając niezadowolone koleżanki z pracy. W gabinecie powiedziałam z uśmiechem, że „ja na dywanik”. Zostałam przyjęta z życzliwością i od razu przeszłyśmy do planowania wydarzenia. 

    Okazało się, że wszyscy absolwenci muszą mieć przy sobie jakiś czerwony rekwizyt wskazujący, że wracają (?) / są w podróży. Mój syn miał mieć czerwoną walizkę, ale jej nie dostarczył. Miałam się tym zająć, przypomnieć mu o przedstawieniu, w którym brali udział absolwenci na jubileuszu szkoły. 

    Pomieszczenie chyba w tej szkole. Przygotowywałam jedzenie dla chłopców, z którymi pracuję w realu. Była tam ze mną jeszcze jedna kobieta (może koleżanka z pracy?). Podałam dzieciom warzywa z grilla, ale było tam coś jeszcze, chyba ten łosoś z mrożonki albo inne owoce morza. W każdym razie było to sycące, tylko że było w foliowej torbie, którą ta koleżanka zrzuciła na podłogę. Dzieciom to nie przeszkadzało, podniosły torebkę i same nakładały sobie jedzenie na talerze. 

    Byłam chyba na plaży, rozległej, było tam dużo ludzi. Nagle nadjechały dwa motory. Na każdym kobieta i mężczyzna. Jeden jechał po piasku, drugi „jechał” kilka metrów nad ziemią. Były ze sobą w pewnym sensie połączone, ale nie fizycznie. 

    Zastanawiałam się, który jest prawdziwy, a który to hologram. Czekałam, aż jeden z nich zacznie się rozmywać i nie pamiętam dokładnie który, ale mogę się domyślać, bo efekt końcowy bardzo mnie zaskoczył. Zamiast rozwikłać motorową zagadkę… 

    Przeniosłam się do innego świata. Myślałam o nim jak o krainie fantazji. Były tam istoty całkowicie wymyślone, takie między postacią z dziecięcej animacji a grą komputerową. Wszystko w tej krainie było w bardzo żywych niemal fluorescencyjnych kolorach. A jedna z istot była pokryta długą sierścią w kolorze intensywnego różu. Zatarł się obraz całej tej krainy niestety, może mi się jeszcze przypomni. 

    Stanowczo ćwiczę w tym śnie asertywność 😉 

    Faktycznie ze wzrostem pewności siebie, zachowania asertywne przychodzą mi z zaskakującą łatwością.  

    Zastanawiające są dla mnie nawet po kilku miesiącach motory. Były olbrzymie. Bliźniacze pary jadące na nich, również spektakularnego wzrostu. I pytanie, “który motor jest prawdziwy”, było postawione bezzasadnie. Bo nie o motory tu chodziło. One były tylko zaproszeniem. Miały jedynie zwrócić moją uwagę na to co przede mną.  One tylko otworzyły przede mną portal do KRAINY FANTAZJI. 

    I tu właśnie przydałby się mój ulubiony Szaman 😁 

  • 41. Procesja dogów niemieckich- sen o mocy spokoju i spokoju dzięki mocy. 

    13/14.11.2025 

    Początku nie pamiętam… 

    Nad moją ukochaną rzeką, ciepły letni wieczór. Mój syn jako wczesny nastolatek i były sąsiad, starszy ode mnie, byli umówieni na jakiś posiłek. Chyba chciałam donieść im coś do jedzenia, ale nie mam pewności. Siedzieli na ławce i jedli coś, co ten człowiek wyciągnął z reklamówki. Nie pamiętam, co to było, ale nie było to nic niepokojącego. Wręcz przeciwnie – patrzyłam z aprobatą na to, co je moje dziecko. 

    Kiedy się zbliżyłam, zauważyłam, że siedzi z nimi ktoś jeszcze. Ze zdziwieniem rozpoznałam, że to mój były mąż. Siedział tyłem, nie widziałam jego twarzy. Pomyślałam, że pomimo tego, iż nie utrzymujemy kontaktu, siedział właśnie z moim dzieckiem, więc postanowiłam podejść. 

    Jednak syn zauważył mnie wcześniej. Odszedł od mężczyzn i podszedł do mnie. Chciał iść do domu, ale zatrzymaliśmy się jeszcze, patrząc na rzekę. 

    Po drugiej stronie, na brzegu, stał olbrzymi dog niemiecki o moim ulubionym srebrnym umaszczeniu. Był zachwycający. Silny, spokojny, łagodny. Majestatyczny. 

    Za chwilę podszedł do niego kolejny pies tej samej rasy i koloru. 

    Słyszałam, jak mój były mąż kłóci się z kimś. Zwróciłam na to uwagę, ale nie przejęłam się. To mnie nie dotyczyło. 

    Patrzyliśmy z synem na drugi brzeg rzeki. Tam, jeden za drugim, nadchodziły kolejne dogi, identyczne, tym razem prowadzone przez właścicieli. Wyglądało to jak procesja. Czuć było niezwykły spokój. Psy poruszały się dostojnym krokiem, z uniesionymi głowami, jakby wyczuwały powagę i niezwykłość tej chwili. 

    W sumie psów było dziewięć. Wszystkie były piękne, majestatyczne, spokojne i przyjazne. 

    Te dwa pierwsze bawiły się ze sobą, biegając i wchodząc czasem do rzeki przy samym brzegu. 

    Ostatnie sny prowadziły mnie przez lęk o syna. Zawsze bałam się, że może podążyć drogą, którą wybrał jego ojciec, dziadkowie i część dalszej rodziny mojego byłego męża.  Ten sen zostawił we mnie spokój. Zobaczyłam w nim siłę mojego syna. Zobaczyłam moc, która go poniesie. Spokojną, łagodną i wystarczającą, aby dokonać własnych wyborów.  

    Ten sen uświadomił mi ważną rzecz. Przez całe życie jesteśmy karmieni przez innych ludzi. Nie tylko rodzina jest źródłem tego na czym możemy opierać nasz rozwój i z czego możemy czerpać wzorce. Na mojej drodze spotkałam wiele wspaniałych osób i z każdego spotkania mogłam wziąć to co mi było potrzebne. Teraz mój syn idąc przez życie może czerpać w podobny sposób. I robi to – często mi o tym opowiada. Dlatego z aprobatą patrzę, jak sąsiad karmi moje dziecko. 

    Mój syn ma w sobie moc. Moc płynącą również z wielu pokoleń mężczyzn spotkanych po drodze. 

    Dlatego ten sen pozostawił we mnie spokój. 

  • 38. Sen – Po drugiej stronie ściany.

    10/11.11.2025 

    Drugi sen tej nocy i kolejny etap mojej drogi, po drugiej stronie ściany.  

    Ten sen pozostawił mnie na jakiś czas w niemym zachwycie a jednocześnie w ogromnym przerażeniu, kiedy dotarło do mnie po kilku dniach co ze sobą (jako gratis) przyniósł, bo przyniósł, nie tylko imię duszy. 

    Ten sen spowodował, że obudziłam się wzruszona i dźwięczało mi w głowie… nie wiem, może imię. Był letni dzień, ale światło było takie lekko przytłumione, ciepłe, złotawe. Byłam na wakacjach, miałam ze sobą dziecko, mojego syna, ale nie był to mój syn z realnego życia. Chłopiec miał może 5 lat może mniej. Najpierw byłam gdzieś w okolicach domu mojej teściowej na kresach, bardzo piękny teren. Później przenieśliśmy się, nie wiem, może to był rodzaj wycieczki, do centrum niewielkiego miasteczka. Był tam mały ryneczek z uroczymi, malutkimi kamieniczkami. W jednej z kamieniczek moja najstarsza przyjaciółka wynajmowała pokój. Tam zostawiliśmy swoje rzeczy i oglądaliśmy świat dookoła. Za budynkiem jakby w podwórku kamienicy rosło drzewo, na którym przysiadły ptaki, przeróżne. Było ich mnóstwo, może setka a może więcej. Były piękne i kolorowe. Pod drzewem spacerował ptak przypominający trzewikodzoba. Wysoki i smukły. W Zdałam sobie sprawę, że w ogóle nie znam niektórych gatunków. Pomyślałam, że niektóre może sobie wymyśliłam. Nagle nad drzewem po lewej stronie zobaczyłam nadlatującego dudka. Był olbrzymi i przepiękny. Chciałam go koniecznie sfotografować, ale trzymałam w rękach plecak, do którego włożyłam mojego syna tyle że w plecaku był psem, niewielkim i bardzo sympatycznym kundelkiem. Tam miał być bezpieczny. Wyjęłam go z plecaka i postawiłam delikatnie na bardzo dużym łóżku z niskich poduszek takim w orientalnym stylu. Na tym łóżku mąż mojej przyjaciółki i chyba ich syn. Mąż przyjaciółki przyglądał się mojemu psu jak rozkosznie skacze na materacach i uskarżał się, że reszta moja przyjaciółka źle traktuje ich psa, że tak naprawdę go nie chce. Moja przyjaciółka zdawała się być bardzo zawstydzona. Jakaś dziewczynka porozrzucała szpilki i spoglądając w stronę psa, który znów był dzieckiem zapytałam, czy chce jej pomóc je pozbierać. Chłopiec zszedł z łóżka i zaczął jej pomagać. Dziewczynka wyjęła kilka szpilek z ust. Martwiłam się czy w jej ustach nie została jakaś, ale zdawało się, że wyjęła wszystkie. Dzieci wkładały szpilki do pudełka. Postanowiliśmy już wracać. Poszłam do pokoju przyjaciółki, żeby zabrać nasze rzeczy. Pozabierałam to co znalazłam, panował tam potworny bałagan. Zapytałam przyjaciółkę czy nie chciałaby posprzątać, ale odmówiła.  Na stole leżały kromki chleba lub bułki. Były w różnych kształtach, przykładałam je do siebie, żeby je dopasować i stworzyć kanapkę. Były posmarowane czymś co przypominało wegański smalczyk z cebulą. Stwierdziłam, że musimy wracać, bo mamy dużo prania, a nie wyobrażałam sobie, żebyśmy robili pranie u rodziny mojego byłego męża, bo nie byliby w stanie zrozumieć, że rzeczy kolorowe i białe trzeba prać osobno, żeby nie zniszczyć ubrań. Nie mamy już ciuchów na zmianę, więc postanowiłam, że już wrócimy z wakacji. Idąc do miejsca, w którym mieszkaliśmy, jeszcze wstąpiliśmy do szkoły, w której kiedyś pracowałam. Byliśmy na korytarzu. Ja weszłam do klasy, żeby porozmawiać z byłą koleżanką z pracy. Opowiadałam jej właśnie o tym, że musimy wracać. I pomyślałam, że zostawiłam za drzwiami małe dziecko, że może mu coś zagrażać, że w szkole roi się od małych łobuziaków. Otworzyłam drzwi i spojrzałam na korytarz. Był tam. Mój mały syn był ubrany w pewnego rodzaju kaftan taki jaki noszą mieszkańcy Tybetu a może mnisi. Był w białych skarpetkach, promieniowało z niego czyste dobro. Bawił się z chłopcami większymi od siebie. Poszturchiwali go trochę, najpierw się wystraszyłam, że go skrzywdzą, ale zobaczyłam, że świetnie sobie radzi. Ma takie spokojne ruchy, pełne dobra i miłości. Widziałam jakby jego oczami jak padają ciosy i do jego klatki piersiowej zbliża się pieść, wszystko działo się w zwolnionym tempie widziałam jak łagodnie blokuje cios i delikatnie odsuwa od siebie dłoń. Spojrzałam na niego z góry, wszystko co robił, robił z subtelnym pełnym miłości uśmiechem. Chłopcy wcale nie byli agresywni. A on sprawił, że podążali za nim, to była grupka szkolnych łobuziaków a szli za nim jak jego drużyna. Byłam wzruszona, bo zostawiłam go tylko na dwie minuty i już znalazł przyjaciół. Patrzyłam zafascynowana na jego postawę. Taką miękką, pełną miłości, czułości i spokoju w wielkim kontraście z tymi łobuziakami a jednak szli za nim. Było ich kilku, może pięciu, sześciu. Powiedziałam mu, że już musimy iść, bo może pójdziemy na frytki. A on wymienił imię jednego chłopca i powiedział, że on też bardzo lubi frytki. I inni chłopcy również je lubią, więc może im wszystkim kupimy frytki. Bardzo mnie to rozczuliło. Był w nim taki spokój i czułość. Szliśmy więc wszyscy szkolnym korytarzem na frytki. Później coś jeszcze zobaczyłam nie pamiętam dokładnie co, chyba kobietę jadącą rowerem wąską ścieżką i dużo zieleni, z ciepłym, pięknym światłem. Stałam samotnie na górze i patrzyłam na pola herbaty w dolinie. Piękny rozległy krajobraz. Wtedy usłyszałam głos. Dźwięczał mi w głowie głos „……..” imię wypowiedziane w sanskrycie. Ten chłopiec był jak mały  Bóg, cudowny wręcz rozświetlony. Niesamowity sen. Długo po przebudzeniu słyszałam to imię i bardzo długo czułam ogromne wzruszenie. 

    Podobno nie powinno się zdradzać imienia duszy. Nie wiem czy to właśnie to imię przyniósł mi sen, ale niesie ze sobą jakość, do której chcę dążyć, więc wierzę, że tak, dlatego w razie czego go nie podam. 

    Kilka dni później spotkałam się z przyjaciółką, o której śniłam. Opowiedziałam jej sen i bardzo ją poruszył. Okazało się, że w nerwach bardzo źle, okrutnie potraktowała swojego starego psa. Została bardzo zawstydzona przez męża.

    Wystraszyłam się wtedy. Bardzo bałam się, że teraz tak już będę miała, że sny będą pokazywały mi przyszłość, że zatopię się w przepowiedniach, że moje życie stanie się teraz koszmarem. Niepotrzebnie się bałam, rozpoznałam wkrótce wzorzec, dzięki któremu wiedziałam, czy sen wejdzie w rzeczywistość czy ma służyć jedynie moim potrzebom.

    A duchowość?

    Moja ma być prosta. Ma płynąć z serca do ludzi i…

    Komu frytkę?

    🤗