W Cieniu Kruka

To opowieść o drodze. O życiu w przetrwaniu, o pęknięciach i stratach. O wychodzeniu w światło — przez transformację i integrację. To nie jest historia wzniosła ani romantyczna. Jest zwyczajnie prawdziwa: czasem jak grzmot, a czasem… tylko chichot losu. Mam nadzieję, że w tym wypadku cień skrzydeł kruka przyniesie komuś nadzieję.

Tag: Sny i wizje

  • 67. Tam, gdzie niebo płynie- sen o patrzeniu w tę samą stronę

    21/22.02.2026 

    Byłam w moim (ale nie do końca moim) mieszkaniu. Było duże i przestronne, również w kamienicy, ale bardziej starokamieniczne niż w loftowym stylu, jak u mnie. To była stara kamienica z klimatem. Po mieszkaniu krzątał się mój były mąż. Nie powinno go tam już być, wiedziałam o tym. Nie wchodziłam z nim w żadne interakcje, po prostu go zauważałam. 

    Dostałam SMS od ojca mojej byłej uczennicy. Chciałam odpisać i chyba to zrobiłam, ale przy okazji wysłałam mu mnóstwo zdjęć. To nie były zdjęcia ze mną, to były zdjęcia absolutnie bez znaczenia i sensu. 

    Ten człowiek przyszedł do mojego domu. Rozmawialiśmy. W tle, od czasu do czasu, pojawiał się mój były mąż, ale w oddali i odwrócony plecami. Powiedziałam mojemu rozmówcy, że „nie mogę się go pozbyć”. 

    Odprowadziłam go do drzwi. Chciał, żebyśmy wyszli razem. Przytulił mnie bardzo mocno i delikatnie pocałował. Oddałam pocałunek. Jadłam wcześniej jakieś pieczywo z makiem. Byłam nieco zakłopotana, że przeniosłam do jego ust resztki pożywienia. Wyjął drobinki z ust i nie robił z tego problemu. 

    Spojrzałam w okno. Dookoła drzewa krążyło olbrzymie stado gawronów. Tworzyły niezwykle szybko poruszający się czarny wir. Było ich naprawdę dużo. Przysłoniły olbrzymie drzewo i cały widok z okna. Uznałam to za niezwykłe, piękne i ważne. 

    Wyszliśmy na zewnątrz. Szliśmy ulicą, trzymając się za ręce i przytulając się. Usiedliśmy na ławce, a może leżeliśmy. Powiedział, że jesteśmy w sobie zakochani i powinniśmy zamieszkać razem. 

    Powiedziałam, że zakochanie to nie miłość, że z czasem przemija i jeśli nie przerodzi się w miłość po obu stronach – odejdę – nawet jeśli będę kochać. 

    Przybiegł skądś pies. Był bardzo przyjazny. Położył się obok nas, przytulał się i chyba chciał się z nami trochę pobawić. 

    Patrzyłam na niebo, po którym przemieszczały się chmury, ale nie były zwyczajne. To było jak woda, na której unoszą się kształty powstałe z piany. Patrzyliśmy, jak łączą się i rozłączają, rozpływając się. 

    Poszliśmy do jego mieszkania, również w kamienicy (we śnie rozstał się z żoną). Była tam ich córka, ale to było inne dziecko. W rzeczywistości jest szesnastoletnią, zbuntowaną i arogancką brunetką, tutaj była uroczą około dziesięcioletnią blondynką. Przywitała mnie serdecznie, ale bez zwykłej wylewności, której oczekiwałam. 

    Wyszliśmy na ulicę. Zamknęłam tylne drzwi. Wyglądały jak drzwi do komórki piwnicznej w bloku, z surowych desek. Miałam klucz. 

    Zapytał, skąd go mam. 

    Odpowiedziałam, że sam mi go dał kilka lat temu. Nie miał większego problemu z tym, że przez lata miałam jego klucz, ale chciałam mu go pokazać i wyszukiwałam właściwy w pęku moich kluczy. 

    Powiedział, żebym dała spokój i poszliśmy w miejsce, w którym mieliśmy razem zamieszkać. 

    Spotkaliśmy po drodze znajomą. Opowiadała mi o kulisach rozstania mojego „chłopaka” z jego żoną. Przekonywała, że wina leżała po jej stronie. W rzeczywistości bardzo ją lubię i nie chciałam uwierzyć, że jest złą osobą. 

    Doszliśmy do starego, porzuconego i zniszczonego budynku, w którym (we śnie) mieścił się pierwszy bar z pierogami w moim mieście. Bar istnieje do dzisiaj, ale już w innym miejscu. Budynek był nasz. Mieliśmy go odbudować. 

    Z tyłu brakowało części ściany. Zobaczyłam, że do środka wleciał bocian. Był biało-czarny, ale miał też coś czerwonego, trochę jak dzięcioł. Zdziwiło mnie, że ma gniazdo wewnątrz budynku. 

    Nasza znajoma wbiegła do środka za ptakiem i wzięła na ręce duże pisklę. Było czarno-czerwone i bardziej przypominało dzięcioła niż bociana. 

    Kazałam jej natychmiast je zostawić i wyjść. 

    Powiedziała, że bociany dopuszczają dotykanie piskląt przez cztery znajome osoby. 

    Kategorycznie zakazałam jej trzymania pisklęcia na rękach. Powiedziałam, że nie jest „znajomą osobą”, więc nie wlicza się do tego grona. 

    Do budynku wbiegł duży pies w piaskowym kolorze. Wyglądał jak owczarek anatolijski. Pilnował budynku i przylegającego do niego terenu. 

    Powiedziałam jej wtedy, że ten pies jest jedną z czterech istot, które mają prawo tam być. 

    My musimy opuścić to miejsce i nie przeszkadzać ptakom. 

    Wyszła. 

    To było poddasze naszego budynku. Postanowiłam, że oddamy je tym pięknym ptakom. 

    Przez cały sen, od kiedy opuściłam swoje mieszkanie, było piękne, letnie, ciepłe popołudnie. 

    Przez chwilę zastanawiałam się, czy ten związek w ogóle może się udać, bo on jest ode mnie o około dziesięć lat młodszy. 

     

    Sen przyśnił mi się dwa dni po pogrzebie brata. Był to bardzo trudny czas. Pamiętam, jak mocno odczuwałam samotność i jak bardzo pragnęłam mieć u boku mężczyznę. Tak bardzo chciałam, żeby ktoś trzymał mnie mocno w ramionach. Bardzo potrzebowałam ukojenia. 

    Mężczyzna ze snu jest mi znany z realnego życia. Kiedy realizowaliśmy wspólny projekt zawodowy, miałam okazję przyjrzeć się temu człowiekowi i bardzo mi zaimponował. Nie tylko jako mężczyzna tak różny od tych z mojego życia (odważny, decyzyjny, pewny siebie, rzutki, przedsiębiorczy, asertywny), ale też jako kochający, ciepły, dający poczucie bezpieczeństwa mąż i ojciec. 

    Jestem pewna, że nie chodziło we śnie o jego osobę, ale raczej o wzorzec mężczyzny, jaki reprezentuje. 

    Sen pokazał mi, czego naprawdę potrzebuję. Zobaczyłam, że najważniejsza jest jakość relacji i zdrowa męska energia, którą chcę wpuścić do mojego życia. 

    Ale nawet zdrowa męskość obecna w relacji nie zwalnia mnie z obowiązku chronienia własnych granic. Bo nowe życie we mnie wciąż rośnie jak pisklę, które wykluło się z jajka i potrzebuje ochrony. 

    Sen przypomina mi o tym, że w moim życiu są cztery istoty, które na różnych poziomach wspierają mnie w drodze do siebie. Jedna z nich szczególnie silnie mnie chroni. Ale o tym… innym razem. 

    W tamtym czasie poradziłam sobie sama. Nie spotkałam wtedy nikogo, kto usiadłby ze mną i, patrząc w niebo, podziwiał leniwie płynące i nieustannie zmieniające się życie. 

    Zaczekam więc cierpliwie na tego, kto w tym, co zwyczajne, dostrzeże wraz ze mną to, co niezwykłe. 

  • 35. Piękny koci gest – a może coś więcej.

    Sen, o którym pisałam w poprzednim wpisie był bardzo trudny, czułam się kompletnie rozbita po przebudzeniu a w takich chwilach moje myśli automatycznie wracały do Darka. Teraz kiedy to piszę, też tak miewam. Kiedy wydarzy się coś ważnego lub trudnego Darek jest pierwszą moją myślą, ale teraz mnie to nie niepokoi. Po prostu tak jest. Myśli przychodzą i odchodzą tak jak ludzie, którzy nie zawsze przecież będą w naszym życiu. 

    Wtedy, po przebudzeniu, przytłoczona ciężarem snu i wydarzeniami poprzedniego dnia przyjęłam opiekę starej kotki. I przyszedł “przedsen”. Bezpośrednio po tym doświadczeniu, ogromnie wdzięczna i wzruszona zapisałam te słowa, przytaczam niezmienione z wyjątkiem imienia, które nie jest prawdziwe: 

    9.11.2025 

    Wiem, że miłość mam w sobie, że ja jestem miłością, ale Darek był tak ważny na tyłu poziomach, że nie jestem w stanie nad tęsknotą zapanować. Czy to wciąż będzie wracać? Leżę i płaczę. To wszystko już miałam poukładane, spokój, miłość, wdzięczność. Czy 5 rymów na które się wybrałam pokazało, że się myliłam i tak naprawdę to nie było poukładane, ale tylko w pewnym stopniu „przykryte”? Kiedy tak leżałam i oddychałam ciężko przyszła do mnie moja stara kotka położyła się na mojej klatce piersiowej i mruczy. To niesamowite, bo rzadko przychodzi. To mój najmniej potrzebujący kontaktu kot🤗. Co prawda robiła to już kiedyś, przychodziła w chwilach kryzysu kładła się na mnie i leżała mrucząc do momentu, w którym się w pełni rozluźniałam, wtedy wstawała i odchodziła. Kiedy tak leżałyśmy prawie zasnęłam i na granicy jawy i snu przyszedł do mnie obraz: miasto w półmroku, wycinek pustej ulicy, wysoki szary budynek i lekko uchylone drzwi przez które sączy się na bruk smuga ciepłego światła. Na ulicę wychodzi moja kotka, wolnym, spokojnym krokiem. Kiedy była w połowie drogi do budynku zatrzymała się i obejrzała za siebie jakby czekała na mnie. Jakby mówiła miękko  no chodź”.  

    Teraz z perspektywy czasu myślę o tej sytuacji jako o chwili, w której otworzyły się drzwi a moja mała psychopompos przeprowadziła mnie gdzie trzeba. Ze spokojem, czułością i miłością.

  • 29. Sen o głodzie 

    21/22.10.2025 

    Przebudziłam się w środku nocy nie pamiętam co mi się śniło, ale zostało zdanie: “Jesteś odłączona od wyższej jaźni”. Zasnęłam ponownie i przyszedł sen:  

    Ośrodek kolonijny, byłam uczestnikiem, mimo że we śnie miałam 28 lat. Budynek przypominał niewielką wiejską szkołę. Piętrowa w stylu starej kamienicy. Drewniane poręcze schodów i drzwi pomalowane farbą olejną na jasnozielony kolor. Pomagałam komuś w czymś (nie pamiętam o co chodziło) w związku z tym spóźniłam się na obiad. Zostały resztki i wszystko co leżało na stołach było z mięsem (jestem wegetarianką). Podeszłam do p. Oli była tam dyrektorem. Poskarżyłam się, że nie zostawiono dla mnie posiłku, mimo faktu, że byłam „oddelegowana” do pomocy komuś i było to ważne.  

    Poszłam do kuchni nic tam już z obiadu nie zostało, ale jako kolejne danie przygotowane czekały duuuuże pierogi z owocami. Kucharka odmówiła, kiedy poprosiłam o choć jednego. Była opryskliwa i bardzo nieprzyjemna. Poszłam do kierownika. Nie przejął się moim głodem ani zachowaniem kucharki. Kazał mi czekać do jutra. Oburzona wyszłam z budynku. Szłam ulicą wypełnioną niskimi domami. Pośród których znajdowały się niewielkie sklepy i lokale usługowe. Mijałam kolejne restauracje, w którejś z nich postanowiłam zjeść a rachunek przedstawić kierownikowi. Niestety, żadna z restauracji nie spełniała moich oczekiwań. Same „mordownie” w których już przez okno było widać i słychać, że nie jest to miejsce dla mnie. Spotkałam Panią Olę. Zmartwiła się widząc mnie poza budynkiem, zapytała co zamierzam zrobić? Opowiedziałam, że chcę zjeść i jestem zdeterminowana. Nie zostałam zrozumiana. Musiałam wypowiedzieć zdanie „chcę zadbać o moje potrzeby i nie obchodzi mnie zdanie innych” żeby wyraziła z wyraźną rezygnacją zgodę. Szukałam nadal miejsca dla siebie. Opuściłam już Miasto, kiedy natrafiłam na zlot samochodowy. Stare samochody wyścigowe czekały na start, miały ścigać się na dużej łące. Widziałam ludzi jedzących hot dogi i hamburgery. Zapytałam jednego z mężczyzn, gdzie można tu zjeść, wskazał mi obskurną budkę. Nie zjadłam niczego. Nie znalazłam dla siebie miejsca. 

    Ten sen to moje życie w pigułce. Od wczesnego dzieciństwa oddelegowana do pracy dla innych. Moje potrzeby były niezauważane. Sama przestałam je w końcu czuć. A teraz, czuję GŁÓD i nie chodzi tu o jedzenie. Jestem głodna uwagi, czułości, odpoczynku, bezpieczeństwa. Głodna miejsca, w którym mogę być sobą. Głodna ludzi, przy których nie muszę zasługiwać na prawo do istnienia. Głodna życia, które będzie naprawdę moje. 

    Dziś wiem już jedno. Wolę być przez jakiś czas głodna niż karmić się byle czym. 

    Dlatego nadal szukam. 

  • 26. Dylemat

    DYLEMAT 

    Prawdziwym powodem do rozstania z Darkiem był emocjonalny chaos, który niszczył mnie od środka. Darek poruszał mnie na tylu poziomach, że z jednej strony relacja otwierała mnie z innej ograniczała. Było w niej więcej pytań niż odpowiedzi a w takich sytuacjach mózg sam próbuje wypełnić powstałe luki, pojawiały się więc domysły, scenariusze i niepewność. A niepewność boli najbardziej. Powiedział kiedyś… “Mieszkam z kimś” i z tego zrobiłam główny pretekst. Zobaczyłam to przez moje filtry. Jako zdradzana kiedyś żona chciałam jednego. Nigdy nie być powodem, dla którego jakakolwiek kobieta mogłaby poczuć się jak ja kiedyś. Z tego uczyniłam powód rozstania. Tak naprawdę nigdy nie zapytałam z kim mieszka. Może była to faktycznie kobieta, może mężczyzna, córka a może ciocia Józia, kto wie? No ja nie wiem. Bo nigdy nie zapytałam. Potrzebowałam wtedy zakończyć ten przytłaczający mnie niepewnością ciąg, którego nie chciałam i nie miałam już siły dalej przeżywać. Napisałam bardzo emocjonalnego maila i jednym cięciem zakończyłam tą relację. Bardzo ciekawe jest to, że kiedy wzięłam do ręki karty tarota i zapytałam z czystej naiwności kim jestem, dostałam bardzo precyzyjną odpowiedź: Królowa Mieczy.  

    A najciekawsze jest to, że z perspektywy czasu mogę powiedzieć, że ta intensywność działa się we mnie nie bez powodu. Miałam przeżyć to wszystko właśnie tak jak przeżyłam. I wszystko we mnie było prawdziwe. Miłość, niepewność i morze lęku. 

    Po dwóch dniach od wysłania maila przyszedł sen: 

    22/23.09.2025 

    Przyszłam z moim partnerem (nie nam pojęcia kim był, nie widziałam twarzy, w zasadzie to nie było ważne, byliśmy jakby obok siebie) na dużą polanę w parku. Był tam mój znajomy Przyrodnik pokazywał nam jakieś rośliny, mówił o czymś ważnym z punktu widzenia ekologa. Wracaliśmy na skraj polany przytuleni tzn. Ja i Przyrodnik a partnera trzymałam za rękę. Na obrzeżach stały budynki. Jednym z nich był maleńki z jedzeniem. Taki stacjonarny foodtrack. Kobieta w środku przygotowywała się do otwarcia i chciała koniecznie nauczyć mnie smażenia jakichś cienkich placków. Pracowałam z nią przez chwilę, przynosiłam składniki, mieszałam ciasto w wielkim garnku, ale niczego nie smażyłam. Trochę mnie to sfrustrowało, bo liczyłam na posiłek.  

    Poszłam do mieszkania mojej babci (sama), ze zdziwieniem zauważyłam, że w oknach były kraty. Spoglądałam przez okno i widziałam człowieka, nieokrzesanego, dzikiego polującego na ptaki. Był pięknie zbudowany, smukły i silny zarazem. Miał w sobie jakiś magnetyczny urok. Złapał w locie sowę i rzucił nią w moje okno. Zahaczyła skrzydłem o kraty i w wisiała bezwładnie, ale żyła. Chciałam jej pomóc, kiedy próbowałam wyciągnąć skrzydło, które utknęło w kracie, zauważył mnie. Wskoczył z lekkością na balkon (1 piętro) i podszedł do mnie. Byłam ubrana w suknię w jasnym kolorze. Długą ze sztywnym gorsetem typową dla XIX wieku. Przytulił mnie mocno, pocałował i staliśmy w objęciach dotykając się czule. Był bardzo delikatny. To było bardzo zmysłowe. Usłyszeliśmy hałas na schodach, to policjanci. Wiedziałam, że przyszli po niego. Chciałam, żeby uciekał, ale odmówił. Przytulał mnie nadal, do samego końca. Oderwali go ode mnie i zaciągnęli do otwartego powozu, (coś w stylu dorożki, ale całkowicie drewnianej i bez dachu) zaprzężonego w kare konie. Wybiegłam za nimi i wsiadłam do innego powozu. Jechaliśmy do sądu. Miałam wystąpić w roli jego obrońcy. Kiedy znalazłam się w środku, byłam ubrana jak zwykle, w spodnie i koszulkę pani w sekretariacie również. Zastałam go tam, bez jakiegokolwiek strażnika. Puścił mi oczko i położył palec na ustach. Oszołomiona patrzyłam jak rozmawiając z sekretarką wyciąga z szafek papiery i tworzy z nich szablony, którymi ozdabia pomieszczenie. Wmówił jej, że jesteśmy z ekipy remontowej. Wyszliśmy przez nikogo nie zaczepieni. Biegliśmy korytarzami trzymając się za ręce i śmiejąc głośno.  

    Znaleźliśmy się w dużym kilkupokojowym mieszkaniu. Mieszkało tam oprócz nas kilku studentów. Staliśmy pośrodku dużego, pustego pokoju ze szklanymi drzwiami. Było przez nie widać korytarz i ludzi, którzy się po nim przemieszczają. Zaczęliśmy się całować a potem w pośpiechu ściągać z siebie ubrania.  Byłam półnaga. Kochaliśmy się leżąc na podłodze. Starsza kobieta przechodząc korytarzem zauważyła nas i wtargnęła do środka. Chciała wiedzieć, czy mam prawo tam przebywać. Powiedziałam jej, że to mój rodzinny dom. We śnie tak było w istocie, tylko że właścicielem był już ktoś inny. Wiedziałam, że wprowadziłam ją w błąd. Nie miałam żadnego prawa tam być. 

    Tak właśnie czułam. Czułam, że nie mam prawa do tej relacji. Nie miałam wątpliwości, że kocham, że ten człowiek jest dla mnie bardzo ważny, że otworzył we mnie głęboko ukryte drzwi do duchowości, że nigdy do nikogo nie czułam tak wiele i tak czysto. A mimo to zadałam sobie pytanie “Czy jeśli w tym zostanę będzie to w zgodzie ze mną?” 

    Nie było. Wtedy byłam tego pewna.  

    Na tym etapie nie potrafiłam jeszcze precyzyjnie nazwać tego co czuję. Potrzebowałam czasu i czegoś jeszcze. Czegoś na co nigdy wcześniej nie mogłam sobie pozwolić… CISZY. 

  • 25. Rozstanie 

    Darek wyruszył w długą podróż po Azji. Niemal codziennie otrzymywałam od niego zdjęcia i filmy z podróży. Czułam się jakbym podróżowała razem z nim.  Oczywiście nie byłam jedyną osobą, która mogła zobaczyć te zdjęcia, ale część z nich była zrobiona specjalnie dla mnie. Filmował i fotografował również rzeczy, zwierzęta i miejsca związane bezpośrednio z moimi zainteresowaniami. Dawało mi to dużo, bardzo dużo. Czułam się nareszcie dla kogoś ważna. W ciągu tych kilku letnich spotkań otrzymałam więcej czułości niż wciągu całego mojego życia a teraz oglądałam zdjęcia z końca świata i wiedziałam, że tam, bardzo daleko Darek robi coś specjalnie dla mnie. Poświęca swój czas i uwagę rzeczom, które go nie interesują, rzeczom, które interesują MNIE. No i wpadłam. Wtedy byłam oszołomiona, przeszczęśliwa, chłonąca wszystko i zalana odzyskanymi emocjami. Teraz widzę to tak. Odmrożone emocje, otwartość i poczucie bezpieczeństwa połączone z byciem widzianą. Najpierw zalewana oksytocyną w czasie sporadycznych spotkań, później brak kontaktu, za chwilę ciepły sms, albo mail, znów cisza, spotkanie na chwilę po to, żeby się przytulić, chwila rozmowy… Chaos i koktajl hormonalny. Ciągłe analizowanie, co napisał, co miał na myśli. Intensywność i życie w przetrwaniu. Czyli… czułam miłość!!! 

    A jednocześnie byłam pewna, że to nie ma sensu, że to wcale nie jest relacja. Bo w relacji jest po równo, a ja czułam, że nie mam prawa oczekiwać. I to nie była jego wina. Ja nie dawałam sobie do tego prawa. Dopiero wtedy zaczynałam rozumieć, że miłość bez prawa do własnych potrzeb nie jest bliskością. Jest tęsknotą za nią. A ja wolałam iluzję, bo prawda wymagałaby konfrontacji. Bo jeśli to ja chciałabym kontaktu mógłby odmówić, mógłby mieć lepsze rzeczy do zrobienia. Z lęku przed odrzuceniem zadowalała mnie iluzja. No właśnie. Dotarło to do mnie boleśnie razem z jednym arcyważnym zdjęciem z Azji. Zdjęcie całkowicie niepozorne. Darek wysłał mi kilka tysięcy zdjęć i filmów, piękna architektura, krajobrazy, rośliny, zwierzęta, ptaki, ludzie, autoportrety a ja bez chwili zastanowienia zrobiłam zrzut ekranu zdjęcia hotelu. Nie robiłam tego nigdy wcześniej. To zdjęcie zrzuciłam, wydrukowałam i oprawiłam. Kilka godzin później stało już w mojej sypialni. I stoi tam do dziś. Hotel nazywa się SAMSEN. Odczytałam: Sam Sen. Tylko ja zobaczyłam to w ten sposób. Darek tego nie zauważył, zdziwił się nawet, że można zobaczyć to w ten sposób.  

    A ja patrząc na to zdjęcie myślałam o Darku. Myślałam, że to piękne spotkanie jest jak sen. Sam Sen. Iluzja. 

    W połowie września już wiedziałam, że muszę rozstać się z Darkiem, ale jeszcze tego nie zrobiłam. Było w tej “prawie relacji” tak wiele dobra i miłości, które czułam.  

    Wtedy przyszedł przedsen. 

    I to nie był sen, to był ten moment na granicy snu i jawy. Zobaczyłam taki obraz: jestem w ciemnym pomieszczeniu, tłukę pięściami o zamknięte, metalowe, ciężkie, wielkie drzwi i wołam Darka. Jestem przerażona. Śmiertelnie przerażona. Myślałam, że to on zatrzasnął te drzwi. Bałam się, że mnie tam zostawi.  

    Przez dłuższy czas nie mogłam dojść do siebie. Bardzo się bałam, że stało się coś niedobrego. Dokładnie w tym czasie Darek wracał do Polski wiedziałam, że najprawdopodobniej jest w powietrzu, nie wiedziałam, gdzie dokładnie. Kiedy byłam naprawdę zaniepokojona wysłał mi wiadomość (często odzywał się wtedy, kiedy intensywnie o nim myślałam) z najpiękniejszym, zrobionym z samolotu zdjęciem chmur jaki widziałam. Przepiękne jak wata cukrowa rozsypana tysiącami po sam horyzont. Odetchnęłam z ulgą. Nie powiedziałam mu co zobaczyłam. Nie chciałam go martwić. Napisałam tylko, że miałam “debilny sen” – nie pytał jaki. 

    Po powrocie nie odezwał się od razu.  

    Po kilku dniach znalazłam pretekst i rozstałam się z Darkiem wysyłając maila. Nie spotkaliśmy się już aż do pewnej zaczarowanej chwili 10 miesięcy później, ale o tym innym razem. 

    A Sam Sen… okazało się wkrótce, że miał zupełnie inne, ważniejsze znaczenie. 

  • 24. HIPNOZA REGRESYJNA V- integracja.

    Moja hipnoterapeutka na zakończenie sesji powiedziała, że gdyby coś mnie niepokoiło mogę dzwonić lub pisać, ponieważ około miesiąc po hipnozie mogą dziać się we mnie rzeczy, które nigdy wcześniej nie miały miejsca. Umysł będzie próbował to doświadczenie zintegrować i nikt nie odpowie mi teraz w jaki sposób. 

    Poza wszechogarniającą miłością obudziło się we mnie wtedy coś jeszcze… 

    Wiedziałam już wcześniej, że Darek nie jest przypadkową osobą w moim życiu. Teraz wiedziałam już na pewno, że jest “moją bratnią duszą”. W końcu zapytałam właśnie o niego i taka piękna przyszła odpowiedź. No cóż, z perspektywy czasu mogę powiedzieć… Może jest, a może nie.  W tamtym okresie, byłam tego pewna, dziś… nie wiem, ale dopuszczam myśl, że może to jeszcze nie koniec, że może mamy coś jeszcze do zrobienia dla siebie na wzajem. Przechodziłam tamtego lata trudny czas transformacji, kiedy to wszystkie odmrożone emocje zdawały się niemal krzyczeć jednocześnie a ciało zalane oksytocyną mówiło “MÓJ CI ON” i pragnęło więcej i na zawsze. Tylko gdzieś pod skórą czułam, że coś tu jest nie tak. Bo to co było między nami to dużo więcej niż bliska znajomość i o wiele mniej niż relacja. Nie potrafiłam tego nawet nazwać. Działo się we mnie tyle na raz i wszystko było nowe i intensywne. Zadziwiające było to, że byłam pełna zachwytu i miłości, ale nigdy nie powiedziałam wprost co czuję. Wcale nie spotykaliśmy się często a we mnie działy się tak OGROMNE RZECZY. 

    Wtedy przyszedł sen: 

    17/18.08.2025 

    Byłam w mieście o dziwnej konstrukcji. Sześciany połączone ze sobą mostami. Wszędzie dużo trawy. Przed domami, na mostach i dachach domów. Miasto z trawy i betonu. Cała ta olbrzymia konstrukcja zawieszona była w powietrzu. Opiekowałam się dziećmi lub wnukami człowieka, który był najważniejszą osobą w mieście. Taki szef wszystkich szefów. Dzieci biegały w soczystej trawie, bawiły się z psami (wyżły lub któreś z gończych). Psy nagle zniknęły a dzieci zaczęły ukrywać się w ciemnych zakamarkach, klasyczna zabawa w chowanego. Zeszliśmy w ten sposób do piwnic. Tam w niemal całkowitej ciemności spotkałam Darka, bałam się go. Wepchnęłam go do jednej z piwnic i szybko zamknęłam ciężkie, hermetyczne, pancerne drzwi. W pośpiechu z szybko bijącym sercem (czułam je w całym ciele, jakbym to ja była sercem) wybiegłam na górę zbierając po drodze wszystkie dzieci i psy, które czekały na trawniku. Usiedliśmy w trawie, psy leżały obok. Na niebie pojawiły się fajerwerki. Wszyscy w mieście oczekiwali na ważny koncert. Ludzie z podekscytowaniem rozmawiali o jakimś artyście światowej sławy, czuć było wszechogarniającą radość. Pomyślałam wtedy z przerażeniem, że Darek tam umrze z braku tlenu. Odprowadziłam dzieci do domu i zbiegłam do piwnic, żeby go uwolnić. Po korytarzach przemieszczały się dziwne postaci. Ludzie z twarzami zwierząt, trochę jak z hinduistycznych eposów. Ognisty rydwan zaprzężony w olbrzymie białe konie z woźnicą o twarzy pomalowanej na czerwono z wielkimi wytrzeszczonymi oczami. Miałam w ręku przedmiot przypominający drewnianą ciężką buławę lub berło. Był to rodzaj ochronnej broni, dzięki któremu udało mi się przedrzeć do piwnicy, w której za pancernymi drzwiami zamknęłam Darka. Drzwi zamknięte były na zamek przypominający taki w łodziach podwodnych. Nie mogłam ich otworzyć. Próbowałam kilkukrotnie. W końcu zamek puścił. Otworzyłam drzwi i zobaczyłam Darka. Stał pośrodku pustej, ciemnej piwnicy i obiema dłońmi bardzo wolnym ruchem dotknął twarzy. Stał tak jeszcze chwilę. Po czym energiczne zdarł ją jak maskę. Zobaczyłam inną twarz, zupełnie inną osobę. Szatyn, o delikatniejszych rysach, ale nadal był to Darek. Nie bałam się, nie byłam też zaskoczona. Poczułam ulgę jakby całe napięcie nagle odpłynęło. 

    To był pierwszy z wielu naprawdę ważnych snów, które zaczęły mnie prowadzić ku uzdrowieniu. Jeszcze wtedy go nie rozumiałam, teraz wiem, że psychika próbowała poprzez te obrazy oddzielić człowieka od symbolu, katalizatora od mężczyzny. Ten sen zrobił też wiele, wiele więcej. Rozpoczął proces, ale tego też wtedy jeszcze nie wiedziałam. Sny są mądre i czasem trzeba czasu, żeby za nimi nadążyć, ale nigdy nie przynoszą czegoś czego nie potrafimy unieść. Tym razem unieść miałam rozstanie, konieczne na tym etapie dla mojego rozwoju… ale tego też jeszcze nie wiedziałam. 

    Hipnoza regresyjna chyba otworzyła we mnie piękny kanał rozmów z podświadomością. Kiedyś przeraziłoby mnie na bank, gdybym zobaczyła siebie przed zaśnięciem i usłyszała, jak szepczę w ciemności “Pokaż mi moja duszo, wszystko to, co powinnam zobaczyć”.

    I pokazuje. Pokazuje bardzo precyzyjnie. 

  • 20. HIPNOZA REGRESYJNA I – Początek (20.07.2025) 

    Przed hipnozą należy przygotować kilka pytań. Ja tak naprawdę miałam dwa, po pierwsze chciałam wiedzieć, czy spotkałam już Darka w którymś z poprzednich żyć, czy jest moją “Bratnią duszą”? I bardzo chciałam spotkać się ze sobą. Bałam się, że wrócą traumy z dzieciństwa i będę musiała ponownie stanąć twarzą w twarz z katem, ale właśnie po to tam przyszłam, żeby nareszcie zobaczyć to co głęboko ukryte. Chciałam też spotkać prababcię i wymyśliłam kilka innych praktycznych pytań, ale tak naprawdę, najważniejsze były dwa pierwsze spotkania po tamtej stronie, Darek i ja. Hipnoterapeutka, bardzo przypominała mi moją ostatnią psychoterapeutkę, była obecna, pomocna i w niczym mi nie przeszkadzała. Była obok, ciepła, uważna i serdeczna. 

    Wizja/wspomnienie z dzieciństwa:  

    1. Jest dzień, chyba poranek, mżawka, jest szaro i nieprzyjemnie. Biegamy z moim starszym bratem po łące nieopodal naszego pierwszego domu. Domu naszych pradziadków. Byliśmy boso i w samych majtkach, ściągnęliśmy ze sznura poszewki lub prześcieradła. Tańczyliśmy wywijając nimi i rozpościerając w biegu, robiąc piruety i inne taneczne figury. Było w tym dużo radości. 
    1. Byliśmy z bratem przed domem i bawiliśmy się “balonikami”, były wydłużone i białe. Zabraliśmy je z kieszeni marynarki ojca. Podszedł do nas sąsiad i zapytał, czy wiemy co to jest? -Jak to co? Baloniki!!! Odpowiedzieliśmy i dalej odbijaliśmy prezerwatywy z niewinną radością. 
    1. Leżałam na brzuchu na małym drewnianym mostku nad rzeczką, nazywaliśmy ją “Smródka”. Ręce miałam zanurzone w wodzie. Trzymałam w nich słoik, do którego wpływały maleńkie cierniki. 
    1. W łonie matki: tylko kolor i dźwięk. Kolor jasno brązowy, lekko złocisty i głosy przytłumione jakby z oddali. Jakbym słyszała “spod wody” nie odróżniałam słów. Słyszałam też jakby przelewanie i delikatne bulgotanie. Czułam spokój, ciepło i bezpieczeństwo. 

  • 19. Lęk

    Po wypadku w pociągu wiedziałam już, że musze zejść głębiej. Nie potrzebowałam kolejnej terapii, zresztą w moim mieście wyczerpałam już terapeutyczne możliwości. Poza psychoterapią behawioralno-poznawczą, później psychodynamiczną, wreszcie psychoterapią współuzależnienia poddałam się terapii manualnej (krzyżowo-czaszkowej) i praktyce 5 Rytmów. Teraz wiedziałam, że żeby się uleczyć muszę zejść jeszcze głębiej. Muszę spotkać się ze sobą. Darek opowiadał mi o roślinach mocy i wszelkich innych ceremoniach, którym się poddawał, ale nie przekonuje mnie wprowadzanie do swojego organizmu, żadnych obcych substancji. Nawet niewielkie dawki alkoholu bardziej mnie rozstrajały niż rozluźniały, więc żadne substancje nie wchodziły w grę w moim przypadku. To zwyczajnie nie jest moja droga. Darek kilka tygodni wcześniej przeszedł hipnozę regresyjną, kiedy myślałam o głębi, której potrzebuje na swojej drodze doświadczyć, ta forma wydała mi się dopuszczalna. Postanowiłam umówić się na sesję i po ustaleniu terminu przyszedł sen. 

    11/12.07.2025 

    W całkowitej, absolutnej ciemności byliśmy: ja, Darek i młodszy brat Darka, którego nigdy w realu nie poznałam. Staliśmy bardzo blisko siebie. Wyczuwałam ich obecność, wiedziałam, że stoją obok, że są ze mną po to, żeby mnie chronić. Mimo to byłam zaniepokojona. Jakbym bała się, że ich obecność może nie wystarczyć. 

  • 17. Meblowanie barłogu

    Spotkałam się z Darkiem inaczej niż zwykle. Nie w firmie, ale na długim spacerze. Ten spacer uznałam za kompletną porażkę. Upał, ja wyszłam prosto z pracy, bardzo zmęczona, ubrana trochę „niewystarczająco”. On natomiast był piękny… jak chabry i maki. Ja trochę jak siódme dziecko dozorcy. Wokół nas tłumy, trzeba się było przedzierać, wciąż ochraniał mnie, to przed rowerem jadącym chodnikiem, to przed ludźmi wchodzącymi w moją przestrzeń. Czułam się niezręcznie i ta rozmowa inna niż zwykle… Matko! O pracy, zarobkach (nie byłam pewna, czy potrafiłabym zapisać prawidłowo zera w sumie na jaką opiewał kontrakt Darka). Mówił o podróżach, tych byłych i planowanych na za chwilę. Ja wyjechałam w te wakacje na jeden dzień i planowałam jeszcze dwa podobne wypady co było wtedy maksimum moich możliwości. Poczułam, że tego nie przeskoczę, że to nie moja liga. Że przy nim jestem nikim. Tej nocy 5/6.07.2025  przyszedł sen:

    Śniło mi się spotkanie w szerszym gronie. Takie z nocowaniem. Czułam się całkiem dobrze, były rozmowy, obdarowywanie prezentami, wspólne przygotowanie posiłku. Słoneczny ciepły dzień, dużo kolorów. Dobry, piękny czas. Do chwili, w której nie zobaczyłam, gdzie mam spać. Miejsce, które przeznaczone było dla mnie, to był żuli barłóg. Były tam porzucone deski, powykręcane blachy, plandeki, stare śmierdzące ciuchy, mnóstwo śmieci. Byłam przerażona, zaczęłam to miejsce w panice porządkować tak, żeby można tam było w ogóle bezpiecznie przebywać. 

    Czasem myślimy, że miejsce, w którym żyjemy jest dobre i bezpieczne. Do chwili, w której iluzja opada i okazuje się, że to w czym tkwimy to tylko “żuli barłóg”. I nie chodziło o to co posiadam. Chodziło o to kim czuję, że jestem i jaką wagę ma dla mnie to co mam.

    Bo mentalnie, wtedy nadal byłam dziewczynką, która jest niewystarczająca. Inni są lepsi, bogatsi, mądrzejsi. Dla innych życie przygotowało lepsze miejsca do spania. Moje wydawało się żałosną prowizorką stworzoną z czegoś w czym nie da się zamieszkać. Nieważne, ile fakultetów skończę, ile obrazów sprzedam, jak wiele dzieci przyjdzie do mojej firmy i ile pięknych zmian się w nich dokona. Zawsze będzie to niewystarczające.

    Bo ja jestem niewystarczająca.

    Ale sen pokazał mi coś ważnego, że te przekonania można zmienić. Wystarczy dokładnie posprzątać. Kolejny dzień postawił na mojej drodze BRAMĘ, której przekroczenie sprawiło, że nie było już odwrotu. Bo jeśli naprawdę zobaczysz… to już nie odzobaczysz i nie masz wyjścia, musisz zacząć sprzątać. Bo widzisz, że jesteś w miejscu urągającym ludzkiej godności i zamiast wyjść i zobaczyć prawdziwą wartość swojego życia… jeszcze się w tym ciemnym miejscu w panice meblujesz. 

  • 16. Todo cura

    Todo cura 

    Kiedy napisałam do Darka, że udało mi się nareszcie uruchomić w sobie żałobę, chcąc mnie wesprzeć wysłał mi utwór, którego słuchał niejednokrotnie w czasie licznych ceremonii i który bardzo mu w ich trakcie pomagał. Bo przypominał o tym, że mamy w sobie wszystko czego potrzebujemy do uleczenia. Przypominał, że mamy medycynę w sobie. Przyjęłam z wdzięcznością i wrodzoną dawką sceptycyzmu. Tak naprawdę wierzyłam wtedy, że to on – Darek jest moją medycyną. Czułam coś co mogę nazwać połączeniem. Widziałam przecież jak silnie na mój proces oddziałuje jego obecność. Jakie potężne zmiany się we mnie uruchamiają. Nadal twierdzę, że nie pojawił się w moim życiu przypadkiem, ale w tamtym okresie przyklejałam do tej pięknej relacji dodatkowo wielką dawkę romantyzmu. Tym chętniej sięgnęłam po ten utwór… 

    Około 15 czerwca 2025 leżałam w wannie słuchając zapętlonego utworu “Todo Cura Todo Sana”, (uwielbiam wodę i ciepła kąpiel działa na mnie relaksująco, mam też brzydki zwyczaj zasypiania w wannie ;)) wtedy pojawił się “przedsen”- tak będę zjawisko hipnagogiczne nazywać na moje potrzeby 

    Ciemność, ściana roślinności jak dżungla. W oddali pojawiło się niewielkie jasno niebieskie światełko. Pojawiało się i znikało powiększając się nieznacznie, jakby zbliżało się niespiesznie przemierzając las.

    Światło to pojawiało się to znikało za jakimś drzewem. Było co raz większe. Zobaczyłam czarną postać wyłaniającą się z ciemności. Trzymała w rękach kulę (wielkości kuli do kręgli) to była kula niebieskiego światła zamknięta w szklanej kolbie z krótką szyjką i korkiem. Postać energicznie i z wielką siłą rzuciła kulę w moim kierunku. Widziałam jak lecąc obraca się i dlatego dostrzegłam korek tak wyraźnie. Ocknęłam się w momencie, w którym kula uderzyłaby mnie dokładnie w środek twarzy.  

    Co ciekawe było to doświadczenie podobne temu ze “spadaniem”, tylko, że zwykle miewam wtedy kołatanie serca, czy inny rodzaj niepokoju. W Tym wypadku czułam spokój, pomimo tego, że za chwilę zostałabym uderzona w twarz twardym przedmiotem rzuconym z dużą siłą. Kiedy otworzyłam oczy byłam nie tylko spokojna, czułam się zrelaksowana. 

    Kiedy spotkaliśmy się wreszcie i mieliśmy okazję porozmawiać zrelacjonowałam Darkowi dokładnie moją wizję. Opowiedziałam to jako coś co było dla mnie trochę dziwaczne. Darek wcale się nie zdziwił, wysłuchał mnie uważnie, przez chwilę zastanawiał się w ciszy, a potem powiedział tylko…  “Ale dlaczego z korkiem?”

    Dzisiaj już wiem, dlaczego.